Pokazywanie postów oznaczonych etykietą japonia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą japonia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 czerwca 2014

*18. "Tak jak to zwykle w bajkach bywa."

Tym razem z dedykacją dla mojej klasy, a zwłaszcza chłopców, ponieważ jesteście mega inspirujący, a gdy sobie pojechaliście to nie dałam rady nic napisać! Coś musi w tym być ;p Wasze zachowanie sprawia, że mam tyle pomysłów, że aż nie mam kiedy ich spisać. Dlatego jeszcze raz Wam dziękuję - większości - za te cztery lata owocnej znajomości ;* Za niezapomniane chwile na wfie i technice oraz wycieczkach! ♥ Teraz już wiem, że klasa bez Was to nie klasa ;p No i oczywiście muszę podziękować wspaniałej 3c za te cztery dni, które mogłam z nimi spędzić. Było cudownie! Te wfy! :D Ale i tak bym się nie zamieniła, sorry, ale nie ;p ;*


"Bo w tym cały sens istnienia, żeby umieć żyć bez znieczulenia" - Dżem

~~*~~*~~*~~*~~

~~ Alice ~~

    Pakowanie nigdy nie było moją ulubioną czynnością. Zawsze odwlekałam je do ostatniej chwili. Lecz teraz właśnie przyszła ta ostatnia chwila. Po południu mama z babcią odwożą nas na lotnisko, więc zostały mi z cztery godziny, na spakowanie wszystkiego, co wyciągałam przez ostatnie dwa tygodnie z walizki. A sporo się tego nazbierało! Moje ciuchy walały się, krótko mówiąc, po całym domu. Wszędzie tam, gdzie choć na chwilę usiadłam.
    Postanowiłam najpierw przynieś wszystkie ubrania do pokoju. Poszłam więc do salonu, uzbrojona w wielki kosz, którego mama używała, by przenieś pranie na sznurek lub z powrotem do domu.
    W salonie zastałam Damiena leżącego na kanapie przed telewizorem. W skupieniu oglądał mecz siatkówki. Gdy mnie zauważył, oderwał na moment wzrok od ekranu.
    - Cześć - przywitał się i uśmiechnął.
    - Hej. Już spakowany? - zdziwiłam się.
    - W przeciwieństwie do ciebie nie miałem tylu rzeczy. Poza tym zostawiałem je wszystkie u siebie w pokoju. Czekam, aż wyschnie pranie, które twoja mama dzisiaj rano robiła, bo były tam moje spodenki.
    - Skoro sam się już uporałeś z pakowaniem to może mógłbyś mi pomóc? Tego jest tak dużo! - jęknęłam, spoglądając na małą kupkę moich ubrań, leżącą w kacie salonu.
    - O nie! Nie dam się w to wrobić! Twoja babcia kazała mi się nie przemęczać, pamiętasz?
    - Wiem, pamiętam - burknęłam pod nosem. Włożyłam wszystkie swoje ciuchy do koszyka i powędrowałam dalej.
    Przechodząc obok okna, zauważyłam, że znowu padało. Z małymi przerwami lało od czwartkowego wieczoru. Słońca zza granatowych chmur nie było widać. Tylko deszcz, deszcz i deszcz. Przez tę psią pogodę wszystkiego się odechciewało. Jedyne, czego pragnęłam to położyć się pod kocykiem i spać. Niestety, musiałam się spakować.
    Szukając kolejnych ubrań, wracałam myślami do wydarzeń sprzed kilku dni. Po starcu z Zaynem wiele się działo. Po pierwsze było mnóstwo krzyku i bólu, gdy babcia od nowa łamała mi rękę, która zrastała się zbyt szybko i w nieodpowiednim miejscu. Po tych trzech dniach już nie czuję, że ją złamałam. Gorzej poturbowany był Damien. Nadal nie doszedł do siebie. Ciągle oddychał szybko i płytko, rzężąc przy tym niemiłosiernie. rany na jego ciele goiły się prawidłowo, ale wolno. Babcia stwierdziła, że to dlatego, że oberwał srebrnym nożem. Srebro utrudnia gojenie ran Zmiennokształtnym, każdy uczący się w szkole w Dundee to wie. Nie zdawałam sobie jednak sprawy, że mimo wszystko to może być aż takie poważne. Chłopak miał zakaz wykonywania zbędnych czynności, wysiłku i szybkiego poruszania się. Gdyby tylko w pobliżu był jakiś las! Wtedy mógłby się przeobrazić, co przyspieszyłoby jego rekonwalescencję. Babcia jednak kategorycznie zabroniła przemian. Bała się, że ktoś by go zobaczył.
    Już po opatrzeniu ran przyszedł czas na zdanie relacji dociekliwej babci. Ja również miałam parę pytań do Damiena. Więc to ja zaczęłam opowieść, a chłopak ją dokończył. Wyjawiłam jej wszystko, odpowiedziałam na pytania, które w trakcie zadawała. Nie była zła. Cieszyła się, że nic poważnego nam się nie stało, że oboje żyjemy. Martwiło ja tylko to, że Wampir nas ot tak zaatakował na ulicy. Następnie spojrzałam na bruneta i zapytałam, bo jedna sprawa nie dawała mi spokoju.
    - Skąd wiedziałeś, że on ma moją bluzkę?
    - Widziałem - odparł.
    - Co ona tam robiła? - zdziwiła się babcia.
    - Dobre pytanie. Mam jedną hipotezę tylko nie wiem, do jakiego stopnia jest prawdziwa - powiedział Damien. Zachęciłyśmy go, by mówił dalej. - Wydaje mi się, że ta Pijawa włamała się do domu i ukradła coś twojego, Alice, by wywęszyć cię wszędzie, nawet jeśli straciłby cię z oczu.
    - Och! - zachłysnęłam się. Takie wyjaśnienie do głowy by mi nie przyszło. Ale zawsze najprostsze rozwiązania najtrudniej jest wymyślić. - Skoro on napadł na nas to Prue jest w ogromnym niebezpieczeństwie! Muszę do niej zadzwonić - mruknęłam po chwili, gdy już prawda do mnie dotarła. To moja przyjaciółka przecież była główną ofiarą. To na nią poluje Styles. Nie na mnie czy Damiena. Ale skoro zaatakowali nas to na pewno wkrótce zaatakują i Prue.
    Zadzwoniłam. Dziewczyna bardziej przejęła się nami niż swoim życiem. Stwierdziła, że w szkole jest bezpieczna. Wszystkie ofiary w horrorach tak mówią. I jak kończą? Na pewno nie żyją długo i szczęśliwie. Po kilkuminutowym monologu, który wygłosiłam, mówiąc, jaka to ona jest ważna dla nas, dla całego świata, nie tylko magicznego, ale i ludzkiego, zapewniła, że będzie na siebie uważać. Strasznie się o nią bałam. Na szczęście już niedługo znów będziemy razem. Razem zawsze raźniej, nie?


