Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Magic is everywhere. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Magic is everywhere. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 grudnia 2015

Miniaturka 2. "Gorzka przeszłość."


Rosalie Montgomery zawsze była silną dziewczyną. Wychowała się bez mamy, z ojcem, więc musiała sobie radzić sama z pewnymi sprawami. I choć tata zawsze próbował ją we wszystkim wspierać, to nie było to samo, co mama. Nie zastąpił stuprocentowo matczynej miłości i opieki, choć bardzo się starał.
Z Prue przyjaźniły się niemal od zawsze. Obie nie pamiętały, jak to było, kiedy jeszcze się nie znały. Doskonale znały jednak dzień, w którym się poznały. Prue była jeszcze małym dzieckiem, ale jej ojciec już z nimi nie mieszkał. Spacerowała z mamą po parku. Musiały być wakacje, bo już wtedy Rosie chodziła do przedszkola, ponieważ ojciec nie potrafił jednocześnie pracować i zajmować się nią oraz domem. Jednak tego dnia nie była w szkole. Tata zabrał ją na lody z budki, która codziennie o tej samej porze przyjeżdżała do parku. Wesoła muzyka grała z głośników samochodu, a kolejka głodnych na słodycze dzieci ustawiała się do okienka na kilometr. Wśród nich znalazły się również Rosie i Prue ze swoimi rodzicami. Nie wiedzieć dlaczego, ale pośród tylu dzieci, rówieśników obu dziewczynek, to właśnie na siebie spojrzały. Rose uśmiechnęła się do młodszej koleżanki i podała jej misia, który jej upadł, kiedy próbowała zlizać topiącego się loda z wafelka. Prue nieśmiało spojrzała na koleżankę i podziękowała cicho. Między mamą i tatą nawiązała się luźna rozmowa. Od słowa do słowa, umówili się jeszcze kilka razy, a kiedy rodzice popijali kawę, dzieci się bawiły ze sobą i poznawały. Po kilku latach zaprzyjaźniły i już nie potrafiły żyć bez siebie. Mogły zawsze na siebie liczyć. Nawet wtedy, kiedy rodzina i inni bliscy zawodzili. A taka sytuacja w życiu Rosie nie raz się zdarzyła.
Mama blondynki odeszła od rodziny, kiedy ta miała trzy lata. Umarła w samotności, nie chcąc narażać rodziny na smutek oraz patrzenie, jak kona w bólu. Jej tata zawsze mówił o niej dobrze, choć w głębi duszy czuł do niej żal, że nie została z nimi do końca. Nawet nie mógł się z nią pożegnać przed śmiercią.
Wtedy jednak dziewczyny się jeszcze nie znały, a Rosie nawet nie pamięta dokładnie swojej mamy. Gdzieś w pamięci zostały jej wspomnienia o jej gęstych blond włosach oraz długich nogach. Kiedy widziała ją na zdjęciach, zawsze zazdrościła jej urody i żałowała, że nie odziedziczyła po niej niczego więcej. Zmarła młodo i na zdjęciach zachowała się jej młodzieńczość.
Na pewnej imprezie poznała chłopaka. Był od niej starszy, miał z dwadzieścia lat, kiedy ona niedawno obchodziła swoje szesnaste urodziny. Świetnie się bawili, tańczyli, rozmawiali. Chłopak był niezwykle mądry, imponował Rosie. Miał motocykl, którym odwiózł później dziewczynę do domu. Żegnając się, wsunął swój numer telefonu do tylnej kieszeni jej spodni, kiedy całował ją w policzek. Zauroczona nim, godzinami opowiadała Prue, jaki jest kochany i słodki. Młodsza przyjaciółka starała się ją jakoś uczulić na niego, pokazać jego słabe strony, lecz zakochana nie widziała jego wad. Jedynie same superlatywy. Nie chciała nawet słuchać Prue, kiedy ta wspominała, jak widziała go palącego trawkę ich szkołą, kiedy czekał na Rosie przy swoim motorze. Była zbyt w niego wpatrzona.
Rose popadała w jego towarzystwo i choć starała się utrzymywać kontakt z pozostałymi przyjaciółmi, to i tak stał się nieco inny. Chłodniejszy. Odzywała się do nich inaczej, już nie z miłością w oczach lecz z odrobiną złości. Zaczęła wagarować, znikała na całe noce, by móc się z nim spotykać.
Któregoś dnia po prostu wróciła. Już bez chłopaka, bez motoru. Z podkrążonymi oczyma i podartymi rajstopami. Od kilku dni nie było z nią kontaktu i Prue zaczęła się martwić, a kiedy przyszła do niej, cała zapłakana, w żałosnym stanie, wiedziała, że zerwali. A raczej to on zerwał z nią.
– Co się stało? – zapytała z troską, kiedy już usiadły w pokoju brunetki z gorącą czekoladą w dłoniach.
– Ja... – Pociągnęła głośno nosem. – Powiedziałam mu dzisiaj... że jestem w ciąży... – wyszeptała. Prue musiała się bardzo pochylić, by cokolwiek usłyszeć z jej ust.
– Jesteś w ciąży? – zapytała przerażona. Dla Prue to było coś niezwykle odległego. Rosie tylko pokiwała delikatnie głową. – A on co na to? – Przejęła sprawy w swoje ręce. Blondynka nie była w stanie wiele zrobić, wiec Prue postanowiła jej jakoś pomóc.
– On powiedział... Stwierdził, że to na pewno nie jego dziecko i na pewno nie będzie się nim zajmował. – Zapłakała cicho. – Dodał też na koniec, że jeżeli zrobiłam sobie bachora, to sama go będę wychowywała. – Zaszlochała, ukrywając twarz w dłoniach.
– A to świnia... – szepnęła cicho brunetka. Przytuliła przyjaciółkę najmocniej jak tylko potrafiła. – Rozmawiałaś z tatą? Bał się o ciebie, dzwonił do nas po kilka razy dziennie i wypytywał o ciebie.
Rose pokręciła szybko głową, podnosząc wzrok na przyjaciółkę. W jej oczach odbił się strach i panika.
– Boję się  – przyznała cicho. – Co powie na marnotrawną córkę z brzuchem? – Załkała. 
– Na pewno okaże odrobinę więcej empatii niż twój pożal się Boże chłopak – zakpiła. 
– Przepraszam, ostatnio byłam fatalną siostrą – powiedziała Rose.
– Wiem o tym. – Zaśmiała się. – Ale i tak cię kocham i nie zamieniłabym cię na nikogo innego – szepnęła jej do ucha, przytulając ją mocno.
Razem poszły do domu blondynki, a kiedy Rose opowiadała ojcu, co się stało, przyjaciółka mocno trzymała ją za rękę, dodając tym gestem otuchy. Nie można powiedzieć, pan Montgomery nie był zadowolony. Mało który ojciec cieszyłby się, że jego nastoletnia córka zaszła w ciążę i to w dodatku z chłopakiem, który ją od razu zostawił. Jednak uśmiechnął się i odetchnął z ulgą, widząc ją całą i zdrową. Zapewnił również, że przecież jakoś sobie poradzą. Jak zwykle z resztą. Na koniec wpadli sobie w objęcia, a Rose przeprosiła tatę za wszystko.
Kolejne tygodnie mijały spokojnie. Rose wróciła do szkoły i nadrabiała zaległości. Prue starała się jej pomóc we wszystkim, w czym tylko mogła. David zaofiarował również swoją pomoc w domowych obowiązkach. Wszystko w końcu zaczęło układać się po ich myśli.
Prue widziała diametralne zmiany w zachowaniu Rose, zwłaszcza wobec płci przeciwnej. Do wielu chłopców odnosiła się z dystansem, nawet jej brata nieco odsunęła na moment. Dopiero po jakimś czasie wrócił do łask i dziewczyna czuła się przy nim bezpiecznie i komfortowo. Jednak poza nim, żaden chłopak nie mógł się do niej za bardzo zbliżyć. Już żadnemu nie chciała zaufać.
Tuż przed świętami Rose miała umówioną wizytę u lekarza. Czuła się świetnie, więc z uśmiechem na ustach, szła pod rękę z Prue. Minęło trochę czasu, i choć ból nie zniknął, to starała się o nim zapomnieć. Zapomnieć o chłopaku, o tym, jak ją potraktował. I działało za dnia i starała się wykorzystywać swój dobry humor, bo wiedziała, że już niedługo przyjdzie noc i kolejne koszmary. Poza tym dobry nastrój przyjaciółki działał na nią zaraźliwie i przy Prue nie potrafiła się smucić.
Ze swoim tatą miała się spotkać już u lekarza, jednak w ostatniej chwili zadzwonił do niej, że się nieco spóźni. Nie przejmowała się tym. Miała przy sobie swoją najlepszą przyjaciółkę i to jej wystarczyło.
Podekscytowana weszła do gabinetu. Jej ciążę od początku prowadziła miła kobieta, która przypadła jej do gustu już przy pierwszym spotkaniu. Przywitały się, lekarka zapytała o samopoczucie i to, jak jej minął ostatni czas. Rose chętnie opowiadała jej, co się z nią działo a potem role się odwróciły. W pewnym momencie kobieta skupiła się mocniej, przez kilka chwil spoglądała w monitor i w zamyśleniu zapisała coś w karcie pacjenta.
– Coś się stało? – zapytała podejrzliwie Rosie.
– Wytrzyj się. – Podała jej ręcznik. Dziewczyna posłusznie wykonała polecenie, po czym zasiadła naprzeciwko lekarki przed biurkiem.
– Przykro mi to mówić – zaczęła, a Rose coś ukłuło w piersi. Bała się dalszych słów. – Dziecko zmarło. Myślę, że to z powodu jakiegoś zakażenia, może bakterii. Tobie nic nie zrobiły, ponieważ masz wysoką odporność. Płód niestety takiej jeszcze nie miał.
Rosie patrzyła na nią i nie słyszała wielu słów. Dziecko umarło... Jej dzidziuś nie żyje. W oczach stanęły jej łzy. Zaczęła kręcić głową, nie mogąc uwierzyć w to, co przed chwilą oznajmiła jej kobieta.
Lekarka niespodziewanie wstała i wyszła z gabinetu. Po chwili weszła z powrotem a za nią Prue, która natychmiast podeszła do niej i przytuliła ją mocno.
– Będzie dobrze – szepnęła. – Chodźmy, twój tata czeka na dole. – Delikatnie ją pociągnęła. Rosie spojrzała na nią zapłakanymi oczami. Co prawda bała się, jak to będzie, kiedy w końcu urodzi, czy sobie poradzą, ale kiedy pogodziła się z myślą, że zostanie mamą, ucieszyła się z tego. Przywykła do tych myśli i teraz, kiedy dowiedziała się, że jednak nie będzie dziecka, poczuła pustkę. Ogromną pustkę. Tak, jakby kogoś jej znowu zabrano.
Potem jeszcze długo nie mogła się po tym pozbierać. Wiele się na jej głowę wtedy zwaliło i nie potrafiła sobie z tym poradzić. Opuściła się w nauce, więc miała jeszcze więcej kłopotów. A Prue i David jak zawsze trwali przy niej, mimo, że ona była często bierna na ich obecność.

~~*~~*~~*~~*~~

I znów przybywam ;) Jak tym razem miniaturka? Ostatnia Wam się chyba spodobała ;) Mam jeszcze pomysły na może dwie, które opublikuje razem z epilogiem ;)
Chciałabym Wam życzyć udanego Sylwestra, a w Nowym Roku mnóstwo zdrowia, żeby był lepszy, niż ten co się kończy. Miłości i szczęścia, bo to najważniejsze :) I tego, czego tylko sobie życzycie <3

poniedziałek, 21 grudnia 2015

Miniaturka 1. "Słów kilka o Ohrimach."


