Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zayn malik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zayn malik. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 kwietnia 2015

*37. "Pamiętaj, Prue jest moja!"

Dla wszystkich ludzi, którzy sprawiają, że każdy dzień staje się piękniejszy od poprzedniego <3



"Czasem nie chodzi o to, żeby wygrać, lecz o to, żeby się nie poddać." - Lidia Helena Zelman


~~*~~*~~*~~*~~

~~ Stark ~~

    Siedziałem w swoim gabinecie i przeglądałem szkolne papiery, które od dawna zalegały na moim biurku. Ostatnio moją głowę zaprzątały inne problemy i nie potrafiłem skupić się na papierkowej robocie. A tej z każdą chwilą przybywało. Wszystkie raporty, sprawozdania, protokoły kumulowały się w teczkach i prosiły o przeczytanie. Aż w końcu było ich tak dużo, że nie potrafiłem między nimi niczego znaleźć, więc postanowiłem poświęcić jedno popołudnie na uporządkowanie ich.
    Właśnie zamierzałem odłożyć część dokumentów, z którymi się już zapoznałem, gdy usłyszałem kroki i cichą rozmowę na korytarzu. Niemal od razu rozpoznałem głos Prue, lecz nie potrafiłem zidentyfikować drugiego, męskiego, niskiego głosu.
    Zastali mnie, gdy zabierałem się do kolejnej grupy papierów. Postanowiłem nie przejmować się gośćmi, dopóki nie zapukają do gabinetu. Przecież istniała możliwość, że nie wybrali się do mnie. Jak się po chwili okazało, weszli jednak do mojego pokoju. Najpierw dziewczyna.
    - Witaj, Stark - przywitała się uprzejmie, choć wydawało mi się, że dostrzegłem nutę niechęci do mojej osoby. Może dlatego, że nie zatrzymałem Chrisa w stadzie?
    - Dzień dobry. Co cię do mnie sprowadza? - zapytałem, wskazując jej rękę fotel przed moim biurkiem i zachęcając, by usiadła. Prue została jednak w progu.
    - Przyprowadziłam gościa. Chciałby z tobą koniecznie porozmawiać - wyjaśniła. Przesunęła się delikatnie w prawo, by mężczyzna, dotąd kryjący się na korytarzu, mógł swobodnie wejść do gabinetu. Ujrzałem wysokiego, postawnego faceta, w którym od razu rozpoznałem Dereka Cartera.
    W pierwszej chwili zaniemówiłem. Przetarłem oczy pięściami, sądząc, że mam omamy. Gdy jednak nie zniknął, przeraziłem się. Skąd on się wziął? Przecież miał nie żyć od kilkunastu lat! Czego teraz będzie ode mnie chciał? Przez te wszystkie lata trochę grzechów się uzbierało na moim koncie. Bałem się, że wszystkie mi wytknie, pozbawi posady, przejmie dowództwo w stadzie i zostanę z niczym.
    Derek uśmiechnął się jednak do mnie serdecznie, podszedł do biurka i usiadł na fotelu, nie czekając, aż mu to zaproponuję. Oszołomiony, nie miałem pojęcia, od czego zacząć; zaproponować mu coś do picia, czy od razu przejść do rzeczy? Ciągle wpatrywałem się w niego z niedowierzaniem i niemałym lękiem w oczach.
    Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że nadal stojąc, robię z siebie głupka. Usiadłem więc pospiesznie za biurkiem, odgarnąłem resztę papierów na bok i spojrzałem mu prosto w oczy, po raz pierwszy odkąd wszedł do tego pokoju. Były niesamowicie błękitne, lecz dojrzałem w nich pewien ciemny błysk. Zdawały się przewiercać mnie na wylot. Wydawało mi się, że już wszystko wie, że zna moje najskrytsze sekrety. Pytanie tylko: skąd?

~~ Alice ~~

    Szykowało się kolejne starcie. Tego byliśmy wszyscy pewni. Wampiry tak łatwo nie odpuszczą, będą walczyły do końca.
    Starałam się o tym tak nie myśleć, przygotowując się do ataku. Co chwila słyszałam komunikaty o zagrożeniu, płynące z szkolnego radia, ale próbowałam skupić się na czymś innym. Zastanawiałam się na przykład, gdzie znajdowali się Prue, Chris i Filip i czy zdążą wrócić przed rozpoczęciem walk. Czy udało im się odmienić jej ojca?
    W międzyczasie ściągnęłam marynarkę i mieniłam buty na wygodne czarne trampki. Razem z Becky miałyśmy za zadanie rozgłosić alarm tam, gdzie nie dosięgały głośniki radia. Przebiegłyśmy cicho i ostrożnie do stajni, ale na szczęście nikogo tam nie było. Następnie udałyśmy się do bramy wejściowej, by upewnić się, że została dokładnie zamknięta.
    Nauczyciele i uczniowie starszych klas rzucali różne czary ochronne na szkołę, lecz to chyba niewiele pomoże. Skoro Wampiry przedostały się już do lasu w pobliże naszego terenu, nic ich nie powstrzyma. Ale może choć trochę opóźni atak i da nam kilka dodatkowych minut na zorganizowanie obrony.
    W całym tym zamieszaniu tylko raz dostrzegłam Damiena, gdy razem z innymi stawiał mur obronny od strony lasu. Pragnęłam być z nim, w tych ostatnich minutach ciszy przed burzą, ale każdy z nas miał swoją pracę, od której nie mógł się oderwać, choćby nie wiem co. Wszystko, co robiliśmy, było ważne, każdy, nawet najdrobniejszy szczegół mógł przesądzić o naszym losie.
    W pewnym momencie, ktoś zauważył, że Stark nie stawił się przed szkołą, by pomagać jej bronić. Niektórzy zaczęli szeptać, że nie zależy już mu na nas, że uciekł, gdy tylko usłyszał pierwsze alarmy. Któryś z nauczycieli przekonywał o jego lojalności, inny wręcz zażądał, by ktoś po niego poszedł. Zgłosiłam się na ochotnika, ponieważ i tak nie miałam jak na razie nic do roboty i tylko zawadzałam tym, co starali się jak tylko mogli, by nasza obrona okazała się mocniejsza od Wampirów i ich ataku.
    Biegiem pokonałam odległość dzielącą główny budynek szkoły od tego, gdzie znajdowały się sypialnie nauczycieli oraz gabinet dyrektora. Mijałam wielu ludzi, głównie spieszyli się w przeciwnym kierunku niż ja. W mgnieniu oka pokonałam schody i stanęłam przed drzwiami biura Starka w momencie, gdy ktoś je otworzył. Sądząc, że to sam dyrektor, w końcu pofatyguje się nam pomóc, od razu zaczęłam krzyczeć, że dobrze, że już idzie, bo niedługo się zacznie. Jednak gdy spojrzałam na osobę, która wyłoniła się z pokoju, zaniemówiłam. Dziewczyna od razu wykorzystała sytuację i zasypała mnie milionami pytań.
    - Prue? - spytałam po chwili, nie odpowiadając wcześniej  na ani jedno zadane pytanie. - Już wróciliście? Co z twoim tatą? Gdzie reszta? Tak się o was martwiłam! - zawołałam i przytuliłam ją bardzo mocno, nie pozwalając jej dojść do słowa. Na moment zapomniałam o grożącym nam niebezpieczeństwie.
    - Wszystko w porządku, właśnie odprowadzałam tatę do Starka, bo chciał z nim porozmawiać. A chłopcy powinni już tutaj być. Wysłałam ich nieco wcześniej niż sama wystartowałam - usłyszałam w jej głosie nutkę strachu i zdziwienia.
    - Na pewno już są. Pewnie w tym całym bałaganie ich nie dostrzegłam - zapewniłam.
    - No właśnie, co się dzieje? Zaczęłaś coś opowiadać a potem nagle zamilkłaś - odezwała się Prue.
    - Opowiem ci po drodze. A teraz chodźmy, znajdziemy chłopaków - postanowiłam i pociągnęłam przyjaciółkę za rękę.
    Idąc na dwór, opowiedziałam jej pokrótce, jak Shane zauważył przedzierający się na nasz teren pocisk Wampirów, jak wszyscy szybko zareagowali na alarm, o tym, że teraz każdy szykuje się do walki. Prue wydała się zszokowana wiadomościami, ale zasmuciła się również, słysząc je.
    - To wszystko moja wina - przyznała. - To mnie chce dorwać Styles, nikogo innego. - Westchnęła.
    - Nawet jeśli tak jest, to każdy, podkreślam, każdy będzie chciał cię obronić, bo wszyscy wiemy, że jeśli to ty z nim wygrasz, już nikogo nie skrzywdzą Wampiry - zapewniłam. Nie starałam się kłamać, bo wiedziałam, co o tym wszystkim myśli Prue i że nie zmienię jej nastawienia. Pragnęłam jej jedynie pokazać, że będziemy za nią stać murem, mimo wszystko.
    - Dziękuję, jesteś najlepszą przyjaciółką - szepnęła tylko.