~~ Bella ~~

   Odkąd pamiętam, nigdy nienawidziłam pożegnań. Zawsze musiałam się rozpłakać, stojąc przed najbliższymi i wiedząc, że spotkamy się dopiero za pół roku w święta. I tym razem było tak samo. Przytuliłam się mocno do mamy, potem do taty. Następnie podeszłam do rodziców Alexa, by z nimi też się pożegnać.
    - Uważajcie na siebie! Uczcie się dobrze! - wołała mama, gdy wzięliśmy swoje walizki i ruszyliśmy przez lotnisko. - Do zobaczenia! - Odwróciłam się jeszcze raz i pomachałam do rodziców. Tata obejmował w talii mamę, która wycierała chusteczką łzy z policzków. Uśmiechnęłam się do nich i pomachałam wolną od bagażu ręką. Mimowolnie zwolniłam tempo.
    - Chodź, bo się spóźnimy - ponaglił Alex, ciągnąc mnie za lewą dłoń.
    - Już idę - mruknęłam. Podążyłam za nim, ciągle myśląc o rodzicach. Strasznie trudno mi się z nimi rozstawać. Alex nie miał pojęcia, dlaczego tak to wszystko przeżywam; widziałam to w jego oczach. On cieszył się, że już nie będzie miał na głowie rodziców, że znów będzie mógł robić to, na co miał ochotę. Ja nie widziałam tego w ten sposób. Dla mnie wyjazd oznaczał rozłąkę z najbliższymi mi osobami, na których zawsze mogłam polegać, którzy, bez względu na wszystko, byli ze mną, wspierali mnie, kochali. Zawsze najtrudniejsze było wejście na pokład samolotu. Potem już wszystko samo się układało. I choć cieszyłam się, że znowu spotkam się z wszystkimi znajomymi, było mi smutno, że rodzice nie mogli być przy mnie w tak ważnym dla mnie okresie życia.
    A był bardzo ważny. Nie tylko ze względu na to, że stawałam się dorosłą kobietą, że dojrzewałam jako Zmiennokształtny. Chodziło tu raczej o to, że na reszcie życie zaczęło mi się układać. Życie z Alexem.
    Przez ostatni tydzień bardzo dużo rozmawialiśmy. Na początku zastanawialiśmy się, jak doszło do naszej zamiany ciałami. Trochę to trwało zanim Alex zorientował się, że wszystko zaczęło się od tej chińskiej restauracji, w której byliśmy w zeszły piątek. Zaproponowałam, byśmy się tam wybrali i dowiedzieli, czy nasza wizyta tam miała coś wspólnego z późniejszym incydentem.
    Gdy tylko weszliśmy do restauracji, dostrzegłam tę samą kobietę, która dała nam ciastka z wróżbą. Podeszliśmy do niej, lecz okazało się, że nie rozumiała ani po angielsku, ani po włosku. Na szczęście jedna z kelnerek zauważyła, że mamy kłopoty i podeszła do nas. Była młodziutka, mogła mieć zaledwie dwadzieścia parę lat. Czarne włosy związane miała w kitkę. Nosiła granatową spódnicę i białą koszulę, w talii przepasany miała biały fartuszek. Uśmiechnęła się w naszą stronę, a potem zwróciła się do starszej pani. Krzyczała na nią cicho w ich ojczystym języku. Oczywiście nic nie zrozumieliśmy. Była mocno wkurzona na kobietę, bo nawet ja odczułam jej gniew, a moja empatia nie była dobrze rozwinięta.
    Kiedy już sobie wszystko wyjaśniły, kelnerka spojrzała na nas przepraszającym wzrokiem.
    - Bardzo mi przykro, że musieliście przez to przechodzić. Ale moja babcia, cóż, mocno wierzy w chińską magię.