Mężczyźni, którzy byli zaangażowani w pościg za zbiegłymi, wrócili do wioski zdenerwowani. Klęli w swoim ojczystym języku, a trzeba Wam wiedzieć, że mieli dosyć sporo niecenzuralnych słów. Nie mogli uwierzyć, że wykiwała ich dwójka młodzików. Ich, doświadczonych wojowników i mężczyzn.
Merrin czekał niecierpliwie, jak na szpilkach, chcąc dowiedzieć się, jak poszły im łowy. Zobaczywszy markotne miny towarzyszy, od razu wiedział, co usłyszy.
– Uciekli. – Westchnął Silas. Wódz trzasnął całą pięścią w stół, wstając z drewnianego krzesła. Myślał gorączkowo o ofierze, jaką mieli złożyć tego dnia bogom. Przez wariacje, jakie zadziały się na stosie, nic nie dali bogom i teraz oni będą źli na całą wioskę. Lękał się gniewu bogów, zwłaszcza jednego. Według ich wierzeń  Amandla, najważniejszy bóg, który sprawował władzę właśnie nad głównymi organami władzy, oraz sprawował pieczę nad pozostałymi bożkami, był najgroźniejszy. Często popadał w szał, co objawiało się częstymi suszami lub całodobowymi opadami deszczu. Zjawiska atmosferyczne miał pod swoją opieką i mógł im rozkazywać.
Merrin wolał nie myśleć, jaka kara ich spotka, za takie przewinienie. Jeszcze nigdy nie zdarzyło im się nie złożyć ofiary na czas. Próbował wymyślić, co mogliby podarować bogom w zamian, by ich choć trochę udobruchać, ale niestety, posiadali mało zapasów.
– Wodzu – odezwał się grzecznie i cicho Silas. Merrin spojrzał na niego. Już zapomniał, że byli razem z nim. – Może byśmy... Przynieśli coś z lasu? Może uda nam się coś znaleźć? – zapytał. Najwidoczniej ich myśli krążyły wokół tego samego tematu.
Przywódca zastanowił się przez chwilę. Nie podobało mu się, że to nie on wpadł na ten pomysł. Wolał sam wszystko zorganizować, ale wiedział, że jeżeli nic nie zrobią, na pewno narażą się a gniew bogów. Jeżeli coś im podarują, może okazać się, że się tak bardzo nie wściekną.
– A więc idźcie i poszukajcie w lesie najlepszych ziół i mięsiwa. Może zdołacie jeszcze coś upolować – powiedział to takim tonem, jakby to wszystko to był jego pomysł. Jeszcze kiedy mówił, wskazał im drzwi.
– Tak jest, wodzu! – odkrzyknęli chórem wszyscy zebrani i wyszli.
Zostawili Merrina ze swymi myślami. Przeklinał w duchu dwójkę cudzoziemców, którzy mieli mu przysporzyć chwały wśród bogów a narobili tylko wielkiego bałaganu.
Nie dosyć, że musiałem ich wyżywić, to jeszcze znaleźć pracę oraz na koniec uciekli i nie dali mi żadnego pożytku z siebie, warknął w myślach. Teraz jeszcze szukaj nowej ofiary!
Nie mógł tego przeboleć. Nie potrafił się pogodzić z porażką. Bardzo chciał, by w końcu wszystko wyszło na jego. Miał nadzieję, że chociaż ofiara wyjdzie. Jeżeli nie, to oznaczało koniec jego. Koniec jego rządów, może nawet koniec życia.
Zaczął powoli przechadzać się w tę i z powrotem po pomieszczeniu, chcąc zabić czas oczekiwania na swoich poddanych. Zastanawiał się, jak dawno już wyruszyli i ile czasu im zajmie powrót. Już miał nawet wyjść z domu i rozejrzeć się po wiosce, kiedy znów ktoś do niego zawitał. Tym razem był to jego syn, Kartik.
– Ojcze, wiem, że robisz wszystko dla dobra całej wioski, ale mam jedno pytanie, jako twój następca – odezwał się szybko, jakby spodziewał się, że Merrin mu przeszkodzi w wypowiedzi.
– Słucham cię, synu. – Westchnął przeciągle. Dobrze wiedział, że Kartkik jest naprawdę uparty i zrobiłby wszystko, żeby dowiedzieć się tego, czego chciał się dowiedzieć, przychodząc tutaj.
– Dlaczego zamierzałeś spalić naszych przyjaciół? – zapytał wprost.
– Oni nie mogli być waszymi przyjaciółmi! – Zaśmiał się w głos. – Znaliście się raptem parę dni, może tydzień. Nie poznaliście się dostatecznie, żeby nazywać ich swoimi przyjaciółmi – krzyknął zdenerwowany.
– Ale to byli jednak goście! – zezłościł się. – Poza tym, zawsze do tej pory wystarczała ofiara z jednego zwierzęcia oraz roślin. I nagle musieliśmy bogom podarować dwóch ludzi? – Tym razem to Kartik się zaśmiał.
– Jak śmiesz podważać moje decyzje? – Stanął przed chłopakiem. Niby syn był wyższy, ale czując respekt przed ojcem, a przede wszystkim wodzem, skurczył się w sobie.
– Po prostu czuję, że gdybyś ich oddał bogom, byliby źli. Jeszcze bardziej, niżbyś już nic im nie podarował – szepnął Kartik, spuszczając wzrok. Chciał już wyjść, ale sumienie  kazało mu wszystko wyjaśnić ojcu.
– Sumienie? – prychnął Merrin. – W podejmowaniu decyzji masz się kierować rozumem i dobrem swojego ludu a nie tym, co ci sumienie podyktuje! – Zawołał, ośmieszając chłopaka. – Odejdź, rozmowa skończona – warknął.
Kartik wyszedł, zatrzaskując drzwi. Z jednej strony bardzo się bał przejęcia władzy, jaka będzie mu przysługiwać po śmierci ojca. Z drugiej jednak wolałby już być wodzem, byleby tylko nie słuchać tyrad Merrina i jego jakże wspaniałych i cudownych pomysłów. Miał nadzieję, że bogowie go wspomogą, kiedy będzie musiał sam podjąć pierwszą decyzję, by wybrał dobrze. Mimo przestróg czy jakichkolwiek nauk ojca, zawsze, przy jakimkolwiek wyborze słuchał swojego wewnętrznego głosu oraz Felicity. Bardzo się ze sobą zżyli i już nie wyobraża sobie życia bez niej u swego boku. Mimo, że małżeństwo było ustawione, byli szczęśliwym i zgranym małżeństwem jakiego ze świecą po całym świecie szukać.
Uśmiechnął się na samo wspomnienie żony. Czekała na niego w domu z ciepłym posiłkiem. Była smutna, ponieważ Chloe odeszła bez pożegnania. A dziewczyna bardzo umilała dzień Felicity. Nie czułą się samotna, zawsze razem wypełniały swoje obowiązki. Wśród mieszkanek Ohr nie miała dziewczyny, z którą utrzymywałaby tak bliski kontakt. Z resztą, każda inna miała już swoją rodzinę, którą musiała się zajmować od rana do samego wieczora, a czasami nawet i w nocy.
Kartik, wchodząc do domu, powitał swoją żonę. Streścił jej rozmowę z ojcem. Dziewczyna przejęła się tym nie na żarty i starała się pocieszyć jakoś męża, ale bezskutecznie.
Kiedy zasiedli do kolacji, przyszli do nich ludzie wodza, którzy oznajmili, że wszyscy mają się zebrać wokół stosu.
Felicity spojrzała na Kartika zdezorientowana. Ten tylko wzruszył ramionami.
– Najwidoczniej znaleźli nową ofiarę – wyjaśnił, pociągając żonę za rękę w kierunku wyjścia.

~~*~~*~~*~~*~~

Hello, it's me! W końcu pojawiam się z taką drobną miniaturką. Mam nadzieję, że Wam się spodoba. Miała być nieco inna, ale wyszła taka i jest taka, po prostu ;)
Z racji tego, że chyba nic nie dodam do świąt, to chciałabym Wam złożyć najserdeczniejsze życzenia na te zbliżające się Święta Bożego Narodzenia! Dużo uśmiechu na ustach, miło spędzonych, w rodzinnym gronie świąt. Fajnych prezentów pod choinką, zdrowia i miłości <3
Mam nadzieję dodać coś do końca roku, może kolejną miniaturkę a epilog na początku kolejnego roku? Może w urodzinki bloga? Co wy na to? :)
Pozdrawiam Was cieplutko, bo zimno <3

sobota, 28 listopada 2015

~11. "...jest zbyt krótkie, by robić głupstwa."

"Pamiętaj - ze wszystkich rzeczy wiecznych, miłość trwa najkrócej." 
– Janusz Leon Wiśniewski




~~ Prue ~~

Na sylwestra zaprosiliśmy wszystkich naszych bliższych znajomych, z którymi zawsze utrzymywaliśmy lepszy kontakt. Zrobiliśmy wstępną listę, która po kilku minutach rozrosła się do kilkudziesięciu nazwisk. Każdy z nas, oprócz wspólnych kolegów, miało przyjaciół i znajomych, których pozostali albo w ogóle nie znali, albo znali tylko z widzenia. Te różnice wynikły głównie z tego, że Rosie mieszkała nadal w Londynie i po naszym wyjeździe, chcąc nie chcąc, zaczęła zadawać się z ludźmi, którzy ją otaczali. Znowu my, przebywając cały rok w Dundee poznaliśmy wiele osób tam, z którymi się zakolegowaliśmy. Staraliśmy się ograniczyć jakoś zaproszonych gości, ale ich ostateczna suma i tak mnie przerażała.
Oczywiście nie przyjechali wszyscy. Louis oraz Niall odmówili zaproszenia. Czułam, że nie będą chcieli spędzać całego wieczoru ze Zmiennokształtnymi, ale i tak wypadało ich zaprosić. Zwłaszcza Lou. Wraz z nim nie pojawiła się również Becky, która wolała tę noc spędzić z ukochanym. Tej decyzji również się nie dziwiłam. W końcu wkrótce znów zacznie się szkoła a oni będą mieli coraz mniej czasu tylko dla siebie. Zakładając oczywiście, że takowy w ogóle by znaleźli.
Ja oraz Rosalie stałyśmy przy wejściu i witałyśmy przybyłych gości jako gospodynie imprezy. Każdy gość dostał od nas drobny upominek w postaci dużego, słodkiego lizaka z doczepioną karteczką z datą imprezy oraz naszymi imionami, by każdy zapamiętał, gdzie się tego dnia bawił.
Jako pierwsi przybyli Alice i Damien. Mimo, że nie widzieliśmy się tylko kilka, może kilkanaście dni, stęskniłam się i musiałam ich mocno wyściskać, nim mogli przejść dalej. Rozglądali się dokoła, wchodząc do domu. Nigdy nie byli u mnie i mieli prawo poznać każdy kąt mojego mieszkania. Obiecałam sobie, że później pokażę Alice bliżej mój dom.
Kolejni goście to głównie koleżanki Rose, których zapamiętałam jedynie imiona, kiedy blondynka mi je przedstawiała. Bliźniaczki Liv i Carrie, rudowłosa Susan i długowłosa brunetka Katie. Wszystkie wydawały się miłe i sympatyczne. Dwie z nich przyprowadziły swoich chłopaków, których oczywiście poznałam, lecz imiona umknęły mi w tłumie wrażeń.
Kiedy pokazywałam Alice moją nową bransoletkę, którą dostałam pod choinkę, do drzwi znów ktoś zapukał. Otworzyłyśmy a w progu stała Bella, Jenn i Alex. W dłoni Alex trzymał jakiś alkohol, którym od razu zaopiekował się Chris.
Po jakimś czasie pojawił się również brat Chrisa - Jack. Zamieniłam z nim kilka słów na początku, ale niestety później inne obowiązki mnie wezwały i  już go nie widziałam.
Impreza powoli się rozwijała i szła w dobrym kierunku. Jako przykładna pani domu częstowałam gości wszystkimi smakołykami, jakie przygotowaliśmy. Było cudownie, wielu ludzi już zaczynało powoli kołysać się w rytm puszczonej muzyki, inni po prostu rozmawiali ze sobą, śmiali się z opowiedzianych przez Damiena żartów lub po prostu siedzieli na kanapie i obserwowali innych.
Wraz z Rosie byłam cały czas na nogach, przechadzając się pomiędzy gośćmi i sprawdzając, jak się miewają. Od czasu do czasu towarzyszył mi Chris, lecz później zniknął wraz z Tomem gdzieś w zakątkach domu.
– Widziałaś gdzieś chłopaków? – zapytałam blondynkę, kiedy spotkałyśmy się w kuchni. Nalewała właśnie nową porcję soku do dzbanka a ja przyszłam po kolejne ciasteczka. Dziewczyna pokręciła głową.
– Nie wydaje ci się, że oni coś knują? – powiedziała podejrzliwie, zatrzymując się na chwilę. Przyjrzała mi się uważnie. – Wiesz coś może? Tym razem to ja pokręciłam głową.
– Chris nie spowiada mi się ze wszystkiego, co robi, niestety. A może nawet i stety. Chyba nie chciałabym wiedzieć wszystkiego, co robi. – Uśmiechnęłam się do niej. – Ni przejmuj się, na pewno niedługo się dowiemy, co im w głowach siedzi. Długo tego przed nami nie ukryją.
– Pewnie masz rację. – Westchnęła.
– Jak zwykle! – Zaśmiałam się, potrząsając przy tym swoimi długimi włosami. Nie zdradziłam jej, o czym ostatnio rozmawiał ze mną Tom. Nie chciałam jej denerwować, a przecież to może wcale nie miało ze sobą nic wspólnego. Znając Rosie, zaczęłaby panikować z byle powodu, który w jakikolwiek sposób wiązałby się z chłopakiem. Taka już była. To, co stało się dawno temu, odbiło się na jej psychice i już dawno nie zaufała żadnemu chłopakowi tak bardzo, jak Tomowi. I to chyba szło w drugą stronę. W końcu on też swoje przeżył i stracił niemało.