~~ Chris ~~

    - Gdzie my do jasnej cholery jesteśmy? - zawołałem, rozglądając się dookoła. Niczego nie widziałem, co mnie niemiłosiernie wkurzało, bo zawsze, ale to zawsze polegałem na swoich zmysłach. Wytężyłem słuch, lecz jedyne, co zdołałem zarejestrować to ciche tykanie zegara i delikatne dzwonienie, gdzieś w oddali, jakby czymś zagłuszone.
    - Uspokój się, jesteśmy w moim pokoju. Posłuchaj mnie, zabrałem cię tutaj, bo czuję, że coś się dzieje na dole. Powinniśmy się najpierw dowiedzieć, o co chodzi, nie uważasz? - zapytał rozsądnie. Pokiwałem głową, choć nie byłem pewny, czy zauważył ten gest. - Zadzwonię do Becky - zaproponował. Zobaczyłem blask ekranu, gdy wybierał numer siostry. Potem już tylko stałem i czekałem, aż odbierze. Ale jej telefon pozostawał głuchy. Zdziwiony Filip rozłączył się i spojrzał na mnie. W świetle padającym z wyświetlacza dostrzegłem jego zmartwienie na twarzy. Obawiał się czegoś najgorszego. Serce zabiło mi szybciej. Miałem nadzieję, że Prue jeszcze do szkoły nie dotarła.
    Usłyszawszy dźwięk swojego telefonu, zamarłem na moment. W ułamku sekundy zreflektowałem się jednak i odebrałem w mgnieniu oka. Zanim zobaczyłem na wyświetlacz, wiedziałem, kto dzwonił.
    - Prue, gdzie jesteś? - zapytałem od razu. Przechadzałem się po pokoju ze zdenerwowania.
    - W szkole, właśnie znalazłam Alice i wszystko mi opowiedziała. Wampiry prawie trafiły Shane'a i Chloe, gdy byli na spacerze. Cała szkoła oszalała i przygotowuje się do napaści - zrelacjonowała szybko. - A wy gdzie jesteście? - zapytała po chwili.
    - W pokoju Filipa. Już do ciebie idę - zawołałem. - Spotkamy się przed biblioteką, okej? - zaproponowałem. Gdy usłyszałem jej zgodę, rozłączyłem się. Filip już otwierał drzwi. Wyszliśmy z pomieszczenia i skierowaliśmy się w stronę biblioteki.

~~ Zayn ~~

    - Harry, bariera została przebita - odezwałem się, gdy tylko dostałem potwierdzenie udanej akcji. - Co teraz? Wszyscy czekają na rozkazy.
    - Ustawić się w gotowości na skraju lasu, tak by dać im znać, że jesteśmy gotowi, ale macie się nie wychylać! - warknął.
    Stał nieco z tyłu i przyglądał się naszym poczynaniom. Wszystkie Wampiry, które zdołał zgromadzić, krzątały się wokół terenu Zmiennokształtnych, próbując swoimi mocami przedostać się na pole wroga. Zajęło nam to dość dużo czasu, bo i przeszkoda okazała się niezwykle trudna. Ale udało się, w końcu mogliśmy swobodnie przejść na ich ziemię.
    - Tak jest. - Zasalutowałem mu jak prawdziwy żołnierz i odszedłem na chwilę, by wypełnić jego polecenia. Wampiry już po chwili stały, gotowe do ataku w kilku zwartych szeregach, wzdłuż linii drzew. Sprawdziłem dokładnie, czy nigdzie nie było żadnej, źle ustawionej osoby i dopiero wtedy wróciłem do Stylesa. Ten nadal stał w tej samej pozycji, w jakiej go zostawiłem - w cieniu zielonych drzew.
    - Wszystko dopięte na ostatni guzik - oznajmiłem, pozwalając sobie na delikatny uśmiech. Harry spojrzał na mnie i skinął głową na znak, że przyjął moje słowa. Już miałem odejść, bo sądziłem, że się nie odezwie, gdy wypowiedział bardzo cichym głosem dwa zdania.
    - A więc do ataku - rozkazał. - Pamiętaj, Prue jest moja! - zastrzegł, spoglądając na mnie z mściwością w oczach. Przeraziłem się go nie pierwszy raz w życiu. Ale tym razem w jego spojrzeniu dostrzegłem szaleństwo obłąkanego ćpuna a nie normalnego Wampira, chcącego pomścić śmierć ojca.
    - Tak jest! - odezwałem się tylko. - Do ataku! - przekazałem rozkaz pozostałym.

~~ Prue ~~

    Spieszyłam się na spotkanie z Chrisem. Tak bardzo chciałam go zobaczyć! Nie widzieliśmy się góra pół godziny, ale gdy dowiedziałam się, że Alice go nigdzie nie widziała, zaczęłam wymyślać różne niestworzone historie i przestraszyłam się. Bałam się, że mogłam go stracić!
    Gdy tylko go ujrzałam, pobiegłam do niego i wpadłam mu w ramiona. Jemu też ulżyło, gdy mnie zobaczył; wyczułam jak jego ciało odpręża się pod wpływem mojego dotyku. To samo działo się ze mną, kiedy znajdował się bardzo blisko mnie.
    - Kocham cię - szepnęliśmy niemal w tym samym momencie. Zaśmialiśmy się oboje, po czym spojrzeliśmy na uśmiechniętych Filipa i Alice. - To co, pora uratować ten beznadziejny świat, nie uważacie? - zapytał Chris.
    - My razem? Zawsze i wszędzie - potwierdziłam.
    - Bo razem jest zawsze zabawniej - wtrącił się Filip. Parsknęłam śmiechem, lecz już po chwili spoważniałam. Musieliśmy iść im pomóc.
    Pod głównym budynkiem zjawiliśmy się idealnie na czas. Właśnie swój marsz w naszą stronę rozpoczęły Wampiry z Malikiem na czele. Wypatrywałam wśród nich mojego największego wroga, lecz nie potrafiłam go dostrzec. Zapewne ukrył się gdzieś między nimi, by później, w najmniej oczekiwanym momencie wychylić się i mnie dopaść.
    Rozejrzałam się dokoła. Każdy z broniących trzymał w jednej ręce osikowy kołek natomiast drugą przygotowywał się do ataku swoim darem. Ja nawet nie rozglądałam się za wolnym kołkiem, ponieważ wiedziałam, że moja moc koncentruje siłę w obu dłoniach i gdybym jedną miała zajętą, wybuch nie byłby wystarczająco silny, by unicestwić Wampira.
    Jeszcze raz spojrzałam na Pijwy. Większość z nich posiadała coś srebrnego - nóż czy byle wisiorek lub bransoletkę. Zdawali sobie sprawę, że tylko tak mogli nas zabić, nie wliczając swoich supermocy. Wzdrygnęłam się, widząc odbijający się blask zachodzącego słońca w ostrzu srebrnego noża, którym wymachiwał Zayn. Doskonale pamiętałam palący ból, gdy mała drobinka srebra dostała się do mojego brzucha. Co by było, gdyby ktoś zanurzyłby cały nóż w ciele Zmiennokształtnego? Wolałam sobie nawet tego nie wyobrażać.
    Szybko do nas dotarli i niemal w mgnieniu oka zburzyli mur. Lecące odłamki kamieni, zmiażdżyły niektóre Wampiry, które znalazły się najbliżej. Ale było ich tak niewielu, tylko garstka. Pozostali zaatakowali.
    Zareagowaliśmy od razu. Każdy ze Zmiennokształtnych uaktywnił swoją moc; ja zamroziłam kilku na przodzie, dzięki czemu ktoś inny mógł przebić ich nieżyjące od dawna serca kołkami, Chris wysłał ich wysoko w powietrze i roztrzaskał ich głowy o ściany szkoły, Filip i inni rzucali kulami, tak samo jak Wampiry. Lecz znów tylko nieliczni ucierpieli. Większość z atakujących w porę utworzyła pole ochronne, od którego odbiły się nasze moce.
    W pewnym momencie zauważyłam, jak na prawo ode mnie rozległy się okrzyki zdziwienia, bólu i radości jednocześnie. Spojrzałam kątem oka właśnie tam, jednocześnie starając się panować nad sytuacją u siebie. Dostrzegłam Becky całą stojącą w ogniu i rozsyłającą swój żywioł na prawo i lewo. Uśmiechnęłam się uradowana, że jej moc nabiera takiej siły. Byłam z niej niesamowicie dumna!
    Wokół mnie panowało istne piekło. Czułam się, jakbym znalazła się w środku jakiejś trąby powietrznej. Cały czasu huczało, grzmiało, żywioły kontrolowane przez moich bliskich szalały, latały kule energii, Alex przygważdżał do murów Wampiry pędami mocnych roślin a później dobijał je kołkami. Wszędzie wyczuwałam magię. I to było piękne, choć straszne. Ale piękne.
    W pewnym momencie dostrzegłam Stylesa gdzieś pomiędzy Wampirami. Zaczęłam się ku niemu przedzierać, wołać za nim. Lecz on szedł dalej w swoją stronę. Jakby specjalnie chciał wywieść mnie poza zasięg osób, które potrafiłyby mi pomóc. Nie przejmowałam się tym. Dalej brnęłam za nim.
    - Styles! - zawołałam jeszcze głośniej niż do tej pory. Zatrzymał się. Staliśmy oddaleni od siebie kilka metrów. Zostawiłam za sobą cały bałagan. Byłam tylko ja i on. Mój zabójca.

