Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Louis Tomlinson. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Louis Tomlinson. Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 stycznia 2016

Epilog

Notka z dedykacją dla wszystkich, którzy przeczytali choć jeden post, skomentowali choć jednym komentarzem. Ale najbardziej dla tych najwytrwalszych <3

Jeżeli przeczytałeś, skomentuj. Dla Ciebie to tylko chwilka, dla mnie to ogromna radość i wiadomość o tym, ilu Was tak naprawdę jest <3


"Skoro nie można się cofnąć, trzeba znaleźć najlepszy sposób, by 
pójść naprzód." – Paulo Coelho


~~*~~*~~*~~*~~


~~ Bella ~~

Niestety, czas wolny się skończył i czas było wracać do szkoły. Chyba nikomu się to nie uśmiechało, zwłaszcza po tak cudownie spędzonym czasie. Wraz z Alexem i naszymi najbliższymi rodzinami świętowaliśmy Boże Narodzenie. Było fantastycznie. Atmosfera cały czas utrzymywała się na poziomie świątecznego podekscytowania, miłości i radości. Nikt z nikim się nie kłócił. No może z wyjątkiem mnie i Alexa, kiedy chłopak czymś mnie bardzo zdenerwował. Wtedy musiał dostać za swoje. Lecz poza tym? Pierwszy raz od dawna, czułam, że tak powinno być zawsze, nie tylko od święta.
Później spotkaliśmy się w szerszym gronie, bo Prue zaprosiła nas na sylwestra. I wtedy również wszystko odbywało się jak należy. Wybawiliśmy się, pośmialiśmy się, po prostu pobyliśmy razem ze znajomymi. Poznałam również kilka wspaniałych osób z Londynu. Oczywiście, korzystając z okazji, obejrzałam również to fantastyczne miasto. Razem z Prue poszłyśmy następnego dnia na spacer, a dziewczyna pokazywała mi co ciekawsze miejsca. Nawet nie wiedziałam, że moja przyjaciółka mieszkała wśród tylu intrygujących rzeczy. Mnóstwo kin, teatrów, sklepy na każdej ulicy, przytulne kawiarenki, hałaśliwe bary. Zupełnie inaczej, niż w mojej dzielnicy. Tam było spokojnie, a tutaj? Wielki świat w jednym miejscu.
Ale wszystko to się skończyło. Przerwa świąteczna dobiegła końca, więc wsiedliśmy do pociągu i ruszyliśmy na północ.
Siedzieliśmy wspólnie w przedziale. Ja razem z Alexem przy oknie, naprzeciwko nas Prue i Chris, których trudno było ostatnio rozdzielić. Trudno się dziwić, po tym, co się stało, sama nie chciałabym opuszczać ani na krok mojego chłopaka. Obok nas zajęła miejsce Becky i Jen oraz Tom, a obok przytulającej się pary, kolejna: Alice i Damien.
– Oddaj mi to, Damien, cholera! – wołała co jakiś czas do chłopaka, który trzymał w ręce zdjęcie z portfela Becky.
Damien jak zwykle opowiadał jakieś żarciki, z których dziewczyny się śmiały. Czasem im dokuczał, coś zabrał, byleby było śmiesznie. Alice próbowała go jakoś powstrzymać, ale nieudolnie. Za bardzo jej się to podobało, by zakazać mu to robić. Tom natomiast siedział w kącie i próbował skupić się na czytaniu jakiejś książki, ale wątpiłam, by w takim hałasie udało mu się cokolwiek zrozumieć. Chociaż, z jego fotograficzną pamięcią nigdy nic nie wiadomo. 
Ukradkiem przyglądałam się Prue i Chrisowi. Szeptali coś sobie do uszu. Przytuleni, czasami się pocałowali, czasem po prostu spoglądali sobie czule w oczy. Wyglądali razem wspaniale. Wiedziałam, że za kilkadziesiąt lat wszystko się zmieni, ale oni nadal będą w sobie tak samo zakochani w sobie jak teraz. A może nawet jeszcze bardziej.
I jak to w takich momentach bywa, nawiedziła mnie wizja. Cały obraz stał się czarno-biały, w ciemnej ramce.
Pierwsze, co zobaczyłam urząd, ubranych odświętnie ludzi a w centrum uwagi stała jedna para. Becky i Louis przysięgali sobie miłość, wierność i uczciwość małżeńską, a ich najbliżsi towarzyszyli im w tym ważnym dla nich dniu. Uśmiechnęłam się sama do siebie, czując ich szczęście.
Potem nastąpiła mgła i po chwili pojawiła się kolejna wizja. Na początku delikatnie się wystraszyłam, ponieważ nigdy nie miałam jednego widzenia za drugim. Uspokoiłam się, dopiero kiedy ujrzałam gorące słońce, nagrzaną plażę, wysokie palmy a w ich cieniu łuk udekorowany zielonym pnączem i białymi kwiatami. Do łuku prowadził biały dywan obsypany czerwonymi płatkami róż. Po jednej i po drugiej stronie w równych odległościach stały krzesła. Miejsce zapełniało się ludźmi, którzy rozmawiali ze sobą z przejęciem i podekscytowaniem. Zauważyłam Becky pod rękę z Louisem.
– Chodźmy, bo zajmą nam wszystkie najlepsze miejsca – pośpieszyła męża brunetka. Przed nimi dreptał mały chłopczyk w ciemnych loczkach.
Chloe ma mieć brata? Zastanawiałam się nad tym chwilę, nie na tyle długo jednak, by się upewnić. Moją uwagę przykuło coś innego. Kiedy wszyscy zajęli swoje miejsca, ostatnie szepty ucichły, gdzieś z boku delikatnie zaczęła grać muzyka. Wszyscy jak na komendę wstali i odwrócili się do tyłu. Również to zrobiłam, by nie być jedyną.
Na początku jej nie poznałam. Włosy lekkimi falami spływały jej na ramiona, cudowny makijaż podkreślał jej urodę. Biała sukienka opływała idealne wręcz ciało dziewczyny, a w biżuterii odbijały się promienie słoneczne. W dłoniach niosła malutki bukiecik a obok niej szedł jej wymarzony, trzymając ją pod rękę. Prue i Chris w dniu swojego ślubu wyglądali jak miliarderzy z najromantyczniejszego filmu, jaki kiedykolwiek powstał w Hollywood.
Wolnym krokiem podeszli do ojca dziewczyny, który podczas przemarszu zdążył stanąć pod łukiem. To on, wedle tradycji Zmiennokształtnych miał udzielić im ślubu.
Kiedy stanęli już obok niego, muzyka ucichła a goście usiedli z powrotem na swoich miejscach. Każdy podziwiał wystrój miejsca, skrojony garnitur pana młodego a przede wszystkim sukienkę panny młodej. Bez ramiączek, gorset z delikatnej koronki a reszta luzem puszczona aż do ziemi. Dodatkowo zawiązana biała wstążeczka ukazywała jej talię.
– Witam was, moi drodzy najbliżsi przyjaciele i rodzina tej oto pary młodej. Zebraliśmy się dzisiaj tutaj, by połączyć tych dwoje węzłem małżeńskim – rozpoczął Derek Carter. Wiele mówił tego dnia, dużo informacji wleciało mi jednym a wyleciało drugim uchem. Zafascynowana całą sytuacją nie potrafiłam się skupić, choć bardzo chciałam, ponieważ tradycyjne śluby Zmiennokształtnych zdarzają się niezwykle rzadko, ponieważ wielu młodych w tych czasach decyduje się na świecki ślub a nie zawierzenie swojego prywatnego życia Nyks. A jest to piękna ceremonia.
Małżonkowie przed ślubem powinni przyszykować sobie przysięgę, którą wypowiedzą swojej drugiej połówce tego dnia. Zwykle to są piękne słowa o miłości, o tym, żeby trwać przy sobie na dobre i na złe aż do końca, o wierności i uczciwości. I tym razem młoda para zadziwiła wszystkich zebranych.
– Obiecuję cię kochać aż po kres swojego życia i o jeden dzień dłużej – wypowiedział Chris, trzymając delikatnie dłoń dziewczyny i spoglądając jej prosto w oczy.
– Obiecuję już nigdy cię nie zostawić aż do końca mojego życia i o jeden dzień dłużej – zawtórowała mu Prue. Łzy wzruszenia pojawiły mi się pod powiekami. To było coś oryginalnego i cudownego jednocześnie. Zwykłe słowa, dla nich na pewno wiele znaczą.
Na koniec wymienili się złotymi obrączkami i pocałowali namiętnie. Kiedyś zamiast obrączek były to ręcznie robione naszyjniki, ale okazało się, że niektóre z nich za bardzo rzucały się w oczy i niewygodnie się je nosiło. Obrączki były standardową formą, która identyfikowała małżonków wśród społeczeństwa.
Bardzo chciałam zobaczyć całą ceremonię powierzenia życia Nyks, jednak wizja znów się zamazała. Tym razem trafiłam do szpitala. Wszędzie pełno zabieganych ludzi. W kącie dopiero dostrzegam znajome twarze Chrisa i Alice. Wydaje mi się, że są delikatnie starsi, ale to może być tylko złudzenie mojej wizji. Dyskutują o czymś zawzięcie. Widać, jak chłopak jest zdenerwowany, ciągle zaciska dłonie w pięści.
– Niedługo się skończy – uspokajała go blondynka. Poklepała go delikatnie po ramieniu. Nagle drzwi naprzeciwko otworzyły się, a spojrzenia wszystkich skierowały się w tamtą stronę. Wyszedł z nich zmęczony lekarz, który wycierał ręce w ręcznik papierowy. Chris szybko wstał i podszedł do niego.
– I co? – zapytał, wyczekując odpowiedzi.
– Chłopczyk. – Uśmiechnął się do chłopaka. Wyciągnął do niego rękę, którą Chris w oszołomieniu uścisnął. – Gratuluję, został pan ojcem.
– Tak! – Zapiszczała Alice, skacząc na blondyna i całując go w policzek.
– Może pan wejść do żony – pozwolił mu lekarz, wskazując ręką drogę. Alice powiedziała cicho, że poczeka tam, na korytarzu.
Kiedy wizja już dobiegła końca, nie pojawiła się kolejna. W oszołomieniu siedziałam i spoglądałam na wesołą parę naprzeciwko mnie. Uśmiech nie schodził mi z ust. Tyle cudownych rzeczy wydarzy się już niedługo. Nie mogąc w to uwierzyć, musiałam chwilę posiedzieć i przetrawić wszystkie informacje.
– Wszystko gra? – usłyszałam obok siebie zaniepokojony głos Alexa. Chyba tylko on dostrzegł moje wyłączenie się z towarzystwa.
– Tak, wszystko w porządku – zapewniłam go, mając nadzieję, że nie będzie dręczył mnie kolejnymi pytaniami.
– Co widziałaś? – Chciał jednak wiedzieć.
Na szczęście w tej chwili milczenia zobaczyłam jeszcze jedną, króciutką wizję przyszłości. A może teraźniejszości? Widziałam tłum zebrany wokół stosu, na którym paliły się zioła wokół jakiegoś małego stworzonka, podobnego do zająca. Nie byłam pewna, co widziałam, ale moja intuicja podpowiadała mi jedno.
– Ohrimowie znaleźli sobie nową ofiarę. Tym razem w ogniu skończył zając upolowany w lesie – powiedziałam, całując go delikatnie w policzek. Bardzo chciałam, by moje wizje się spełniły, lecz nie miałam stuprocentowej pewności, że tak właśnie będzie. Mimo wszystko miałam nadzieję, że wszystko w końcu zacznie się układać. Przecież po każdej burzy wstaje słońce, prawda?