~~ Chris ~~

– Jesteś pewien? – zapytałem go po raz tysięczny. – Na sto procent?
– Na dwieście – powiedział z przekonaniem i spojrzał na mnie. Szykowaliśmy fajerwerki, które, według tradycji, mieliśmy odpalić o północy. Co zbliżało się wielkimi krokami.
– Chciałem się tylko upewnić. – Wzruszyłem tylko ramionami. Nie miałem nic przeciwko temu, co chciał zrobić. Może nawet nie powinienem mówić mu, żeby się jeszcze zastanowił. Skoro podjął tak ważną decyzję, przemyślał ją wcześniej i zapewne już ma wszystko w głowie poukładane.
Tom uśmiechnął się do mnie serdecznie. Chyba rozumiał mój niepokój. Nie wiadomo kiedy, stał się moim najlepszym przyjacielem, z którym mogłem o wszystkim pogadać, który mnie rozumiał i wspierał, choć nie lubił wypowiadać się w kwestiach, których nie znał. Mimo wszystko starał się pomóc, więc i ja próbowałem mu w tamtej, ważnej dla niego chwili, odwdzięczyć się.
– Myślisz, że mógłbym coś zrobić? – zaproponowałem.
– Po prostu zajmij się fajerwerkami. Nic więcej mi nie trzeba. – Uśmiechnął się serdecznie i wyniósł pierwszą partię rac na zewnątrz. Podążyłem za nim a w mojej głowie rodził się plan idealny. I choć Tom nie mówił, by mu w czymś jeszcze pomóc, postanowiłem wziąć sprawy w swoje ręce i zaangażować w plan Prue. Oczywiście nic jej przedwcześnie nie mówiąc. Niech ma również niespodziankę. A Tom? Na pewno mi później za to podziękuje!

~~ Rose ~~

Tuż przed północą wyszliśmy wszyscy przed dom. Było strasznie mroźno, więc non stop przytulałam się do Toma, który wydawał się nieobecny. Próbowałam wciągnąć go w jakąś rozmowę, ale jedyne, co potrafił robić, to przytakiwać i mruczeć nic nieznaczące półsłówka. Nigdy nie był wielce wylewny, to fakt, ale zwykle starał się ze mną rozmawiać. Nie mogłam się nadziwić tej jego nagłej zmianie.
Staliśmy w dogodnym miejscu, by wszystko idealnie widzieć. Każdy z nas wziął sobie z domu kieliszek, niektórzy trzymali w dłoniach zamknięte jeszcze butelki z szampanem, które miały wystrzelić równo o północy wraz z fajerwerkami. Przed nami Chris układał ostatnie fajerwerki, kiedy zaczęło się odliczanie. Uśmiechałam się jak głupia, bo to był najlepszy moment całego sylwestra; okres pomiędzy starym a nowym rokiem działał na mnie energicznie. Zawsze wtedy dostawałam takiego kopniaka w tyłek i wiedziałam, że w przyszłym roku mogę zrobić wszystko i zaczynałam styczeń z dużą dawką energii, co było mi niezmiernie w życiu potrzebne. Bez niej nie osiągnęłabym niczego.
Kiedy tłum doszedł do piątki, poczułam, jak Tom wyrywa swoją rękę, na której się niemalże uwiesiłam, starając się ukryć przed kąśliwym mrozem. Spojrzałam na niego zdziwiona. Miał strasznie poważną minę i nie wiedziałam, co o całej tej sytuacji myśleć. Jego zachowanie śmierdziało na kilometr jakimś spiskiem, tylko jeszcze nie rozgryzłam, o co w tym wszystkim chodziło.
I kiedy wszyscy wykrzyknęli "Szczęśliwego Nowego Roku", kiedy w górę wystrzeliły kolorowe fajerwerki, kiedy szampan lał się strumieniami, przy swoim uchu usłyszałam najpiękniejsze słowa, jakie może zakochana kobieta usłyszeć od mężczyzny.
– Rosie, kocham cię. Czy zostaniesz moją żoną? – Nawet nie zauważyłam, kiedy stanął przede mną i zbliżył się do mnie. Wcisnął mi pierścionek do ręki, jakby bał się, że mu odmówię, albo że go nie zobaczę.
W pierwszym odruchu zaniemówiłam. Zastanawiałam się, czy to aby nie żart. Nawet delikatnie się uśmiechnęłam, lecz kiedy spojrzałam na jego minę, która starała mi się mówić "no powiedz coś wreszcie", zrozumiałam, że to były prawdziwe oświadczyny.
Ścisnęłam mocniej jego dłonie i delikatnie oddałam mu pierścionek. Zaskoczony, spojrzał mi prosto w oczy.
– Tom, kocham cię i chcę spędzić z tobą resztę swojego życia. Tak, zgadzam się zostać twoją żoną – odpowiedziałam mu cicho. Niemal poczułam, jak cały stres uchodzi z jego ciała. Uśmiechnął się serdecznie i pocałował najżarliwiej jak tylko potrafił. Potem pierścionek znalazł miejsce na moim palcu i go już nie opuszczał.

~~ Prue ~~

Kiedy Chris poprosił mnie, bym podczas wystrzeliwania fajerwerek nagrała Toma i Rosie, pomyślałam, że zwariował. No bo niby po co miałabym to robić?
Wszystko się wyjaśniło, kiedy już zaczęłam to robić i zorientowałam się, zapewne dużo szybciej niż Rosie, o co w tym wszystkim chodziło. Łezka mi się w oku zakręciła, myśląc o tym, że moja najlepsza przyjaciółka jest szczęśliwie zaręczona.
Stojąc tak i czekając, aż Chris skończy wypełniać swoje obowiązki, byśmy mogli już w spokoju i wspólnie wrócić do domu, zaczęłam zastanawiać się nad swoim życiem. Dotarło do mnie, że przecież to właśnie w Nowy Rok wszystko się zaczęło. Cała moja przygoda z magią. To wtedy usłyszałam pierwsze głosy w swojej głowie. Później pojechaliśmy do Dundee. Niewiele pamiętam z tamtego okresu, był zbyt zwariowany, ale jedno jest pewne; moje życie zmieniło się diametralnie. W końcu znalazłam swoje życie na ziemi, u boku fantastycznego faceta. W ciągu roku poznałam mnóstwo wspaniałych ludzi. Niestety z wieloma musiałam się również pożegnać. Do końca swojego życia nie zapomnę o moim braciszku, który oddał dla mnie życie ani o Liamie, który zginął, ratując mnie. Wszyscy się poświęcali, nawet mój tata, który przecież, żeby nas chronić, odszedł od nas. Postanowiłam nie zmarnować danego mi życia, ponieważ jest zbyt krótkie, by robić głupstwa. Jeszcze nie miałam pomysłu na to, co mogłabym robić, ale mam jeszcze chwilę, by się nad tym zastanowić.
W końcu jestem szczęśliwa, a to chyba jest w życiu najważniejsze i każdy do tego dąży, by móc spędzić życie u boku najbliższych mu osób.
– Dziękuję, że jesteś – szepnęłam Chrisowi na ucho, kiedy stanął obok mnie. Objął mnie w pasie ramieniem i razem oglądaliśmy końcówkę cudownych, kolorowych światełek, które rozświetliły nocne niebo.

~~*~~*~~*~~*~~

Hejoo! Wybaczcie, że mnie ostatnio nigdzie nie ma, ale jestem taka zabiegana, że masakra! Chyba jak każdy z Was. Doprawdy, nie mam pojęcia, gdzie my wszyscy się tak spieszymy, naprawdę :/ Ale cały czas nas coś goni i goni i nie znajdujemy czasu na przyjemności, pewne rzeczy odkładamy na później. Cóż, bywa i tak, zapewniam Was jedynie, że o nikim nie zapomniałam. Moje serduszko jest wielkie a pamięć dobra, więc wiecie <3
Rozdział krótki, wiem, nie bijcie! Ale rozpraszają mnie zawody w skokach, które nie chcą się odbywać, ale i tak jestem zawsze mega podekscytowana. ;) Nawet teraz jestem tutaj w przerwie, więc mam mało czasu :)
Mam nadzieję, że wszystko jest w porządku. Jeżeli tak to piszcie, a jeżeli nie to tym bardziej piszcie! Do zobaczenia! <3

wtorek, 10 listopada 2015

~10. "Tego nauczyło mnie całe życie..."

"Najtrudniej jest wykorzenić najstraszniejsze wspomnienia, 
przecież je zapamiętujemy najlepiej." - Suzanne Collins