~~*~~*~~*~~*~~

    Hej, dzisiaj króciutko, ponieważ się meeega spieszę ;) Na wasze blogi postaram się wejść jak najszybciej, bo wczoraj byłam na wycieczce we Wrocławiu i w kinie na "Szybkich i wściekłych" a dzisiaj lecę na urodzinki! <3 następnym razem pojawi się epilog drugiej części ;) 

środa, 7 stycznia 2015

*30. "Tak opętał ich umysły, że nawet go nie znając, ludzie go popierali. "

Dziękuję wszystkim, którzy przyczynili się do tak wspaniale spędzonego Sylwestra! Było cudownie! Thanks <3



"Kimkolwiek jesteś, cokolwiek robisz, jeśli naprawdę z całych sił czegoś pragniesz, znaczy to, że pragnienie owo zrodziło się w Duszy Wszechświata. I spełnienie tego pragnienia to twoja misja na Ziemi." - Paulo Coelho


~~*~~*~~*~~*~~

~~ Chris ~~

   Dzień po przyjęciu, które zorganizowali dla mnie moi przyjaciele z okazji moich osiemnastych urodzin, Stark wezwał mnie do siebie. Doskonale wiedziałem, czego ode mnie chciał, więc nawet nie byłem zdziwiony tym zaproszeniem.
    W poniedziałek rano przy śniadaniu, po którym miałem udać się do dyrektora, Damien spojrzał na mnie. Skinąłem lekko głową. Tyle razy pytał mnie, czy wiem, co robię, czy to moja ostateczna decyzja, że wtedy nawet nie musiał wypowiadać tego pytania na głos. Po prostu potwierdziłem mój wybór. Kiedy to zrobiłem, zwiesił zrezygnowany głowę. On został w stadzie. Ale on przecież nie miał powodów do tego, by opuścić watahę. Wręcz przeciwnie - musiał zostać dla Alice. Ja nie miałem tyle szczęścia co mój przyjaciel.
    Stark był bliskim przyjacielem mojej mamy; znali się jeszcze zanim mama wyszła za mąż za mojego ojca, zanim urodził się Jack a potem ja. Często nas odwiedzał, choć nie udawał, że podobało mu się to, że moja mama związała się z człowiekiem. Zawsze był przeciwko. Może dlatego, że sam chciał się jej oświadczyć? A może po prostu dlatego, że wiedział, kim tak naprawdę był mój ojciec. Może przewidział, jak zareaguje, gdy dowie się, kim jesteśmy.
    W końcu wizyty stawały się coraz rzadsze, aż nagle w ogóle przestał przychodzić. Mama bardzo się o niego martwiła i pewnego dnia, gdy Jack był w szkole a mój ojciec w pracy, zabrała mnie do niego. Nie objął jeszcze stanowiska dyrektora, nadal piastował urząd zwykłego nauczyciela w szkole w Dundee. Było już ciemno, gdy stanęliśmy przed szkolną bramą. W tamtych czasach stała otworem i każdy, kto był Zmiennokształtnym, mógł przez nią przejść. Poprowadziła mnie więc mama do dobrze jej znanego budynku i weszła do środka. Pewnie trafiłaby tam nawet z zamkniętymi oczami, bo nie potrzebowała żadnego światła, by przedostać się spod drzwi frontowe do drzwi prowadzących do pokoju Starka.
    - Kochanie - odezwała się do mnie cicho. - Proszę, bądź grzeczny i nie odzywaj się ani słowem, dobrze? Chciałabym porozmawiać z wujkiem Starkiem na spokojnie.
    Pokiwałem tylko głową. Mama wzięła jeden głębszy wdech i zapukała cicho do drzwi. Otworzyła je, zanim ktokolwiek ze środka zdążył ją zaprosić.
    - Stark, przepraszam, że nachodzę cię o tak późnej... - zaczęła, lecz urwała wpół słowa, nie wiedząc co zrobić. Stałem za mamą, która przesłaniała mi widok na pokój, więc nie miałem pojęcia, dlaczego mama stała w progu. Wychyliłem się, by ujrzeć obraz, który do końca życia miał mi utknąć w pamięci. Dwoje ludzi leżało na sobie prawie całkowicie nagich. Mężczyzna siedział do nas tyłem, ale gdy usłyszał, że ktoś wtargnął do jego pokoju, odwrócił głowę, tym samym odsłaniając dziewczynę. Zanim mama zasłoniła mi oczy zauważyłem jej biust i przerażone oczy. Była uczennicą. - Myślałam, że to nieprawda, łudziłam się, wmawiałam sobie, że ty byś tak nie mógł, że jesteś za poważny na takie coś. Ale myliłam się - odezwała się moja mama zawiedzionym głosem, którego używała, gdy ja czy Jack zrobiliśmy coś głupiego. - Nie sądziłam, że potrafiłbyś tak zamącić biednym dziewczynom w głowach, by je wykorzystać a potem zostawić. Co ci tym razem obiecał? - Zwróciła się do dziewczyny, która czerwona jak burak chowała się pod kocem i za Starkiem.
    - Ja.... - jąkała.
    - Cicho! - zawołał mężczyzna. - Nie musisz jej niczego mówić. To jest nasza sprawa a jej nic do tego - warknął.
    - A więc to tak. Nie chcesz, żeby się dowiedziała, jaki jesteś, by nie rozpowiedziała naokoło pozostałym uczennicom, byś miał później wybór. Ona skończy szkołę, ty ją zostawisz, nie będziesz się do niej odzywał, znajdziesz sobie inną a dziewczyna będzie załamana. I może już nie pokocha nikogo innego. Zdajesz sobie sprawę, co ty właściwie robisz? Mącisz im w głowach. Naopowiadasz bajeczek, one ci uwierzą, bo przecież jesteś ich kochanym profesorem, a potem znikną z twojego świata. Myślałam, że jesteś inny...
    - Powiedziała to ta, która wyszła za mąż za człowieka! - Ostatnie słowo wypowiedział z odrazą. - Mogłaś mieć mnie, ale wybrałaś jego. Więc teraz ja wybrałem ją. Nic ci do tego, co robię i z kim. A teraz proszę cię, wyjdź, bo zawołam ochronę.
    Mama prychnęła cicho pod nosem.
    - Nie zawołasz ochrony, ponieważ, gdyby tu przyszli, zastaliby ją. - Wskazała na uczennicę. - A ty nie chcesz, by ją zobaczyli, bo wtedy byłbyś już skończony. Nie miałbyś szans na objęcie stanowiska dyrektora, które, nawiasem mówiąc, jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności będzie wolne już niedługo. Panu dyrektorowi również naopowiadałeś niestworzonych historii, by przeszedł na emeryturę, byś ty mógł zasiąść na jego fotelu? Może jeszcze poprze twoją kandydaturę, co?
    - Wyjdź stąd! Nie masz prawa mnie oczerniać w moim własnym pokoju! - wrzasnął.
    - Myślałam, że jesteśmy przyjaciółmi. A przecież przyjaciele mówią zawsze prawdę, nawet najgorszą - zauważyła.
    - Ale ty jesteś głupia i naiwna. Myślisz, że mógłbym się z tobą przyjaźnić po tym, jak mnie upokorzyłaś, wybierając tego człowieka? - prychnął.
    - A więc to tak, teraz wszystko rozumiem. - Pokiwała wolno głową. - Żegnaj, Stark. Mam nadzieję, że wkrótce się opamiętasz i pójdziesz po rozum do głowy.
    W końcu wyszliśmy z pokoju przyszłego dyrektora szkoły dla Zmiennokształtnych. Mama ukradkiem otarła łzy, spływające po policzkach. Była naprawdę smutna. Nie dziwiłem się jej. Straciła bliską sobie osobę, dowiedziała się o niej wiele złych rzeczy, ale i usłyszała przykre dla niej słowa. Miała prawo cierpieć.
    Gdy w końcu leżałem w łóżku, a mama przyszła zgasić światło, zapytałem ją o całą tą sytuację, której byłem świadkiem. Na początku się nie odezwała i już myślałem, że w ogóle nic nie powie. Dopiero po chwili zaczerpnęła powietrza, przyglądając mi się uważnie.
    - Kochanie - zaczęła. - Jest mi naprawdę bardzo przykro, że musiałeś to wszystko widzieć. Nie miałam pojęcia, że on tak robi. Gdybym wiedziała, nie zabrałabym cię tam, na pewno. - Ścisnęła mocniej moją dłoń. - Jest już bardzo późno, nie będziemy dzisiaj o tym rozmawiać. Ale obiecuję ci, że wyjaśnię ci wszystko, gdy będziesz starszy.
    - Straszy, to znaczy ile będę miał lat? - zapytałem. Mama zaśmiała się serdecznie.
    - Zobaczymy - odparła wymijająco, pocałowała mnie w czoło i wyszła z pokoju, gasząc za sobą światło. Miałem wtedy najwyżej dziesięć lat.
    Na wyjaśnienia musiałem sporo czekać, bo mama zadecydowała, że dowiem się wszystkiego, gdy będę miał iść do szkoły. Więc po świętach usiadła ze mną na łóżku i zaczęła swoją rozmowę.
    - Pamiętasz naszą ostatnią wizytę u wujka Starka? - zapytała mnie wtedy na początku. Pokiwałem delikatnie głową, przypominając sobie ciemny pokój, nagie postacie leżące na łóżku... - Obiecałam ci potem, że kiedy indziej o tym porozmawiamy. Uważam, że to najwyższy czas, byś dowiedział się wszystkiego. Powinieneś znać prawdę, zanim pójdziesz do szkoły.
    Więc mi opowiedziała, że Stark jakimś sposobem potrafi manipulować do pewnego stopnia ludzkimi umysłami, że to właśnie w ten sposób objął stanowisko dyrektora w szkole. Że to właśnie dzięki tej mocy mógł mieć każdą uczennicę. Wystarczyło, że porozmawiał z nią kilka razy, naopowiadał jakieś bajeczki, zaczarował swoją osobą i już miał z kim spędzać kolejne noce. A kiedy dziewczyna miała kończyć szkołę i miała nadzieję na jakiś bardziej poważny związek, on urywał znajomość i zaczynał wszystko od początku.
    Wspomniała również o tym, że na początku się przyjaźnili i wyjawiła mi, że może gdyby nie zakochała się wcześniej w moim ojcu, byłaby jego żoną, ponieważ uważała, że na niej też testował swoje moce, tylko mu się to nie udawało.
    Znienawidziłem dyrektora. Za to, jak potraktował moją matkę, za to, co robił z nieświadomymi dziewczynami, które wkrótce mogły stać się moimi koleżankami, bo przecież miałem niedługo pójść do tej szkoły. Za to, jakim był człowiekiem. A był naprawdę zły. I tylko niewielu potrafiło to dostrzec, ponieważ nad niemal wszystkimi miał kontrolę. Tak opętał ich umysły, że nawet go nie znając, ludzie go popierali.
    Niedługo po rozpoczęciu roku szkolnego, dyrektor zaprosił mnie do swojego gabinetu. Chciał mi wmówić, że to, co opowiadała mi matka, to same bujdy i nic więcej, że nie powinienem w to wierzyć. Lecz ja wiedziałem swoje. Od razu przed oczami zobaczyłem tamtą noc, jego w łóżku z młodą dziewczyną. Trochę się wtedy pokłóciliśmy. Uderzył mnie w policzek, po czym kazał się sobie nie pokazywać na oczy.
    Lecz to on pierwszy mnie do siebie znowu zawołał. Rada zadecydowała, że to ja miałem przyprowadzić Prue do szkoły. Może Stark znowu na nich jakoś zadziałał, bym był jak najdalej od szkoły? Nie byłem pewien, ale to miałoby swój pokręcony sens.
    Zatem gdy przyszła pora wyboru, wiedziałem, na co się zdecyduję. Nie mogłem inaczej. Nawet dla Prue.
    - Może jednak? - zapytała mnie po raz ostatni, kiedy staliśmy przed gabinetem dyrektora. Pokręciłem tylko głową.
    - Przecież wiesz, że nie mogę - szepnąłem. Pocałowałem ją delikatnie w usta i wszedłem do gabinetu, nie spoglądając na smutną dziewczynę. Być może, gdybym wtedy na nią zerknął, zmieniłbym zdanie i żałował do końca życia.
    - Proszę, usiądź - odezwał się na pozór miło dyrektor. Ale ja wiedziałem, że był zły. Nic się nie zmienił. Udawał kogoś kim nie był, przed wieloma, wieloma ludźmi, którzy ślepo w niego wierzyli.
    - Postoję - odparłem. - To będzie krótka rozmowa.
    - A więc wiesz, dlaczego cię tu sprowadziłem.
    - Owszem. Chcesz znać moją odpowiedź, choć myślę, że nietrudno ci jest ją zgadnąć. Zdecydowałem się już dawno temu, gdy pierwszy raz przejrzałem na oczy, jeszcze jako małe dziecko, które nie miało pojęcia, co się tak właściwie dzieje. Ale czułem, że jesteś zły do szpiku kości. Nie, nie zostanę w twoim stadzie. Nie będę dla ciebie pracował, nic z tych rzeczy.
    - Taka jest twoja ostateczna decyzja? - zapytał, żeby się upewnić. Taka była procedura, której musiał przestrzegać.
    - Tak. Nie chcę być już w watasze pod twoim przewodnictwem.