~~*~~*~~*~~*~~

Jejku, wiecie, że to już ostatni post tego opowiadania? Mam ochotę wymyślić kolejną przygodę dla Prue i Chrisa, ale nie wiem, czy jeszcze zdołam. Ciągnąc to opowiadanie stałoby się jak "Moda na sukces", choć trudno mi się pożegnać z bohaterami i zakończyć coś, co prowadziłam trzy lata. Trzy okrągłe lata, ponieważ w czwartek minął ten trzeci rok.
Jestem dumna, wiecie? Z Was, z siebie, z tego opowiadania również, ponieważ, mimo tych wszystkich wpadek przy jego pisaniu, podoba mi się. I wydaje mi się, że jeżeli je poprawię, dopracuję wcześniejsze rozdziały, popracuję nad bohaterami to będzie podobało mi się jeszcze bardziej.
W tym miejscu chciałabym wszystkim podziękować. Najbardziej oczywiście tym, którzy komentowali lub którzy osobiście mówili mi, co sądzą o rozdziale. Tym, których nie widać, a są, czyli wszystkim moim znajomym i przyjaciołom, których zanudzałam opowiadaniem o bohaterach czy o jakimś wydarzeniu. Za cierpliwość do mnie i do moich pomysłów.
Dziękuję Wam wszystkim, bo bez Was nie byłoby mnie tutaj <3 Jestem Wam wdzięczna za Waszą obecność, jakakolwiek by ona nie była.
Chciałam na koniec dodać jeszcze jakąś miniaturkę, ale nie miałam na nią pomysłu. Ale jeżeli wy, chcielibyście dowiedzieć się czegoś więcej, piszcie śmiało, na pewno się nad tym zastanowię. A tymczasem za jakiś czas na pewno zabiorę się za poprawę tego bloga.
Kto wie, może wrócę na tego bloga z jakimś innym opowiadaniem? Lubię powracać z nowościami ;) Na razie chce się jednak skupić na "Polowaniu..." i przy okazji bardzo Was tam serdecznie zapraszam. Byłoby mi bardzo miło, gdybyście rzucili na nie okiem i wypowiedzieli się na jego temat :) Dla mnie każde zdanie się liczy :)
Znowu się rozpisałam, a miało być krótko, wybaczcie mi! <3 Po prostu strasznie dziwnie mi się do Was pisze z myślą, że to może już ostatni raz. Dlatego zachęcam do poczytania moich innych opowiadań, jeżeli tylko podoba Wam się to, co robię ;) Tutaj macie link do miejsc, gdzie możecie mnie znaleźć ;) Jakbyście chcieli :)
Mam nadzieję do zobaczenia! <33

sobota, 24 października 2015

~9. "...i nie opuścić jej, aż do śmierci."

"Mógłbym przesiedzieć sto lat w więzieniu, gdybym tylko wiedział, że w końcu się zobaczymy." - C.J. Daugherty, "Niezłomni"



~~ Chris ~~


Shane jeszcze w kostnicy wyjaśnił nam, że Prue się wybudzała. Moje serce biło jak oszalałe. Z jednej strony bardzo się cieszyłem, że wracała w końcu do nas. Z drugiej jednak okropnie się martwiłem i denerwowałem. Gdzie ona, do cholery, polazła? Dlaczego nie poczekała? Co było tak ważne, że naraziła się, wychodząc z pomieszczenia?
Nie potrafiłem odnaleźć odpowiedzi na te wszystkie pytania, które kotłowały się zapewne nie tylko w mojej głowie. Widziałem na twarzach pozostałych, że również główkują nad rozwiązaniem tej zagadki. Żadne z nas jednak nie było na tyle inteligentne, by zrozumieć Prue i jej zamiary.
Powlokłem się za wszystkimi w kierunku internatu. W połowie drogi skręciłem jednak w lewo i udałem się do stajni. Łudziłem się, że przerażona swoim powrotem do życia Prue, zaszyje się w jakimś przytulnym miejscu, do którego lubiła wracać. A stajnia była właśnie takim miejscem. Zawsze, kiedy musiała coś przemyśleć, coś ją zdenerwowało, wystraszyło, zaszywała się wśród koni. Dokładnie tak jak Filip.
Przekraczając próg, wstrzymałem oddech a serce podskoczyło mi do góry. Żyłem tą nadzieją przez całą drogę i kiedy okazało się, że dziewczyny tam nie było, zawiodłem się. Zwiodłem się głównie na sobie, ale odrobinę też na Prue. Pomyślałem, że mogła się przecież schować w jakimś znanym mi miejscu a nie bawić się w chowanego i uciekać przede mną.
W następnej kolejności, zbeształem się za te myśli.
– Głupek – warknąłem. Koń z najbliższego boksu wyjrzał zza drewnianego ogrodzenia i spojrzał na mnie zaciekawiony. Zastrzygł uszami i parsknął. – Nie było jej tutaj, prawda? – zapytałem zwierzęcia. Oczywiście mi nie odpowiedział, więc wyszedłem ze stajni, po tym, jak koń, zamiast mną, znów na powrót zainteresował się sianem.
Z tego wszystkiego przegapiłem kolację, ale miałem nadzieję, że w stołówce w internacie znajdę coś wartego uwagi. Skierowałem tam swoje kroki i już po chwili siedziałem przed telewizorem z talerzem kanapek. Przełączałem co chwila na nowy kanał pilotem, ponieważ nic nie zwróciło mojej uwagi. Próbowałem się skupić na czymkolwiek innymi niż moja ukochana. Nie potrafiłem. Ciągle miałem ją przed oczami. Pragnąłem ją przytulić, pocałować, usłyszeć jej głos, poczuć jej dotyk na swoim ciele, mieć już do końca życia blisko siebie i nie opuścić jej, aż do śmierci.
Alex wpadł do salonu, kiedy jadłem ostatnią kanapkę. O mało co się nie udławiłem i już zamierzałem mu to wytknąć, jednak nie pozwolił mi cokolwiek powiedzieć.
– W końcu cię znalazłem, stary! – zawołał, łapiąc szybko oddech. – Chodź, nie mamy czasu!
Pociągnął mnie za sobą, przez co upuściłem kanapkę na podłogę. Nie zdążyłem zawołać, że powinien to najpierw posprzątać, a już biegłem za chłopakiem w kierunku szkoły. Pytałem go kilkakrotnie, o co chodziło. Przeczuwałem, że o Prue. Tylko co takiego musiało się stać, że Alex mi nic nie mówił i tak bardzo się spieszyliśmy? Przez głowę przeszły mi najczarniejsze scenariusze, a nie miałem siły zastanowić się, że przecież najgorsze już się stało i właśnie miała do mnie powrócić.
Wpadliśmy do skrzydła szpitalnego z impetem, przez co spojrzenia wszystkich zgromadzonych zwróciły się w naszym kierunku. Byli tam niemalże wszyscy, którzy mieli coś do powiedzenia w szkole. Nie widziałem tylko mojej Prue.
– Gdzie ona jest? – zawołałem, podbiegając do Dereka. Miał zmartwioną minę co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że coś się stało. Kiedy podszedłem do łóżka, wokół którego się wszyscy zebrali, parę mniej ważnych osób, których nawiasem mówiąc, nie znałem, odsunęło się, ukazując mi ukochaną.
Leżała przykryta kołdrą do brzucha. ręce złożone na brzuchu, twarz spokojna i uśmiechnięta. Patrzyła na mnie z wielką miłością wypisaną na twarzy. Usiadłem obok niej i złapałem ją delikatnie za jedną dłoń, nie wiedząc, czy nie zrobię jej dotykiem krzywdy. Prue ścisnęła mocno moją rękę. Nie spodziewałem się po niej takiej siły. Zwłaszcza, że z jakiegoś powodu, znajdowała się w szpitalu pod obserwacją Nancy.
– Co się stało? Gdzie się podziewałaś? – zapytałem. – Shane był przy tobie, kiedy się budziłaś. Pobiegł po nas a kiedy wróciliśmy, ciebie już nie było.
– To dłuższa historia – powiedziała cicho, dotykając dłonią mojego policzka. – Jezu, jak dobrze cię w końcu widzieć! Nawet nie wiesz, jak się stęskniłam! – szepnęła i pocałowała mnie lekko w usta.
Oszołomiony, nie miałem pojęcia, co o tym wszystkim myśleć. Przyglądałem się jej, doszukując się jakichkolwiek zmian, lecz żadnych nie potrafiłem dostrzec. Może się w ogóle nie zmieniła? A może zmiana miała polegać na psychice?
– Ale dlaczego jesteś w szpitalu? Coś musiało się stać – zaoponowałem.
– Ojej, no bo zemdlałam, ponieważ za szybko wstałam i przez to, że się zmęczyłam biegiem. Nic wielkiego. – Wzruszyła ramionami, lekceważąc wszystko. Spojrzałem na Nancy, chcąc się upewnić, że to, co mówiła dziewczyna, to prawda. Kobieta skinęła głową.
– Zostanie u nas na obserwacji. Chcę się upewnić, że wszystko z nią w porządku. To prawdziwy cud, że do nas wróciła! – zawołała z uśmiechem na ustach. Również się uśmiechnąłem, oddychając z ulgą. Kamień spadł mi z serca.
– Hej – powiedziałem cicho, nachylając się ku niej. Kątem oka zauważyłem, że wszyscy nagle się ulotnili. Zostaliśmy w końcu sami.

~~ Prue ~~

Odkąd wróciłam, żadne z moich znajomych nie opuszczało mnie ani na krok. Staraliśmy nadrobić stracony czas. Nie było go wiele, zaledwie kilka dób, lecz to i tak za wiele. Zwłaszcza, że ani ja, ani oni nie wiedzieli do końca, czy wrócę. Becky i Louis milion razy dziękowali mi za interwencję. Nie widziałam w tym nic szczególnego, po prostu postąpiłam zgodnie z sumieniem i uchroniłam mojego ojca od ogromnego błędu. Na pewno w przyszłości żałowałby tak pochopnie podjętej decyzji. Sam o tym wspominał, kiedy rozmawialiśmy. Starał się znaleźć dla mnie jak najwięcej czasu w ciągu dnia, choć było to bardzo trudne. Organizował konkurs na dyrektora szkoły i przeglądanie podań kandydatów zajmowało mu wiele czasu. Czasami starałam się mu w tym pomóc, ale kompletnie się na tym nie znałam, więc niewiele mu ta moja pomoc pomogła.
Z nikim nie rozmawiałam o tym, co zdarzyło się Tam. Moi przyjaciele bardzo nalegali, Nancy również była ciekawa, lecz nie uległam. Pragnęłam zachować wspomnienia dla siebie. To było coś zbyt intymnego, osobistego, by komukolwiek o tym opowiadać. Może kiedyś ktoś się dowie ode mnie, co robiłam po śmierci, ale z pewnością nie w najbliższej przyszłości. Jedyne, co zrobiłam, to opisałam całe spotkanie z bratem i Nyks w pamiętniku, by nigdy o nim nie zapomnieć.
Znów w szkole wytykali mnie palcami, obgadywali za plecami, jak to było na początku roku, kiedy wszyscy już wiedzieli, że jestem córką Dereka Cartera. W końcu każdy się do tego przyzwyczaił i znów pojawił się powód, by mieli mnie za kogoś innego. Nie przeszkadzało mi to. Wiedziałam, że nie robią tego złośliwie, po prostu są pod wrażeniem, ciekawi tego, jak udało mi się oszukać śmierć. Uśmiechałam się do każdego, kto na mnie zerknął w ten zaintrygowany sposób.
Najwięcej czasu spędzałam z Chrisem. Zaszywaliśmy się czasami na całe dnie z dala od całego świata, głusi na telefony, na wszystko inne. Liczyliśmy się tylko my.
Oczywiście nie obyło się bez wyrzutów Rose, która na koniec naszej rozmowy rozpłakała się jak małe dziecko i przytuliła do mnie mocno. Cieszyłam się, że w końcu nie muszę przed nią nikogo udawać, że zaakceptowała nas wszystkich takimi, jakimi jesteśmy. Strasznie mi jej brakowało, ponieważ zawsze była takim punktem stałym w moim życiu. To zawsze na niej mogłam polegać, ze wszystkiego się wyżalić, była człowiekiem i w pewien sposób łączyła mnie z moim starym życiem. Nasza przyjaźń to najlepsze, co mnie w życiu spotkało.
Przyszedł też w moim życiu moment smutny. Któregoś dnia Shane i Chloe oznajmili, że muszą już wracać do siebie. Tyle czasu z nimi spędziłam, że zapomniałam, że przybyli z przyszłości. Traktowałam ich jak jednych z nas.
– Będę tęskniła – wyżaliłam się na pożegnanie, kiedy portal na strychu już był otwarty. Chris uświadomił mnie, że Shane to nasz syn. Jakoś nie mogłam sobie tego wyobrazić. Nie mieściło mi się to w głowie.
– My też – zapewniła Chloe. – Dziękujemy wam za wszystko – dodała, przytulając się do mnie. Pocałowałam ją delikatnie w policzek.
– Uważajcie na siebie – zastrzegłam.
– Już w twoim głowie wykształca się matczyna nuta – burknął Shane. – Myślałem, że to pojawiło się dopiero po moich narodzinach a tu proszę – westchnął teatralnie.
– Och, mój drogi – wtrąciła się Rose. – Gdybyś ty ją słyszał z jakiś rok temu, kiedy jeszcze nie wiedziała, że jest dziwnym czworonogiem. Wtedy to dopiero matczyła Davidowi i Chrisowi. – Zaśmialiśmy się wszyscy.
– Mam nadzieję, że tym razem traficie do swojego świata – powiedziała już całkiem poważnie Becky.
– Chyba limit pomyłek już wykorzystaliśmy, nie uważasz? – zapytał Damien. Obok niego stała Alice, która uśmiechnęła się z żartu ukochanego, po czym podeszła do Chloe i uścisnęła ją serdecznie.
Chris objął mnie ramieniem, kiedy zauważył łzy gromadzące się w moich oczach. Pożegnawszy się już z każdym, Chloe i Shane złapali się za ręce i zniknęli w portalu, który się od razu zamknął.