~~ Prue ~~

Bałam się powrotu do domu. Nie byłam pewna, czego konkretnie, ale na samo wspomnienie domu, skręcało mnie w brzuchu. Szukałam przyczyn w stracie brata i tym, że odkąd umarł, nie pojawiłam się ani razu w miejscu, z którym wiązało się przecież tyle wspólnych wspomnień. Może to chodziło o moją mamę, z którą nie rozmawiałam od tak dawna. Może bałam się jej reakcji na mój powrót. A może po prostu było mi przykro z powodu tego, że nie przyjechała, kiedy dowiedziała się, że umarłam, że odnalazłam ojca. Nawet na pogrzeb mojego brata się przecież nie pofatygowała. To właśnie te niewiadome mobilizowały mnie do tego, by odwiedzić swój dawny dom.
Okazja nadarzyła się nawet bardzo szybko. W końcu w święta szkoła zostaje zamykana i wszyscy wyjeżdżają do swoich rodzin. To jedyna szansa dla wszystkich uczniów i nauczycieli, by pobyć choć chwilę z najbliższymi. Dwa tygodnie to dość dużo, by móc sobie wszystko wyjaśnić.
Miałam ogromne wsparcie w Chrisie. Cieszyłam się ogromnie, że los postawił go na mojej drodze w odpowiednim momencie. Gdyby nie on, wiele rzeczy, które mnie spotkały, nie miałyby miejsca. Nie wiem, gdzie byłabym, gdyby nie on i to, że zawsze przy mnie był, choć nie zawsze okazywał wsparcie.
Tym razem było jednak inaczej. Znał całą sytuację i zgadzał się ze mną, że powinnam wyjaśnić z mamą parę spraw i że przerwa świąteczna to najlepszy czas na to.
Tata również starał się jak tylko mógł. Kiedy już pozałatwiał wszystkie sprawy w szkole i te niecierpiące zwłoki w stadzie, wyjechał do Londynu, by tam porozmawiać z mamą, przygotować ją na mój powrót.
Wiele razy korciło mnie, by zapytać go przez telefon, jak zareagowała mama na jego powrót, na wieść o tym, że żyję, że mam się dobrze. Przecież powinna się cieszyć. Zawsze miałyśmy dobry kontakt ze sobą. A teraz? Co się zepsuło?
Ostatni dzień w szkole mijał na pożegnaniach, składaniu sobie życzeń oraz zadawaniu pracy na czas wolny między świętami a sylwestrem. Wszędzie porozwieszane były ozdoby, choć przecież nikt nie zostawał na święta w szkole. Wystrój był na potrzeby tylko tego dnia, żebyśmy poczuli, że w szkole również obchodzi się święta jak w domu, że może być równie fajnie jak w rodzinnym gronie. Ja właśnie tak się czułam od samego początku. Od pierwszego dnia otaczała mnie rodzina, przyjaciele i znajomi. I choć nie wszyscy są ze mną nadal fizycznie, to wiem, że David świętuje w otoczeniu innych, gdzieś w krainie Nyks, która nie dostała jeszcze żadnej formalnej nazwy.
Pakowanie również nie zajęło dużo czasu. Od razu po szkole władowałyśmy najpotrzebniejsze rzeczy do toreb i zniosłyśmy je przed internat, by później załadować do autobusu, który odwoził uczniów na dworzec.
Odwróciłam się w stronę budynku szkoły, by po raz ostatni w tym roku popatrzeć na otulony śniegiem dach.
– Będzie mi tego brakowało. – Westchnęłam. Damien spojrzał na mnie jak na wariatkę. – No co? – zapytałam. – To dla mnie prawie drugi dom – usprawiedliwiłam się. Chris ścisnął mocniej moją dłoń, której nie puszczał odkąd włożył nasze walizki do autokaru. Wracał ze mną. Mój tata osobiście zaprosił go do nas na świąteczną kolację jak i na całą świąteczną przerwę. Oficjalnie dał mu jeszcze jedną szansę, jeśli chodzi o wybór stada. Tym razem Chris bez żalu zgodził się zostać z nami. Już nie był samotnym wilkiem. Miał prawdziwą, wilczą rodzinę, bo tą ludzką posiadał odkąd zaczęliśmy się przyjaźnić.
– A ja tam się cieszę, że wyjeżdżamy – powiedziała Becky. – W końcu znowu spotkam się z moimi rodzicami. Tak dawno ich nie widziałam! – pożaliła się. Uśmiechnęłyśmy się z Alice porozumiewawczo. Chłopcy, widząc nasze miny, roześmiali się, a zdezorientowana Becky obraziła za to, że nie chcieliśmy jej powiedzieć, dlaczego nam tak wesoło. Po chwili jej jednak przeszło.
– Hej! Idziecie? – usłyszałam głos Belli dochodzący z autobusu. Stała na schodach, machając do nas. – Zajęłam nam wszystkim miejsca!
– Jasne, już idziemy! – odkrzyknął jej Chris. Wszyscy oprócz mnie ruszyli w stronę pojazdu. Mój chłopak spojrzał na mnie pytająco. – Gotowa? – zapytał. Chyba wiedział, jak się czułam. Sam przecież musiał mieć obawy zawsze, kiedy wracał do domu.
Pokiwałam delikatnie głową i usiadłam na siedzeniu przed Bellą. Uśmiechnęłam się do niej między siedzeniami.
Podróż minęła nam spokojnie. Najpierw ja, Chris i inni, którzy zmierzali do Londynu, wysiedli na dworcu kolejowym, by poczekać na pociąg. Reszta wybierała się w dalszą podróż na lotnisko, a potem gdzie ich serce kierowało. Również Tom jechał z nami. Trochę mnie zaskoczył, a kiedy dowiedziałam się, że Rose sama zaprosiła go do siebie, jeszcze bardziej nie mogłam w to uwierzyć.
Z pociągu nie pamiętałam wiele. Chyba zasnęłam, ponieważ pierwsze, co pamiętam to wieczorne światła na dworcu w Londynie i tłumy ludzi wysiadających z naszego pociągu. Nie spieszyliśmy się. Tata obiecał, że nas odbierze, więc nie musieliśmy walczyć o taksówkę, o którą zapewne byłoby trudno.
Stali oboje z moją najlepszą przyjaciółką przy wyjściu głównym. Pomachałam im, gdy tylko ich zobaczyłam. Zrobili to samo. Uśmiechnięciu od ucha do ucha pobiegli do nas i wyściskali, jakbyśmy nie widzieli się z co najmniej dwa lata, a przecież Rose wyjechała wraz z moim tatą miesiąc temu z Dundee.
– Rosie, przyjechałaś tutaj dlatego, że przyjechałam ja czy dlatego, że wraz ze mną jest też Tom? Przyznawaj mi się tutaj zaraz! – odezwałam się groźnie, idąc w stronę zaparkowanego auta.
– No wiesz... – zaczęła, wkładając moją torbę do bagażnika. – Gdybyś przyjechała sama, cieszyłabym się, jasne, że tak. Ale jeżeli z tobą przybył też Tom, to jak myślisz, z czego bardziej się ucieszyłam?
– No jasne, że ze mnie! – odpowiedzieliśmy oboje z Tomem. Całe towarzystwo wybuchnęło śmiechem na środku parkingu.
– Brakowało mi tego. – Westchnęłam, dziękując Nyks, że moje myśli zostały na chwilę oderwane od już niedalekiego spotkania z mamą. – Boże, tato, dałeś jej prowadzić auto? – zawołałam oburzona, kiedy zobaczyłam, jak moja przyjaciółka zasiada na fotelu kierowcy.
– Wiesz kochanie, dawno nie jeździłem, poza tym wiele się w Londynie zmieniło, muszę do tego powoli przywyknąć. A Rose radzi sobie znakomicie – odpowiedział, chwaląc blondynkę. Niedowierzałam. Moja przyjaciółka nie mogła poprawnie jeździć. To po prostu nie mieściło się w głowie. Zawsze była trochę fajtłopowata. Nawet jeżeli chodziło o prowadzenie roweru.
Okazało się jednak, że Rosie świetnie panuje nad samochodem, zna się na rzeczy, wszystko robi płynnie a nam, jako pasażerom, przyjemnie się jechało. Nawet na moment znów zapomniałam o mamie. Jedynie dom, który wyłonił się zza któregoś z kolei zakrętu, brutalnie sprowadził mnie na ziemię.
Na trzęsących się nogach wysiadłam z samochodu. Tata i Rosie pomogli nam z torbami, więc szybko się z nimi uporaliśmy. Nim się obejrzałam, już stałam na progu, a Derek otwierał przede mną drzwi.
– Nie ma jak w domu! – zawołał zadowolony. Bardzo się starał, by mój powrót był naturalną rzeczą. Jakby nic, co do tej pory się wydarzyło, nie miało miejsca.
Byłam chyba za bardzo przejęta całą sytuacją, ponieważ w pierwszej chwili nie poczułam cudownego zapachu, który unosił się w całym domu. Dopiero kiedy Chris głośno zawołał do bliżej nieokreślonej osoby, pytając, co tak ładnie pachnie, zaciągnęłam się i już wiedziałam.
– Naleśniki – szepnęłam. Ulubione danie moje, Davida i mamy. Zwsze, kiedy byliśmy wszyscy w domu, robiliśmy razem naleśniki.
Rosie wiedziała, co oznaczały, dlatego od razu do mnie podeszła i ścisnęła moje ramię, chcąc pokazać mi swoje wsparcie. Byłam jej za to wdzięczna. Czułam jak moje nogi miękną, kiedy z kuchni do salonu, w którym jak do tej pory staliśmy, weszła mama. Zniknęły cienie pod oczami od przepracowania. Zamiast nich pojawił się wyrazisty makijaż, który podkreślał jej cudowne oczy. Ubrana w zwiewną sukienkę, która podkreślała jej figurę, wyglądała na o wiele młodszą niż w rzeczywistości była. Tryskała energią, choć w oczach widziałam smutek. Ogromny żal i ból, który starała się chować przed nami po odejściu ojca.
W pierwszym momencie myślałam, że się rozpłacze. Widziałam, jak w jej oczach gromadzą się łzy. Kiedy się jednak odezwała, nie usłyszałam już żadnego załamania. Była wyłącznie szczęśliwa kobieta.
– Tak się cieszę, że w końcu jesteście! Prue, Chris, rozbierajcie się! – zawołała. Podeszła do mnie i uściskała serdecznie. Zaskoczyła mnie. Nie spodziewałam się tego. W ogóle nie miałam pojęcia, czego oczekiwać, ale z pewnością nie takiej reakcji. – Rosie, może przedstawisz mnie swojemu koledze? – zaproponowała.
– To jest Tom, Tom poznaj mamę Prue, Ivonne. – Podali sobie grzecznie dłonie na powitanie.
– Może zostaniecie na kolację? – zaoferowała.
– Dziękujemy, ale obiecałam tacie, że wrócimy jak najszybciej – powiedziała z pewnym żalem w głowie blondynka.
– Szkoda! Ale wpadniecie któregoś dnia, mam nadzieję? – Chciała się upewnić.
– Jeszcze będzie miała nas pani dość! – zapewniła Rose, wychodząc z domu.
– No to co? Myjcie ręce, zaraz zasiadamy do stołu! – rozporządziła mama i zniknęła w kuchni. Spojrzałam zdezorientowana na tatę.
– Odkąd wróciłem, tak się zachowuje. – Wzruszył ramionami jakby chciał powiedzieć, że metamorfoza mojej rodzicielki to absolutnie nie jego wina.
Oszołomiona zjadłam kolację i przysłuchiwałam się rozmowie, jaką prowadzili domownicy. Próbowali mnie w nią wciągnąć, ale byłam zbyt pochłonięta własnymi myślami, by zajmować się rozmową z innymi. Nie chcąc psuć nikomu nastroju, odczekałam, aż każdy zje i dopiero kiedy siedzieliśmy w salonie przed telewizorem, wypaliłam prosto z mostu.
– Mamo, może powiesz mi teraz, dlaczego nie przyjechałaś na pogrzeb Davida? Dlaczego nas nie odwiedziłaś? Dlaczego nawet nie zadzwoniłaś, kiedy to wszystko się wydarzyło?
Zaskoczyłam ją. Widziałam w jej oczach smutek i ból i już przestraszyłam się, że może wypowiedziałam się zbyt ostro. Ale nie, musiałam być twarda, chcąc wyciągnąć coś z mojej mamy. Tego nauczyło mnie całe życie z nią. Po dobroci niczego złego sama nie powiedziała.
– Ja wiem, że powinnam... że powinnam zrobić cokolwiek... Wiem, że masz do mnie o to żal i nawet się temu nie dziwię, sama byłabym wściekła. – Próbowała patrzeć mi prosto w oczy, ale często, chyba nieświadomie, pochylała głowę do przodu i uciekała wzrokiem w podłogę. – Przepraszam cię, nie powinnam się tak zachowywać. Jestem twoją matką i to we mnie masz mieć oparcie, a ja użalałam się nad sobą i nie wzięłam pod uwagę tego, że tobie może być równie ciężko co mnie.
– Nie chcę przeprosin, choć to miłe, że przyznajesz się do winy. Ja po prostu chciałam się dowiedzieć, dlaczego – szepnęłam. Czułam łzy napływające do oczu. Nie zamierzałam płakać, to byłoby głupie, ale takie wyznania, jakkolwiek banalne by nie były, zawsze sprawiały, że się wzruszałam.
– Nie chciałam przeżywać tego jeszcze raz. Pragnęłam zapamiętać Davida, ciebie jako osoby uśmiechnięte, pełne życia, szczęśliwe. Gdybym zobaczyła was elegancko ubranych, leżących w trumnie... nie potrafiłabym... Przepraszam. – Nie przygotowałam się na taką odpowiedź. Gdzieś w podświadomości ciągle wyobrażałam sobie, że jej wytłumaczenie będzie miało coś bardziej... Sama nie wiedziałam, czego się spodziewać.
Podeszłam do mamy i przytuliłam ją, ponieważ po wyznaniu, rozpłakała się na dobre. Nie byłam już na nią zła. Może jeszcze nie tak dawno czułam żal do mojej rodzicielki, tak jak to było, kiedy nie powiedziała mi, że byłam Zmiennokształtnym. Po tym, jak mi wszystko wyjaśniła, cała złość odeszła bezpowrotnie.
– Kocham cię, wiesz? – szepnęłam jej na ucho. Uśmiechnęła się do mnie przez łzy i pocałowała delikatnie w czoło.