~~ Harry  ~~

    - A więc i do ciebie doszły te jakże nadzwyczaj wspaniałe wiadomości? - zapytałem Zayna. Chłopak pokiwał głową, stojąc przede mną.
    - Owszem. Lecz nie za bardzo wiem, z czego mamy się cieszyć? Jeśli odnajdzie ojca, nasza potęga już całkiem zmaleje, bo Derek ma przecież światową sławę. Nikt mu się nie oprze. Co więcej, zjednoczy wszystkich, którzy do tej pory nie opowiedzieli się po żadnej stronie. To będzie oznaczało dla nas tylko jedno - zagładę.
    - I tu się mylisz mój drogi. - Zaśmiałem się. - Jak sądzisz, w jakim stanie znajdzie swojego ojczulka? - Przerzuciłem kartkę gazety, którą trzymałem na kolanach, siedząc w wygodnym fotelu w swoim domu.
    - Na pewno nie za wesołym - powiedział tylko.
    - Otóż to. A gdy jej ojciec będzie w takim stanie, to jako przykładna córka będzie musiała się zająć tatą. A wtedy nie znajdzie czasu na czujność. - Zaśmiałem się, popijając z przeźroczystej szklaneczki. Zayn spojrzał na mnie z niemałym podziwem. - Co więcej, całe jej towarzystwo będzie tak zaaferowane odnalezieniem zguby, że nikt, naprawdę nikt, nie będzie czatował. A wtedy my myk, myk, myk i już jesteśmy przy gardełku naszego pieska!

~~*~~*~~*~~*~~

    Zapraszam do oddania głosu w ankiecie, którą znajdziecie nad aktualnościami. Chciałabym wiedzieć, jakie jest wasze zdanie na ten temat. To dla mnie bardzo ważne, więc proszę, poświęćcie na to te dwie, czy trzy sekundy. Dziękuję tym, którzy zagłosowali. Wiedzcie, że pomożecie mi w bardzo trudnej decyzji! Dziękuję <3

    Rozdział dodany na drugą rocznicę urodzin tego bloga. Nie wiem, czy jest tutaj jeszcze ktoś ze mną, kto mógłby świętować. Ale jeśli jesteście to bardzo się z tego powodu cieszę! <3 Dlatego prosiłabym Was o jakąś odezwę w prezencie na te drugie urodziny w postaci komentarza. Zrobicie mi taki miły prezencik? :) 


    Wydawałoby się, że nie tak dawno odbywał się roczek mojego bloga, nie? Tyle się od tamtej pory zmieniło! Tylu Was odeszło, ale również przyszło. To już ponad 18000 wyświetleń! To ogromna liczba według mojego mniemania. Jakoś nie potrafię niczego napisać, więc nie będę truła :) Życzę tylko mojemu blogowi, by miał coraz więcej czytelników (a nie coraz mniej) i jak najwięcej wyświetleń, bym kończąc go, miała komu podziękować za te lata współpracy :) A kończyć będę pewnie za jakiś czas :) Wczoraj sobie rozpisałam plan działania już do końca i jeśli będę publikowała trzecią część to myślę, że jeszcze dwadzieścia notek i będzie koniec ;) Może to się wydawać dużo, ale tym, którym naprawdę się moje opowiadanie podoba, na pewno szybko zleci. Tak samo jak mnie. Jak ten ostatni rok! ;) 


    A dla tych, którzy chcieliby czytać jeszcze coś nowego, będę miała całkiem nowe opowiadanie, ale to również za jakiś czas, gdy już uporam się ze swoim życiem :D Może, gdy dokończę któregoś bloga, którego teraz prowadzę - tego lub Huge Secrets Guards. Ale o tym także Was poinformuję, jak już blog powstanie :D 


    Już nie przynudzam dłużej :) Pewnie i tak nikt całego tego nie przeczytał :D Hih, do kolejnego rozdziału! <3

piątek, 2 maja 2014

*16. "Miałem wszystko, o czym kiedyś marzyłem."

Tym razem z dedykacją dla kochanych dziewczynek, które wiedzą, co to "konkretny beton". Za te dziwne rozmowy na wfie, za wsparcie, rozśmieszanie, za jedną lekcję techniki, dzięki której dowiedziałam się, jak dziwnie jest Tam... ;p Za tę grę w Państwa, miasta...! Musimy to kiedyś powtórzyć! Było cudownie!! ;* Dziękuję za te niesamowite smsy i to, że mnie rozumiecie w pewnych sytuacjach jak nikt inny - no może oprócz Bells, ale ona to ona! ;* Boję się pomyśleć, co by było, gdyby pewne wydarzenia nie miały miejsca... ♥ Thank you!
I nie, nie śledziłam Cię!! ;p Ależ te wtorki są pamiętne! W każdym razie dedykacja dla moich dziewczynek i dla tego, co myśli, że mu wszystko wolno i że to frajda dla mnie go śledzić, gdy idzie do łazienki ;p ;**



"Pamiętaj, że wszystkie światy biegną do swego końca, oraz że szlachetna śmierć jest skarbem i nikt nie jest zbyt ubogi, aby go nabyć." - C.S. Lewis "Ostatnia Bitwa"