    - Więc to przez te ciastka zamieniliśmy się ciałami? - zapytał Alex.
    - Tak, niestety. Przepraszam was za to. Pewnie chcielibyście, żeby wszystko wróciło do normy...
    - Tak właściwie to już wróciło - wtrącił się chłopak.
    - Naprawdę? - zdziwiła się kelnerka.
    - Tak. Moglibyśmy chwilę porozmawiać? Mamy do pani kilka pytań, a pewnie i pani pragnęłaby się dowiedzieć, jak nam się udało wszystko odczarować. A muszę pani powiedzieć, że to dosyć dziwna historia. - Uśmiechnęłam się.
    - Proszę, mów mi Youli .
    - Jestem Bella, a to jest Alex - przedstawiłam nas. Podaliśmy sobie dłonie. Dziewczyna pokazała nam wolny stolik, więc usiedliśmy. Sama zniknęła za barem, po chwili przynosząc herbatę i ciasteczka.
    - Dlaczego ta kobieta chciała, byśmy zamienili się ciałami? - zapytał Alex, biorąc do ręki jeden smakołyk.
    - Moja babcia zauważyła, że się kłócicie. Jak już wspominałam, wierzy w chińską magię, według której skłócone osoby najlepiej pogodzić w ten właśnie sposób. Ludzie muszą poznać siebie nawzajem, a jaki jest lepszy sposób od tego, w którym stają się sobą na jakiś czas? Widzę, że akurat w tym przypadku miała rację. Już się pogodziliście?
    - Tak - przyznałam. - Mogłabyś podziękować swojej babci od nas? Jestem jej wdzięczna za to, co zrobiła.
    - Oczywiście, podziękuję. Możecie mi teraz powiedzieć, jak wróciliście do własnych ciał? Bardzo mnie to interesuje.
    Opowiedzieliśmy jej ogólnikowo, jak czuliśmy się w nie swoich ciałach, co się działo po przemianie. Słuchała bardzo uważnie, nie wtrącała się, nie zadawała pytań. Bardzo się z tego cieszyłam, bo bałam się, że gdyby mi przerwała, straciłabym wątek.
    Potem przeszłam do historii, która zdarzyła się na obiedzie. Opowiedziałam, jak Alex wyznał mi miłość i pocałował i co działo się potem. A było co opowiadać!
    - Najpierw poczułam delikatne mrowienie w palcach u nóg, potem przeszło na resztę ciała, straciłam panowanie nad ciałem i runęłam na ziemię. A Alex za mną. Upadliśmy, trzęsąc się, jakbyśmy dostali ataku padaczki. Na szczęście po chwili wszystko ustało i zorientowaliśmy się, że znów jesteśmy w swoich ciałach. nawet nie wiesz, jak bardzo się wtedy cieszyliśmy!
    - No tak! - zawołała Youli. - Pocałunek prawdziwej miłości odwróci czar. Tak jak to zwykle w bajkach bywa - zaśmiała się, a my jej zawtórowaliśmy. 
     Gdy już zagadkę zamiany ciał mieliśmy rozwiązaną, zaczęliśmy rozmawiać o nas. O tym co było, co jest i co będzie. Wspominaliśmy dzieje, kiedy jako młode dzieciaki chodziliśmy ze sobą, kiedy wszystko było proste. Teraz wszystko się komplikowało, nawet gdy wydawało się, że sprawa jest najprostsza na świecie. Zawsze los i my musimy wybierać inną drogę.
    Postanowiliśmy z Alexem żyć teraźniejszością. Nie martwić się przyszłością. Co Nyks nam ześle, tak też będzie. Nic na to nie poradzimy, więc po co sami mamy planować przyszłość, skoro ta została już zaplanowana z dniem naszego poczęcia, a może i jeszcze wcześniej?