~~ Chris ~~

Stałem na plaży, fale słonego morza z hukiem wpływały na wybrzeże. Zastanawiając się, co ja robiłem na plaży, ruszyłem wzdłuż morza w poszukiwaniu odpowiedzi.
Pojawiła się szybciej, niż mogłem przypuszczać. Wiedziałem, że to niemożliwe, ale wyłoniła się jakby z wody, ponieważ wcześniej nigdzie jej nie widziałem, ale kiedy na nią spojrzałem, ona już stała po kostki w morzu. Zbliżyłem się do niej. Jej blond włosy rozwiewał na wszystkie strony wiatr. Zachwyciłem się jej urodą. Była piękna. Nie tak, jak dziewczyny, które spotykałem na swojej drodze, ale jak bogini. Emanował od niej spokój.
– Witaj, Chris. Długo kazałeś na siebie czekać – odezwała się. Wyglądała na młodą, ale coś w jej głosie mówiło mi, że to tylko pozory.
– Przepraszam – szepnąłem. Machnęła niedbale ręką.
– Najważniejsze, że w końcu się spotkaliśmy. Wiesz, dlaczego tu jesteśmy? – Szybko zaprzeczyłem ruchem głowy, więc od razu kontynuowała. – Chcę, byś uświadomił sobie, jak bardzo Prue jest wyjątkowa. Zdajesz sobie z tego sprawę?
– Tak – odpowiedziałem nieco drżącym głosem.
– Pamiętaj, że ona ci ufa jak nikomu innemu. Opiekuj się nią, ponieważ David już nie może. Jej brat jest teraz ze mną i to ty musisz przejąć również jego rolę. Obiecaj mi, że przy tobie nic jej się nie stanie, że nie będę musiała znów interweniować w wasze życie – odezwała się nieco groźniej.
– Obiecuję – powiedziałem poważnie, zdając sobie sprawę, kto przede mną stał. Nyks we własnej osobie nawiedziła mnie we śnie, by upewnić się, że Prue będzie ze mną dobrze. – Będę strzegł jej jak oka w głowie. Kocham ją i nie pozwolę, by stała jej się jakakolwiek krzywda. Już nigdy więcej!

~~*~~*~~*~~*~~

Siemson! Jejku, ale zabiegany tydzień! I kolejny również się taki zapowiadaaa! ;( Byle przeżyć do kolejnego piątku! <3
Jak tam rozdział? Taki trochę chyba miłosny, nie? Jeszcze raz powtarzam, że zbliżamy się do końca, żeby przy epilogu nie było niespodzianek :D Przy okazji, jeżeli komuś zatęskniłoby się za moim twórstwem, serdecznie zapraszam na "Polowanie na magię!". Co prawda troszkę początek zawaliłam, ale mam nadzieję się podnieść i coś niecoś poprawić w późniejszych rozdziałach <3
No to do kolejnegooo! Jeżeli dotrwam w szkole ;) Paa <3

wtorek, 13 października 2015

~8. "Od kiedy to karzemy kogoś za pochodzenie?"

"Do sądu nie idzie się po sprawiedliwość, ale po wyrok."



~~ Louis ~~

Najbardziej szkoda mi było Becky. Musiała bardzo przeżyć to, co się ze mną działo. W chwili rozstania widziałem łzy w jej oczach. Strach czułem poprzez nasze Skojarzenie przez cały czas. Obawiała się o mnie. O to, co mi zrobią, o to, jak ta cała sprawa się dalej potoczy.
Sam nie bałem się niczego. Już nie obchodziło mnie to, co ze mną zrobią. Całe życie myślałem, że robię wszystko dobrze, służąc Stylesowi. Potem, kiedy poznałem, jacy są naprawdę Zmiennokształtni i zdradziłem "swoich" na ich rzecz, przeczuwałem, że prędzej czy później, któraś ze stron mnie dopadnie. Raczej sądziłem, że to będą Wampiry, ale nie dziwiłem się, że Derek również chce sprawiedliwości. Sam bym tak uczynił na ich miejscu. W końcu swoje zrobiłem i powinienem odpokutować. Tylko czy kara będzie sprawiedliwa?
Nie mogłem im niczego zarzucić. Jak na "więźnia" traktowali mnie niezwykle łagodnie. Zamknęli mnie w jakimś pomieszczeniu, do którego wstawili nawet wygodne łóżko, biurko, krzesło i lampkę. Na półce wiszącej nad łóżkiem ustawiono kilka książek, ale nie zwracałem na nie uwagi. Po prostu położyłem się i leżałem, rozmyślając. Nie miałem na co narzekać, ponieważ wieczorem przynieśli mi jedzenie. Co prawda ludzkie, ale sam fakt, że pomyśleli o mnie, podnosił mnie na duchu. Może nie będzie tak bardzo źle jak mi się wydawało?
Cały czas myślami byłem przy Becky. Próbowałem dowiedzieć się, co się z nią działo, czy ją już przesłuchiwali, czy jej także groziło jakieś niebezpieczeństwo. Wątpiłem, że zrobią swojemu jakąś krzywdę, ale w mojej sytuacji musiałem brać pod uwagę wszystkie opcje. Non stop zapewniałem ją w swoich myślach, że nic mi nie jest, żeby się o mnie nie martwiła, że sobie poradzę. Ale ona i tak się obawiała. Szukała mnie, choć nic z tego nie wyszło.
Miałem tylko nadzieję, że jeżeli nie wyjdę z tego cało, Becky nie załamie się tak jak po stracie Davida. Winiłbym się do końca swojego marnego życia, a jeżeli później również potrafiłbym to wspominać, to na całą wieczność. I choć nie było mnie przy niej, kiedy umarł brat Prue, mogłem sobie wyobrazić co choć w części przeżywała.
Spędziłem w więzieniu kilka godzin; nie wiem, ile dokładnie, ponieważ straciłem rachubę czasu, choć zdawałem sobie sprawę, że zapadł już zmierzch. Mniej więcej w tym czasie własnie przynieśli mi posiłek. Nie musiałem długo czekać na kolejną wizytę. Tym razem był to Derek w towarzystwie wielu Zmiennokształtnych, którzy robili za obstawę.
– Zabieramy cię na przesłuchanie – oznajmił dyrektor, spoglądając mi prosto w oczy. Następnie skinął w kierunku dwóch mężczyzn, którzy stali przy samych drzwiach. Związali mi dłonie i poprowadzili w tylko im znanym kierunku.
Na dworze nie było ciemno, zimno również nie; mimo to zadrżałem. Już za chwilę miały przesądzić się losy o moim dalszym życiu a ja nie miałem nic na swoją obronę. Bardzo chciałbym powiedzieć im wszystkim, że żałuję, ale czy to coś da? Nie uwierzą mi. Sam bym sobie przecież nie uwierzył.
Przeszliśmy kawałek przez plac, minęliśmy wielkie wejście główne, zgadywałem, że to właśnie tam mieściła się szkoła. Weszliśmy przez jakieś boczne wejście do nieoświetlonego pomieszczenia. Moje oczy momentalnie się przyzwyczaiły, lecz równie szybko zapalono światło, więc przeciwnik mnie zdekoncentrował i przez dobrą chwilę nie widziałem praktycznie niczego. Dopiero później mogłem spokojnie dostrzec długi stół naprzeciwko drzwi, za którym już zasiadali jacyś Zmiennokształtni. Mnie usadzono naprzeciwko nich przy jednym z niskich stolików. Ala salę sądową urządzono w mniejszej z sal; w kącie nadal stał stojak na mapy a za plecami Dereka wisiała tablica.
Oprócz dyrektora nikogo nie rozpoznałem. Kojarzyłem jedną czy dwie twarze, ale nie potrafiłem przypisać im imion czy choćby stanowisk, jakie obejmowali w stadzie. Byli po prostu ludźmi, którzy przyszli mnie osądzić, całkowicie mnie nie znając.

~~ Becky ~~

Nie wiedziałam, co o tym wszystkim myśleć. Najpierw mój brat dołącza do zespołu Dereka, który ma za zadanie skazanie mojego ukochanego. Następnie zamykają Louisa gdzieś, nie mam pojęcia gdzie i nie dają mi z nim porozmawiać. Nawet Filip zachowuje się inaczej. Przez całą drogę do szkoły próbowałam mu wytłumaczyć, że Lou jest niewinny, że go kocham, że nic nie zrobił, ale on mnie jakby w ogóle nie słuchał. Przytakiwał tylko, a potem palnął mi wykład o tym, jakie to Wampiry są niebezpieczne. Nim ugryzłam się w język, odgryzłam mu się, że on również w połowie jest Wampirem. Nic na to nie odpowiedział, nastroszył się jedynie i odburknął coś niezrozumiale. Nie zamierzałam go ranić, ale to on pierwszy zaczął i nie mogłam pozwolić mu na to, by źle rozpatrywał sytuacje. Dobrze wiedziałam, że się o mnie martwił, ale nie miał prawa dyktować mi, co mam robić,  a czego nie i z kim.
Kiedy już wróciliśmy do szkoły, nie odzywałam się do niego całkowicie. Wolałam przeczekać ten czas, kiedy musiał wszystko przemyśleć, nawet jeżeli tego nie robił. Wkurzył mnie swoim postępowaniem oraz tym, że nie dał sobie wytłumaczyć niczego. Jakby zamknął się w sobie z jakiegoś powodu. Nigdy taki nie był, więc nie rozumiałam tej nagłej przemiany. Miałam tylko nadzieję, że w końcu mu przejdzie i zrozumie, dlaczego zrobiłam tak a nie inaczej.
Próbowałam go znaleźć, ale moje starania zeszły na panewce. Cały czas starałam się mieć z nim kontakt, więc nie mogłam się na niczym innym skupić. Kiedy ktoś do mnie coś mówił, prosiłam, by powtarzał kilka razy, bym w końcu mogła go zrozumieć.  Tak samo było w momencie, kiedy Shane wyciągnął nas z salonu, chcąc coś pokazać. W pierwszej chwili pomyślałam, może nawet łudziłam się, że przez przypadek znalazł Louisa, ale po chwili dotarło do mnie, że to raczej niemożliwe. Wszedłszy do kostnicy, również nie połączyłam od razu faktów. W ogóle już miałam się zapytać, po co on nas tam przyprowadził, ale na szczęście w porę odezwał się Chris, pytając go o to, gdzie Prue. I już wtedy zrozumiałam, że moja przyjaciółka zniknęła, choć przecież jeszcze nie tak dawno leżała martwa na stole.
Wróciliśmy do salonu pogrążeni w ciszy. Nikt się nie odzywał, ja nadal próbowałam połączyć się z Louisem, wywiedzieć, gdzie się znajdował. Na próżno. Nawet nie wiedziałam, czy trzymali go na terenie szkoły czy już po za nim. Kompletnie nic! Louis nie dopuszczał mnie do tych części jego myśli, żebym go nie szukała.