~~*~~*~~*~~*~~

~~ Zayn ~~

   Przez ostatnie kilka dni zastanawiałem się, jakby to wszystko rozegrać, by wyszło jak najlepiej: zjawiskowo, skutecznie i boleśnie. Pragnąłem czerpać przyjemność z ich bólu, patrzeć na wykrzywione twarze, słuchać ich krzyku, błagań o litość.
    Byłem Wampirem i kręciło mnie to.
    Od wczoraj obserwowałem wysoki dom na przedmieściach. Niczym szczególnym się nie wyróżniał. Zwykły jednorodzinny dom, których pełno na całym świecie.
    Jak dotąd nic się nie wydarzyło. Nie dziwiło mnie to. W końcu dochodziła dziewiąta rano. W dodatku były wakacje. Kto normalny wstawałby tak szybko, gdyby nie musiał? Sam chętnie spędziłbym ranek w pokoju z woreczkiem krwi w dłoni. Jednak obowiązki wzywały. Za pięć dni wrócą do szkoły i szansa przepadnie. Poza tym nie chciałbym się narazić Stylesowi. Odkąd chłopaki go wystawili, bardzo skrupulatnie dobierał ludzi do ważnych zadań. Tylko tym, którym ufał, powierzał tajne misje. Reszta tworzyła sztuczny tłum wokół niego i uczyła się walczyć.
    Siedziałem między drzewami naprzeciwko domu na ławce skupiony na zadaniu. Nic nie miało prawa mnie rozproszyć.
    Utkwiłem wzrok w oknie i czekałem.
    Moja cierpliwość została nagrodzona. Już po kilku minutach ujrzałem, jak roleta podnosi się do góry. Po chwili pojawiła się blondynka, która uchyliła okno i wyjrzała na zewnątrz. Na jej ustach jaśniał uśmiech.
    - Już niedługo - mruknąłem przez zaciśnięte zęby.
    Koło dziewczyny zobaczyłem wysokiego bruneta, który pocałował ją delikatnie w policzek. Chyba ze sobą rozmawiali, bo zauważyłem ruchy warg.
    Potem zniknęli. Siedziałem jak na szpilkach, wpatrując się w widoczną między drzewami część domu. Wiedziałem, że nie powinienem wykonywać żadnych gwałtownych ruchów, że musiałem czekać. Lecz chęć działania była silna, prawie nie do zniesienia. Właśnie, prawie. Wytrzymałem. Jestem Zayn Malik i nikt nie zdoła mnie pokonać! Zacisnąłem palce na niebieskiej szmatce i uśmiechnąłem się.


~~ Damien ~~

    - Najpierw chciałaś wyjść na zakupy jak najwcześniej, żeby mieć jak najwięcej czasu w centrum, a teraz ciągle czegoś szukasz. Nie moglibyśmy już iść? I czego ty właściwie szukasz?
    - Nie widziałeś mojej ulubionej bluzki? - zapytała Alice, wyłaniając się z pokoju na chwilę. Nie czekając na moją odpowiedź, wróciła do poszukiwań.
    - Jakiej?
    - Och, no wiesz...! - rzuciła zdenerwowana. - Ta taka niebieska z flagą Wielkiej Brytanii. Chciałam ją założyć, ale nigdzie jej nie ma.
    - Przykro mi, też jej nie widziałem. Może w ogóle jej nie zabrałaś ze sobą? - zasugerowałem. - Zawsze pakujesz się w takim chaosie, w którym nietrudno o pomyłkę. Poza tym mieszkasz z dwiema dziewczynami. Mogłaś na przykład wziąć spódnicę Prue, a Becky twoją bluzkę, nie uważasz?
    - Ale ja wiem, że ją pakowałam! Jestem tego pewna! - zawołała, wyrzucając wszystkie ciuchy z walizki.
    - Przecież już się ubrałaś. Poszukasz jej, jak wrócimy. Teraz marnujemy tylko czas!
    Spojrzała na mnie i już wiedziałem,  że wygrałem.
    - Chyba masz rację. Przepraszam. Nie wiem, dlaczego zaczęłam panikować. Później zadzwonię do Becky i spytam, czy aby jej nie zabrała. - Uśmiechnęła się.
    - Dobra decyzja. To co, możemy już iść? - spytałem.
    - Od kiedy ty jesteś takim fanem zakupów? - zdziwiła się, chwytając torebkę i ciągnąc mnie za sobą po schodach.
    - Sam się sobie dziwię. Co się ze mną dzieje?
    - Miłość zmienia ludzi - zauważyła. - Na lepsze! - podkreśliła i ruszyła biegiem do bramy. Pokręciłem głową, nie wierząc we własne szczęście. Miałem wszystko, o czym kiedyś marzyłem. Prawdziwych przyjaciół, ukochaną dziewczynę.
    Mamo, tato, szkoda, że nie jesteście tu ze mną. Wtedy byłoby idealnie.