~~ Becky ~~

    - Czego się boisz? - zapytał.
    W jednej chwili w mojej głowie pojawiło się setki myśli:
    Boję się tego, że będę zwykłym, szarym człowiekiem. tego, że nie spotkam osoby, która uczyni moje życie wyjątkowym.
    Tego, że nie będę w stanie dawać radości osobom, które kocham. Boję się życia...
    A najbardziej boję się tego, że nigdy nie zrozumiesz, co chcę ci powiedzieć, że jesteś dla mnie cholernie ważny...
    - Boję się pająków - odpowiedziałam. Chłopak zaśmiał się serdecznie i przytulił mnie mocno do siebie.
    - Tak, ja też - szepnął mi do ucha. Poczułam jego przyjemny zapach, gdy muskał moją żuchwę swoimi ustami. Gdy w końcu natrafił na moje usta, namiętnie mnie pocałował. Tak bardzo uwielbiałam się z nim całować! Było bardzo przyjemnie. W brzuchu mnie ściskało, jakby każdy pocałunek był naszym pierwszym. Czułam się, jakbym była naprawdę zakochana. Może i byłam. Sama nie wiedziałam. Bo gdy mnie całował, przestawałam myśleć. Nic innego się nie liczyło. Tylko on i jego pełne usta
    Nawet się nie zaróżowiłam, choć powinnam, bo dokładnie wiedział, o czym myślałam. Skojarzenie było fajną sprawą, ale nie w takich momentach jak ten.
    Lecz może to dobrze, że mógł to wyszperać z moich myśli? Jeśli by tego nie zrobił, sama musiałabym mu o tym kiedyś powiedzieć. A tak to już się tym nie przejmowałam.
    - Nie chcę, żebyś wyjeżdżała - pożalił się.
    - Ja też. Dobrze mi jest tak, jak jest. Ale muszę. Gdybym nie wróciła, przysłaliby jakiś oddział specjalny tu po mnie. A Filip chyba by oszalał! - Zaśmiałam się, wyobrażając sobie minę mojego brata, kiedy usłyszałby, że nie wracam z nim do szkoły.
    - Tak, chyba masz rację. Co nie zmienia faktu, że będę za tobą tęsknić. Baardzo! - wymruczał znów obsypując mnie pocałunkami.
    Siedziałam z Louisem w jego pokoju w hotelu na łóżku. To było nasze ostatnie spotkanie przed moim wyjazdem do Dundee. Gdy w końcu, po tylu dniach żałoby, znalazłam szczęście, musiałam je opuścić.Nie było to sprawiedliwe, ale czy życie w ogóle kiedykolwiek jest sprawiedliwe?
    Pożegnania zawsze są trudne. Bez względu na to, czy wyjeżdża się na rok, dzień czy godzinę. Gdyby nie Louis chętniej wracałabym do szkoły. W końcu to jedyne miejsce, gdzie mogę się uczyć tego, co naprawdę mnie ciekawi i przyda się w życiu. Teraz było mi smutno. Gdy już dojadę do szkoły, nie będę miała czasu na spotykanie się z Louisem. Oczywiście pomijając fakt, że w ogóle dostałabym pozwolenie na wyjście poza teren szkolny.
    Jeden z najważniejszych argumentów przemawiających za powrotem do szkoły to to, że w każdej chwili mogła zacząć się moja pierwsza przemiana. Za dwa tygodnie moje urodziny. W ciągu tych kilkunastu dni może wydarzyć się wszystko. A bardzo chciałabym mieć przy sobie Nancy, gdy zacznie się moja pierwsza przemiana. Ona wie, co w takich chwilach robić. Czułabym się przy niej bezpieczna. Względnie, oczywiście. Bo co się wydarzy, tego nikt nie wie. Chyba tylko sama Nyks.


~~*~~*~~*~~*~~

     Hej! Rozdział z lekkim poślizgiem, ale jest przynajmniej dłuższy niż poprzednie. Przynajmniej tak uważam. Poza tym ostatnio coś mało komentujecie. Nie tylko tutaj, ale i na drugim blogu też. Nie wiem, dlaczego. Rozumiem, że wystawianie ocen, ostatnie poprawy, ale jakoś tak mi przykro. Może po prostu wam się nie podoba? Cóż, ja to tak odbieram.
    Końcówkę pisało mi się strasznie opornie, dlatego może być tragiczna :D
     Nie zanudzam Was więcej!
Zuza♥

piątek, 2 maja 2014

*16. "Miałem wszystko, o czym kiedyś marzyłem."

Tym razem z dedykacją dla kochanych dziewczynek, które wiedzą, co to "konkretny beton". Za te dziwne rozmowy na wfie, za wsparcie, rozśmieszanie, za jedną lekcję techniki, dzięki której dowiedziałam się, jak dziwnie jest Tam... ;p Za tę grę w Państwa, miasta...! Musimy to kiedyś powtórzyć! Było cudownie!! ;* Dziękuję za te niesamowite smsy i to, że mnie rozumiecie w pewnych sytuacjach jak nikt inny - no może oprócz Bells, ale ona to ona! ;* Boję się pomyśleć, co by było, gdyby pewne wydarzenia nie miały miejsca... ♥ Thank you!
I nie, nie śledziłam Cię!! ;p Ależ te wtorki są pamiętne! W każdym razie dedykacja dla moich dziewczynek i dla tego, co myśli, że mu wszystko wolno i że to frajda dla mnie go śledzić, gdy idzie do łazienki ;p ;**



"Pamiętaj, że wszystkie światy biegną do swego końca, oraz że szlachetna śmierć jest skarbem i nikt nie jest zbyt ubogi, aby go nabyć." - C.S. Lewis "Ostatnia Bitwa"


