Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Manchester. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Manchester. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 czerwca 2014

*18. "Tak jak to zwykle w bajkach bywa."

Tym razem z dedykacją dla mojej klasy, a zwłaszcza chłopców, ponieważ jesteście mega inspirujący, a gdy sobie pojechaliście to nie dałam rady nic napisać! Coś musi w tym być ;p Wasze zachowanie sprawia, że mam tyle pomysłów, że aż nie mam kiedy ich spisać. Dlatego jeszcze raz Wam dziękuję - większości - za te cztery lata owocnej znajomości ;* Za niezapomniane chwile na wfie i technice oraz wycieczkach! ♥ Teraz już wiem, że klasa bez Was to nie klasa ;p No i oczywiście muszę podziękować wspaniałej 3c za te cztery dni, które mogłam z nimi spędzić. Było cudownie! Te wfy! :D Ale i tak bym się nie zamieniła, sorry, ale nie ;p ;*


"Bo w tym cały sens istnienia, żeby umieć żyć bez znieczulenia" - Dżem

~~*~~*~~*~~*~~

~~ Alice ~~

    Pakowanie nigdy nie było moją ulubioną czynnością. Zawsze odwlekałam je do ostatniej chwili. Lecz teraz właśnie przyszła ta ostatnia chwila. Po południu mama z babcią odwożą nas na lotnisko, więc zostały mi z cztery godziny, na spakowanie wszystkiego, co wyciągałam przez ostatnie dwa tygodnie z walizki. A sporo się tego nazbierało! Moje ciuchy walały się, krótko mówiąc, po całym domu. Wszędzie tam, gdzie choć na chwilę usiadłam.
    Postanowiłam najpierw przynieś wszystkie ubrania do pokoju. Poszłam więc do salonu, uzbrojona w wielki kosz, którego mama używała, by przenieś pranie na sznurek lub z powrotem do domu.
    W salonie zastałam Damiena leżącego na kanapie przed telewizorem. W skupieniu oglądał mecz siatkówki. Gdy mnie zauważył, oderwał na moment wzrok od ekranu.
    - Cześć - przywitał się i uśmiechnął.
    - Hej. Już spakowany? - zdziwiłam się.
    - W przeciwieństwie do ciebie nie miałem tylu rzeczy. Poza tym zostawiałem je wszystkie u siebie w pokoju. Czekam, aż wyschnie pranie, które twoja mama dzisiaj rano robiła, bo były tam moje spodenki.
    - Skoro sam się już uporałeś z pakowaniem to może mógłbyś mi pomóc? Tego jest tak dużo! - jęknęłam, spoglądając na małą kupkę moich ubrań, leżącą w kacie salonu.
    - O nie! Nie dam się w to wrobić! Twoja babcia kazała mi się nie przemęczać, pamiętasz?
    - Wiem, pamiętam - burknęłam pod nosem. Włożyłam wszystkie swoje ciuchy do koszyka i powędrowałam dalej.
    Przechodząc obok okna, zauważyłam, że znowu padało. Z małymi przerwami lało od czwartkowego wieczoru. Słońca zza granatowych chmur nie było widać. Tylko deszcz, deszcz i deszcz. Przez tę psią pogodę wszystkiego się odechciewało. Jedyne, czego pragnęłam to położyć się pod kocykiem i spać. Niestety, musiałam się spakować.
    Szukając kolejnych ubrań, wracałam myślami do wydarzeń sprzed kilku dni. Po starcu z Zaynem wiele się działo. Po pierwsze było mnóstwo krzyku i bólu, gdy babcia od nowa łamała mi rękę, która zrastała się zbyt szybko i w nieodpowiednim miejscu. Po tych trzech dniach już nie czuję, że ją złamałam. Gorzej poturbowany był Damien. Nadal nie doszedł do siebie. Ciągle oddychał szybko i płytko, rzężąc przy tym niemiłosiernie. rany na jego ciele goiły się prawidłowo, ale wolno. Babcia stwierdziła, że to dlatego, że oberwał srebrnym nożem. Srebro utrudnia gojenie ran Zmiennokształtnym, każdy uczący się w szkole w Dundee to wie. Nie zdawałam sobie jednak sprawy, że mimo wszystko to może być aż takie poważne. Chłopak miał zakaz wykonywania zbędnych czynności, wysiłku i szybkiego poruszania się. Gdyby tylko w pobliżu był jakiś las! Wtedy mógłby się przeobrazić, co przyspieszyłoby jego rekonwalescencję. Babcia jednak kategorycznie zabroniła przemian. Bała się, że ktoś by go zobaczył.
    Już po opatrzeniu ran przyszedł czas na zdanie relacji dociekliwej babci. Ja również miałam parę pytań do Damiena. Więc to ja zaczęłam opowieść, a chłopak ją dokończył. Wyjawiłam jej wszystko, odpowiedziałam na pytania, które w trakcie zadawała. Nie była zła. Cieszyła się, że nic poważnego nam się nie stało, że oboje żyjemy. Martwiło ja tylko to, że Wampir nas ot tak zaatakował na ulicy. Następnie spojrzałam na bruneta i zapytałam, bo jedna sprawa nie dawała mi spokoju.
    - Skąd wiedziałeś, że on ma moją bluzkę?
    - Widziałem - odparł.
    - Co ona tam robiła? - zdziwiła się babcia.
    - Dobre pytanie. Mam jedną hipotezę tylko nie wiem, do jakiego stopnia jest prawdziwa - powiedział Damien. Zachęciłyśmy go, by mówił dalej. - Wydaje mi się, że ta Pijawa włamała się do domu i ukradła coś twojego, Alice, by wywęszyć cię wszędzie, nawet jeśli straciłby cię z oczu.
    - Och! - zachłysnęłam się. Takie wyjaśnienie do głowy by mi nie przyszło. Ale zawsze najprostsze rozwiązania najtrudniej jest wymyślić. - Skoro on napadł na nas to Prue jest w ogromnym niebezpieczeństwie! Muszę do niej zadzwonić - mruknęłam po chwili, gdy już prawda do mnie dotarła. To moja przyjaciółka przecież była główną ofiarą. To na nią poluje Styles. Nie na mnie czy Damiena. Ale skoro zaatakowali nas to na pewno wkrótce zaatakują i Prue.
    Zadzwoniłam. Dziewczyna bardziej przejęła się nami niż swoim życiem. Stwierdziła, że w szkole jest bezpieczna. Wszystkie ofiary w horrorach tak mówią. I jak kończą? Na pewno nie żyją długo i szczęśliwie. Po kilkuminutowym monologu, który wygłosiłam, mówiąc, jaka to ona jest ważna dla nas, dla całego świata, nie tylko magicznego, ale i ludzkiego, zapewniła, że będzie na siebie uważać. Strasznie się o nią bałam. Na szczęście już niedługo znów będziemy razem. Razem zawsze raźniej, nie?