~~ Louis ~~

Przesłuchanie rozpoczęło się punktualnie o dwudziestej. Na początku kazano mi się przedstawić, powiedzieć coś o sobie, głównie interesował ich status krwi, rodzina, najbliżsi. Zadawali mało pytań, nie chcieli znać przecież całego mojego życia. Chodziło im głównie o poznanie mnie.
Dopiero z czasem przeszli do pytań trudniejszych. Kazali na przykład opisać dzień, w którym poznałem Stylesa.  Pytali o niego, o zlecenia, jakie musieliśmy wykonywać. Odpowiadałem bez zahamowań, zdając sobie sprawę, że i tak już o wszystkim wiedzą, pragną tylko, bym wszystko potwierdził.
– A jak poznałeś Rebbecę Tonkin? – W końcu padło pytanie, którego się obawiałem. Wszyscy ludzie przede mnie wpatrywali się we mnie, notując coś, cokolwiek zauważyli czy jeżeli powiedziałem coś, co szczególnie ich zainteresowało.
– Poznaliśmy się przez Liama. On... On przyjaźnił się z Prue i od słowa do słowa wyszło na to, że na siebie wpadliśmy w Manchesterze. Ja... kiedy ją zobaczyłem wtedy, podczas bitwy w lesie... Poczułem coś. Sam nie wiem, co to było... Mogłem ją zabić, ale nie zrobiłem tego. Spoglądając jej w oczy, przeszła mi ochota na wypełnianie poleceń Stylesa, na zabijanie niewinnych ludzi tylko po to, by się pożywić. Dostrzegłem w Zmiennokształtnych dobro, swego rodzaju sympatię. Zobaczyłem wady bycia Wampirem i zalety życia takiego, jakie wiódł Liam już od jakiegoś czasu. Chciałem stać się lepszy i dzięki Becky w końcu mi się to udało. Nie żałuję, że się poznaliśmy, że spędziliśmy razem cudowne chwile. Mam tylko nadzieję, że przeze mnie nie będzie cierpiała. Tego bym sobie w życiu nie wybaczył. – Nie miałem pojęcia, dlaczego to mówiłem, ale nie potrafiłem przestać. Czułem potrzebę wyrzucenia z siebie wszystkiego, co ostatnimi czasy leżało mi na sercu.
Wszyscy zebrani patrzyli na mnie zdziwieni. Nie spodziewali się po mnie takich wyznań? Uważali, że skoro jestem Wampirem, to nie potrafię czuć, współczuć, kochać? Skoro tak, to bardzo dobrze, że się przed nimi tak otworzyłem. Może w końcu dostrzegą kogoś więcej niż tylko maszynę do zabijania.
Po moich słowach nastała chwila ciszy. Derek spojrzał najpierw w jedną stronę, kiwając głową, następnie w drugą. Dopiero kiedy uzyskał zgodę już wszystkich zebranych, zerknął na mnie.
–  Musimy się naradzić – oznajmił chłodno. Mnie wyprowadzono a rada rozpoczęła swoje obrady.
Straż nie spuszczała mnie z oka nawet na moment. Wszelki mój ruch był odnotowywany, jakby sądzili, że mógłbym uciec. Irytowały mnie ich ciągłe spojrzenia, ale cóż mogłem poradzić?
Na szczęście rada nie kazała mi długo czekać na wyrok. Znów zająłem swoje miejsce, tym razem nie pozwolono mi już usiąść, musiałem stać. Derek również wstał, trzymając w ręku podkładkę, z której zapewne miał odczytać wyrok. Zacisnąłem mocno pięści, uniosłem wysoko głowę, chcąc stawić temu czoła. Tylko na moment przymknąłem powieki, czekając w napięciu.
– Louisa Tomlinsona uznaje się winnego zarzucanych mu czynów... – padły pierwsze słowa, które przerwało wtargnięcie kogoś do sali. Wszyscy jak na komendę spojrzeli w tamtą stronę. Derek już chciał nakrzyczeć na przybysza za to, że zakłóca sąd, lecz powstrzymał się, widząc, kto wszedł.
– Zdążyłam? - zapytała Prue, odgarniając swoje włosy z policzka. Widać było, że biegła, oddychała szybko, serce również pracowało na najszybszych obrotach. Rozejrzała się dokoła i chyba jej ulżyło, widząc mnie. – Część, Louis, cześć, tato. Widzę, że się już poznaliście – powiedziała kąśliwie.
Nikt nie odpowiedział. Każdy patrzył na nią jak na dziwadło. W końcu chyba po części nim była, prawda? Przecież jeszcze nie tak dawno wszyscy przeżywali żałobę po jej śmierci, jej ojciec chciał się na mnie zemścić za to, co zrobił Styles.
– Widzę, że zdążyłam. Chciałabym więc zabrać głos w sprawie Louisa – oznajmiła poważnie, tonem, jakby się znała na prawie.
– Ale... Przecież ty... – odzyskał głos Derek. – Prue, kochanie, to ty? – zapytał.
– Oczywiście, że ja, tato. Ale porozmawiamy o tym kiedy indziej. Będzie na to czas. Teraz jestem tutaj po to, by powiedzieć ci, że nie możesz go ukarać. W ogóle nie możesz tak bezprawnie urządzać sądów. Sprawy powinny być rozstrzygane z odpowiednią procedurą, przecież wiesz, znasz się dużo lepiej ode mnie na prawie Zmiennokształtnych.
– Ale przecież to Wampir... – zaczął protestować.
– Tato – postawiła sprawę jasno. – Znam kilka Wampirów... Znałam... Którzy byli wspaniali. Mój przyjaciel, jeden z wierniejszych, był Wampirem. Louis również jest moim kolegą. To chłopak Becky. On nie zrobił nic złego. Od kiedy to karzemy kogoś za pochodzenie? Wiesz, kiedy poznałam Liama, poczułam się z nimi w pewien sposób powiązana. W końcu oba nasze gatunki są nadnaturalne i my wszyscy nie powinniśmy używać swoich mocy przeciwko sobie. Musimy się wspierać, a to najlepszy moment, by zacząć to robić, ponieważ Styles nie żyje. Nie po to umarł David, Liam, nawet ja na chwilę, byśmy teraz się nawzajem wykończyli – zakończyła. Łzy pojawiły się w jej oczach, kiedy wspominała swoich bliskich zmarłych. Mnie również coś tknęło, słysząc o Liamie, widząc Prue całą i żywą.
Zerknąłem na Dereka. Patrzył cały czas na córkę. Widać było, że hamuje się, by nie rzucić się na nią i nie przytulić do siebie. Nie dziwiłem mu się. W końcu nie codziennie człowiek dowiaduje się, że jego dziecko jednak nie umarło.
– Tato – szepnęła, podchodząc do niego. Mijając mnie, ścisnęła na moment moją dłoń. Była ciepła, co tylko potwierdziło to, że żyje.
Kiedy Pure podeszła do ojca, ten już darł papier, z którego odczytywał wyrok. Pozostała część rady spoglądała na niego zaskoczona, zapewne nie wiedząc, co o tym wszystkim myśleć.
– Niewinny – dodał na koniec i przytulił Prue, która zaśmiała się serdecznie. Mnie kamień spadł z serca. W końcu wiedziałem, na czym stałem.
Nie wiedziałem, co ze sobą począć. Nie chciałem przeszkadzać radującym się z powrotu Prue, więc pragnąłem wymknąć się cichaczem. Straż mi jednak w tym przeszkodziła i zastawiła drzwi. Nie miałem więc innego wyjścia jak usiąść na krześle i czekać, aż reszta przypomni sobie o mnie.
– Prue! – zawołał nagle Derek przerażony. Zerknąłem w jego stronę i zobaczyłem bezwładne ciało dziewczyny w jego ramionach. Ruda kobieta już była przy nich i badała Prue. Przerażony, podbiegłem, by zobaczyć, co się stało.

~~*~~*~~*~~*~~

Wybaczcie ogromne spóźnienie, ale szkoła daje mi ostatnio w kość. Cały czas coś, a jak wróciłam w weekend to praktycznie cały przespałam ;) Ale rozdział już jest, mam nadzieję, że się podoba ;) A co tam u Was? Chwalcie się <3

sobota, 12 września 2015

~6. "I będziemy już zawsze razem, obiecuję."

"Będę szczęśliwy wszędzie tam, gdzie ty jesteś. To proste. - E. L. James



~~ Becky ~~

    Już w trakcie zajęć Louis zadzwonił do mnie. Nie mogłam jednak odebrać telefonu, ponieważ siedziałam w klasie i słuchałam wykładu na temat kolejnego eliksiru, który zamierzaliśmy omawiać a później przygotowywać. Dopiero kiedy lekcja się skończyła, wyciągnęłam telefon z kieszeni i wybrałam numer chłopaka. Odebrał niemalże od razu.
    - Hej, coś się stało? - zapytałam, kiedy się ze mną przywitał. Usłyszałam jego zmęczony głos, który mnie zaniepokoił. Szłam korytarzem razem z Alice, a przed nami powoli gramolił się Damien. Nikt na nic nie miał ochoty, wszystko robiliśmy jak roboty, żeby tylko zostało zrobione. Sama nie wiem, z czego to wynikało, bo przecież byliśmy niemalże pewni, że Prue wróci, więc nie mieliśmy podstaw do niepokoju. Mimo wszystko i tak każdy się przejmował. Może to ta przygnębiająca aura, która panowała w całej szkole tak na nas działała?
    - Moglibyśmy się dziś spotkać? - zaczął od razu od tego, z czym do mnie dzwonił.
    - Coś się stało? - ponowiłam pytanie. Alice spojrzała na mnie zaciekawiona, ale zbyłam ją machnięciem ręki i oddaliłam się, by nikt mi już nie przeszkadzał. Stanęłam pod drzewem. Moimi ciuchami targał silny wiatr, ale nie przeszkadzało mi to.
    - W sumie to nic wielkiego. Po prostu się stęskniłem - odparł cicho. Wyczułam delikatnie zawahanie w jego głowie, które podpowiedziało mi od razu, że nie powiedział całej prawdy. Może nie chciał, może nie mógł. Oczyma wyobraźni widziałam jego minę; wymuszony uśmiech, zmarszczki wokół oczu oraz na czole.
    - Sama nie wiem - westchnęłam. Ogromnie chciałam się z nim zobaczyć, spędzić choć malutką chwilę, lecz coś mnie powstrzymywało. Nie powinniśmy tak się obnosić z naszą miłością, Louis w ogóle nie powinien wychodzić na świat ze swojego mieszkania. Zmiennokształtni pragną dopaść każdego Wampira, bez względu na to, czy jest dobry czy zły. I choć po wyroku sądu prawdopodobnie by go uniewinnili, istnieje bardzo nikła, wręcz niewielka, ale jednak obawa, że za stare grzechy będzie musiał odpokutować. W końcu nie zawsze był dobry. Kiedyś służył Harry'emu i to nawet bardzo gorliwie. Na szczęście to już było za nami. Dla mnie liczyła się teraźniejszość.
    - Zgódź się! - prosił. - Nic się nie stanie, jeśli spotkamy się gdzieś koło kawiarni - namawiał, a ja coraz bardziej mu ulegałam. Chciałam być tą rozsądną, ale w końcu mnie namówił i zgodziłam się.
    - Gdzie i o której? - zapytałam z uśmiechem. Chłopak odetchnął z ulgą i zaśmiał się krótko. Podał też miejsce i czas spotkania, a ja obiecałam się tam stawić.

~~ Shane ~~

    Szedłem właśnie na spotkanie z Chloe. Umówiliśmy się, że po szkole spędzimy razem trochę czasu, ponieważ odkąd miała miejsce bitwa, nie mieliśmy dla siebie ani chwili. Kiedy w końcu wszystko w sprawie Prue się wyjaśniło i każdy wiedział, że jednak tak naprawdę nie umarła, mogłem w spokoju zająć się innymi rzeczami oprócz przekonywania Chrisa do swoich racji.
    Przechodziłem właśnie obok budynku szkolnego, kiedy mój wyostrzony słuch wychwycił szelest liści wśród pobliskich drzew. Nie przejąłbym się tym, gdyby coś, może intuicja, sam nie wiem, nie podpowiedziałoby mi, żebym podszedł bliżej i rozejrzał się. Posłuchałem tej wewnętrznej siły i ruszyłem w kierunku hałasu, który z każdym krokiem robił się coraz głośniejszy. Delikatnie zajrzałem między gałęzie drzewa, gdy usłyszałem ciche słowa, których nie potrafiłem do końca rozróżnić.
    Podszedłem na tyle blisko, że widziałem Dereka, który rozmawiał z kimś przez telefon, ale nie na tyle, by mógł mnie zobaczyć; drzewa całkowicie spełniły swoje zadanie, maskując mnie przed dyrektorem. Nie miałem pojęcia, dlaczego w ogóle zostałem, zamiast od razu się wycofać. W końcu podsłuchiwanie jest ogromnie nieprzyzwoite. Zwłaszcza, jeśli podsłuchuje się swojego dziadka, który obecnie piastuje stanowisko dyrektora szkoły, do której chodzimy. Ciekawość jednak wzięła górę i zacząłem przysłuchiwać się jego słowom. Nie wszystkie do mnie docierały, niektóre ulatywały z porywistym wiatrem, inne po prostu wypowiedział zbyt cicho, bym je dosłyszał.
    - Dlaczego nie przyjedziesz? - oburzył się, podnosząc głos. Cały czas chodził od jednego drzewa do drugiego i z powrotem, wydeptał już delikatnie rysującą się ścieżkę. - Nie rozumiem. To jest nasza córka! Nie zamierzasz jej godnie pożegnać? Ostatni raz zobaczyć? Bardzo chciałbym się z tobą w końcu spotkać. Tyle lat minęło... - mówił coraz ciszej, więc kolejnych słów nie zdołałem wyłapać pośród szumu wiatru. Wywnioskowałem jednak, że rozmawiał ze swoją żoną, a matką Prue, która nie planowała przyjazdu do Dundee. Z resztą tak samo jak było w przypadku Davida. Zastanawiałem się, jak mogło jej nie kusić, by przyjechać i zobaczyć swoje dzieci, swojego męża... Potrafiłem zrozumieć, że strasznie bolała ją strata najbliższych, ale nie mogłem pojąć, jak można dać im odejść, nie pożegnawszy się z nimi. - Kiedy to wszystko się już skończy, wrócę do Londynu. - Znów usłyszałem głos dyrektora. - Muszę pozałatwiać wszystkie sprawy, znaleźć kogoś do szkoły i wrócę. I będziemy już zawsze razem, obiecuję.
    Po cichu wycofałem się znów na chodnik. Zrobiło mi się głupio, ponieważ ta rozmowa była czymś intymnym, prywatnym, a ja jak zwykle musiałem wdepnąć w nie swoje sprawy ogromnym, brudnym buciorem.