~~*~~*~~*~~*~~

~~ Zayn ~~

   Przez ostatnie kilka dni zastanawiałem się, jakby to wszystko rozegrać, by wyszło jak najlepiej: zjawiskowo, skutecznie i boleśnie. Pragnąłem czerpać przyjemność z ich bólu, patrzeć na wykrzywione twarze, słuchać ich krzyku, błagań o litość.
    Byłem Wampirem i kręciło mnie to.
    Od wczoraj obserwowałem wysoki dom na przedmieściach. Niczym szczególnym się nie wyróżniał. Zwykły jednorodzinny dom, których pełno na całym świecie.
    Jak dotąd nic się nie wydarzyło. Nie dziwiło mnie to. W końcu dochodziła dziewiąta rano. W dodatku były wakacje. Kto normalny wstawałby tak szybko, gdyby nie musiał? Sam chętnie spędziłbym ranek w pokoju z woreczkiem krwi w dłoni. Jednak obowiązki wzywały. Za pięć dni wrócą do szkoły i szansa przepadnie. Poza tym nie chciałbym się narazić Stylesowi. Odkąd chłopaki go wystawili, bardzo skrupulatnie dobierał ludzi do ważnych zadań. Tylko tym, którym ufał, powierzał tajne misje. Reszta tworzyła sztuczny tłum wokół niego i uczyła się walczyć.
    Siedziałem między drzewami naprzeciwko domu na ławce skupiony na zadaniu. Nic nie miało prawa mnie rozproszyć.
    Utkwiłem wzrok w oknie i czekałem.
    Moja cierpliwość została nagrodzona. Już po kilku minutach ujrzałem, jak roleta podnosi się do góry. Po chwili pojawiła się blondynka, która uchyliła okno i wyjrzała na zewnątrz. Na jej ustach jaśniał uśmiech.
    - Już niedługo - mruknąłem przez zaciśnięte zęby.
    Koło dziewczyny zobaczyłem wysokiego bruneta, który pocałował ją delikatnie w policzek. Chyba ze sobą rozmawiali, bo zauważyłem ruchy warg.
    Potem zniknęli. Siedziałem jak na szpilkach, wpatrując się w widoczną między drzewami część domu. Wiedziałem, że nie powinienem wykonywać żadnych gwałtownych ruchów, że musiałem czekać. Lecz chęć działania była silna, prawie nie do zniesienia. Właśnie, prawie. Wytrzymałem. Jestem Zayn Malik i nikt nie zdoła mnie pokonać! Zacisnąłem palce na niebieskiej szmatce i uśmiechnąłem się.


~~ Damien ~~

    - Najpierw chciałaś wyjść na zakupy jak najwcześniej, żeby mieć jak najwięcej czasu w centrum, a teraz ciągle czegoś szukasz. Nie moglibyśmy już iść? I czego ty właściwie szukasz?
    - Nie widziałeś mojej ulubionej bluzki? - zapytała Alice, wyłaniając się z pokoju na chwilę. Nie czekając na moją odpowiedź, wróciła do poszukiwań.
    - Jakiej?
    - Och, no wiesz...! - rzuciła zdenerwowana. - Ta taka niebieska z flagą Wielkiej Brytanii. Chciałam ją założyć, ale nigdzie jej nie ma.
    - Przykro mi, też jej nie widziałem. Może w ogóle jej nie zabrałaś ze sobą? - zasugerowałem. - Zawsze pakujesz się w takim chaosie, w którym nietrudno o pomyłkę. Poza tym mieszkasz z dwiema dziewczynami. Mogłaś na przykład wziąć spódnicę Prue, a Becky twoją bluzkę, nie uważasz?
    - Ale ja wiem, że ją pakowałam! Jestem tego pewna! - zawołała, wyrzucając wszystkie ciuchy z walizki.
    - Przecież już się ubrałaś. Poszukasz jej, jak wrócimy. Teraz marnujemy tylko czas!
    Spojrzała na mnie i już wiedziałem,  że wygrałem.
    - Chyba masz rację. Przepraszam. Nie wiem, dlaczego zaczęłam panikować. Później zadzwonię do Becky i spytam, czy aby jej nie zabrała. - Uśmiechnęła się.
    - Dobra decyzja. To co, możemy już iść? - spytałem.
    - Od kiedy ty jesteś takim fanem zakupów? - zdziwiła się, chwytając torebkę i ciągnąc mnie za sobą po schodach.
    - Sam się sobie dziwię. Co się ze mną dzieje?
    - Miłość zmienia ludzi - zauważyła. - Na lepsze! - podkreśliła i ruszyła biegiem do bramy. Pokręciłem głową, nie wierząc we własne szczęście. Miałem wszystko, o czym kiedyś marzyłem. Prawdziwych przyjaciół, ukochaną dziewczynę.
    Mamo, tato, szkoda, że nie jesteście tu ze mną. Wtedy byłoby idealnie.