~~ Bella ~~

   Odkąd pamiętam, nigdy nienawidziłam pożegnań. Zawsze musiałam się rozpłakać, stojąc przed najbliższymi i wiedząc, że spotkamy się dopiero za pół roku w święta. I tym razem było tak samo. Przytuliłam się mocno do mamy, potem do taty. Następnie podeszłam do rodziców Alexa, by z nimi też się pożegnać.
    - Uważajcie na siebie! Uczcie się dobrze! - wołała mama, gdy wzięliśmy swoje walizki i ruszyliśmy przez lotnisko. - Do zobaczenia! - Odwróciłam się jeszcze raz i pomachałam do rodziców. Tata obejmował w talii mamę, która wycierała chusteczką łzy z policzków. Uśmiechnęłam się do nich i pomachałam wolną od bagażu ręką. Mimowolnie zwolniłam tempo.
    - Chodź, bo się spóźnimy - ponaglił Alex, ciągnąc mnie za lewą dłoń.
    - Już idę - mruknęłam. Podążyłam za nim, ciągle myśląc o rodzicach. Strasznie trudno mi się z nimi rozstawać. Alex nie miał pojęcia, dlaczego tak to wszystko przeżywam; widziałam to w jego oczach. On cieszył się, że już nie będzie miał na głowie rodziców, że znów będzie mógł robić to, na co miał ochotę. Ja nie widziałam tego w ten sposób. Dla mnie wyjazd oznaczał rozłąkę z najbliższymi mi osobami, na których zawsze mogłam polegać, którzy, bez względu na wszystko, byli ze mną, wspierali mnie, kochali. Zawsze najtrudniejsze było wejście na pokład samolotu. Potem już wszystko samo się układało. I choć cieszyłam się, że znowu spotkam się z wszystkimi znajomymi, było mi smutno, że rodzice nie mogli być przy mnie w tak ważnym dla mnie okresie życia.
    A był bardzo ważny. Nie tylko ze względu na to, że stawałam się dorosłą kobietą, że dojrzewałam jako Zmiennokształtny. Chodziło tu raczej o to, że na reszcie życie zaczęło mi się układać. Życie z Alexem.
    Przez ostatni tydzień bardzo dużo rozmawialiśmy. Na początku zastanawialiśmy się, jak doszło do naszej zamiany ciałami. Trochę to trwało zanim Alex zorientował się, że wszystko zaczęło się od tej chińskiej restauracji, w której byliśmy w zeszły piątek. Zaproponowałam, byśmy się tam wybrali i dowiedzieli, czy nasza wizyta tam miała coś wspólnego z późniejszym incydentem.
    Gdy tylko weszliśmy do restauracji, dostrzegłam tę samą kobietę, która dała nam ciastka z wróżbą. Podeszliśmy do niej, lecz okazało się, że nie rozumiała ani po angielsku, ani po włosku. Na szczęście jedna z kelnerek zauważyła, że mamy kłopoty i podeszła do nas. Była młodziutka, mogła mieć zaledwie dwadzieścia parę lat. Czarne włosy związane miała w kitkę. Nosiła granatową spódnicę i białą koszulę, w talii przepasany miała biały fartuszek. Uśmiechnęła się w naszą stronę, a potem zwróciła się do starszej pani. Krzyczała na nią cicho w ich ojczystym języku. Oczywiście nic nie zrozumieliśmy. Była mocno wkurzona na kobietę, bo nawet ja odczułam jej gniew, a moja empatia nie była dobrze rozwinięta.
    Kiedy już sobie wszystko wyjaśniły, kelnerka spojrzała na nas przepraszającym wzrokiem.
    - Bardzo mi przykro, że musieliście przez to przechodzić. Ale moja babcia, cóż, mocno wierzy w chińską magię.
    - Więc to przez te ciastka zamieniliśmy się ciałami? - zapytał Alex.
    - Tak, niestety. Przepraszam was za to. Pewnie chcielibyście, żeby wszystko wróciło do normy...
    - Tak właściwie to już wróciło - wtrącił się chłopak.
    - Naprawdę? - zdziwiła się kelnerka.
    - Tak. Moglibyśmy chwilę porozmawiać? Mamy do pani kilka pytań, a pewnie i pani pragnęłaby się dowiedzieć, jak nam się udało wszystko odczarować. A muszę pani powiedzieć, że to dosyć dziwna historia. - Uśmiechnęłam się.
    - Proszę, mów mi Youli .
    - Jestem Bella, a to jest Alex - przedstawiłam nas. Podaliśmy sobie dłonie. Dziewczyna pokazała nam wolny stolik, więc usiedliśmy. Sama zniknęła za barem, po chwili przynosząc herbatę i ciasteczka.
    - Dlaczego ta kobieta chciała, byśmy zamienili się ciałami? - zapytał Alex, biorąc do ręki jeden smakołyk.
    - Moja babcia zauważyła, że się kłócicie. Jak już wspominałam, wierzy w chińską magię, według której skłócone osoby najlepiej pogodzić w ten właśnie sposób. Ludzie muszą poznać siebie nawzajem, a jaki jest lepszy sposób od tego, w którym stają się sobą na jakiś czas? Widzę, że akurat w tym przypadku miała rację. Już się pogodziliście?
    - Tak - przyznałam. - Mogłabyś podziękować swojej babci od nas? Jestem jej wdzięczna za to, co zrobiła.
    - Oczywiście, podziękuję. Możecie mi teraz powiedzieć, jak wróciliście do własnych ciał? Bardzo mnie to interesuje.
    Opowiedzieliśmy jej ogólnikowo, jak czuliśmy się w nie swoich ciałach, co się działo po przemianie. Słuchała bardzo uważnie, nie wtrącała się, nie zadawała pytań. Bardzo się z tego cieszyłam, bo bałam się, że gdyby mi przerwała, straciłabym wątek.
    Potem przeszłam do historii, która zdarzyła się na obiedzie. Opowiedziałam, jak Alex wyznał mi miłość i pocałował i co działo się potem. A było co opowiadać!
    - Najpierw poczułam delikatne mrowienie w palcach u nóg, potem przeszło na resztę ciała, straciłam panowanie nad ciałem i runęłam na ziemię. A Alex za mną. Upadliśmy, trzęsąc się, jakbyśmy dostali ataku padaczki. Na szczęście po chwili wszystko ustało i zorientowaliśmy się, że znów jesteśmy w swoich ciałach. nawet nie wiesz, jak bardzo się wtedy cieszyliśmy!
    - No tak! - zawołała Youli. - Pocałunek prawdziwej miłości odwróci czar. Tak jak to zwykle w bajkach bywa - zaśmiała się, a my jej zawtórowaliśmy. 
     Gdy już zagadkę zamiany ciał mieliśmy rozwiązaną, zaczęliśmy rozmawiać o nas. O tym co było, co jest i co będzie. Wspominaliśmy dzieje, kiedy jako młode dzieciaki chodziliśmy ze sobą, kiedy wszystko było proste. Teraz wszystko się komplikowało, nawet gdy wydawało się, że sprawa jest najprostsza na świecie. Zawsze los i my musimy wybierać inną drogę.
    Postanowiliśmy z Alexem żyć teraźniejszością. Nie martwić się przyszłością. Co Nyks nam ześle, tak też będzie. Nic na to nie poradzimy, więc po co sami mamy planować przyszłość, skoro ta została już zaplanowana z dniem naszego poczęcia, a może i jeszcze wcześniej?