~~ Becky ~~

    - Louis! - zawołałam, kiedy dostrzegłam jego nieco przygarbione plecy. Już z daleka go poznałam. Chłopak odwrócił się, słysząc mój głos. Podbiegłam do niego i rzuciłam mu się na szyję. Wtuliłam się w jego ciało, przymykając na moment powieki. Louis oddychał głęboko, wciągając w nozdrza zapach moich włosów. Tak bardzo brakowało mi jego bliskości, że nie miałam ochoty go puszczać.
    - Jak dobrze cię widzieć! - szepnął mi wprost do ucha, składając pocałunek na moim policzku. Zamruczałam cicho, rozkoszując się jego dotykiem.
    - Ciebie też. - Zaśmiałam się, odchylając delikatnie głowę do tyłu. Chłopak pocałował mnie w szyję, błądził swoimi wargami po całej mojej twarzy, a kiedy w końcu odnalazł moje usta, nie odrywał się od nich przez długą chwilę. - To co będziemy robić? - zapytałam, łapiąc go za rękę i splatając nasze palce.
    - Sam nie wiem, może po prostu się przejdziemy i porozmawiamy? - zaproponował. Widziałam, że coś go trapiło i pragnął się swoim smutkiem podzielić ze mną, więc nie protestowałam.
    - Może być - zgodziłam się, uśmiechając się promiennie w jego stronę. Wampir odwdzięczył mi się wymuszonym półuśmiechem. Coś musiało mu bardzo nie dawać spokoju.
    Ruszyliśmy przed siebie, nie spiesząc się donikąd. Spacerowaliśmy jakiś czas w milczeniu, mijając po drodze mnóstwo idących w różne strony ludzi. Ciekawie rozglądałam się dokoła, ponieważ nigdy nie byłam w tej części miasta, do której zaprowadził mnie Lou. Ogromny park ściągał pod swoje drzewa wielu ludzi, kiedy świeciło słońce, ale w taką pogodę, szarą, burą i ponurą, nikomu nie chciało się wychodzić na dwór, by po prostu na nim pobyć.
    - Powiesz mi w końcu, co cię tak gryzie i dlaczego tak bardzo chciałeś się ze mną spotkać? - zapytałam, kiedy usiedliśmy na mokrej od deszczu ławce w samym sercu parku. Byliśmy tylko my i przyroda.
    - Nie mogę sobie znaleźć miejsca - zaczął, spoglądając na mnie poważnie. - Odkąd Liam... No wiesz... Snuję się po domu jak cień, Niall nie jest lepszy. Nie potrafimy sobie poradzić. Nie wiedziałem, że jesteśmy ze sobą tak związani, dopóki go nie zabrakło - szepnął, spuszczając wzrok na nasze splecione ręce. Ścisnęłam mocniej jego dłoń.
    - Oh, kochanie... - odezwałam się, lecz nie miałam pojęcia, jak dokończyć. Nie ma słów, które pomogą w ukojeniu tego bólu. Musiało minąć trochę czasu, nim znów potrafiłam się uśmiechnąć po śmierci Davida. Zrobiłam najprostszą rzecz, jaką mogłam zrobić. Po prostu go przytuliłam i pozwoliłam mu schować się przed całym światem w moich ramionach. Jego ciałem wstrząsnął dreszcz, a ja gładziłam go delikatnie po plecach i szeptałam puste, nic nie znaczące słówka.
    - Dziękuję, że jesteś - powiedział cicho, kiedy już się odrobinę uspokoił. Uśmiechnął się do mnie prawdziwie po raz pierwszy tego dnia. Był to smutny uśmiech, ale prawdziwy. Pocałowałam go leciutko w usta.
    - Zawsze możesz na mnie liczyć - stwierdziłam.
    - Kocham cię, pamiętaj o tym - zapewnił gorliwie, patrząc mi intensywnie w oczy.
    - Wiem, ja ciebie też kocham - powiedziałam, uśmiechając się promiennie. Już zamierzałam znów go pocałować, kiedy chłopak zamarł i spojrzał zza moje ramię. Odwróciłam się, lecz nie dostrzegłam niczego, co mogłoby mnie zaniepokoić.
    - Chyba nie jesteśmy sami - szepnął, rozglądając się dokoła. Kiedy wypowiedział te słowa, usłyszałam szelest liści, a potem zobaczyłam zbliżające się w naszym kierunku sylwetki.
    Byli już blisko, więc bez problemu rozpoznałam idącego Dereka na samym czele. Serce mi stanęło. Szybko podniosłam się z ławki i zasłoniłam swoim ciałem Wampira.
    - Czego chcecie? - zapytałam podniesionym głosem.
    - Porozmawiać z Louisem Tomilinsonem. Wyjaśnić parę spraw - powiedział grobowym tonem dyrektor, a po moich plecach przebiegł niemiły dreszcz. Głos nie zachęcał do współpracy, więc postanowiłam się odrobinę zbuntować. Chwyciłam Lou za rękę i nie pozwoliłam mu wyjść przed siebie.
    - Becky, nie utrudniaj nam procedury - odezwał się Filip, wychylając się z szeregu. Osłupiałam. Nie mogłam uwierzyć w to, że mój brat dołączył do całej tej beznadziejnej eskapady! - Siostrzyczko to wszystko dla twojego dobra - powiedział, patrząc prosto na mnie.
    - Nie ściemniaj mi tutaj teraz! - zawołałam, mając łzy w oczach. - Nie rozumiesz, że oni mogą go zabić, jeżeli im się tak spodoba? - krzyknęłam. - Ich nie obchodzi to, że mnie uratował, nie obchodzi ich to, ile zrobił dobrego. Oni widzą tylko to co złe!
    - Becky, nie dramatyzuj! - rzekł spokojnie Derek. - Wampir będzie miał sprawiedliwy osąd, nie masz się czego bać. Każdemu według zasług - dodał, uśmiechając się.
    - Nie pozwolę wam go skrzywdzić! - zawołałam rozpaczliwie, wiedząc, że moja siła zupełnie nie równa się sile wszystkich Zmiennokształtnych, jakich miał przy sobie dyrektor. Zawarczałam w ich stronę, chcąc ich wystraszyć, lecz na nic się to zdało. Doskonale wiedzieli, że nie mogę im nic zrobić.
    - Becky... - Poczułam dłoń Louisa na swoim ramieniu. Spojrzałam na niego przez ramię. Uśmiechał się do mnie, ale miał smutny wyraz twarzy. Wyglądał trochę, jakby pogodził się ze swoim losem.
    - Nie pozwolę im cię skrzywdzić - zapewniłam gorliwie.
    - Wiem, ale przez to wszystko oni mogą zrobić coś też tobie. A tego bym sobie nie wybaczył. Więc pozwól, że pójdę z nimi dobrowolnie - powiedział cicho. Kręciłam cały czas głową, nie chciałam się z tym pogodzić.
    - Więc chodźmy, mam dosyć tego teatru - mruknął ktoś z podwładnych Dereka. Louis wyminął mnie i podszedł do dyrektora, który związał mu ręce na plecach. Chciałam ich powstrzymać, ale Filip w porę mnie złapał w talii i zatrzymał w miejscu. Wyrywałam się, krzyczałam, lecz brat mnie nie puszczał. A Louis, odprowadzany przez ogromną eskortę, odwrócił się raz w moją stronę. Ujrzałam na jego ustach uśmiech pełen miłości i pogodzenia z losem.

~~*~~*~~*~~*~~

    Hejo, przepraszam Was za wszelkie błędy w tym rozdziale, ale znów na wfie mój palec ucierpiał i nie piszę zbyt szybko ani składnie, kiedy jest usztywniony :D Jejku, powoli będziemy się zbliżać do końca tej historii. Tak chcę Was tylko do tego naszykować emocjonalnie <3
    Dziękuję wszystkim tym, którzy czytają początki tego bloga, a widzę, że są takie osoby, bo statystyki szybciutko lecą w górę <3

piątek, 3 lipca 2015

~1. "Wiele się zmieniło."


Prawda to cudowna i straszliwa rzecz, więc trzeba się z nią obchodzić ostrożnie. - J.K. Rowling



~~ Becky ~~

    - Kim jesteś? - zapytała Alice, chcąc się upewnić. Przerwała tę niezręczną ciszę, która nastała po kłótni chłopców. Nie wiedziałam dlaczego, ale ucieszyłam się z tego, co powiedział Shane. Znaczyło to, że Chris w końcu się pozbierał i miał normalne życie. A skoro on potrafił to my pewnie też. Zaświtała we mnie nadzieja, której od tak dawna nie posiadałam.
    - Jestem Shane Brown, urodzę się za kilka lat, kiedy już wszyscy skończycie szkołę, kiedy cała sprawa z Wampirami się uciszy. Przynajmniej mam nadzieję, że tak będzie w nowej przyszłości, którą stworzyliśmy - odezwał się niepewnie. Zerknął na Chrisa, który odkąd poznał prawdę, siedział i wpatrywał się w jeden punkt. Nie poruszył się ani o milimetr.
    Chloe otarła łzy z policzków i podeszła do Shane'a. Ścisnęła mocno jego ramię, jakby chciała mu coś w ten sposób powiedzieć. Mnie natomiast nasunęło się inne pytanie.
    - Skoro jesteś synem Chrisa, to kim jest Chloe? - zapytałam, spoglądając to na jednego to na drugiego. Zmieszali się, ale chyba tylko ja to dostrzegłam. Nie miałam pewności, ale zerknęli na siebie, by dopiero po chwili odpowiedzieć na moje pytanie.
    - Chloe jest moją dziewczyną. Znamy się od kołyski, przyjaźnimy odkąd pamiętam. Jak sięgam pamięcią, jest tylko ona. - Uśmiechnął się do niej serdecznie. - Ale nie o to mi chodziło. Nie pamiętacie, o czym wspominałem? - Próbował odwieść nas od tematu, byśmy nie zadawali już niewygodnych pytań. - Prue nie może tak po prostu nie żyć! - zawołał do wszystkich, ale wzrok utkwiony miał w Chrisie.
    - A jednak! - krzyknął, poruszając się pierwszy raz od kilkunastu minut. Spojrzał w jego oczy. - Prue nie żyje i daj nam wreszcie spokój! - wrzasnął. Wstał i wyszedł, nie robiąc przy tym żadnego hałasu. A w salonie znów zapanowała cisza.

~~ Chloe ~~

    Od tamtej kłótni minęło kilka dni. Spokojnych, przepełnionych żałobą, smutkiem, cierpieniem dni. Na początku, chyba jeszcze tego samego dnia uprzątnięto wszelkie ślady po walce. Sprzed budynku szkoły zniknęły gruzy, połamane gałęzie, trawa znów zaczęła odrastać. Ktoś pofatygował się i obmył chodnik z krwi, spalono ciała Wampirów. Jedynie Liam wrócił do swoich przyjaciół cały, za namową Chrisa.
    Wiele się zmieniło. Stark już nie piastował urzędu dyrektora szkoły ani samca alfy. Obie te funkcje tymczasowo przejął Derek - przywództwo w stadzie dlatego, że mu się należało, stanowisko dyrektora dlatego, że nie znalazł nikogo, kto byłby w stanie po ostatnich wydarzeniach, przejąć tę funkcję i obciążyć choć odrobinę jego barki. Co do ojca Prue - wywalił na zbity pysk Starka, gdy dowiedział się, co działo się pod jego nieobecność. Oczywiście dołączył do walczących, kiedy tylko się dowiedział o ataku, lecz nie zdążył odnaleźć w tłumie swojej córki. Rozwścieczony, kazał powybijać wszystkie Wampiry, które zostały przy życiu i nie zdążyły się teleportować.
    Nancy miała pełne ręce roboty przy pielęgnowaniu rannych. Od razu zgłosiło się wiele osób do pomocy, więc szpitalik dawał radę. Najgorszą pracę mieli ci, którzy zbierali ciała poległych Zmiennokształtnych. To ta grupa ochotników oraz pracowników szkoły zabierała umarłych, myła je a następnie przebierała w czyste ciuchy i przygotowywała na pogrzeb. Kiedy dostrzegłam, jak nieśli ciało Prue, rozpłakałam się na nowo, choć obiecałam sobie, że będę silna. Dla każdego, kto tego potrzebował.
    Słyszałam również plotki na temat tego, że wataha przygotowuje się do wyłapania wszystkich Wampirów. Chcieli ich złapać i postawić przed sądem. Nie sądziłam, że Derek aż tak oszalał, by podjąć tak radykalną decyzję. Widocznie nie znałam go na tyle dobrze. W sumie, nikt go tu nie znał, a ci, co tak im się wydawało, bali się mu przeciwstawić. Martwiłam się o swoją przyszłość. Wiedziałam, że Zmiennokształtni szybko uporają się z barierą, jaką stanowiło to, że Wampiry są niezwykle inteligentne i potrafią się nieźle schować. Wytropią ich raz dwa. Nim się obejrzymy, będziemy patrzyli na niesprawiedliwe procesy, w których wszystkich uśmiercą. Chyba, że ktoś ich powstrzyma. Jedyna osoba, zdolna tego dokonać, leżała w kostnicy i nie zamierzała się z niej jak na razie ruszać.