~~ Alice ~~

   Słońce mocno przygrzewało, wiał ciepły, delikatny wiatr, który rozwiewał moje blond włosy. Postanowiliśmy przespacerować się do centrum handlowego, choć to kawałek od mojego domu. Pogoda była piękna, niebo bezchmurne, więc nawet dziesięć kilometrów nie robiłoby mi wielkiej różnicy.
    Idąc wzdłuż ulicy, przy której stał mój dom, słyszeliśmy ptaki, które przelatywały nad naszymi głowami, szukając pokarmu, czy gałązek do gniazd. Nie było tu wysokich biurowców, drapaczy chmur. Znajdowały się tutaj natomiast jednorodzinne domki; jedne skromne i bez przepychu, drugie natomiast wyglądem przypominały wille z filmów, które uwielbiałam oglądać.
    Im dalej wędrowaliśmy, tym coraz bardziej zmieniał się krajobraz. Coraz częściej pojawiały się wysokie budynki, w których ludzie od rana do wieczora pracowali, stare kamienice i kilka drapaczy chmur.
    Pokonywałam tę drogę już z milion razy, lecz teraz wydawała mi się całkiem inna. Nie dlatego, że coś się w tym miejscu zmieniło. Wręcz przeciwnie. Wszystko stało tak, jak zapamiętałam z ostatniej wycieczki. Jedyna zmiana to taka, że towarzyszył mi Damien.
    Pewnym krokiem skręciłam w dobrze znaną mi ulicę. Po minucie, może dwóch moim oczom ukazał się rząd małych sklepików. Podskoczyłam uradowana, pociągnęłam chłopaka za rękę, by się pospieszył. Uwielbiałam zakupy. A te w Japonii w szczególności. Zawsze znalazłam coś, co po prostu musiałam mieć!
    Tym razem miałam wytyczony cel. Niedługo Becky będzie miała urodziny i powinnam jej kupić jakiś prezent. Nie wiedziałam, czego dokładnie szukać, ale byłam pewna, że to właśnie tu tę rzecz znajdę.
    Weszliśmy do pierwszego sklepu. Przeglądałam ubrania na wieszakach, a Damien, jak to on, zaczął marudzić. Ogólnie to na wszystko. A to, że jestem wybredna, że mu się jeść chce, że jest za ciepło, że za zimno. W każdym sklepie znalazł coś, na co mógłby pomarudzić. Nie zwracałam na niego uwagi. Ciągle szukałam czegoś dla siebie i dla Becky. Może kupię coś również dla Prue?
    Przymierzyłam mnóstwo ciuchów, butów, bransoletek, naszyjników. Wypróbowałam chyba wszystkie kosmetyki. Po trzech godzinach dałam się namówić na lunch. Poszliśmy do kawiarenki. Zamówiliśmy kawę i coś do jedzenia i usiedliśmy przy stoliku.
    - Nareszcie chwila wolnego! - zawołał z ulgą Damien.
    - Nie przesadzaj, czym się tak zmęczyłeś? Tylko niesiesz jedną torbę, a gdy tylko wejdziemy do sklepu, ty od razu siadasz - powiedziałam ze zdziwieniem.
    - Po prostu... Nieważne. - Pokręcił głową. Siedzieliśmy chwilę w milczeniu. Gdy kelnerka przyniosła nasze zamówienie, chłopak od razu rzucił się na kawę. Zauważyłam, że ostatnio prawie nie rozstaje się z czarnym napojem. Już miałam go o to zapytać, jednak w ostatniej chwili zrezygnowałam. Coś innego przykuło moją uwagę. A ściślej mówiąc, ktoś inny. Parę stolików dalej siedział chłopak, który wyglądał na chorego; miał delikatne cienie pod oczami, bladą skórę i nieco przekrwione oczy. Może nie zwróciłabym na niego uwagi, gdyby nie fakt, że się nam przyglądał i śledził odkąd wyszliśmy ze sklepu z butami.
    Szturchnęłam delikatnie Damiena w ramię i powiedziałam mu o moich spostrzeżeniach.
    - Ty też go zauważyłaś? Pijawa kręci się tu od jakiegoś czasu. Wydaje mi się, że chciałby z nami porozmawiać. - Uśmiechnął się łobuzersko i dopił swoją kawę. Wstał, nie spiesząc się. Włożyłam do ust ostatni kawałek ciasta i poszłam za nim. Dziwny chłopak również wstał i skierował się w nasza stronę.
    Gdyby był Wampirem, wyjaśniałoby to jego bladość i ogólny wygląd umarlaka. Tylko skąd taka pewność, że to nasz wróg numer jeden? Nigdzie nie czułam zapachu Pijawek, lecz może potrafił zrobić tak, żebyśmy go nie wyczuli? Albo miałam za mało wyczulony nos na ich odór?
    Wierzyłam jednak w instynkt Damiena. On by się w takiej sprawie nie pomylił. Tylko co zamierza zrobić?
    Tymczasem chłopak kierował mnie w rejony miasta, których nikt nie zamieszkiwał. Stały tam tylko stare, nieużywane od dawna budynki, które groziły zawaleniem. Idealne miejsce na konfrontacje z Wampirem.