~~ Becky ~~

    - Czego się boisz? - zapytał.
    W jednej chwili w mojej głowie pojawiło się setki myśli:
    Boję się tego, że będę zwykłym, szarym człowiekiem. tego, że nie spotkam osoby, która uczyni moje życie wyjątkowym.
    Tego, że nie będę w stanie dawać radości osobom, które kocham. Boję się życia...
    A najbardziej boję się tego, że nigdy nie zrozumiesz, co chcę ci powiedzieć, że jesteś dla mnie cholernie ważny...
    - Boję się pająków - odpowiedziałam. Chłopak zaśmiał się serdecznie i przytulił mnie mocno do siebie.
    - Tak, ja też - szepnął mi do ucha. Poczułam jego przyjemny zapach, gdy muskał moją żuchwę swoimi ustami. Gdy w końcu natrafił na moje usta, namiętnie mnie pocałował. Tak bardzo uwielbiałam się z nim całować! Było bardzo przyjemnie. W brzuchu mnie ściskało, jakby każdy pocałunek był naszym pierwszym. Czułam się, jakbym była naprawdę zakochana. Może i byłam. Sama nie wiedziałam. Bo gdy mnie całował, przestawałam myśleć. Nic innego się nie liczyło. Tylko on i jego pełne usta
    Nawet się nie zaróżowiłam, choć powinnam, bo dokładnie wiedział, o czym myślałam. Skojarzenie było fajną sprawą, ale nie w takich momentach jak ten.
    Lecz może to dobrze, że mógł to wyszperać z moich myśli? Jeśli by tego nie zrobił, sama musiałabym mu o tym kiedyś powiedzieć. A tak to już się tym nie przejmowałam.
    - Nie chcę, żebyś wyjeżdżała - pożalił się.
    - Ja też. Dobrze mi jest tak, jak jest. Ale muszę. Gdybym nie wróciła, przysłaliby jakiś oddział specjalny tu po mnie. A Filip chyba by oszalał! - Zaśmiałam się, wyobrażając sobie minę mojego brata, kiedy usłyszałby, że nie wracam z nim do szkoły.
    - Tak, chyba masz rację. Co nie zmienia faktu, że będę za tobą tęsknić. Baardzo! - wymruczał znów obsypując mnie pocałunkami.
    Siedziałam z Louisem w jego pokoju w hotelu na łóżku. To było nasze ostatnie spotkanie przed moim wyjazdem do Dundee. Gdy w końcu, po tylu dniach żałoby, znalazłam szczęście, musiałam je opuścić.Nie było to sprawiedliwe, ale czy życie w ogóle kiedykolwiek jest sprawiedliwe?
    Pożegnania zawsze są trudne. Bez względu na to, czy wyjeżdża się na rok, dzień czy godzinę. Gdyby nie Louis chętniej wracałabym do szkoły. W końcu to jedyne miejsce, gdzie mogę się uczyć tego, co naprawdę mnie ciekawi i przyda się w życiu. Teraz było mi smutno. Gdy już dojadę do szkoły, nie będę miała czasu na spotykanie się z Louisem. Oczywiście pomijając fakt, że w ogóle dostałabym pozwolenie na wyjście poza teren szkolny.
    Jeden z najważniejszych argumentów przemawiających za powrotem do szkoły to to, że w każdej chwili mogła zacząć się moja pierwsza przemiana. Za dwa tygodnie moje urodziny. W ciągu tych kilkunastu dni może wydarzyć się wszystko. A bardzo chciałabym mieć przy sobie Nancy, gdy zacznie się moja pierwsza przemiana. Ona wie, co w takich chwilach robić. Czułabym się przy niej bezpieczna. Względnie, oczywiście. Bo co się wydarzy, tego nikt nie wie. Chyba tylko sama Nyks.