    Chris nie odzywał się do nas. W ogóle niezwykle rzadko go widywałam, z resztą tak jak pozostali. Nawet Tom i Damien, którzy dzielili z nim pokój, nie spotykali go zbyt często. Martwiliśmy się o niego. Nie chciał się do tego przyznać, ale cierpiał. Wolał samemu znosić swój ból, kiedy my zbieraliśmy się wszyscy razem i po prostu milczeliśmy. Jedynie Shane, ogarnięty swoją wizją przyszłości zdawał się nie być roztrzęsiony. Co rusz namawiał mnie, bym mu uwierzyła. Prawie mnie przekonał do swojej teorii. Prawie.
    Któregoś dnia poprosił mnie, bym poszła z nim do Dereka. Zgodziłam się, nie pytałam nawet, po co miał do niego iść. Po prostu szłam jego śladem. Kiedy znaleźliśmy się w jego gabinecie, oniemiałam. Pokój zmienił się, kiedy jego dotychczasowy właściciel go opuścił. Dotąd nieprzejrzane papiery, które ostatnimi czasy zawalały pół pomieszczenia, zniknęły. Nadal stała tam biblioteczka oraz biurko, lecz panował na nich idealny wręcz porządek.
    Za biurkiem na obrotowym krześle zasiadał Derek. Przygnębiony, smutny, pogrążony we własnych myślach, błądzący nimi daleko i wysoko w chmurach. Wyglądał, jakby nie spał od wielu dni i od co najmniej dwóch nie jadł. I choć schludnie leżący na nim garnitur ukazywał jego klasę, od razu widać było, że jest wyczerpany.
    - Przepraszam, że przeszkadzamy - zaczął Shane ostrożnie, skupiając uwagę dyrektora na sobie. - Czy moglibyśmy zająć panu chwilkę? - zapytał z grzeczności, lecz nie zamierzał wychodzić, nawet jeśli mężczyzna by się nie zgodził. Jego postawa mówiła sama przez siebie.
    - Tak, oczywiście - powiedział tylko.
    - Dziękuję - odetchnął. - Chciałbym poprosić pana, by przełożył ceremonię... Słyszałem, że ma się odbyć za dwa dni. To zdecydowanie za wcześnie... - zawahał się.
    - Shane... - szepnęłam ostrzegawczo. Kiedy tylko przejrzałam, że przyszedł do Dereka tylko po to, by mącić mu w głowie myślą, że jego córka może jednak przeżyła, choć nic na to nie wskazuje, próbowałam mu przerwać, powstrzymać go. Uciszył mnie jednak jednym skinięciem ręki.
     - Dlaczego mnie o to prosisz? - zapytał zaintrygowany.
    - Ja... Muszę mieć więcej czasu. Dzień, może dwa. Proszę, niech się pan zgodzi. Nic się jej nie stanie, już nie...
    Dyrektor zamyślił się. Odwrócił się w stronę okna i wyjrzał przez nie. Zacisnął dłonie w pięści kilka razy, nim znów na nas spojrzał.
    - Dobrze, macie dodatkowe dwa dni. Nie wiem, po co wam one, lecz mogę przełożyć uroczystość jeszcze o dwa dni. Nie więcej. Już i tak wiele zwlekałem, lecz były inne, równie ważne sprawy do załatwienia... - powiedział cicho, niemalże do siebie.
    - Dziękujemy! - zawołał radośnie Shane, za bardzo entuzjastycznie, biorąc pod uwagę to, w jakiej sytuacji się znajdowaliśmy. Niemal wybiegł z gabinetu. Nie pozostawało mi nic, jak tylko podążyć za nim.
    - Nie rozumiem! - zawołałam na schodach. - Po co wzbudzać we wszystkich nadzieję, skoro tej nadziei nie ma? Prue umarła i nic tego już nie zmieni.
    - Nic nie rozumiesz? - Zatrzymał się i spojrzał na mnie. Złapał za ramiona i potrząsnął delikatnie. Stał stopień niżej, więc byliśmy prawie równi. - A to, że nadal tu jestem, że cię dotykam, że mówię do ciebie, nic nie znaczy? Zastanów się, proszę!
    I wtedy dostrzegłam to, co on zauważył od razu, to, co próbował nam od kilku dni bezsilnie wytłumaczyć. To, co dało mi płomień nadziei, ostatnią deskę ratunku, której chwyciłam się jak tonący brzytwy.

~~ Alice ~~

    Szłam razem z Becky wzdłuż ogrodzenia. Nie rozmawiałyśmy wiele. Właściwie to tylko na początku każda z nas coś napomknęła, a potem nastała kompletna cisza. Nie miałam pojęcia, po co właściwie tutaj przyszłyśmy, ale ruch mnie uspokajał. Wiatr osuszał moje mokre od łez oczy i policzki oraz ukrywał twarz w roztarganych włosach.
    Zerknęłam na przyjaciółkę. Bałam się, że zamknie się tak, jak po śmierci Davida. Tego bym nie zniosła. Wtedy wytrzymałam, ponieważ była przy mnie Prue, mogłam na nią liczyć. Teraz jej zabrakło. Gdybym straciła jeszcze Becky, nie wytrzymałabym. Cieszyłam się, że była ze mną, że tym razem się nie poddała, że była silna. Kiedy spojrzała na mnie, uśmiechnęłam się do niej pokrzepiająco. Odwzajemniła uśmiech, choć wydawał się wymuszony i smutny.
    Szłyśmy w milczeniu jeszcze chwilę, nim Becky nie zatrzymała się w połowie kroku. Zaczęła nasłuchiwać, a kiedy chciałam coś powiedzieć, nie pozwoliła mi na to. Zbliżyła się cicho do muru.
    - Słyszysz to? - zapytała, idąc wzdłuż betonowej ściany, obrośniętej bluszczem, który wznosił się wysoko ponad nasze głowy. Pokręciłam głową. Niczego niepokojącego nie słyszałam. Tylko nasze oddechy, jej delikatnie stawiane kroki oraz szum drzew i śpiew ptaków, który, gdy tylko o nim pomyślałam, umilkł. - Ktoś jest po drugiej stronie - powiedziała tylko i pobiegła w stronę bramy. Ruszyłam za nią, wołając.
    - Może powinnyśmy zawrócić i wezwać kogoś? - zaproponowałam. Stanęłyśmy w końcu na drodze wysypanej kamyczkami. Dziewczyna pokręciła głową.
    - Nie. Wiem, kto to jest. Tylko proszę, obiecaj mi, że nie zrobisz niczego głupiego. Jego widok może ci się nie spodobać - rzekła cicho, krzywiąc się. Serce biło jej niemiłosiernie szybko, jakby chciało wyskoczyć z piersi. Nie wiedziałam, co zrobić, więc po prostu przytaknęłam. - Obiecaj! - zawołała, potrząsając mną.
    - Obiecuję - szepnęłam.
    - Okej, w takim razie, chodźmy - powiedziała, złapała mnie za rękę i wyciągnęła za teren szkoły.
    Przeszłyśmy kilka kroków, skręciłyśmy w lewo i stanęłyśmy na parkingu za wysokim i szerokim dębem. Rozglądałam się dookoła, ale Becky wpatrywała się w jeden punkt, jakby wiedziała, skąd przyjdzie gość. I nie myliła się. Po chwili z wiatrem dotarł do nas zapach, który rozpoznałabym wszędzie. Zapach cytrusów. Popatrzyłam na przyjaciółkę, lecz ta wydawała się nie zwracać na to uwagi. Zasugerowałam jej, byśmy odeszły stąd, lecz nie chciała mnie słuchać. Strach przejął kontrolę nad moim ciałem, więc gdy Wampir pojawił się w zasięgu mojego wzroku, użyłam na nim mojej mocy. Dosyć długo próbowałam go zamrozić, lecz nieskutecznie. Chłopak wytworzył tarczę ochronną, więc mój lód zatrzymał się parę centymetrów przed nim.
    - Co ty robisz? - zawołała Becky, łapiąc mnie za rękę i uniemożliwiając mi dalszy atak. - Obiecałaś, że nie będziesz robiła nic głupiego.
    - Ratowanie nam tyłka przed Wampirem wydaje ci się głupie? - Zaśmiałam się ironicznie.
    - On nie zrobi nam krzywdy! - krzyknęła, stając między mną a nim. Zdziwiona, patrzyłam, jak Wampir podchodzi do niej i obejmuje ją a następnie się całują.
    Nie wiedziałam, co zrobić. Czy uciec i powiedzieć wszystkim, że przed bramą czeka Wampir, czy zostać i bronić swojej przyjaciółki, czy może zaufać jej i wysłuchać do końca. Nie potrafiłam się ruszyć, więc pierwsza opcja nie wchodziła w grę. Pozostawało mi czekać w gotowości na odparcie ataku.
    - Alice, Louis jest moim chłopakiem - usłyszałam spokojny głos Becky. - Spotykamy się już od dwóch miesięcy. Poznaliśmy się, kiedy wyjechałam z Filipem do Manchesteru. Kocham go a on kocha mnie. Nie skrzywdzi nas, więc możesz się rozluźnić i posłuchać, dlaczego naraził swoje życie i przyjechał tutaj, zwłaszcza teraz? - Jej głos przybrał groźny ton, więc odwróciłam wzrok w ich stronę. Stali, patrząc sobie prosto w oczy - Becky z groźną miną, chłopak ze smutną ale i skruszoną.
    - Musiałem upewnić się, że z tobą wszystko w porządku. Niby wyczuwałem, że nic ci nie jest, ale byłaś bardzo zrozpaczona...
    - Przykro mi z powodu Liama - szepnęła i musnęła jego usta swoimi. Wampir przymknął oczy i oparł swoje czoło na jej. - Wiem, że był twoim przyjacielem...
    Oderwałam wzrok od tej dwójki, pozwalając im nacieszyć się sobą. Nadal nie byłam przekonana co do intencji chłopaka, ale ufałam swojej przyjaciółce jak nikomu innemu i jeżeli nie została opętana ani nic to wiedziała, co robiła.
    Rozejrzałam się dookoła. Powoli zapadała jesień, pierwsze liście już pożółkły na drzewach, niektóre, nawet zielone pospadały z nich, tworząc chodnik, na którym słychać było czyjeś kroki. Zerknęłam na bramę. Mój słuch się nie mylił.
    - Hej, chyba mamy towarzystwo! - zawołałam, wskazując na Chrisa uciekającego w kierunku szkoły.

~~*~~*~~*~~*~~

    Hej ;) Jak Wam mijają wakacje? Pogoda dopisuje? Bo u mnie jak najbardziej ;)

sobota, 21 marca 2015

*35. "Od tamtej pory wszystko się zmieniło."