~~ Alice ~~

   Słońce mocno przygrzewało, wiał ciepły, delikatny wiatr, który rozwiewał moje blond włosy. Postanowiliśmy przespacerować się do centrum handlowego, choć to kawałek od mojego domu. Pogoda była piękna, niebo bezchmurne, więc nawet dziesięć kilometrów nie robiłoby mi wielkiej różnicy.
    Idąc wzdłuż ulicy, przy której stał mój dom, słyszeliśmy ptaki, które przelatywały nad naszymi głowami, szukając pokarmu, czy gałązek do gniazd. Nie było tu wysokich biurowców, drapaczy chmur. Znajdowały się tutaj natomiast jednorodzinne domki; jedne skromne i bez przepychu, drugie natomiast wyglądem przypominały wille z filmów, które uwielbiałam oglądać.
    Im dalej wędrowaliśmy, tym coraz bardziej zmieniał się krajobraz. Coraz częściej pojawiały się wysokie budynki, w których ludzie od rana do wieczora pracowali, stare kamienice i kilka drapaczy chmur.
    Pokonywałam tę drogę już z milion razy, lecz teraz wydawała mi się całkiem inna. Nie dlatego, że coś się w tym miejscu zmieniło. Wręcz przeciwnie. Wszystko stało tak, jak zapamiętałam z ostatniej wycieczki. Jedyna zmiana to taka, że towarzyszył mi Damien.
    Pewnym krokiem skręciłam w dobrze znaną mi ulicę. Po minucie, może dwóch moim oczom ukazał się rząd małych sklepików. Podskoczyłam uradowana, pociągnęłam chłopaka za rękę, by się pospieszył. Uwielbiałam zakupy. A te w Japonii w szczególności. Zawsze znalazłam coś, co po prostu musiałam mieć!
    Tym razem miałam wytyczony cel. Niedługo Becky będzie miała urodziny i powinnam jej kupić jakiś prezent. Nie wiedziałam, czego dokładnie szukać, ale byłam pewna, że to właśnie tu tę rzecz znajdę.
    Weszliśmy do pierwszego sklepu. Przeglądałam ubrania na wieszakach, a Damien, jak to on, zaczął marudzić. Ogólnie to na wszystko. A to, że jestem wybredna, że mu się jeść chce, że jest za ciepło, że za zimno. W każdym sklepie znalazł coś, na co mógłby pomarudzić. Nie zwracałam na niego uwagi. Ciągle szukałam czegoś dla siebie i dla Becky. Może kupię coś również dla Prue?
    Przymierzyłam mnóstwo ciuchów, butów, bransoletek, naszyjników. Wypróbowałam chyba wszystkie kosmetyki. Po trzech godzinach dałam się namówić na lunch. Poszliśmy do kawiarenki. Zamówiliśmy kawę i coś do jedzenia i usiedliśmy przy stoliku.
    - Nareszcie chwila wolnego! - zawołał z ulgą Damien.
    - Nie przesadzaj, czym się tak zmęczyłeś? Tylko niesiesz jedną torbę, a gdy tylko wejdziemy do sklepu, ty od razu siadasz - powiedziałam ze zdziwieniem.
    - Po prostu... Nieważne. - Pokręcił głową. Siedzieliśmy chwilę w milczeniu. Gdy kelnerka przyniosła nasze zamówienie, chłopak od razu rzucił się na kawę. Zauważyłam, że ostatnio prawie nie rozstaje się z czarnym napojem. Już miałam go o to zapytać, jednak w ostatniej chwili zrezygnowałam. Coś innego przykuło moją uwagę. A ściślej mówiąc, ktoś inny. Parę stolików dalej siedział chłopak, który wyglądał na chorego; miał delikatne cienie pod oczami, bladą skórę i nieco przekrwione oczy. Może nie zwróciłabym na niego uwagi, gdyby nie fakt, że się nam przyglądał i śledził odkąd wyszliśmy ze sklepu z butami.
    Szturchnęłam delikatnie Damiena w ramię i powiedziałam mu o moich spostrzeżeniach.
    - Ty też go zauważyłaś? Pijawa kręci się tu od jakiegoś czasu. Wydaje mi się, że chciałby z nami porozmawiać. - Uśmiechnął się łobuzersko i dopił swoją kawę. Wstał, nie spiesząc się. Włożyłam do ust ostatni kawałek ciasta i poszłam za nim. Dziwny chłopak również wstał i skierował się w nasza stronę.
    Gdyby był Wampirem, wyjaśniałoby to jego bladość i ogólny wygląd umarlaka. Tylko skąd taka pewność, że to nasz wróg numer jeden? Nigdzie nie czułam zapachu Pijawek, lecz może potrafił zrobić tak, żebyśmy go nie wyczuli? Albo miałam za mało wyczulony nos na ich odór?
    Wierzyłam jednak w instynkt Damiena. On by się w takiej sprawie nie pomylił. Tylko co zamierza zrobić?
    Tymczasem chłopak kierował mnie w rejony miasta, których nikt nie zamieszkiwał. Stały tam tylko stare, nieużywane od dawna budynki, które groziły zawaleniem. Idealne miejsce na konfrontacje z Wampirem.
    Wzdrygnęłam się na samą myśl o walce. Nas było dwóch, on jeden, ale i tak się bałam. Ćwiczenia, ćwiczeniami, ale prawdziwe życie wygląda zgoła inaczej. Ale i w tej kwestii całkowicie ufałam Damienowi. Przecież gdyby nie miał pewności, że wygramy, nie narażałby nas na tak wielkie niebezpieczeństwo, prawda?
    Mimo wszystko starałam sobie przypomnieć podstawy samoobrony. Na moją moc nie miałam co liczyć. Kompletnie nad nią nie panowałam. Zamrażałam wszystko wokół, kiedy tego nie chciałam. Jedynie raz udało mi się zamienić wodę w lód, gdy Damien chciał ją na mnie wylać. Całkiem niezła metoda na nauczenie mnie jak władać moją mocą. Tak naprawdę to bardzo zdziwił mnie fakt, że pozwolono mi wyjechać do Japonii z tak bardzo nieogarniętą mocą. Dopiero po jakimś czasie zorientowałam się, że zrobili to tylko dlatego, że Damien miał mi towarzyszyć. To do niego mieli pełne zaufanie. Wiedzieli, że nie pozwoliłby mi się zdemaskować przed ludźmi. Zdawali sobie sprawę, że potrafi mnie obronić przed całym złem świata. Był moim księciem na białym koniu. Tylko czy ja go potrzebowałam?
    Oczywiście, ze tak, idiotko - zawołała jakaś część mnie. Ta, która uwielbiała, gdy czytano jej bajki o księżniczkach.
    Wcale że nie! Doskonale dasz sobie radę sama. Dobrze wiesz, że bez twojej pomocy sobie nie poradzi. Musisz uwierzyć w siebie i swoją moc! - usłyszałam drugi głos w głowie, który bardziej mi się podobał. Wolałam być potrzebna niż zawadzać.
   A więc do dzieła!
   Damien zatrzymał się na końcu ślepej uliczki. Cała sceneria wyglądała dokładnie tak, jak na filmach akcji. Opuszczony zaułek, dobrzy i źli goście, którzy posiadają nadludzkie moce. I do tego na dokładkę ja. Miałam nadzieję, że, tak jak w filmach, dobra strona zwycięży.
    Odwróciliśmy się o sto osiemdziesiąt stopni. Stanęliśmy na ugiętych lekko w kolanach nogach i czekaliśmy. Już po chwili zjawił się wysoki brunet o czekoladowych oczach i z kilkudniowym zarostem na twarzy. Uśmiechał się jakby go ktoś przed sekundą uderzył mocno w brzuch. Nosił czarne dżinsy, szarą koszulkę i czarną skórzaną kurtkę, spod której widać było coś niebieskiego. Do bioder przypięty miał pas z całym arsenałem noży. Z pewnością posrebrzanych. Prawą ręką powoli sięgnął do broni. Nie wyciągnął jej jednak. Zatrzymał dłoń na rękojeści i patrzył.
    Z gardła Damiena wydobył się cichy warkot.
    - Czego chcesz? Kim jesteś i kto cię przysłał? - zawołał, spoglądając mu prosto w oczy.
    - Chyba doskonale znasz odpowiedzi na swoje pytania - odparł spokojnie. - Ale skoro już zapytałeś. Jestem Zayn, przysłał mnie Styles i cóż... Mam za zadanie was zabić. - Wzruszył ramionami.
    - Nie wyglądasz jak Zayn Malik - zaprotestowałam. Chłopak tylko się zaśmiał. Zamknął oczy, a wokół niego pojawiło się mnóstwo małych świecących punktów. Gdy te już zniknęły, stał przed nami najprawdziwszy Zayn Malik.
    - Surprise! - Rozłożył ręce, śmiejąc się z naszych ogłupiałych min.
    Szybko otrząsnęliśmy się z zaskoczenia. Należało być czujnym przez cały czas. Mieliśmy do czynienia z groźnym przeciwnikiem. Do tego nieźle uzbrojonym. My nie posiadaliśmy nawet głupiego scyzoryka.
    Nim zdążyłam jakoś zareagować, Wampir rzucił się na nas z niesamowitą prędkością. Damien skoczył do przodu, jednocześnie odpychając mnie od nich. Przeleciałam kilka metrów, uderzyłam plecami w zabite deskami okno. Drewno połamało się i wpuściło mnie do budynku. Upadłam na twardą podłogę. Przez kilka minut kręciło mi się w głowie, nic nie mogłam przed sobą zobaczyć. Czułam tylko silny ból w głowie i plecach.
    Gdy znów zaczęłam myśleć, a mój wzrok mógł skupić się na konkretnych przedmiotach, spróbowałam wstać. Za pierwszym razem mi się to nie udało. Kiedy tak leżałam na plecach, mobilizując siły, poczułam zapach krwi. Nie miałam pewności, czy była to moja krew, czy Damiena, lecz świadomość tego, że Wampir mógł skrzywdzić mojego ukochanego, dodała mi energii. Podniosłam się obolała najpierw na kolana, potem stanęłam na chwiejących się nogach. Poruszyłam najpierw lewą ręką, następnie prawą, by sprawdzić, czy nic mi się nie stało. Podniósłszy prawą rękę do góry, poczułam niemiłosierny ból w barku i usłyszałam chrupanie kości. Skrzywiłam się, lecz to nie powstrzymało mnie przed niesieniem pomocy Damienowi. Zakodowałam sobie w głowie, by nie wykonywać gwałtownych ruchów prawym ramieniem. Podeszłam do okna, przez które wleciałam do starego budynku. Przeskoczyłam parapet z gracją Zmiennokształtnego. To co zauważyłam na zewnątrz, zmroziło mi krew w żyłach i sprawiło, że nie potrafiłam się ruszyć.
    Damien leżał na plecach w kałuży czerwonej krwi. Bez wątpienia była jego. Zayn stał nad nim, dzierżąc w dłoni ostry, srebrny sztylet. Nie widziałam całej jego twarzy, ale z tego fragmentu, który odwrócony był w moją stronę, dostrzegałam tryumf.  Chłopak podniósł broń nad głowę. Szykował się do ostatecznego uderzenia, gdy we mnie coś się zmieniło. Cały paraliż uciekł, została tylko obawa o chłopaka. Nie myśląc o niczym, ruszyłam biegiem w kierunku Wampira. Wpadłam na jego twarde plecy, wytrącając mu z dłoni broń. Usłyszałam wrzask zdziwienia i furii wydobywający się z jego klatki piersiowej. Szybko odsunęłam się od niego i z całej siły kopnęłam w brzuch. Zachwiał się delikatnie, lecz utrzymał na nogach. Sięgnął po następny nóż. Tego nie przewidziałam. Czyżbym za chwilę miała umrzeć? Zayn był coraz bliżej...
    W ostatnim momencie, kiedy chłopak pewniej zacisnął palce na rękojeści, podniosłam prawą rękę do góry. Całkowicie zapomniałam, że mnie bolała. Ale teraz nie obchodził mnie złamany bark. Liczyła się moc, którą Nyks mi podarowała, która wystrzeliła spomiędzy palców w postaci lodowatej mgły. Jak lina owinęła się najpierw wokół dłoni Zayn'a, w której trzymał sztylet, następnie ogarnęła go całego, zamieniając jego ciało w jeden wielki lód.
    Stałam tak jeszcze przez kolejne minuty z wyciągniętą ręką, patrząc w zamrożone oczy Wampira. Ocknęłam się z otępienia dopiero, kiedy usłyszałam cichy jęk Damiena. Podbiegłam do chłopaka, uklęknęłam i spojrzałam na zakrwawioną twarz. Z moich oczu pociekły łzy radości i ulgi.
    - Żyjesz - szepnęłam, całując go delikatnie w usta.
    - Tak łatwo się mnie nie pozbędziesz. - Zaśmiał się cicho. Próbował się podnieść, ale stanowczo mu tego zabroniłam, kładąc dłoń na jego piersi. - Gdzie ta Pijawa? - spytał, rozglądając się wokół.
    - Spokojnie. Poradziłam sobie z nim. Nie martw się. Już jesteśmy bezpieczni.
    - To dobrze. Nic ci nie jest?
    - Będę miała kilka ładnych siniaków i może gips, ale poza tym jest świetnie - odparłam. - Myślisz, że jak zadzwonię do mamy to po nas przyjedzie? Bo w takim stanie, w jakim ty jesteś, na pewno nie pojedziesz taksówką.
    - Lepiej skontaktuj się z babcią. Ona bardziej mnie lubi.
    - Chyba masz rację. Poczekaj tu i nigdzie się nie ruszaj! Zaraz wracam.
    - Zauważyłaś, że we wewnętrznej kieszeni kurtki miał twoją bluzkę? - zapytał, kiedy już miałam odejść. Zamarłam na moment, nie wiedząc, co robić. Postanowiłam, że najpierw powinnam pomóc chłopakowi.
    Wstałam, odeszłam parę kroków od Damiena, wyciągnęłam z kieszeni telefon i wybrałam numer babci. Rozmawiając z nią, zerknęłam w miejsce, gdzie zostawiłam Zayna. Po chłopaku nie było ani śladu.