~~*~~*~~*~~*~~

     Hej! Rozdział z lekkim poślizgiem, ale jest przynajmniej dłuższy niż poprzednie. Przynajmniej tak uważam. Poza tym ostatnio coś mało komentujecie. Nie tylko tutaj, ale i na drugim blogu też. Nie wiem, dlaczego. Rozumiem, że wystawianie ocen, ostatnie poprawy, ale jakoś tak mi przykro. Może po prostu wam się nie podoba? Cóż, ja to tak odbieram.
    Końcówkę pisało mi się strasznie opornie, dlatego może być tragiczna :D
     Nie zanudzam Was więcej!
Zuza♥

piątek, 28 marca 2014

*14. "...Zapukałem do jej umysłu, a ona otworzyła mi drogę w nieznane...."

♥ Ten rozdział dedykuję tylko i wyłącznie mojej Soundless, dzięki której założyłam swojego pierwszego bloga, za to, że pomagasz mi w tworzeniu tej historii i za to, że nasze pomysły niewiele się od siebie różnią. Za odpały na przerwach, na lekcjach, ale i za te w domu, za dziwne historyje, które układasz z Alice o mnie i "wiadomo kim" - to głównie ona coś tam wymyśla, ale nieważne ;p. Za cierpliwość do mnie i moich blogów, za szablony, za te trzy lata razem. Mogłabym się rozpisywać na kilka stron, za co chcę Ci podziękować, ale to nie ma sensu, więc piszę tylko: Dziękuję ;** ♥ i oby tak dalej!! Mam nadzieję, że nas - czytaj mnie - przyjmą do tego technikum! <3


"A gdy nasze wargi się zetknęły, wiedziałem, że gdybym nawet dożył setki i zwiedził wszystkie kraje świata, nic nie da się porównać z tą jedną chwilą, gdy po raz pierwszy pocałowałem dziewczynę moich marzeń i byłem pewny, że moja miłość będzie trwała wiecznie" - Nicolas Parks.