***

Święta minęły w miłej, rodzinnej atmosferze. Wszyscy byli szczęśliwi. Nawet Chris się rozchmurzył, co w jego sytuacji oznaczało zapomnienie o swojej ludzkiej rodzinie, a zwłaszcza o ojcu, ponieważ jego mama i Jack wpadli do nas w Pierwszy Dzień Świąt. Widziałam, że wizyta wiele znaczyła dla mojego chłopaka. Mogli w końcu ze sobą porozmawiać i wyjaśnić jak ja i moja mama.
Podczas wszystkich przygotowań, potem wśród świętowania, ja i Chris znaleźliśmy kilka chwil tylko dla siebie. Zaszywaliśmy się w moim pokoju, zakopywaliśmy w kołdrze i cieszyliśmy się sobą. Wtedy wiedziałam, że wszystko u mnie było na swoim miejscu, że w końcu mam prawdziwą rodzinę, że mam kogo kochać i jestem kochana.
Na sylwestra zaprosiłam do siebie wszystkich moich znajomych. Impreza miała się równać tej, którą przeżyłam rok temu, kiedy dowiedziałam się, kim tak naprawdę byłam. Chciałam, by każdy czuł się wyjątkowo i dobrze - jak w swoim domu. Przez cały tydzień razem z Rose, Tomem i Chrisem staraliśmy się zrobić wszystko, by wyszło idealnie. Układaliśmy menu, wieszaliśmy lampki i inne ozdoby. Chowaliśmy najcenniejsze i kruche rzeczy, by nie uległy zniszczeniu.
– Jejku, ale się zmęczyłam! – zawołała Rose, kładąc się na kanapę. Właśnie kończyliśmy zakładanie lampek nad wejściem. Chris zaczął już powoli sprzątać cały salon, kiedy rozplątywaliśmy sznur kolorowych lampek.
– Nie marudź, sama mnie namawiałaś do zrobienia całej tej imprezy – powiedziałam, całując ją delikatnie w policzek.
– Nie sądziłam, że zwalisz na mnie większość obowiązków! – zawołała, wodząc za mną wzrokiem. Przeszłam do kuchni, gdzie Chris położył naczynia, z których jedliśmy nasz obiad. Cały czas kontrolowałam sytuację w salonie.
– Myślałaś, że sama się ze wszystkim uporam? Zwłaszcza, że to był twój pomysł? – Zaśmiałam się serdecznie.
– Jasne, że nie, ale nie sądziłam, że będzie aż tyle roboty! A przecież jeszcze nie zaczęliśmy szykować jedzenia – jęknęła, kuląc się na kanapie. – Tom! Ja już nie mam siły. Nic już dzisiaj nie zrobię.
– Pomogę im jeszcze w kuchni i możemy wrócić do domu, co? – zaproponował. Rose coś mruknęła pod nosem, kiedy blondyn przyniósł ostatnie dwa kubki do zmywania. – Pomóc ci w czymś jeszcze? – zapytał, spoglądając na wyciągnięte zza kanapy nogi blondynki. Uśmiechnęłam się pod nosem.
– Nie, możecie już iść – powiedziałam, płucząc naczynia. Widocznie chłopak mnie nie słuchał, bo spojrzał na mnie zdezorientowany z niemym pytaniem w oczach. – Kochasz ją, prawda? – Uśmiechnęłam się szeroko. Oparłam się o blat szafki, wycierając mokre ręce w ściereczkę. Tom spojrzał najpierw na nią, później na mnie i zaśmiał się.
– No – przyznał nieco zmieszany swoim wyznaniem.
– To widać – przyznałam. – Cieszę się, w końcu wszystko zaczęło się układać.
– Myślisz... – zaczął jeszcze bardziej zmieszany.  – Myślisz, że chciałaby zostać ze mną... no wiesz, na zawsze? – zapytał w końcu. Przejechał dłonią po swoich jasnych włosach.
– Oh... – Nie wiedziałam, co mu odpowiedzieć. Czy Rose była gotowa na coś tak poważnego? Z jednej strony zawsze stroniła od płci przeciwnej odkąd pewne wydarzenia miały miejsce. Z drugiej, Tom to nie każdy inny facet. Tom to Tom. – Myślę, że ona sama może tego jeszcze nie wiedzieć – starałam się wybrnąć jakoś ładnie z tej sytuacji. – Kocha cię, a to chyba powinno ci wystarczyć, prawda?
Nic więcej nie odpowiedział. Pokiwał zamyślony głową i wyszedł z kuchni, mijając się na progu z Chrisem.

~~*~~*~~*~~*~~

Hej, strasznie Was przepraszam, że rozdział nie pojawił się na czas, tak samo jak na moim drugim blogu, jeżeli ktoś czyta. Postaram się do weekendu ogarnąć rozdział na "Polowanie...". A na Wasze blogi, jeżeli mam zaległości, wpadnę jutro, w końcu jest wolne. Oczywiście w przerwie od nauki matmy, bo w czwartek sprawdzian :/
Mam nadzieję, że rozdział odpowiedniej długości oraz, że was nie zanudził  ;)
Pozdrawiam cieplutko!
Zuza <3

sobota, 12 września 2015

~6. "I będziemy już zawsze razem, obiecuję."

"Będę szczęśliwy wszędzie tam, gdzie ty jesteś. To proste. - E. L. James



~~ Becky ~~

    Już w trakcie zajęć Louis zadzwonił do mnie. Nie mogłam jednak odebrać telefonu, ponieważ siedziałam w klasie i słuchałam wykładu na temat kolejnego eliksiru, który zamierzaliśmy omawiać a później przygotowywać. Dopiero kiedy lekcja się skończyła, wyciągnęłam telefon z kieszeni i wybrałam numer chłopaka. Odebrał niemalże od razu.
    - Hej, coś się stało? - zapytałam, kiedy się ze mną przywitał. Usłyszałam jego zmęczony głos, który mnie zaniepokoił. Szłam korytarzem razem z Alice, a przed nami powoli gramolił się Damien. Nikt na nic nie miał ochoty, wszystko robiliśmy jak roboty, żeby tylko zostało zrobione. Sama nie wiem, z czego to wynikało, bo przecież byliśmy niemalże pewni, że Prue wróci, więc nie mieliśmy podstaw do niepokoju. Mimo wszystko i tak każdy się przejmował. Może to ta przygnębiająca aura, która panowała w całej szkole tak na nas działała?
    - Moglibyśmy się dziś spotkać? - zaczął od razu od tego, z czym do mnie dzwonił.
    - Coś się stało? - ponowiłam pytanie. Alice spojrzała na mnie zaciekawiona, ale zbyłam ją machnięciem ręki i oddaliłam się, by nikt mi już nie przeszkadzał. Stanęłam pod drzewem. Moimi ciuchami targał silny wiatr, ale nie przeszkadzało mi to.
    - W sumie to nic wielkiego. Po prostu się stęskniłem - odparł cicho. Wyczułam delikatnie zawahanie w jego głowie, które podpowiedziało mi od razu, że nie powiedział całej prawdy. Może nie chciał, może nie mógł. Oczyma wyobraźni widziałam jego minę; wymuszony uśmiech, zmarszczki wokół oczu oraz na czole.
    - Sama nie wiem - westchnęłam. Ogromnie chciałam się z nim zobaczyć, spędzić choć malutką chwilę, lecz coś mnie powstrzymywało. Nie powinniśmy tak się obnosić z naszą miłością, Louis w ogóle nie powinien wychodzić na świat ze swojego mieszkania. Zmiennokształtni pragną dopaść każdego Wampira, bez względu na to, czy jest dobry czy zły. I choć po wyroku sądu prawdopodobnie by go uniewinnili, istnieje bardzo nikła, wręcz niewielka, ale jednak obawa, że za stare grzechy będzie musiał odpokutować. W końcu nie zawsze był dobry. Kiedyś służył Harry'emu i to nawet bardzo gorliwie. Na szczęście to już było za nami. Dla mnie liczyła się teraźniejszość.
    - Zgódź się! - prosił. - Nic się nie stanie, jeśli spotkamy się gdzieś koło kawiarni - namawiał, a ja coraz bardziej mu ulegałam. Chciałam być tą rozsądną, ale w końcu mnie namówił i zgodziłam się.
    - Gdzie i o której? - zapytałam z uśmiechem. Chłopak odetchnął z ulgą i zaśmiał się krótko. Podał też miejsce i czas spotkania, a ja obiecałam się tam stawić.

~~ Shane ~~

    Szedłem właśnie na spotkanie z Chloe. Umówiliśmy się, że po szkole spędzimy razem trochę czasu, ponieważ odkąd miała miejsce bitwa, nie mieliśmy dla siebie ani chwili. Kiedy w końcu wszystko w sprawie Prue się wyjaśniło i każdy wiedział, że jednak tak naprawdę nie umarła, mogłem w spokoju zająć się innymi rzeczami oprócz przekonywania Chrisa do swoich racji.
    Przechodziłem właśnie obok budynku szkolnego, kiedy mój wyostrzony słuch wychwycił szelest liści wśród pobliskich drzew. Nie przejąłbym się tym, gdyby coś, może intuicja, sam nie wiem, nie podpowiedziałoby mi, żebym podszedł bliżej i rozejrzał się. Posłuchałem tej wewnętrznej siły i ruszyłem w kierunku hałasu, który z każdym krokiem robił się coraz głośniejszy. Delikatnie zajrzałem między gałęzie drzewa, gdy usłyszałem ciche słowa, których nie potrafiłem do końca rozróżnić.
    Podszedłem na tyle blisko, że widziałem Dereka, który rozmawiał z kimś przez telefon, ale nie na tyle, by mógł mnie zobaczyć; drzewa całkowicie spełniły swoje zadanie, maskując mnie przed dyrektorem. Nie miałem pojęcia, dlaczego w ogóle zostałem, zamiast od razu się wycofać. W końcu podsłuchiwanie jest ogromnie nieprzyzwoite. Zwłaszcza, jeśli podsłuchuje się swojego dziadka, który obecnie piastuje stanowisko dyrektora szkoły, do której chodzimy. Ciekawość jednak wzięła górę i zacząłem przysłuchiwać się jego słowom. Nie wszystkie do mnie docierały, niektóre ulatywały z porywistym wiatrem, inne po prostu wypowiedział zbyt cicho, bym je dosłyszał.
    - Dlaczego nie przyjedziesz? - oburzył się, podnosząc głos. Cały czas chodził od jednego drzewa do drugiego i z powrotem, wydeptał już delikatnie rysującą się ścieżkę. - Nie rozumiem. To jest nasza córka! Nie zamierzasz jej godnie pożegnać? Ostatni raz zobaczyć? Bardzo chciałbym się z tobą w końcu spotkać. Tyle lat minęło... - mówił coraz ciszej, więc kolejnych słów nie zdołałem wyłapać pośród szumu wiatru. Wywnioskowałem jednak, że rozmawiał ze swoją żoną, a matką Prue, która nie planowała przyjazdu do Dundee. Z resztą tak samo jak było w przypadku Davida. Zastanawiałem się, jak mogło jej nie kusić, by przyjechać i zobaczyć swoje dzieci, swojego męża... Potrafiłem zrozumieć, że strasznie bolała ją strata najbliższych, ale nie mogłem pojąć, jak można dać im odejść, nie pożegnawszy się z nimi. - Kiedy to wszystko się już skończy, wrócę do Londynu. - Znów usłyszałem głos dyrektora. - Muszę pozałatwiać wszystkie sprawy, znaleźć kogoś do szkoły i wrócę. I będziemy już zawsze razem, obiecuję.
    Po cichu wycofałem się znów na chodnik. Zrobiło mi się głupio, ponieważ ta rozmowa była czymś intymnym, prywatnym, a ja jak zwykle musiałem wdepnąć w nie swoje sprawy ogromnym, brudnym buciorem.