Dziękuję mojej wspaniałej W., która potrafi mnie zawsze rozśmieszyć i dzięki niej choć na moment potrafię zapomnieć o tym, jakie życie jest szare. Jesteś moją różową kredką :D I dziękuję Ci za to z całego serducha! <3



"Przyjaciele są jak ciche anioły, które podnoszą nas, kiedy nasze skrzydła zapominają, jak latać." - Antoine de Saint-Exupery


~~*~~*~~*~~*~~

~~ Prue ~~

    Nie odeszłam daleko. Usiadłam na jednej z ławek dostatecznie daleko, by nie słyszeć, o czym rozmawiali. Jednak i tak wyczuwałam jej emocje. Była zdenerwowana. Nie dziwiłam się. Sama również, nie miałabym pojęcia, jak zacząć taką rozmowę. Gdy tłumaczyła chłopakowi zawzięcie całą sytuację, non stop chodziła wzdłuż chodnika i co chwila wymachiwała ręką. Zawsze, gdy coś chciała dokładnie omówić, przedstawić komuś, gestykulowała. To było do niej tak podobne, że uśmiechnęłam się pod nosem sama do siebie. 
    Rozmowa trwała dosyć długo. Nie przerywałam im, bo zdawałam sobie sprawę, że powinni sobie wszystko wyjaśnić. Louis miał prawo wiedzieć o każdym szczególe. W końcu to on podejmował decyzję. Od niego zależało, czy mój ojciec zazna normalnego, ludzkiego życia. Więc wolałam nie naciskać. Choć pragnęłam, by zgodził się jak najszybciej. 
    Gdy skończyli, Becky podeszła do mnie. Jej wyraz twarzy nic mi nie mówił, ale wyczułam bijącą od niej radość. Nie chciałam wyprzedzać faktów, więc po prostu ją zapytałam. 
    - No i jak? 
    Chwilę milczała, jakby się ze mną droczyła. Napięłam niemal wszystkie mięśnie i ostatkiem woli powstrzymywałam się od rzucenia się na nią i wyduszenia z niej prawdy. Po chwili, która dla mnie trwałą wieczność, brunetka uśmiechnęła się do mnie serdecznie. 
    - Zgodził się, za chwilę powinien być w Dundee. Umówiłam się, że wyjdziemy do jego przed bramę - powiedziała. Nie mogąc uwierzyć, w to co słyszałam, uściskałam ją serdecznie. Miałam nadzieje, że Wampir nam pomoże, ale mimo wszystko starałam się zachować dystans. Nie przeżyłabym tak ogromnego zawodu, gdyby odmówił. 
    - Na co jeszcze czekamy? Idziemy? - zawołałam i już miałam pociągnąć Becky za sobą, gdy coś mnie zatrzymało. 
    - Prue! - usłyszałam swoje imię. Odwróciłam się i zobaczyłam zbiegającego po schodach Chrisa a za nim biegł Damien. Dopadli do nas w mgnieniu oka. - Tom mówi, że za chwilę trzeba dodać jad. - Odetchnął. 
    - Powiedz mu, że będziemy za góra pięć minut, okej? - odezwałam się. Złapałam Becky za rękę i ruszyłam do bramy. 
    - A wy dokąd? - krzyknął za nami Damien. 
    - Wyjaśnimy później, teraz nie ma czasu! - odkrzyknęła brunetka.  
    W paru krokach przemierzyłyśmy dystans dzielący nas od bramy. Wyszłyśmy za nią ostrożnie i rozejrzałyśmy się. Louisa nigdzie nie było widać. Oparłam się więc o mur, bo zapowiadało się, że musiałyśmy trochę poczekać. 
    Wampir wyłonił się nagle, zza zaparkowanego niedaleko busa. Nie straciłam orientacji, wiedziałam, że to właśnie tam się zjawi, lecz mimo wszystko się wzdrygnęłam. Poruszał się tak szybko i zwinnie! Jedyne, co go zdemaskowało, to zapach, który poczułam, gdy tylko pojawił się w okolicy. To dzięki niemu zorientowałam się, skąd przybędzie. Wstałam, otrzepując delikatnie plecy z kurzu. Nim zdążyłam choćby pomyśleć, jak go przywitać, Becky już rzuciła się na niego. Chłopak złapał ją w biegu, obrócił się wokół własnej osi i mocno przytulił. Gdy brunetka stanęła na ziemi, nadal się obejmowali. Widziałam wyraz twarzy Wampira. Miał przymknięte powieki, wydawał się zadowolony, wyglądał, jakby mu ulżyło, kiedy zobaczył dziewczynę całą i zdrową. Na koniec pocałowali się, a ja uciekłam od nich wzrokiem. Nie zamierzałam patrzeć na te czułości. To byłoby pogwałcenie praw do prywatności. 
    - Inaczej pachniesz - stwierdziła cicho Becky, podchodząc do mnie. Trzymali się za ręce, uśmiechnięci od ucha do ucha. Dziewczyna zmarszczyła delikatnie nos i wciągnęła głębiej powietrze. Oboje z Louisem zaśmialiśmy się serdecznie. Po przejściu przemiany robiliśmy się bardziej wrażliwi na zapach Wampirów. Co oczywiście mi nie pomogło na początku mojej znajomości z chłopakami, bo i tak się z nimi zakolegowałam. A przynajmniej z jednym z nich. 
    - To dlatego, że od czasu twojej przemiany się nie widzieliśmy - szepnął. - Od tamtej pory wszystko się zmieniło.
    Stanęli naprzeciwko mnie naprawdę szczęśliwi. Od dawna nie widziałam Becky tak radosnej, tak wesołej. Ta znajomość jak najbardziej jej służyła.
    - Cześć, dziękuję, że zgodziłeś się nam pomóc - przywitałam się z nim.
    - Nie ma sprawy. Czego się nie robi dla przyjaciół. - Wzruszył ramionami. I choć my nie byliśmy nawet dobrymi znajomymi, wiedziałam, że chodziło mu o to, że Becky to jego dziewczyna a ona przyjaźniła się ze mną. - Zrobiłbym wszystko, żeby Becky była szczęśliwa - odezwał się po chwili stanowczo. - To co, macie jakieś pudełko czy coś? - Rozejrzał się wokół, jakby oczywistym było, że znajdzie na ziemi pojemnik, w którym przechowamy jad. Od razu zrobiło mi się głupio, że wcześniej o tym nie pomyślałam. Tak bardzo zależało mi na czasie, że nie zorientowałam się, że jad trzeba jakoś przenieś. Widząc moje zmieszanie, uśmiechnął się tylko. - Tak właśnie myślałem. - Wyciągnął z kieszeni małą fiolkę, odkorkował ją i przyłożył do kła, który wydłużył się nieznacznie. Nie chcąc na to patrzeć, zerknęłam na dziewczynę. Przyglądała się Louisowi z zafascynowaniem. Dostrzegłam, jak zadrżała, gdy zobaczyła kieł. Tak jakby... Tak jakby poczuła go kiedyś na sobie...
    Chyba wyczuła, że się jej przyglądałam, bo odwróciła wzrok w moją stronę i spojrzała mi prosto w oczy. A gdy to zrobiła, róż wypłynął na jej policzki. I wtedy już wiedziałam, że byli ze sobą Skojarzeni. Już wszystko zaczęło się układać. To o nim Becky wspominała, gdy przechodziła przemianę. Wcześniej sądziłam, że bredziła, w końcu przemiana to straszny, nieunikniony proces. Wszystko mogło się wtedy wydarzyć. Ale nie, ona utrzymała świadomość do końca. Dzięki połączeniu, zdawała sobie sprawę, że Wampir odczuwał to, co ona, że palił się od wewnątrz, przez to, że jej moc się uaktywniła.
    Wszystko stało się jasne.

~~ Chris ~~

    Wpatrywałem się w sylwetki oddalających się dziewczyn. Nie miałem pojęcia, co o tym wszystkim myśleć. Z jednej strony pragnąłem, by Prue w końcu udało się przetransportować ojca, by zmienił się w swoją ludzką postać. Z drugiej jednak przeczuwałem, że nie obejdzie się bez pomocy Wampirów. A jedynym zaprzyjaźnionym Wampirem, którego w pierwszej kolejności Prue poprosi, będzie Liam. I on jej nie odmówi. Za bardzo mu na niej zależało... Więc będą mieli pretekst, by się spotkać.
    I znów jakiś cichy głosik gdzieś z tyłu głowy podpowiadał mi najgorsze scenariusze. Próbowałem nie zwariować, ale było to trudne. Tak, byłem zazdrosny, ponieważ zdawałem sobie sprawę, że Skojarzenie to naprawdę mocna więź. Poza tym Prue to naprawdę atrakcyjna dziewczyna. Ale mimo to wierzyłem w naszą miłość.
    - Stary, chodź. One zaraz przyjdą - zawołał Damien, klepiąc mnie dłonią w ramię. Posłuchałem go. Nie zamierzałem zostawać na dworze i czekać. To nie byłoby mądre.
    Wróciliśmy więc na strych, gdzie eliksir zdawał się niemal gotowy. Wystarczyło dodać ostatni składnik, którego na razie nie posiadaliśmy. Damien przekazał pozostałym, że dziewczyny wkrótce wrócą. Pozostało nam więc tylko czekać.

~~ Becky ~~

    - Jeszcze raz ci dziękuję, za wszystko! - powiedziała chyba już czwarty raz Prue, ściskając w dłonie fiolkę z jadem Louisa. Chłopak tylko zaśmiał się serdecznie. - Musimy już iść, na pewno się denerwują - stwierdziła, zerkając w moją stronę. Pokiwałam tylko głową a następnie spojrzałam w oczy mojego Wampira.
    - Uważaj na siebie - szepnął, obejmując mnie mocno ramionami. - Licho nie śpi. Zaatakuje w najmniej oczekiwanym momencie. Znam Stylesa od lat. Tak właśnie postąpi.
    Odsunęłam się od niego na chwilę i patrzyłam przez moment w twarz, marszcząc czoło. Zastanawiałam się, skąd może wiedzieć takie rzeczy, skoro już nie zadawał się z tymi złymi.
    - Po prostu tam, gdzie przebywam, gdzie żyję, krążą plotki. Właściwie to wszyscy mówią tylko o tym. Aż trudno uwierzyć, że do was jeszcze nic nie dotarło - odezwał się, gdy zorientował się w moich myślach.
    - Ty też na siebie uważaj - ostrzegłam.
    - Zawsze dla ciebie, skarbie - szepnął po czym namiętnie mnie pocałował. Czułam jego miłość, jego pożądanie, jego tęsknotę. Wszystkie skrywane uczucia. - Kocham cię.
    - Ja ciebie też kocham! - zawołałam, gdy odwrócił się i zniknął za białym busem.
    - Chodźmy - zaproponowała Prue, stając obok mnie i delikatnie ciągnąc ku bramie. Ruszyłam po dobrej chwili. Było mi trudno znów na długo rozstać się z Louisem z myślą, że praktycznie nikt o nas nie wie i nikt nie mógł się dowiedzieć.
    - Prue - zaczęłam ostrożnie, gdy mijałyśmy internat.
    - Tak?
    - Obiecasz mi coś?
    - Co? - zapytała.
    -Nie powiesz nikomu o nas? O mnie i Louisie? Dopóki sama nie będę na to gotowa?
    Milczała przez moment aż w końcu zgodziła się, twierdząc, że to moja sprawa i że nie powinna się do tego mieszać. Zasugerowała mi jednak, bym pospieszyła się z powiedzeniem reszcie prawdy. Z doświadczenia wiedziała, co mówiła.
    Wszyscy odetchnęli z ulgą, gdy w końcu zjawiłyśmy się na strychu. Prue podeszła do Toma i dolała do gotującej się mikstury jad Wampira. Filip przemieszał zawartość kociołka. Mieszanina zrobiła się nieco gęstsza, zmieniła kolor z zielonkawego na bardziej niebieskawy. Po chwili usłyszałam cichy wybuch i zauważyłam unoszący się znad kociołka szary dym.
    - Wszystko poszło zgodnie z planem - oznajmił Tom. - Jutro możecie ruszać.

~~*~~*~~*~~*~~

    Heej, co tam u Was? Też macie taki nawał sprawdzianów jak ja? Normalnie codziennie coś. A już nie daj Boże, jak masz jakieś zaległości lub coś do poprawy!! O.o Jestem tak zmęczona, że nie mam na nic ochoty, mimo, że pogoda jest tak obiecująca ;) Tylko ona podnosi mnie na duchu! :)
    No ale nic, piszcie, jak tam rozdział ;) 

niedziela, 8 marca 2015

*34. "Tylko ta myśl trzymała mnie wciąż na ziemi."

Jeeeejku! Widzieliście statystyki? Ponad 20000 wejść! <3 Dziękuuuję baaardzo wszystkim, którzy kiedykolwiek tutaj zajrzeli, przypadkiem czy celowo - każdy przyczynił się do tego, że ta liczba jest tak ogromna ;) Rozdział specjalnie dla Was! <3



"W prawdziwej przyjaźni nie chodzi o to, żeby być nierozłącznym, tylko o to, żeby rozłąka nic nie zmieniała." 