~~*~~*~~*~~*~~

~~ Becky ~~

    Nudziło mi się już siedzenie w domu i słuchanie o Czarodziejkach. To było bardzo ciekawe, ale po paru godzinach wykładu na temat zastosowania różnych ziół do eliksirów, myślałam, że głowa mi eksploduje. Postanowiłam więc wyjść na miasto i pozwiedzać. W sumie, mama również mnie do tego namawiała, ale wcześniej. Bała się o mnie, to zrozumiałe. Z jednej strony pragnęła, bym spędzała czas na świeżym powietrzu, z drugiej jednak nie chciała się ode mnie oddalać. Tak długo musiała czekać na to spotkanie! I oczywiście nie mogła dopuścić, by pod jej opieką ktoś na mnie napadł czy po prostu potrącił. Nie daj Boże skręciłabym kostkę!
    Trochę naśmiewałam się z jej nadopiekuńczości, ale po chwili namysłu doszłam do wniosku, że pewnie zachowywałabym się podobnie, gdyby chodziło o moją córkę. 
    Stanęłam na chodniku i rozejrzałam się. Żwawo ruszyłam przed siebie, wystawiając twarz na słońce. Było strasznie gorąco, a na dodatek miałam na sobie ciemne ciuchy, co tylko potęgowało upał, który czułam, ale nie mogłam sobie pozwolić na inny ubiór. Jeszcze nie teraz. 
    Szłam, oglądając wystawy sklepów, kamienice i domy. Byłam zafascynowana Manchesterem, jego zabytkami i zielenią miasta. Znajdowało się tu sporo parków, a w części, w której się znajdowałam, przed każdym domem prezentowały się zadbane ogródki z kolorowymi kwiatami i zielonymi krzewami.
    Głowę trzymałam wysoko w górze, chłonąc promienie słoneczne, i nie patrzyłam, co się działo przede mną. Obserwowałam leniwie przepływające białe obłoczki. Nagle wielkie BUM!! I upadłam.