~~*~~*~~*~~*~~

    Hej :) Jak tam majówka? U mnie padało, ale już jest ok. Jak Wam się podobał rozdział? Koniecznie piszcie, co o nim myślicie i czy domyślaliście się czegoś podobnego.
    W wolnej chwili zapraszam na mojego drugiego BLOGA - nie o wilkach, ale również fantastyka. Jeśli lubicie mój styl pisania, na pewno Wam się spodoba!
    Kto jeszcze nie głosował, niech odda swój głos w ANKIECIE!
    Tak szybko zleciał ten czas! jeszcze nie tak dawno zastanawiałam się, jaką sukienkę kupić na bal, a tu proszę, bal już w przyszłą sobotę, a ja nadal nie mam butów :D Ale co taam! :)
    Do zobaczenia!
Zuza♥

piątek, 20 grudnia 2013

*7. "... Wypiłeś ostatnio osocze jakiegoś ćpuna, czy co?..."

♥ Dla pewnej dziwnej, choć ważnej dla mnie osóbki, która wie, jak mnie rozweselić, choć często robi to nieświadomie. Dziękuję Ci za to, że dzięki Tobie mam mnóstwo nowych pomysłów na bloga, za ten Twój uśmiech, który pojawia się w najmniej oczekiwanych momentach. Pewnie tego nie przeczytasz, ale co mi tam... I tak Ci dziękuję ;* 



"Nie nauczyłeś mnie, jak żyć bez Ciebie."


~~*~~*~~*~~*~~

~~ Alice ~~

    Gdy wysiedliśmy z autokaru, mieliśmy piętnaście minut na znalezienie wolnego miejsca w przedziałach, zanim pociąg wyruszył. Siedzieliśmy razem. Ja, Damien, Bella, Jenn, Alex i Nathan. Zajmowałam miejsce najbliżej okna. Patrzyłam na szybko uciekające krajobrazy. Myślałam, jak to będzie, gdy wejdę do domu. Co mama powie na towarzyszącego mi chłopaka? Czy się do mnie odezwie? Czy nie będzie zła? W końcu z jakiegoś powodu nie chciała, bym uczyła się magii.
    - Hej! Ziemia do Alice! - zawołał Damien, machając mi ręką przed oczami. Zamrugałam kilka razy i spojrzałam na przyjaciół. Ci zaśmiali się cicho.
    - Pytaliśmy, czy zagrasz na nami - odezwała się Bella.
    - A w co? - zainteresowałam się, zapominając o swoich troskach choć na chwilę. Lubiłam różnego rodzaju gry.
    - W pytania i zadania - zaproponowała Jen. Wszyscy chórem zaakceptowaliśmy ten pomysł. Usiedliśmy więc bliżej siebie w nieforemnym kole. Damien wyciągnął butelkę z wodą owocową i położył ją na środku. Zakręcił. Wypadło na Alexa.

    Bawiliśmy się do końca podróży do Londynu. Śmialiśmy się, krzyczeliśmy jeden przez drugiego, gdy ktoś próbował oszukiwać. Podróż szybko minęła i, nim się obejrzeliśmy, trzeba było wysiadać.
    - Uważajcie na siebie - żegnała się ze mną Bella. Przytuliłam ją serdecznie i mocno.
    - Wy też! - Zaśmiałam się. Potem podeszłam do Jennifer i z nią również się pożegnałam.
    Wyszliśmy ze stacji i wsiedliśmy do czekającej taksówki. Pojechaliśmy na lotnisko. Samolot mieliśmy za godzinę, więc, gdy dojechaliśmy na miejsce, usiedliśmy i czekaliśmy. Nie odzywałam się za dużo, po prostu siedziałam w ciszy, choć wokół mnie panował istny chaos, jak to na lotnisku. W końcu po kilkudziesięciu minutach usłyszeliśmy w głośnikach, że możemy iść. Więc wstaliśmy i udaliśmy się do wyznaczonego nam miejsca. Przeszliśmy przez bramki i pokazaliśmy bilety młodej, uśmiechniętej kobiecie. Następnie weszliśmy na pokład samolotu i zajęliśmy miejsca obok siebie. Ja znów od okna. Westchnęłam. Czekało nas kilka godzin w samolocie, kilkanaście tysięcy metrów nad ziemią. Patrzyłam na przejeżdżające obok ciężarówki i wózki. Zamyśliłam się. Po głowie błądziło mi wiele mało ważnych rzeczy. Głównie strzępki jakiś wspomnień z dzieciństwa.
    Z odrętwienia wyrwał mnie Damien, kładąc mi dłoń na kolanie. Spojrzałam więc na niego i uśmiechnęłam się.
    - Co jest? - Nie dał się zwieść.
    To prawda, że z zewnątrz był opryskliwy i nie dawał nikomu do siebie dotrzeć, nie chciał niczyjej pomocy, ale jeśli pozwoli poznać jego prawdziwe JA, a mi się to udało, to okazuje się, że pod tą grubą skórą lenia i głupka kryje się wrażliwy , kochający i bardzo mądry człowiek, który wiele już w swoim młodym życiu przeżył.
    - Nic. Po prostu myślę o tym, co mama powie na mój przyjazd. W końcu nic jej nie mówiłam...
    - Nie przejmuj się. Co będzie, to będzie, a ja będę z tobą.
    - Dziękuję. - Pochyliłam się i przelotnie pocałowałam. Uśmiechnął się do mnie czule.
    Dochodziło południe. Ziewnęłam i zwinęłam się na siedzeniu, opierając głowę na ramieniu chłopaka. Już po chwili odpłynęłam w krainę marzeń.
    Obudziło mnie szturchnięcie w ramię i lodowaty uścisk na dłoni.
    - Alice, obudź się. Za chwilę lądujemy - usłyszałam szept Damiena tuż przy uchu. Otworzyłam delikatnie oczy. Zamrugałam parę razy, by przyzwyczaić wzrok do światła. Za oknami był ranek. Już zniżaliśmy się do lądowania. Wszędzie widziałam białe obłoki i kilka ptaków. W dole można było zauważyć płytę lotniska i różne budynki. Usiadłam prosto w fotelu i przeciągnęłam się. Nie mogłam w to uwierzyć! Spałam dobre 11 godzin! Widocznie ostatnio przez te egzaminy nie wysypiałam się za dobrze.
    Zrobiliśmy wszystko według poleceń. Gdy samolot się zatrzymał, wysiedliśmy i przebyliśmy odpowiednie kontrole. Potem wzięliśmy swoje walizki i wyszliśmy z budynku. Tuż za wyjściem zatrzymałam się i rozejrzałam dokoła. Wciągnęłam powietrze, którym oddychałam przez dobrych parę lat. Przeprowadziliśmy się do Osaki, gdy miałam chyba siedem lat. Ojciec awansował, dostał podwyżkę, mieszkanie i takie bajery. Bez namysłu rodzice postanowili wyjechać z Nantes do Japonii. Na początku trudno mi było przyzwyczaić się do nowego, trudnego języka, tradycji, kultury, aż w końcu japońska kultura stała się moim konikiem. Gdy skończyłam czternaście lat, kochałam ten kraj całym swoim serduchem. Umiałam już wtedy jako tako porozumiewać się po japońsku, więc postanowiłam, że będę biegle władać tym językiem. Jak na razie myślę, że jak na siedemnastolatkę radzę sobie całkiem nieźle.
Teraz już wiem, dlaczego mama tak szybko zgodziła się na wyjazd. Chciała oderwać się od swojej przeszłości, zapomnieć o tym, kim jest, choć zupełnie nie rozumiałam dlaczego. Może w końcu się dowiem?
    Wsiedliśmy do pierwszej wolnej taksówki. Podałam adres rodziców i ruszyliśmy. Cały czas patrzyłam w okno, wypatrywałam zmian, których było niewiele. Tu coś dobudowali, tu zburzyli, tu posadzili. Uśmiechałam się cały czas jak głupi do sera.
    Po kilkunastu minutach, bez korków, bo czas porannych już minął, a na popołudniowe było za wcześnie, stanęliśmy przed wysokim domem, który nic się nie zmienił przez te pół roku. Ten sam kolor, te same dachówki, te same okna, nawet firanka w jednym oknie była ta sama. Ta w moim pokoju. Tylko ogród nieco się zmienił, choć jak zawsze był równiuteńko przystrzyżony, po prostu idealny.
    Zapłaciliśmy kierowcy, wysiadając. Wzięliśmy swoje rzeczy i stanęliśmy z nimi na chodniku przed bramą. Nacisnęłam dzwonek domofonu. Nikt się nie odezwał, ale furtka skrzypnęła i uchyliła się. Weszliśmy więc do ogrodu, przeszliśmy wysypaną żwirem ścieżką i zatrzymaliśmy się przed drzwiami, które w tym samym momencie się otworzyły i ujrzałam w nich najdroższą mi osobę w rodzinie.
    - Babcia! - krzyknęłam, rzucając wszystko i podbiegając do niej. W jej urodzie było coś z Francuzki. Te czarne włosy, które wcale nie były jeszcze farbowane, by ukryć siwiznę, brązowe oczy i ciemna karnacja. Gdy się uśmiechała, a robiła to często, wokół oczu tworzyły jej się malutkie zmarszczki. Nikt nie dałby jej tych sześćdziesięciu lat. Nadal była w pełni sił, ładna i wesoła. Dopiero teraz zauważyłam, będąc Zmiennokształtnym, że tak naprawdę moja mama czy babcia niewiele się zmieniły przez te lata. Nadal wyglądały na młode, lecz doświadczone kobiety. - Jak miło cię widzieć! Tak bardzo się za tobą stęskniłam! - zawołałam, przytulając się do niej jeszcze  mocniej.
    - Ja też się cieszę, że przyjechałaś, ale może mnie puść, bo chyba nie chcesz mnie udusić? - zaśmiała się.
    - Co ty tu robisz? - spytałam, cofając się o krok.
    - Stark napisał do mnie, że wybierasz się do Osaki, więc ja również postanowiłam odwiedzić twoją matkę. Widzę, że nie jesteś sama. - Uśmiechnęła się. - Dzień dobry, Damienie - przywitała się, podchodząc do chłopaka i przytulając go do siebie.
    - Dzień dobry, proszę pani - powiedział uprzejmie i uśmiechnął się.
    - Rozmawiałam ostatnio z twoją babcią. Skarżyła się, że nie masz dla niej czasu - wytknęła mu.
    - Och - zmieszał się. - Co u niej?
    - Wszystko dobrze, na szczęście twoja siostra jest jeszcze z nią i może się nią zająć.
    - Przepraszam. Obiecuję, że się do niej odezwę - rzekł poważnie, a ja stałam tam obok nich i kompletnie nie rozumiałam o czym, a raczej dlaczego rozmawiają o babci Damiena.
    - Wejdźmy do środka - zaproponowała babcia i zanim się spostrzegłam, wzięła jedną z moich walizek i schowała się we wnętrzu domu. Poszłam za nią, w pośpiechu łapiąc rączkę drugiej torby. Damien szedł tuż za mną.
    Pozostawiliśmy niepotrzebne rzeczy na korytarzu, który przesiąknięty był kulturą japońską. W powietrzu unosił się specyficzny zapach parzonej zielonej herbaty. Znaczyło to, że mama była w domu. Skierowałam się za babcią do kuchni, gdzie przy stole siedziała, pochylona nad gazetą, moja rodzicielka. Gdy mnie zobaczyła, nie potrafiła ukryć zaskoczenia.
    - Alice? Co ty tu robisz? - zawołała, zrywając się z miejsca.
    - Cześć - powiedziałam nieśmiało. Podeszła do mnie i mocno przytuliła. Gdy zerknęła na drzwi, znów zaniemówiła. - Ach, to jest Damien, Dan to jest moja mama.
    - Miło mi panią poznać - odezwał się. Byłam z niego dumna. Starał się być miły i uprzejmy, a to przecież do niego niepodobne. Mama mnie puściła i spojrzała na chłopaka. Wyglądała trochę, jakby chciała go zabić lub chociaż wyrzucić z domu.
    - Dzień dobry - przywitała się przez zaciśnięte zęby. - Czemu nic nie powiedziałaś, że przyjedziesz? - zwróciła się do mnie już nieco spokojniej.
    - Chciałam wam zrobić niespodziankę - powiedziałam nieco pewniej. Nadal zastanawiałam się, czemu mama tak oschle przywitała Damiena.
    - I udało ci się! - Miałam wrażenie, że nie jest zadowolona z tego, że przyjechałam.
    - Wiedziałam, że nie będzie mogła uwierzyć w to, że postanowiłaś ją odwiedzić - zaśmiała się babcia, wychodząc ze schowka. - Siadajcie, pewnie jesteście głodni. Zaraz wam coś naszykuję, bo twoja matka jak na razie nie jest do tego zdolna.
    W trójkę zajęliśmy miejsca wokół stołu, a babcia po chwili podała pyszną herbatę i małe kanapki, naszykowane na szybko. Razem z Damienem pochłonęliśmy większość w ciągu kilku następnych minut.
    - Dziękujemy - westchnął Dan, opierając się o krzesło.
    - Nie ma za co! - zawołała, uśmiechając się. - To co chcecie robić?
    - Zdecydowanie odpocząć - odparłam. - Po tych wszystkich egzaminach nadal jestem zmęczona.
    - Właśnie, jak tam testy? - spytała babcia. - Gdy ja je zdawałam, były strasznie trudne. Pamiętam, jak twój dziadek pomagał mi z historią. Zawsze to lubił.
    Niespodziewanie moja mama chrząknęła znacząco. Babcia umilkła i przeniosła na nią wzrok.
    - Mamo, proszę cię - odezwała się moja rodzicielka z błagającą nutą w głowie.
    - Och Diano, kochanie, Alice powinna znać prawdę. Powinna wiedzieć, czemu nie praktykujesz już magii.
    - Mamo? O co chodzi? - Spojrzałam na nią, potem na babcie. - Babciu?
    - A róbcie, co chcecie! - krzyknęła mama. - Ja nie chcę mieć z tym nic wspólnego. Skończyłam z tym gdy miałam trzynaście lat i nigdy nie wrócę do praktykowania magii - wołała, wymachując rękoma. Po tych słowach wyszła z kuchni, a po chwili dało się słyszeć trzaśnięcie frontowych drzwi.
    - Babciu? O czym wy mówiłyście? - spytałam cicho, patrząc w brązowe oczy staruszki. Westchnęła, pozwalając, by powieki na chwilę się jej zamknęły. Wyciągnęłam ku niej rękę. Ścisnęłam jej dłoń, by dodać jej otuchy, by zachęcić do dalszej rozmowy. Pokiwała głową i odetchnęła głęboko, po czym zaczęła mówić cichym i słabym głosem.