~~*~~*~~*~~*~~

~~ Prue ~~

    Podzieliliśmy się zadaniami. Alex z Bellą mieli znaleźć książkę z przepisem. Alice i Becky poszły po kociołek, wagę i inne niezbędne do warzenia eliksiru sprzęty. Wraz z Chrisem zamierzaliśmy posprzątać na strychu, by zrobić w pomieszczeniu choć odrobinę więcej miejsca. Damien zaofiarował, że odszuka Toma i Filipa, bo wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że przydałby się ktoś, kto orientuje się, gdzie moglibyśmy znaleźć wszystkie potrzebne składniki, nie narażając się przy tym nauczycielom. Już raz się nam upiekło, nie chcieliśmy dopuścić do kolejnej takiej sytuacji, bo wtedy wszystko wyszłoby na jaw, a byłam niemal prawie pewna, że Stark nie ucieszyłby się na wiadomość, że odnalazłam ojca. Tom z kolei znał prawdopodobnie wszystkie rośliny i substancje, które mogłyby nam się przydać, więc warto byłoby skorzystać z jego wiedzy.
    Przesunięcia foteli, komody i sofy na strychu nie zajęło nam zbyt wiele czasu. Już po chwili było po wszystkim. Przez kilka dobrych minut czekaliśmy w zniecierpliwieniu na resztę. Nie mogłam się już doczekać tego, aż będę miała się czym zająć. Przez cały czas, kiedy nic nie robiłam, dużo myślałam. A te rozważania nie były dobre. Głównie przed oczami pojawiał mi się obraz mnie i znikającego gdzieś ojca nadal w postaci wilka. Spóźniłam się. On już przeniósł się w inne, bezpieczne miejsce; do czasu. Non stop powtarzałam sobie, że wszystko pójdzie dobrze, że wszystko się uda, że już niedługo tata będzie razem ze mną. Tylko ta myśl trzymała mnie wciąż na ziemi.
    Pierwsi pojawili się chłopcy. Nie musiałam im ponownie wyjaśniać całej sytuacji, bo Dan zdążył już im naświetlić wszystkie fakty. Cieszyłam się z takiego obrotu sprawy, bo nie uśmiechało mi się ponowne tłumaczenie problemu. Bez żadnych pytań zgodzili się nam pomóc w przygotowaniu eliksiru. Filip nie miał zbyt tęgiej miny, ale gdy go zapytałam, czy wszystko w porządku, odpowiedział twierdząco. Czułam, że skłamał, ale kim byłam, by drążyć z nim temat?
    Gdy przyszli już wszyscy, Alex otworzył książkę na odpowiedniej stronie i zaczął czytać listę składników. Większość z nich nawet ja potrafiłam rozpoznać. Wszystko było jak najbardziej w porządku. Do czasu, gdy Alex nie przeczytał ostatniego elementu mikstury. Na początku zawahał się przez moment.
    - Co jest? - zaniepokoiłam się.
    - Z tym składnikiem może być pewien kłopot - zaczął. Odwrócił książkę w moją stronę, tak, bym mogła swobodnie sama do niej zajrzeć.
    - Jad Wampira - szepnęłam, niedowierzając. Skąd mieliśmy go wziąć? Spanikowana spojrzałam po twarzach wszystkich zebranych. Tylko Filip nie wydawał się zaskoczony, raczej zasmucony tą wiadomością.
    - Właśnie tego się obawiałem - westchnął cicho. Zaczęłam gorączkowo szukać rozwiązania. Nie przychodził mi do głowy ani jeden pomysł.
    - A może ty byś nam pomógł? - zapytała nieśmiało Becky. - Jesteś w końcu Dhampirem. Czy twój jad nie wystarczyłby?
    - Obawiam się, że nie. Myrnin był naprawdę silnym Wampirem. Byle co nie zdoła odczarować tego, co zrobił. Potrzebny nam prawdziwy jad. Może się nawet okazać, że jedynym ratunkiem dla twojego ojca, Prue, jest ślina Stylesa. Lub kogoś, kogo przemienił - wyjaśnił. Po tych słowach zapadła głęboka cisza. Nikt nawet nie śmiał się odezwać, zakłócić tej idealnej ciszy, która już po sekundzie stała się dla mnie udręką.
    Niespodziewanie dotarło do mnie, kto mógłby nam pomóc. Poczułam jakieś dziwne ukłucie na szyi w miejscu, w którym ugryzł mnie Liam. Gdy się później nad tym zastanawiałam, doszłam do wniosku, że to sama Nyks dała mi podpowiedź, gdzie szukać pomocy. Liam. Liam był Wampirem, w dodatku to właśnie Harry Styles go w niego przemienił. Nadawał się wręcz idealnie. Tylko czy zechce mi pomóc?
    Dawno z nim nie rozmawiałam. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawy, że nawet nie powiedziałam mu, że odnalazłam ojca! Nie zdawał sobie sprawy, że już się nie narażałam, że Chris już o wszystkim wie, że każdy z moich przyjaciół znał już prawdę. Każdy, z wyjątkiem jego. Bo w jakiś sposób był moim przyjacielem. Tyle razy mogłam na niego liczyć! Wspierał mnie w trudnych chwilach. I jeśli teraz się nie odwróci ode mnie, byłby idealny! Zostawało tylko pytanie: czy nie zraniłam go na tyle, by przestał się do mnie odzywać? Czy dał sobie już spokój?
    - Muszę zadzwonić - powiedziałam dziwnym głosem, całkowicie do mnie niepodobnym. Wyszłam ze strychu na korytarz i usiadłam na najniższym ze schodków. Nie obchodziło mnie to, że zostawiłam na górze znajomych całkowicie zdezorientowanych. Miałam czas, by im wytłumaczyć wszystko po tym, jak rozmówię się z Liamem.
    Wybrałam numer Wampira i czekałam. Jeden sygnał, drugi. Przy piątym stwierdziłam już, że się na mnie całkowicie obraził i że już nigdy go nie zobaczę, nie porozmawiam z nim. Zamierzałam się rozłączyć, gdy usłyszałam nagle w słuchawce jego głos.
    - Halo?
    - Cześć, to ja, Prue! - zawołałam nieco zbyt głośno. Odetchnęłam z ulgą. A więc jest jeszcze nadzieja...
    - Fajnie, że dzwonisz - odpowiedział opryskliwie. Był zły. I to bardzo.
    - Przepraszam, że się nie odzywałam tak dawno, ale tyle się u mnie działo, że nawet nie zauważyłam, ile czasu minęło, odkąd ostatni raz zadzwoniłam do ciebie - szepnęłam skruszona. - Chciałam ci tylko powiedzieć, że znalazłam tatę.
    - Naprawdę? - Usłyszałam w jego głosie radość. Złość i smutek w jednej chwili wyparowały z naszej rozmowy. - To wspaniale! Jest już z tobą?
    - No niezupełnie. Tutaj mam mały problem. No i prośbę do ciebie... - zawahałam się na moment. Zastanawiałam się, jak mu powiedzieć to, co miałam do powiedzenia.
    - No to słucham, w czym mogę ci jeszcze pomóc? - zapytał.
    - Widzisz, chodzi o to, że mój tata jest w postaci wilka. I żeby go odczarować, potrzebny nam eliksir. Już mamy przepis i prawie wszystkie składniki. Za wyjątkiem jednego. Jadu Wampira. Filip mówi, że może być potrzebny nawet od samego Stylesa... Co o tym sądzisz?
    - Wydaje mi się, że każdy będzie dobry, byle by był od Wampira, nie jakiegoś mieszańca. Ale jeśli chcecie mieć pewność, że wszystko zadziała zgodnie z planem to możecie użyć jadu kogoś powiązanego z nim. Tylko skąd weźmiecie jad? - zastanowił się.
    - Właściwie to myślałam o tobie - odezwałam się niepewnie.
    - Och! No tak, faktycznie. Tylko, że ja... Nie mogę. Jestem teraz daleko od miejsca, z którego mógłbym się teleportować. Droga powrotna zajęłaby mi co najmniej jeden dzień. A tyle chyba nie chcecie czekać?
    - No chyba nie... Naprawdę wybrałeś się gdzieś tak daleko akurat dzisiaj? - westchnęłam zrezygnowana.
    - Przepraszam, bardzo chciałbym pomóc... - zawahał się. - Właściwie to wiem, kogo możecie poprosić. I jego jad może okazać się mocniejszy, w końcu jest Wampirem czystej krwi. - Wiedziałam, że wypowiadając te słowa, uśmiechnął się.
    - O kim mówisz? - zdziwiłam się.
    - No jak to o kim? O Louisie. Uważam, że gdyby Becky z nim porozmawiała, chętnie użyczyłby wam swojego jadu.
    - A co ma Becky wspólnego z twoim kumplem? - Jeszcze bardziej zgłupiałam.
    - No jak to co? - zapytał Liam, śmiejąc się ze mnie. - To ty nic nie wiesz? - zawołał z niedowierzaniem. gdy zorientował się, że nie byłam tak dobrze poinformowana jak on. - Powinnaś pogadać o tym z Becky. Już czas, by wyznała ci prawdę. Poproś ją o to, by pogadała z Louisem, na pewno nie odmówi. Muszę już kończyć. Do zobaczenia!
    - Czekaj! - Nie zdążyłam niczego dodać, bo chłopak się rozłączył. - O co mu do jasnej cholery chodziło? - zapytałam na głos, lecz odpowiedziała mi tylko głucha cisza.
    Powoli wróciłam na górę, gdzie przyjaciele wyczekiwali mnie ze zniecierpliwieniem. Gdy tylko przekroczyłam próg, zalała mnie fala pytań, odnośnie mojego nagłego telefonu. Nie odpowiedziałam na nie od razu. Pierwsze co zrobiłam, to podeszłam do Becky i spojrzałam jej prosto w oczy.
    - Mogłybyśmy porozmawiać? Na osobności? - zapytałam. Dziewczyna skinęła tylko delikatnie głową. - Możecie zacząć przyrządzać eliksir? Ja zajmę się ostatnim składnikiem.
    - Jasne - powiedział Chris. - Wszystko w porządku? - Zmartwił się, widząc mój jeszcze nieobecny wzrok. Pokiwałam głową.
    - Nie martw się, opowiem ci wszystko później - obiecałam po czym ponownie wyszłam ze strychu, tym razem prowadząc za sobą brunetkę. Zeszłyśmy po schodach i skierowałyśmy się ku frontowym drzwiom. Zatrzymałyśmy się dopiero pod drzewami, gdzie, miałam nadzieję, znajdziemy choć odrobinę prywatności.
    - O czym chciałaś ze mną porozmawiać? - spytała, widząc, że nie zamierzam zacząć.
    - Właśnie rozmawiałam z Liamem. Niestety, nie może nam pomóc, bo jest daleko stąd. Powiedział mi jednak bardzo interesującą rzecz. Czy wiesz może, czego się dowiedziałam?
    - Nie, no skąd - odparła. Widziałam malujący się na jej twarzy niepokój.
    - Powiedział mi, bym poprosiła cię, byś skontaktowała się z Louisem i że on nam może pomóc z tym jadem. Możesz mi powiedzieć, dlaczego Liam wie coś, czego ja się nawet nie domyślałam?
    - Prue... - Słyszałam jak serce jej przyspieszyło. - Ja...
    - Spotykasz się z nim, prawda? - przerwałam jej.
    - Po co w ogóle ta rozmowa, skoro widzę, że Liam ci wszystko wyśpiewał? - zdenerwowała się.
    - Niczego mi nie wyśpiewał. Nic mi nie powiedział, bo uważał, że to ty powinnaś mi o tym powiedzieć, jako moja przyjaciółka! Sama się domyśliłam. Po jego tonie, po twoim zachowaniu teraz i wcześniej. Przeczuwałam, że może kogoś poznałaś, ale nie sądziłam, że to coś aż tak poważnego. Dlaczego mi nic o tym nie powiedziałaś? Przecież wiesz, że ja akurat stosunek do Wampirów mam dobry. Przyjaźnię się z Liamem, to już chyba ci powinno wystarczyć.
    - Tu nie chodziło o to, że nie masz nic przeciwko Wampirom. Raczej bałam się twojej reakcji. No bo tak szybko zdążyłam się zadowolić po śmierci Davida? Nie miałam pojęcia, co byś sobie o mnie pomyślała. Może że go nie kochałam albo jeszcze coś gorszego...
    - Kochana - westchnęłam. - Naprawdę bałaś się tego, że pomyślę sobie, że nie kochałaś mojego brata? - zapytałam z lekkim politowaniem. Gdy potwierdziła, kontynuowałam. - Wiesz, to dowodzi tylko tego, że mi ni ufasz. Nie wiem, dlaczego, ale musisz wiedzieć, że można kochać więcej niż jedną osobę. Spójrz na Toma. Czy myślisz, że nie kochał Vivian? Albo że tylko udaje przed Rose? Nie. On obie je kocha, na swój sposób, ale jednak jest to prawdziwe uczucie. I wiesz co? Myślę, że David chciałby, byś była szczęśliwa. Nawet jeśli oznaczałoby to związanie się z Wampirem. - Uśmiechnęłam się szeroko.
    - Dziękuję - szepnęła. - I przepraszam. Teraz już wiem, że powinnam ci o wszystkim powiedzieć.
    Przytuliłyśmy się mocno na znak zgody. Potem szybko zmieniłam temat i delikatnie dałam jej znać, żeby zadzwoniła do Louisa. Zostawiłam ją samą, by mogła mu spokojnie o wszystkim opowiedzieć.
~~*~~*~~*~~*~~

    Hej, hej. Piszcie, co myślicie o rozdziale. Jestem naprawdę ciekawa!
    Z okazji Dnia Kobiet wszystkim kobitkom składam najserdeczniejsze życzenia! <3