~~ Louis ~~

    Wyjechałem z Londynu, bo nie mogłem przestać myśleć o tej Brunetce, z którą stanąłem oko w oko w marcu. Czułem, że ona odegra jeszcze jakąś ważną rolę w moim życiu. Lecz jak się z nią skontaktować?
    Liam uważał, że nie dało się ze mną wytrzymać pod jednym dachem, ale dyplomatycznie mi tego nie mówił. Napomknął coś ostatnio, żebym zrobił sobie wakacje. Mieliśmy nadzieję, że to nam wszystkim zrobi dobrze. Więc wsiadłem w samochód. Wylądowałem na ulicy z torbą na ramieniu, patrząc wokoło. Nie miałem pojęcia, dlaczego akurat tutaj przyjechałem. Liam stwierdził, że Manchester to idealne miejsce na wakacje, a ulica Long Street jest wyjątkowa. Więc poszedłem tą ulicą, zastanawiając się, co ja tam robiłem. Zadawałem sobie to pytanie chyba dwudziesty raz tego dnia. Czemu Liamowi tak bardzo zależało na tym, bym tu był? Czy coś wiedział? Czy tylko przeczuwał?
    Nagle moje myśli przerwał wypadek. Niechcący wszedłem w drogę jakiejś chodzącej burzy włosów, która przewróciła się na chodnik.
    - O Matko! Przepraszam! Nie zauważyłem cię! Zamyśliłem się i nagle... Nic ci nie jest? - Mówiłem jak nakręcona katarynka, pomagając dziewczynie stanąć na nogi. Moja torba leżała jakieś dwa metry ode mnie. 
    - Uch – jęknęła dziewczyna,  otrzepując bluzkę. Dopiero po chwili podniosła głowę i nasze spojrzenia się spotkały.
    Zamarliśmy oboje. Dziewczyna cała zesztywniała, a przez moje ciało przeszło rozkoszne ciepło. Uśmiechnąłem się do niej, lecz dziewczyna nadal stała nieruchomo.
    - Cześć. - Wyciągnąłem do niej dłoń. - Jestem Louis - przedstawiłem się. Nie uścisnęła ręki.
     - Wiem, kim jesteś – warknęła przez zaciśnięte usta. Uniosłem do góry brew. Nie miałem pojęcia, o co jej chodziło. - Twój przyjaciel zabił mojego chłopaka – syczała jak wąż, mrugając nienaturalnie szybko. 
    - On nie jest... - Chciałem zaprzeczyć, ale to była prawda. Harry'ego zaliczałem do swoich najbliższych przyjaciół. Ale teraz zdecydowanie już nim nie jest. Jedyne, co nas teraz łączy to zespół, który może i tak się lada chwila rozpaść. - Przykro mi – szepnąłem.
    - I słusznie. – Spojrzała mi w oczy. Znów poczułem ciepło rozlewające się po całym moim ciele. Jej mina złagodniała, nabrała zdziwionego wyrazu. - Czekaj... To ty... To ty uderzyłeś Zayna. To ty wtedy odszedłeś.  zostawiając mnie... Czemu?
    - Co czemu? - zdezorientowałem się jej paplaniną.
    - Czemu mnie zostawiłeś? Czemu nie zabiłeś? Dałbyś radę... - szeptała, patrząc intensywnie w moje oczy.
    - Ja... Sam nie wiem. – Dlaczego to zrobiłem?
    Szukałem w głowie odpowiedzi na jej pytanie, lecz nie mogłem znaleźć. Zaświtała mi tylko jedna, niewyraźna myśl. Oczy. Jej oczy pełne strachu, ale i zdeterminowania. 