~~ Zayn ~~

    - Oszalałeś, prawda? Powiedz, że tak, bo jeśli kurwa nie, to cię zabiję! Wypiłeś ostatnio osocze jakiegoś ćpuna, czy co? Po cholerę mnie tu wysłałeś? - krzyczałem do słuchawki. Po drugiej stronie był Styles.
    - Jeżeli nie możemy dobrać się do Prue, to zaczniemy wybijać jej przyjaciół! - Zaśmiał się szyderczo. - Gdy zostanie sama, nie będzie już taka nieustraszona. Cholera, tłumaczyłem ci to przed przyjazdem. - wkurzył się.
    - Dobra, dobra - starałem się załagodzić sytuację, bo zły Styles to niebezpieczny Styles. - To co mam robić?
    - Śledzić ją, a gdy będzie sama, zabić, poćwiartować, przebić kołkiem, co tylko chcesz, byleby tylko się jej pozbyć. Potem dopadniesz tego jej chłoptasia, ale z nim może być gorzej.
    - Dobra.
    - Zadzwoń, jak będziesz miał jakiś plan.
    - Dobra, nara. - Rozłączyłem się, zanim zdążył coś dodać.
    Włożyłem telefon do kieszeni, przewiesiłem torbę przez ramię i ruszyłem chodnikiem przed siebie. Musiałem znaleźć jakiś hotel, by móc wszystko dokładnie zaplanować i przemyśleć. I zostawić sprzęt.
    Rozejrzałem się dokoła. Zacisnąłem usta i zmrużyłem oczy. Byłem głodny, a wokół nie widziałem ani nie wyczułem odpowiedniej osoby do ugryzienia. Musiałem wytrzymać. Przyspieszyłem kroku. Skręciłem na podwórko pierwszego lepszego hotelu. Załatwiłem wszystkie formalności w recepcji, porwałem kluczyk i w mgnieniu oka znalazłem się w pokoju. Zamknąłem drzwi na klucz, położyłem torbę na łóżku, nie zwracając na nic uwagi. Wyciągnąłem z niej małą, przenośną lodówkę, z której porwałem woreczek z czerwoną cieczą. Zatopiłem w nim kły.
    Gdy się posiliłem, westchnąłem, oblizałem wargi i opadłem na łóżko. Byłem wyczerpany do granic możliwości. Od tygodnia robiłem wszystko, czego zażądał sobie Styles. Mam go po dziurki w nosie, ale bardziej od niego nienawidzę tych tępych Zmiennokształtnych, więc robię wszystko, by ich zniszczyć.


~~*~~*~~*~~*~~

Elo, elo! Co tam u Was? Jak tam koniec semestru? Oceny wystawione? Bo u mnie praktycznie już wszystkie :) W tym jedna szósteczka :D
Jak wrażenia po przeczytaniu rozdziału? :) Mam nadzieję, że momentami Was nie zanudziłam. Lepiej z "akapitami", czy bez? Zaczął się dziwny etap mojego opowiadania i mam nadzieję, że nikt się nie pogubi, bo będzie teraz dużo rzeczy z perspektyw innych bohaterów. Dlatego radzę czytać uważnie :)
Nie wiem, czy uda mi się coś do świąt dodać, dlatego już teraz pragnę złożyć Wam najserdeczniejsze życzenia, wesołych świąt, mnóstwa wymarzonych prezentów pod choinką, szczęścia, miłych pogodnych świąt, spędzonych z bliskimi. Czego sobie tylko życzycie. I szczęśliwego Nowego Roku, oby był lepszy niż ten. I śniegu na Wigilię, bo co to za święta bez śniegu, kuligu, bałwana czy choćby głupiej wojny na śnieżki z kuzynami *,* kiedy jest się caluteńka mokra, bo kuzyni się zmawiają przeciwko tobie *,*
Ściskam mocno ;*
Zapraszam:
http://zuzkamalfoy.tumblr.com/
Zuza♥