    Wzdrygnęłam się na samą myśl o walce. Nas było dwóch, on jeden, ale i tak się bałam. Ćwiczenia, ćwiczeniami, ale prawdziwe życie wygląda zgoła inaczej. Ale i w tej kwestii całkowicie ufałam Damienowi. Przecież gdyby nie miał pewności, że wygramy, nie narażałby nas na tak wielkie niebezpieczeństwo, prawda?
    Mimo wszystko starałam sobie przypomnieć podstawy samoobrony. Na moją moc nie miałam co liczyć. Kompletnie nad nią nie panowałam. Zamrażałam wszystko wokół, kiedy tego nie chciałam. Jedynie raz udało mi się zamienić wodę w lód, gdy Damien chciał ją na mnie wylać. Całkiem niezła metoda na nauczenie mnie jak władać moją mocą. Tak naprawdę to bardzo zdziwił mnie fakt, że pozwolono mi wyjechać do Japonii z tak bardzo nieogarniętą mocą. Dopiero po jakimś czasie zorientowałam się, że zrobili to tylko dlatego, że Damien miał mi towarzyszyć. To do niego mieli pełne zaufanie. Wiedzieli, że nie pozwoliłby mi się zdemaskować przed ludźmi. Zdawali sobie sprawę, że potrafi mnie obronić przed całym złem świata. Był moim księciem na białym koniu. Tylko czy ja go potrzebowałam?
    Oczywiście, ze tak, idiotko - zawołała jakaś część mnie. Ta, która uwielbiała, gdy czytano jej bajki o księżniczkach.
    Wcale że nie! Doskonale dasz sobie radę sama. Dobrze wiesz, że bez twojej pomocy sobie nie poradzi. Musisz uwierzyć w siebie i swoją moc! - usłyszałam drugi głos w głowie, który bardziej mi się podobał. Wolałam być potrzebna niż zawadzać.
   A więc do dzieła!
   Damien zatrzymał się na końcu ślepej uliczki. Cała sceneria wyglądała dokładnie tak, jak na filmach akcji. Opuszczony zaułek, dobrzy i źli goście, którzy posiadają nadludzkie moce. I do tego na dokładkę ja. Miałam nadzieję, że, tak jak w filmach, dobra strona zwycięży.
    Odwróciliśmy się o sto osiemdziesiąt stopni. Stanęliśmy na ugiętych lekko w kolanach nogach i czekaliśmy. Już po chwili zjawił się wysoki brunet o czekoladowych oczach i z kilkudniowym zarostem na twarzy. Uśmiechał się jakby go ktoś przed sekundą uderzył mocno w brzuch. Nosił czarne dżinsy, szarą koszulkę i czarną skórzaną kurtkę, spod której widać było coś niebieskiego. Do bioder przypięty miał pas z całym arsenałem noży. Z pewnością posrebrzanych. Prawą ręką powoli sięgnął do broni. Nie wyciągnął jej jednak. Zatrzymał dłoń na rękojeści i patrzył.
    Z gardła Damiena wydobył się cichy warkot.
    - Czego chcesz? Kim jesteś i kto cię przysłał? - zawołał, spoglądając mu prosto w oczy.
    - Chyba doskonale znasz odpowiedzi na swoje pytania - odparł spokojnie. - Ale skoro już zapytałeś. Jestem Zayn, przysłał mnie Styles i cóż... Mam za zadanie was zabić. - Wzruszył ramionami.
    - Nie wyglądasz jak Zayn Malik - zaprotestowałam. Chłopak tylko się zaśmiał. Zamknął oczy, a wokół niego pojawiło się mnóstwo małych świecących punktów. Gdy te już zniknęły, stał przed nami najprawdziwszy Zayn Malik.
    - Surprise! - Rozłożył ręce, śmiejąc się z naszych ogłupiałych min.
    Szybko otrząsnęliśmy się z zaskoczenia. Należało być czujnym przez cały czas. Mieliśmy do czynienia z groźnym przeciwnikiem. Do tego nieźle uzbrojonym. My nie posiadaliśmy nawet głupiego scyzoryka.
    Nim zdążyłam jakoś zareagować, Wampir rzucił się na nas z niesamowitą prędkością. Damien skoczył do przodu, jednocześnie odpychając mnie od nich. Przeleciałam kilka metrów, uderzyłam plecami w zabite deskami okno. Drewno połamało się i wpuściło mnie do budynku. Upadłam na twardą podłogę. Przez kilka minut kręciło mi się w głowie, nic nie mogłam przed sobą zobaczyć. Czułam tylko silny ból w głowie i plecach.