~~ Becky ~~

    - Louis! - zawołałam, kiedy dostrzegłam jego nieco przygarbione plecy. Już z daleka go poznałam. Chłopak odwrócił się, słysząc mój głos. Podbiegłam do niego i rzuciłam mu się na szyję. Wtuliłam się w jego ciało, przymykając na moment powieki. Louis oddychał głęboko, wciągając w nozdrza zapach moich włosów. Tak bardzo brakowało mi jego bliskości, że nie miałam ochoty go puszczać.
    - Jak dobrze cię widzieć! - szepnął mi wprost do ucha, składając pocałunek na moim policzku. Zamruczałam cicho, rozkoszując się jego dotykiem.
    - Ciebie też. - Zaśmiałam się, odchylając delikatnie głowę do tyłu. Chłopak pocałował mnie w szyję, błądził swoimi wargami po całej mojej twarzy, a kiedy w końcu odnalazł moje usta, nie odrywał się od nich przez długą chwilę. - To co będziemy robić? - zapytałam, łapiąc go za rękę i splatając nasze palce.
    - Sam nie wiem, może po prostu się przejdziemy i porozmawiamy? - zaproponował. Widziałam, że coś go trapiło i pragnął się swoim smutkiem podzielić ze mną, więc nie protestowałam.
    - Może być - zgodziłam się, uśmiechając się promiennie w jego stronę. Wampir odwdzięczył mi się wymuszonym półuśmiechem. Coś musiało mu bardzo nie dawać spokoju.
    Ruszyliśmy przed siebie, nie spiesząc się donikąd. Spacerowaliśmy jakiś czas w milczeniu, mijając po drodze mnóstwo idących w różne strony ludzi. Ciekawie rozglądałam się dokoła, ponieważ nigdy nie byłam w tej części miasta, do której zaprowadził mnie Lou. Ogromny park ściągał pod swoje drzewa wielu ludzi, kiedy świeciło słońce, ale w taką pogodę, szarą, burą i ponurą, nikomu nie chciało się wychodzić na dwór, by po prostu na nim pobyć.
    - Powiesz mi w końcu, co cię tak gryzie i dlaczego tak bardzo chciałeś się ze mną spotkać? - zapytałam, kiedy usiedliśmy na mokrej od deszczu ławce w samym sercu parku. Byliśmy tylko my i przyroda.
    - Nie mogę sobie znaleźć miejsca - zaczął, spoglądając na mnie poważnie. - Odkąd Liam... No wiesz... Snuję się po domu jak cień, Niall nie jest lepszy. Nie potrafimy sobie poradzić. Nie wiedziałem, że jesteśmy ze sobą tak związani, dopóki go nie zabrakło - szepnął, spuszczając wzrok na nasze splecione ręce. Ścisnęłam mocniej jego dłoń.
    - Oh, kochanie... - odezwałam się, lecz nie miałam pojęcia, jak dokończyć. Nie ma słów, które pomogą w ukojeniu tego bólu. Musiało minąć trochę czasu, nim znów potrafiłam się uśmiechnąć po śmierci Davida. Zrobiłam najprostszą rzecz, jaką mogłam zrobić. Po prostu go przytuliłam i pozwoliłam mu schować się przed całym światem w moich ramionach. Jego ciałem wstrząsnął dreszcz, a ja gładziłam go delikatnie po plecach i szeptałam puste, nic nie znaczące słówka.
    - Dziękuję, że jesteś - powiedział cicho, kiedy już się odrobinę uspokoił. Uśmiechnął się do mnie prawdziwie po raz pierwszy tego dnia. Był to smutny uśmiech, ale prawdziwy. Pocałowałam go leciutko w usta.
    - Zawsze możesz na mnie liczyć - stwierdziłam.
    - Kocham cię, pamiętaj o tym - zapewnił gorliwie, patrząc mi intensywnie w oczy.
    - Wiem, ja ciebie też kocham - powiedziałam, uśmiechając się promiennie. Już zamierzałam znów go pocałować, kiedy chłopak zamarł i spojrzał zza moje ramię. Odwróciłam się, lecz nie dostrzegłam niczego, co mogłoby mnie zaniepokoić.
    - Chyba nie jesteśmy sami - szepnął, rozglądając się dokoła. Kiedy wypowiedział te słowa, usłyszałam szelest liści, a potem zobaczyłam zbliżające się w naszym kierunku sylwetki.
    Byli już blisko, więc bez problemu rozpoznałam idącego Dereka na samym czele. Serce mi stanęło. Szybko podniosłam się z ławki i zasłoniłam swoim ciałem Wampira.
    - Czego chcecie? - zapytałam podniesionym głosem.
    - Porozmawiać z Louisem Tomilinsonem. Wyjaśnić parę spraw - powiedział grobowym tonem dyrektor, a po moich plecach przebiegł niemiły dreszcz. Głos nie zachęcał do współpracy, więc postanowiłam się odrobinę zbuntować. Chwyciłam Lou za rękę i nie pozwoliłam mu wyjść przed siebie.
    - Becky, nie utrudniaj nam procedury - odezwał się Filip, wychylając się z szeregu. Osłupiałam. Nie mogłam uwierzyć w to, że mój brat dołączył do całej tej beznadziejnej eskapady! - Siostrzyczko to wszystko dla twojego dobra - powiedział, patrząc prosto na mnie.
    - Nie ściemniaj mi tutaj teraz! - zawołałam, mając łzy w oczach. - Nie rozumiesz, że oni mogą go zabić, jeżeli im się tak spodoba? - krzyknęłam. - Ich nie obchodzi to, że mnie uratował, nie obchodzi ich to, ile zrobił dobrego. Oni widzą tylko to co złe!
    - Becky, nie dramatyzuj! - rzekł spokojnie Derek. - Wampir będzie miał sprawiedliwy osąd, nie masz się czego bać. Każdemu według zasług - dodał, uśmiechając się.
    - Nie pozwolę wam go skrzywdzić! - zawołałam rozpaczliwie, wiedząc, że moja siła zupełnie nie równa się sile wszystkich Zmiennokształtnych, jakich miał przy sobie dyrektor. Zawarczałam w ich stronę, chcąc ich wystraszyć, lecz na nic się to zdało. Doskonale wiedzieli, że nie mogę im nic zrobić.
    - Becky... - Poczułam dłoń Louisa na swoim ramieniu. Spojrzałam na niego przez ramię. Uśmiechał się do mnie, ale miał smutny wyraz twarzy. Wyglądał trochę, jakby pogodził się ze swoim losem.
    - Nie pozwolę im cię skrzywdzić - zapewniłam gorliwie.
    - Wiem, ale przez to wszystko oni mogą zrobić coś też tobie. A tego bym sobie nie wybaczył. Więc pozwól, że pójdę z nimi dobrowolnie - powiedział cicho. Kręciłam cały czas głową, nie chciałam się z tym pogodzić.
    - Więc chodźmy, mam dosyć tego teatru - mruknął ktoś z podwładnych Dereka. Louis wyminął mnie i podszedł do dyrektora, który związał mu ręce na plecach. Chciałam ich powstrzymać, ale Filip w porę mnie złapał w talii i zatrzymał w miejscu. Wyrywałam się, krzyczałam, lecz brat mnie nie puszczał. A Louis, odprowadzany przez ogromną eskortę, odwrócił się raz w moją stronę. Ujrzałam na jego ustach uśmiech pełen miłości i pogodzenia z losem.

~~*~~*~~*~~*~~

    Hejo, przepraszam Was za wszelkie błędy w tym rozdziale, ale znów na wfie mój palec ucierpiał i nie piszę zbyt szybko ani składnie, kiedy jest usztywniony :D Jejku, powoli będziemy się zbliżać do końca tej historii. Tak chcę Was tylko do tego naszykować emocjonalnie <3
    Dziękuję wszystkim tym, którzy czytają początki tego bloga, a widzę, że są takie osoby, bo statystyki szybciutko lecą w górę <3

piątek, 28 sierpnia 2015

~5. "...jak ja mam wrócić?"

Kiedy wymawiam słowo Przyszłość,
pierwsza sylaba odchodzi już do przeszłości.
Kiedy wymawiam słowo Cisza,
niszczę ją.
Kiedy wymawiam słowo Nic,
stwarzam coś, co nie mieści się w żadnym niebycie. 
- Wisława Szymborska




~~ Bella ~~

   Siedziałam wieczorem w bibliotece i kończyłam swoją pracę domową na jutrzejszy dzień. Nie była ciężka, ale robiłam ją przez dobrych kilka godzin, ponieważ nie potrafiłam się na niej skupić. Czytałam kilka razy polecenie, potem pisałam parę zdań, zamyślałam się, a kiedy w końcu wróciłam na ziemię, wszystko zaczynałam od początku. Doprowadzało mnie to do szału, lecz nie umiałam nad tym zapanować. Myśli same uciekały mi do tragicznych wydarzeń sprzed kilkudziesięciu godzin.
    Alex obiecał, że jak tylko upora się z własnymi lekcjami, przyjdzie do mnie. Jak na razie siedziałam sama w cichym i najdalszym zakątku biblioteki, który już dawno temu sobie upodobałam. Lubiłam przychodzić i siadać właśnie tam, przy stoliku pomiędzy ostatnimi rzędami półek. Na przeciwko znajdowało się okno, delikatnie zasłonięte przez szafę, ale i tak widziałam pochmurne niebo.
    Stolik był nieduży, ale spokojnie zmieściłaby się koło mnie jeszcze jedna osoba, która odrabiałaby lekcje. Miałam ten luksus, że mogłam się rozłożyć na całym biurku oraz zająć drugie krzesło i nie ściskać się ze wszystkimi książkami, których potrzebowałam do napisania odpowiedzi na temat zadany przez nauczycielkę. Niewielka lampka oświetlała cały stolik oraz kawałek ściany. Reszta biblioteki pogrążona była w półmroku. Jedynie przy biurku bibliotekarki oraz przy tych stolikach, które stały niedaleko niej, świeciły nieco mocniejsze oraz większe światła, tym samym rozpraszając mrok.
    Chłopak mnie nie zaskoczył. Słyszałam jego kroki oraz bicie serca już z daleka. Nie wiedziałam, dlaczego tak się działo, ale pasowało mi to. Odkąd wróciliśmy do szkoły, odkąd wyznaliśmy sobie miłość, staliśmy się dla siebie jeszcze bardziej bliscy niż wcześniej. I to jakoś oddziaływało na mój instynkt, może na moją moc. Nie byłam tego pewna. Wiedziałam jednak, że od tamtej pory zawsze wiedziałam, kiedy Alex był niedaleko mnie.
    Pocałował mnie na powitanie a potem zrzucił moją torbę i parę książek, które na niej leżały, na ziemię po czym sam usiadł na krześle. Zajrzał mi przez ramię, w jakim punkcie swojej pracy domowej utknęłam i westchnął przeciągle.
    - Ile ci to jeszcze zajmie? - zapytał, opierając się wygodnie o oparcie krzesła.
    - Czy ja wiem... - Wzruszyłam ramionami, przeglądając notatki. Przetarłam oczy, by móc lepiej widzieć oraz odgonić senność. Nie mogłam teraz sobie pozwolić na chwilę słabości, choć byłam już trochę zmęczona. - Jeszcze chwilę i powinnam skoczyć. - Zerknęłam na Alexa i uśmiechnęłam się delikatnie. Chłopak zerknął na zegarek.
    - Masz dokładnie trzynaście minut i dwadzieścia dwie, jeden sekund - odliczał, wpatrując się w zegarek, który nosił na nadgarstku.
    - Nie przeszkadzaj mi jeszcze przez moment to zdążymy spokojnie na kolację - powiedziałam tylko i zabrałam się do pracy. Chłopak tymczasem posłusznie oddalił się od stolika i zajął się przeglądaniem książek, które stały na najbliższym regale.
    Zaczynałam pisać podsumowanie, kiedy przed oczami pojawiła się delikatna mgła. Mrugnęłam kilka razy, sądząc na początku, że to ze zmęczenia. Jednak nawet przetarcie pięściami nie pomogło. Wtedy już upewniłam się, że to coś, co przychodzi w najmniej oczekiwanych momentach. Jęknęłam cicho a długopis wypadł mi z ręki i poturlał się pod stół. Usłyszałam ciche kroki Alexa, ale nie zauważyłam już jego twarzy, gdy pochylił się nade mną, by zobaczyć, co się stało. Przed moimi oczami ukazała się ogromna polana, na której bujnie rosła trawa przemieszana z ziołami oraz kolorowo kwitnącymi kwiatami. Słońce oświetlało całą łąkę. W oddali dostrzegłam las, lecz nie zainteresowałam się nim ani trochę. Moją uwagę przykuło jezioro, więc to tam skierowałam swoje kroki. Kiedy byłam już nieco bliżej, zobaczyłam drewniany pomost, a na nim dwie osoby. Nie rozpoznałam ich od razu, choć wydawały mi się znajome. Dopiero kiedy usłyszałam głos dziewczyny, przystanęłam, zdziwiona, zbyta z tropu.
    - Pięknie tutaj - szepnęła rozmarzonym głosem, rozglądając się dokoła. Bose nogi moczyła w wodzie, co jakiś czas huśtając nimi i wprawiając wodę w delikatni ruch. Odgarnęła długie włosy do tyłu i odchyliła lekko głowę.
    - Prue? - szepnęłam. Miałam ochotę podbiec do niej i uściskać ją, nawet zrobiłam kilka chwiejnych kroków, lecz po chwili dotarło do mnie, że to tylko moja wizja, że oni mnie nie zobaczą.
    - Tak - odpowiedział jej chłopak. David nie wydawał się zachwycony pięknem tego miejsca. Zachowywał się, jakby gdzieś mu się spieszyło. Siedział obok siostry jak na szpilkach, rozglądając się nerwowo to tu to tam.
    - Mieszkasz tutaj? Gdzieś w pobliżu? - zainteresowała się, zerkając na blondyna. Tymczasem ja stanęłam za nimi i przysłuchiwałam się tej rozmowie, nie bardzo wiedząc, dlaczego taka wizja mnie nawiedziła.
    - Nie. Mieszkam u Nyks, tam jest jeszcze piękniej niż tutaj. Tam jest ogromne miasto, choć nie takie jak na ziemi. Nie ma tam samych murów. Tam przeważają rośliny, drzewa, kolorowe kwiaty, dużo domów jest z drewna lub kamieni, które są jasne i nie ponure jak beton. Tam jest całkiem inaczej niż tutaj. Mówiłem ci, jesteśmy w Przedsionku, a jak sama nazwa mówi, to dopiero początek drogi - wyjaśnił.
    - Tam, to znaczy gdzie? - zapytała, ciekawa wszystkiego.
    - No już mówiłem, w mieście Nyks. Tak to między sobą nazywamy, bo nikt nigdy tego miejsca nie nazwał. - Wzruszył ramionami.
    - My?
    - Wszyscy inni zmarli - odpowiedział, spuszczając głowę.
    - Już nie mogę się doczekać, aż tam dotrę - westchnęła. - Kiedy tam pójdziemy? - zapytała ożywiona.
    - Prue, słuchaj - powiedział poważnie. Dziewczyna spojrzała na niego zaciekawiona, z uśmiechem a ustach. - Ty... Ty nie możesz iść dalej. Nyks... ona kazała mi cię zawrócić. Wyjaśnić... Cholera, to nie jest twoje przeznaczenie być tutaj! - zawołał.
    - Ale David? - pisnęła cicho. - Przecież tutaj jestem...
    - Ale musisz wrócić. Musisz wrócić i zapobiec rzezi, która niedługo nastąpi - powiedział smutno.
    - Jakiej rzezi? - spytała szeptem.
    - Nasz ojciec kazał pojmać i stawić przed sąd wszystkie Wampiry, co do jednego. Jest strasznie zły za to, co nam się przydarzyło. Chce się zemścić za naszą śmierć. Pragnie złapać wszystkich i ich zabić. A ja boję się o Becky. Nie mam pojęcia, jak przeżyje śmierć kolejnej, tak bliskiej dla niej osoby. Jeżeli Derek dowie się, że chodzi z Wampirem, nie dosyć, że jego zabiją, ona również może mieć kłopoty...
    Obie słuchałyśmy wyznań Davida z niemałym przejęciem. Chłonęłam każdą informację, ponieważ wszystko wydawało mi się ważne na wagę złota. Becky i Louis są w ogromnym niebezpieczeństwie - zakodowałam pierwszą wiadomość. Prue musi wrócić na ziemię, by im dopomóż - druga wiadomość.
    Potrząsnęłam głową i spojrzałam na koleżankę i jej brata. Zaraz że co? Czy on przed chwilą powiedział, że Prue wróci? Że znów będzie z nami chodziła na zajęcia, że w końcu wszyscy będą szczęśliwi?
    - Ale David, jak ja mam wrócić? - zadała najważniejsze pytanie. Chłopak zwiesił ramiona, odnalazł dłonią jakiś kamyk i rzucił nim w jezioro.
     - Właśnie w tym tkwi problem, że nie mam zielonego pojęcia - szepnął zmęczony.
    Ostatni raz spojrzałam na tę dwójkę. Łza w oku mi się zakręciła, więc przymknęłam powieki. Kiedy je znów uchyliłam, dostrzegłam stojącego nade mną Alexa.
    - Wszystko w porządku? - zapytał z przejęciem. Pokiwałam delikatnie głową.
    - Muszę spotkać się z Becky, Chrisem i pozostałymi - oświadczyłam, zbierając w pośpiechu swoje rzeczy.
    - Ale co się stało? - zawołał chłopak, pomagając mi.
    - Chodź, nie marudź - powiedziałam, pociągając go za sobą.
    Modliłam się, by cała paczka jadła jeszcze wspólnie kolację. Zwykle tak robili, więc miałam nadzieję, że i tego wieczoru zasiedli do posiłku wspólnie. Wpadłszy do stołówki, od razu ruszyłam w stronę ich stolika. Wszyscy podnieśli na mnie wzrok zaintrygowani. Opadłam na najbliższe krzesełko i przez moment czekałam, aż unormuję oddech. Potem zaczęłam opowiadać swoją wizję. Im dalej brnęłam w historię, tym więcej uśmiechu pojawiało się na twarzach zebranych.
    - A nie mówiłem? - zawołał Shane, jeszcze zanim dobrnęłam do końca opowieści.
    - Czyli... czyli to prawda? - zapytał Chris. W jego oczach dostrzegłam łzy przemieszane z niedowierzaniem, ale i nadzieją, wiarą na powrót ukochanej. Pokiwałam tylko głową, ponieważ sam jego widok spowodował, że się wzruszyłam. On naprawdę kochał Prue. - Przepraszam - szepnął tylko, wstał od stołu i wyszedł. Wszyscy spoglądaliśmy za nim, jednak nikt tego nie skomentował. Każdy z nas wiedział, że chłopak musiał wszystko sam sobie poukładać i zmierzyć się z tym w pojedynkę.
    Wśród całego tego zamieszania zapomniałam o czymś, co okazało się być później kluczowe. Kiedy w końcu sobie o tym przypomniałam, było o wiele za późno, by naprawić mój błąd.

~~*~~*~~*~~*~~

    Hej, witam Was serdecznie pod koniec wakacji <3 Kurczę, rozdział chyba nieco krótszy, ale nie chciałam już niczego innego w nim opisywać.
    Jak tam przygotowania do roku szkolnego? Ja kompletnie tego nie czuję, nie wyobrażam sobie tego, że już niedługo, już tuż tuż, będę w szkole O.o Mam jedynie nadzieję, że mój plan lekcji pozwoli mi na pisanie nowych rozdziałów :D

piątek, 3 lipca 2015

~1. "Wiele się zmieniło."


Prawda to cudowna i straszliwa rzecz, więc trzeba się z nią obchodzić ostrożnie. - J.K. Rowling



~~ Becky ~~

    - Kim jesteś? - zapytała Alice, chcąc się upewnić. Przerwała tę niezręczną ciszę, która nastała po kłótni chłopców. Nie wiedziałam dlaczego, ale ucieszyłam się z tego, co powiedział Shane. Znaczyło to, że Chris w końcu się pozbierał i miał normalne życie. A skoro on potrafił to my pewnie też. Zaświtała we mnie nadzieja, której od tak dawna nie posiadałam.
    - Jestem Shane Brown, urodzę się za kilka lat, kiedy już wszyscy skończycie szkołę, kiedy cała sprawa z Wampirami się uciszy. Przynajmniej mam nadzieję, że tak będzie w nowej przyszłości, którą stworzyliśmy - odezwał się niepewnie. Zerknął na Chrisa, który odkąd poznał prawdę, siedział i wpatrywał się w jeden punkt. Nie poruszył się ani o milimetr.
    Chloe otarła łzy z policzków i podeszła do Shane'a. Ścisnęła mocno jego ramię, jakby chciała mu coś w ten sposób powiedzieć. Mnie natomiast nasunęło się inne pytanie.
    - Skoro jesteś synem Chrisa, to kim jest Chloe? - zapytałam, spoglądając to na jednego to na drugiego. Zmieszali się, ale chyba tylko ja to dostrzegłam. Nie miałam pewności, ale zerknęli na siebie, by dopiero po chwili odpowiedzieć na moje pytanie.
    - Chloe jest moją dziewczyną. Znamy się od kołyski, przyjaźnimy odkąd pamiętam. Jak sięgam pamięcią, jest tylko ona. - Uśmiechnął się do niej serdecznie. - Ale nie o to mi chodziło. Nie pamiętacie, o czym wspominałem? - Próbował odwieść nas od tematu, byśmy nie zadawali już niewygodnych pytań. - Prue nie może tak po prostu nie żyć! - zawołał do wszystkich, ale wzrok utkwiony miał w Chrisie.
    - A jednak! - krzyknął, poruszając się pierwszy raz od kilkunastu minut. Spojrzał w jego oczy. - Prue nie żyje i daj nam wreszcie spokój! - wrzasnął. Wstał i wyszedł, nie robiąc przy tym żadnego hałasu. A w salonie znów zapanowała cisza.

~~ Chloe ~~

    Od tamtej kłótni minęło kilka dni. Spokojnych, przepełnionych żałobą, smutkiem, cierpieniem dni. Na początku, chyba jeszcze tego samego dnia uprzątnięto wszelkie ślady po walce. Sprzed budynku szkoły zniknęły gruzy, połamane gałęzie, trawa znów zaczęła odrastać. Ktoś pofatygował się i obmył chodnik z krwi, spalono ciała Wampirów. Jedynie Liam wrócił do swoich przyjaciół cały, za namową Chrisa.
    Wiele się zmieniło. Stark już nie piastował urzędu dyrektora szkoły ani samca alfy. Obie te funkcje tymczasowo przejął Derek - przywództwo w stadzie dlatego, że mu się należało, stanowisko dyrektora dlatego, że nie znalazł nikogo, kto byłby w stanie po ostatnich wydarzeniach, przejąć tę funkcję i obciążyć choć odrobinę jego barki. Co do ojca Prue - wywalił na zbity pysk Starka, gdy dowiedział się, co działo się pod jego nieobecność. Oczywiście dołączył do walczących, kiedy tylko się dowiedział o ataku, lecz nie zdążył odnaleźć w tłumie swojej córki. Rozwścieczony, kazał powybijać wszystkie Wampiry, które zostały przy życiu i nie zdążyły się teleportować.
    Nancy miała pełne ręce roboty przy pielęgnowaniu rannych. Od razu zgłosiło się wiele osób do pomocy, więc szpitalik dawał radę. Najgorszą pracę mieli ci, którzy zbierali ciała poległych Zmiennokształtnych. To ta grupa ochotników oraz pracowników szkoły zabierała umarłych, myła je a następnie przebierała w czyste ciuchy i przygotowywała na pogrzeb. Kiedy dostrzegłam, jak nieśli ciało Prue, rozpłakałam się na nowo, choć obiecałam sobie, że będę silna. Dla każdego, kto tego potrzebował.
    Słyszałam również plotki na temat tego, że wataha przygotowuje się do wyłapania wszystkich Wampirów. Chcieli ich złapać i postawić przed sądem. Nie sądziłam, że Derek aż tak oszalał, by podjąć tak radykalną decyzję. Widocznie nie znałam go na tyle dobrze. W sumie, nikt go tu nie znał, a ci, co tak im się wydawało, bali się mu przeciwstawić. Martwiłam się o swoją przyszłość. Wiedziałam, że Zmiennokształtni szybko uporają się z barierą, jaką stanowiło to, że Wampiry są niezwykle inteligentne i potrafią się nieźle schować. Wytropią ich raz dwa. Nim się obejrzymy, będziemy patrzyli na niesprawiedliwe procesy, w których wszystkich uśmiercą. Chyba, że ktoś ich powstrzyma. Jedyna osoba, zdolna tego dokonać, leżała w kostnicy i nie zamierzała się z niej jak na razie ruszać.

    Chris nie odzywał się do nas. W ogóle niezwykle rzadko go widywałam, z resztą tak jak pozostali. Nawet Tom i Damien, którzy dzielili z nim pokój, nie spotykali go zbyt często. Martwiliśmy się o niego. Nie chciał się do tego przyznać, ale cierpiał. Wolał samemu znosić swój ból, kiedy my zbieraliśmy się wszyscy razem i po prostu milczeliśmy. Jedynie Shane, ogarnięty swoją wizją przyszłości zdawał się nie być roztrzęsiony. Co rusz namawiał mnie, bym mu uwierzyła. Prawie mnie przekonał do swojej teorii. Prawie.
    Któregoś dnia poprosił mnie, bym poszła z nim do Dereka. Zgodziłam się, nie pytałam nawet, po co miał do niego iść. Po prostu szłam jego śladem. Kiedy znaleźliśmy się w jego gabinecie, oniemiałam. Pokój zmienił się, kiedy jego dotychczasowy właściciel go opuścił. Dotąd nieprzejrzane papiery, które ostatnimi czasy zawalały pół pomieszczenia, zniknęły. Nadal stała tam biblioteczka oraz biurko, lecz panował na nich idealny wręcz porządek.
    Za biurkiem na obrotowym krześle zasiadał Derek. Przygnębiony, smutny, pogrążony we własnych myślach, błądzący nimi daleko i wysoko w chmurach. Wyglądał, jakby nie spał od wielu dni i od co najmniej dwóch nie jadł. I choć schludnie leżący na nim garnitur ukazywał jego klasę, od razu widać było, że jest wyczerpany.
    - Przepraszam, że przeszkadzamy - zaczął Shane ostrożnie, skupiając uwagę dyrektora na sobie. - Czy moglibyśmy zająć panu chwilkę? - zapytał z grzeczności, lecz nie zamierzał wychodzić, nawet jeśli mężczyzna by się nie zgodził. Jego postawa mówiła sama przez siebie.
    - Tak, oczywiście - powiedział tylko.
    - Dziękuję - odetchnął. - Chciałbym poprosić pana, by przełożył ceremonię... Słyszałem, że ma się odbyć za dwa dni. To zdecydowanie za wcześnie... - zawahał się.
    - Shane... - szepnęłam ostrzegawczo. Kiedy tylko przejrzałam, że przyszedł do Dereka tylko po to, by mącić mu w głowie myślą, że jego córka może jednak przeżyła, choć nic na to nie wskazuje, próbowałam mu przerwać, powstrzymać go. Uciszył mnie jednak jednym skinięciem ręki.
     - Dlaczego mnie o to prosisz? - zapytał zaintrygowany.
    - Ja... Muszę mieć więcej czasu. Dzień, może dwa. Proszę, niech się pan zgodzi. Nic się jej nie stanie, już nie...
    Dyrektor zamyślił się. Odwrócił się w stronę okna i wyjrzał przez nie. Zacisnął dłonie w pięści kilka razy, nim znów na nas spojrzał.
    - Dobrze, macie dodatkowe dwa dni. Nie wiem, po co wam one, lecz mogę przełożyć uroczystość jeszcze o dwa dni. Nie więcej. Już i tak wiele zwlekałem, lecz były inne, równie ważne sprawy do załatwienia... - powiedział cicho, niemalże do siebie.
    - Dziękujemy! - zawołał radośnie Shane, za bardzo entuzjastycznie, biorąc pod uwagę to, w jakiej sytuacji się znajdowaliśmy. Niemal wybiegł z gabinetu. Nie pozostawało mi nic, jak tylko podążyć za nim.
    - Nie rozumiem! - zawołałam na schodach. - Po co wzbudzać we wszystkich nadzieję, skoro tej nadziei nie ma? Prue umarła i nic tego już nie zmieni.
    - Nic nie rozumiesz? - Zatrzymał się i spojrzał na mnie. Złapał za ramiona i potrząsnął delikatnie. Stał stopień niżej, więc byliśmy prawie równi. - A to, że nadal tu jestem, że cię dotykam, że mówię do ciebie, nic nie znaczy? Zastanów się, proszę!
    I wtedy dostrzegłam to, co on zauważył od razu, to, co próbował nam od kilku dni bezsilnie wytłumaczyć. To, co dało mi płomień nadziei, ostatnią deskę ratunku, której chwyciłam się jak tonący brzytwy.