    Gdy znów zaczęłam myśleć, a mój wzrok mógł skupić się na konkretnych przedmiotach, spróbowałam wstać. Za pierwszym razem mi się to nie udało. Kiedy tak leżałam na plecach, mobilizując siły, poczułam zapach krwi. Nie miałam pewności, czy była to moja krew, czy Damiena, lecz świadomość tego, że Wampir mógł skrzywdzić mojego ukochanego, dodała mi energii. Podniosłam się obolała najpierw na kolana, potem stanęłam na chwiejących się nogach. Poruszyłam najpierw lewą ręką, następnie prawą, by sprawdzić, czy nic mi się nie stało. Podniósłszy prawą rękę do góry, poczułam niemiłosierny ból w barku i usłyszałam chrupanie kości. Skrzywiłam się, lecz to nie powstrzymało mnie przed niesieniem pomocy Damienowi. Zakodowałam sobie w głowie, by nie wykonywać gwałtownych ruchów prawym ramieniem. Podeszłam do okna, przez które wleciałam do starego budynku. Przeskoczyłam parapet z gracją Zmiennokształtnego. To co zauważyłam na zewnątrz, zmroziło mi krew w żyłach i sprawiło, że nie potrafiłam się ruszyć.
    Damien leżał na plecach w kałuży czerwonej krwi. Bez wątpienia była jego. Zayn stał nad nim, dzierżąc w dłoni ostry, srebrny sztylet. Nie widziałam całej jego twarzy, ale z tego fragmentu, który odwrócony był w moją stronę, dostrzegałam tryumf.  Chłopak podniósł broń nad głowę. Szykował się do ostatecznego uderzenia, gdy we mnie coś się zmieniło. Cały paraliż uciekł, została tylko obawa o chłopaka. Nie myśląc o niczym, ruszyłam biegiem w kierunku Wampira. Wpadłam na jego twarde plecy, wytrącając mu z dłoni broń. Usłyszałam wrzask zdziwienia i furii wydobywający się z jego klatki piersiowej. Szybko odsunęłam się od niego i z całej siły kopnęłam w brzuch. Zachwiał się delikatnie, lecz utrzymał na nogach. Sięgnął po następny nóż. Tego nie przewidziałam. Czyżbym za chwilę miała umrzeć? Zayn był coraz bliżej...
    W ostatnim momencie, kiedy chłopak pewniej zacisnął palce na rękojeści, podniosłam prawą rękę do góry. Całkowicie zapomniałam, że mnie bolała. Ale teraz nie obchodził mnie złamany bark. Liczyła się moc, którą Nyks mi podarowała, która wystrzeliła spomiędzy palców w postaci lodowatej mgły. Jak lina owinęła się najpierw wokół dłoni Zayn'a, w której trzymał sztylet, następnie ogarnęła go całego, zamieniając jego ciało w jeden wielki lód.
    Stałam tak jeszcze przez kolejne minuty z wyciągniętą ręką, patrząc w zamrożone oczy Wampira. Ocknęłam się z otępienia dopiero, kiedy usłyszałam cichy jęk Damiena. Podbiegłam do chłopaka, uklęknęłam i spojrzałam na zakrwawioną twarz. Z moich oczu pociekły łzy radości i ulgi.
    - Żyjesz - szepnęłam, całując go delikatnie w usta.
    - Tak łatwo się mnie nie pozbędziesz. - Zaśmiał się cicho. Próbował się podnieść, ale stanowczo mu tego zabroniłam, kładąc dłoń na jego piersi. - Gdzie ta Pijawa? - spytał, rozglądając się wokół.
    - Spokojnie. Poradziłam sobie z nim. Nie martw się. Już jesteśmy bezpieczni.
    - To dobrze. Nic ci nie jest?
    - Będę miała kilka ładnych siniaków i może gips, ale poza tym jest świetnie - odparłam. - Myślisz, że jak zadzwonię do mamy to po nas przyjedzie? Bo w takim stanie, w jakim ty jesteś, na pewno nie pojedziesz taksówką.
    - Lepiej skontaktuj się z babcią. Ona bardziej mnie lubi.
    - Chyba masz rację. Poczekaj tu i nigdzie się nie ruszaj! Zaraz wracam.
    - Zauważyłaś, że we wewnętrznej kieszeni kurtki miał twoją bluzkę? - zapytał, kiedy już miałam odejść. Zamarłam na moment, nie wiedząc, co robić. Postanowiłam, że najpierw powinnam pomóc chłopakowi.
    Wstałam, odeszłam parę kroków od Damiena, wyciągnęłam z kieszeni telefon i wybrałam numer babci. Rozmawiając z nią, zerknęłam w miejsce, gdzie zostawiłam Zayna. Po chłopaku nie było ani śladu.


~~*~~*~~*~~*~~

    Hej :) Jak tam majówka? U mnie padało, ale już jest ok. Jak Wam się podobał rozdział? Koniecznie piszcie, co o nim myślicie i czy domyślaliście się czegoś podobnego.
    W wolnej chwili zapraszam na mojego drugiego BLOGA - nie o wilkach, ale również fantastyka. Jeśli lubicie mój styl pisania, na pewno Wam się spodoba!
    Kto jeszcze nie głosował, niech odda swój głos w ANKIECIE!
    Tak szybko zleciał ten czas! jeszcze nie tak dawno zastanawiałam się, jaką sukienkę kupić na bal, a tu proszę, bal już w przyszłą sobotę, a ja nadal nie mam butów :D Ale co taam! :)
    Do zobaczenia!
Zuza♥