~~ Alice ~~

    Szłam razem z Becky wzdłuż ogrodzenia. Nie rozmawiałyśmy wiele. Właściwie to tylko na początku każda z nas coś napomknęła, a potem nastała kompletna cisza. Nie miałam pojęcia, po co właściwie tutaj przyszłyśmy, ale ruch mnie uspokajał. Wiatr osuszał moje mokre od łez oczy i policzki oraz ukrywał twarz w roztarganych włosach.
    Zerknęłam na przyjaciółkę. Bałam się, że zamknie się tak, jak po śmierci Davida. Tego bym nie zniosła. Wtedy wytrzymałam, ponieważ była przy mnie Prue, mogłam na nią liczyć. Teraz jej zabrakło. Gdybym straciła jeszcze Becky, nie wytrzymałabym. Cieszyłam się, że była ze mną, że tym razem się nie poddała, że była silna. Kiedy spojrzała na mnie, uśmiechnęłam się do niej pokrzepiająco. Odwzajemniła uśmiech, choć wydawał się wymuszony i smutny.
    Szłyśmy w milczeniu jeszcze chwilę, nim Becky nie zatrzymała się w połowie kroku. Zaczęła nasłuchiwać, a kiedy chciałam coś powiedzieć, nie pozwoliła mi na to. Zbliżyła się cicho do muru.
    - Słyszysz to? - zapytała, idąc wzdłuż betonowej ściany, obrośniętej bluszczem, który wznosił się wysoko ponad nasze głowy. Pokręciłam głową. Niczego niepokojącego nie słyszałam. Tylko nasze oddechy, jej delikatnie stawiane kroki oraz szum drzew i śpiew ptaków, który, gdy tylko o nim pomyślałam, umilkł. - Ktoś jest po drugiej stronie - powiedziała tylko i pobiegła w stronę bramy. Ruszyłam za nią, wołając.
    - Może powinnyśmy zawrócić i wezwać kogoś? - zaproponowałam. Stanęłyśmy w końcu na drodze wysypanej kamyczkami. Dziewczyna pokręciła głową.
    - Nie. Wiem, kto to jest. Tylko proszę, obiecaj mi, że nie zrobisz niczego głupiego. Jego widok może ci się nie spodobać - rzekła cicho, krzywiąc się. Serce biło jej niemiłosiernie szybko, jakby chciało wyskoczyć z piersi. Nie wiedziałam, co zrobić, więc po prostu przytaknęłam. - Obiecaj! - zawołała, potrząsając mną.
    - Obiecuję - szepnęłam.
    - Okej, w takim razie, chodźmy - powiedziała, złapała mnie za rękę i wyciągnęła za teren szkoły.
    Przeszłyśmy kilka kroków, skręciłyśmy w lewo i stanęłyśmy na parkingu za wysokim i szerokim dębem. Rozglądałam się dookoła, ale Becky wpatrywała się w jeden punkt, jakby wiedziała, skąd przyjdzie gość. I nie myliła się. Po chwili z wiatrem dotarł do nas zapach, który rozpoznałabym wszędzie. Zapach cytrusów. Popatrzyłam na przyjaciółkę, lecz ta wydawała się nie zwracać na to uwagi. Zasugerowałam jej, byśmy odeszły stąd, lecz nie chciała mnie słuchać. Strach przejął kontrolę nad moim ciałem, więc gdy Wampir pojawił się w zasięgu mojego wzroku, użyłam na nim mojej mocy. Dosyć długo próbowałam go zamrozić, lecz nieskutecznie. Chłopak wytworzył tarczę ochronną, więc mój lód zatrzymał się parę centymetrów przed nim.
    - Co ty robisz? - zawołała Becky, łapiąc mnie za rękę i uniemożliwiając mi dalszy atak. - Obiecałaś, że nie będziesz robiła nic głupiego.
    - Ratowanie nam tyłka przed Wampirem wydaje ci się głupie? - Zaśmiałam się ironicznie.
    - On nie zrobi nam krzywdy! - krzyknęła, stając między mną a nim. Zdziwiona, patrzyłam, jak Wampir podchodzi do niej i obejmuje ją a następnie się całują.
    Nie wiedziałam, co zrobić. Czy uciec i powiedzieć wszystkim, że przed bramą czeka Wampir, czy zostać i bronić swojej przyjaciółki, czy może zaufać jej i wysłuchać do końca. Nie potrafiłam się ruszyć, więc pierwsza opcja nie wchodziła w grę. Pozostawało mi czekać w gotowości na odparcie ataku.
    - Alice, Louis jest moim chłopakiem - usłyszałam spokojny głos Becky. - Spotykamy się już od dwóch miesięcy. Poznaliśmy się, kiedy wyjechałam z Filipem do Manchesteru. Kocham go a on kocha mnie. Nie skrzywdzi nas, więc możesz się rozluźnić i posłuchać, dlaczego naraził swoje życie i przyjechał tutaj, zwłaszcza teraz? - Jej głos przybrał groźny ton, więc odwróciłam wzrok w ich stronę. Stali, patrząc sobie prosto w oczy - Becky z groźną miną, chłopak ze smutną ale i skruszoną.
    - Musiałem upewnić się, że z tobą wszystko w porządku. Niby wyczuwałem, że nic ci nie jest, ale byłaś bardzo zrozpaczona...
    - Przykro mi z powodu Liama - szepnęła i musnęła jego usta swoimi. Wampir przymknął oczy i oparł swoje czoło na jej. - Wiem, że był twoim przyjacielem...
    Oderwałam wzrok od tej dwójki, pozwalając im nacieszyć się sobą. Nadal nie byłam przekonana co do intencji chłopaka, ale ufałam swojej przyjaciółce jak nikomu innemu i jeżeli nie została opętana ani nic to wiedziała, co robiła.
    Rozejrzałam się dookoła. Powoli zapadała jesień, pierwsze liście już pożółkły na drzewach, niektóre, nawet zielone pospadały z nich, tworząc chodnik, na którym słychać było czyjeś kroki. Zerknęłam na bramę. Mój słuch się nie mylił.
    - Hej, chyba mamy towarzystwo! - zawołałam, wskazując na Chrisa uciekającego w kierunku szkoły.

~~*~~*~~*~~*~~

    Hej ;) Jak Wam mijają wakacje? Pogoda dopisuje? Bo u mnie jak najbardziej ;)

piątek, 19 czerwca 2015

Prolog

Dziękuję wszystkim, którzy doczekali ze mną tej chwili ;) Mam nadzieję, że nowa cześć przypadnie Wam do gustu ;) 


"To, co za nami i to, co przed nami,ma niewielkie znaczenie w porównaniu z tym, co jest w nas..."- Olivier Wendell Holmes



~~*~~*~~*~~*~~


~~ Shane ~~

    W salonie panowała kompletna cisza, nie licząc oczywiście cicho grającego telewizora, w którym podawano najświeższe wiadomości. Nikt od kilku godzin nie wypowiedział ani słowa. Becky i Alice, skulone siedziały tuż obok siebie. Chloe opierała głowę na moim ramieniu, bojąc się zapewne, że niedługo i ja zniknę. Oczywiście i ja na początku miałem takie obawy, ale gdy mijały kolejne godziny, odkąd walka się zakończyła, a ciało Prue zabrali, by je oczyścić i stosownie ubrać, dotarło do mnie, że nigdzie się stąd nie wybiorę. Nie dlatego, że nie chcę, raczej, ponieważ to nie jest moim przeznaczeniem. Miałem zostać na miejscu, ponieważ... Ponieważ moi rodzice nie umarli w bitwie, nadal żyją i mają się dobrze, choć żadne z nich na pewno o tym nie wie.
    Oczywiście nadawanie wiadomości zaczęto od najbardziej szokującej informacji - Liam Payne oraz Harry Styles, członkowie zespołu One Direction, zginęli w niewyjaśnionych okolicznościach. Cały świat opłakiwał kogoś, kto na to nie zasłużył oraz kogoś niezwykle odważnego. Większość z nich nawet pewnie ich nie znało; ot zwykłe fanki. Gdy gdzieś tam, na zewnątrz opłakiwano gwiazdy, my mieliśmy swoją własną tragedię.
    Gdy dziennikarka w telewizji zaczęła przeprowadzać wywiady, pytając rozżalone młode dziewczyny o to, jak się czują, po tym, jak dowiedziały się o śmierci ich idoli, Chris poruszył się pierwszy raz od paru godzin. Zerknął spode łba na odbiornik i skrzywił się. Zamknął oczy a dłonie przytkał do uszu, zatykając je.
    - Wyłącz to! - wrzasnął. W jego krzyku usłyszałem wszystkie emocje, jakie w nim siedziały od tych kilku godzin - ból, żal, rozpacz, smutek, rozżalenie, bezradność, miłość... Nie odzywając się, spełniłem jego prośbę. Rozumiałem, dlaczego nie mógł tego słuchać. To Harry był sprawcą całej tragedii a robili z niego superbohatera, którym z pewnością nie był.
    - Chris, musisz się uspokoić - podjąłem próbę wytłumaczenia mu tego, co ja z tego wywnioskowałem. - Nie jesteś sobą...
    - To kim jestem? - zapytał, spoglądając na mnie nienawistnym wzrokiem. Przerwał mi, ale nie przejąłem się tym zbytnio. Starałem się zapanować nad swoimi emocjami, bo wiedziałem, że jemu jest trudno, niewyobrażalnie trudno.
    - Wiem, że jesteś smutny, bo... - urwałem, zdając sobie sprawy, że nie miałem pojęcia, jakiego słowa użyć, by zabrzmiało to jak pocieszenie a nie jak współczucie mu. - Ale da się to wszystko odkręcić - dodałem po chwili, wahając się. Bałem się, że się myliłem, że zrobię mu niepotrzebną nadzieję.
    - Da się odkręcić? Śmierć? - zaśmiał mi się szyderczo prosto w twarz. - Czy ty w ogóle słyszysz, co mówisz? - zadrwił. Spojrzenia wszystkich skierowały się na naszą małą scenkę. Słuchali uważnie, wyrwani z otępiającego bólu. Nie patrzyłem na nich, ponieważ samo wpatrywanie się w rozsypanego Chrisa, przynosiło nie do zniesienia emocje.
    - Nie śmierć - zaprzeczyłem, jakby to było coś oczywistego. Z resztą, czy to nie było? - Ale to, co się stało... - Starałem się dobrać odpowiednie słowa, lecz mi to zdecydowanie nie wychodziło.
    - Kpisz sobie ze mnie? - zdenerwował się jeszcze bardziej. Wstał i podszedł do mnie. Widziałem złość, objawiającą się w jego niebieskich oczach, które z każdym momentem przybierały złotawy odcień. Zadrżał a ręce zwinął w pięści. Czułem jego przyspieszony oddech na swoim policzku. Mimo jego bliskości, jego dominacji nade mną, nie wycofałem się, brnąłem w wyjaśnienia dalej.
    - Nie, jasne, że nie - powiedziałem szybko, jakby się usprawiedliwiając. - Po prostu wiem lepiej od ciebie, co tak naprawdę się wydarzyło. A przynajmniej tak mi się wydaje... - dodałem w myślach ostatnie zdanie.
    - A niby skąd to możesz wiedzieć, co? - zadrwił.
    - Bo jestem twoim synem, do cholery! - zawołałem, tracąc już całkowicie nerwy. Dopiero, gdy usłyszałem za sobą zduszone westchnienie zdziwienia, dotarło do mnie, co takiego zrobiłem. Zdemaskowałem się...

~~*~~*~~*~~*~~

    Witam, wiem, że prolog krótki i pewnie wszyscy się już domyślali tego, co jest w nim zawarte, ale jakoś musiałam zacząć :D Mam nadzieję, że przeżyjecie ze mną jeszcze tę jedną część ;) <3