     - To ty, ty zrobiłaś coś, widziałem to w twoich oczach, powiedziało mi, że razem możemy zbudować lepszą przyszłość, taką bez walk i waśni pomiędzy naszymi gatunkami. Dałaś mi nadzieję na lepsze życie, bez rozkazów Stylesa. Tym jednym spojrzeniem uratowałaś nie tylko siebie... - Dlaczego to mówiłem? Nawet sam nie wiedziałem, co dokładnie oznaczały te słowa, ale ona chyba zrozumiała, bo pokiwała wolno głową i spuściła wzrok.
    - Dzięki. – Patrząc w buty, nieśmiało się uśmiechnęła. Nie widziałem tego, ale to poczułem. To było coś, czego jeszcze nigdy nie doznałem.
    - Napijesz się kawy? - zaproponowałem. - W ramach przeprosin za wszystko – dodałem szybko. Wzruszyła ramionami. Nie ufała mi jako Wampirowi, ale zaczęła się przekonywać do mojej ludzkiej, męskiej strony. Uśmiechnąłem się do niej najładniej jak tylko potrafiłem. - Nie daj się prosić – namawiałem ją, aż w końcu wiedziałem, że uległa.
    - Okey – zgodziła się nieśmiało.
    - Świetnie. Znasz tu jakieś miłe miejsce? - Rozejrzałem się w poszukiwaniu torby. Dziewczyna pokręciła głową.
    - Nie pochodzę stąd – odparła. Podniosłem torbę z ziemi i pociągnąłem dziewczynę za rękę.
    - Jak masz na imię? - zapytałem, zdając sobie sprawę, że nie znałem jej tożsamości.
    - Rebecca, ale wolę Becky - odpowiedziała. 
    - Becky – szepnąłem, jakbym chciał zapamiętać jej imię.
    Doszliśmy do hotelu, w którym miałem mieszkać. Weszliśmy do środka. Załatwiłem wszystkie sprawy w recepcji, zostawiłem tam torbę i poszedłem z Becky do kawiarenki, w której nikogo nie było oprócz barmanki, która przyjęła nasze zamówienia.
    Zajęliśmy miejsca pod ścianą w ciemnym kącie pomieszczenia.
    - Co tam u Prue? - spytałem, przypominając sobie imię córki Dereka.
    - Dobrze, na tyle, na ile to jest możliwe... - odparła. Na początku nie skojarzyłem, co miała na myśli, lecz po chwili zrozumiałem. Śmierć brata. I chłopaka Becky.
    Barmanka przyniosła nasze zamówienia. Becky wzięła sztućce do ręki i zaczęła jeść. Przyglądałem się temu z zafascynowaniem. To prawda, że jedliśmy ludzkie jedzenie, ale jakoś szczególnie nigdy mi nie smakowało. Dziewczynę to chyba speszyło, bo odłożyła widelec i już miała położyć nóż, gdy stało się coś strasznego.
    Sztuciec wypadł jej z ręki, drasnął opuszek jej palca i upadł z brzdękiem na podłogę. Dziewczyna spojrzała na mnie wielkimi, przerażonymi oczami. A ja po prostu siedziałem. Nie dotarł do mnie jeszcze zapach krwi i dlatego byłem w miarę przytomny. Wziąłem Becky pod rękę i zaprowadziłem na górę, biorąc wcześniej z recepcji swoją torbę i klucz.
    Gdy otwierałem drzwi, poczułem to. Ten słodki zapach krwi, pomieszany z mokrym psem. Ale woń wilka mi nie przeszkadzała. Wręcz przeciwnie. Było w niej coś podniecającego.
    Mój wampirzy mózg szybko zarejestrował, jak wyglądał hotelowy pokój. Wielkie, małżeńskie łoże po prawo, tuż obok szafka nocna z małą lampką. Za łóżkiem zobaczyłem balkonowe okno, którego widok wychodził na ogród. Po przeciwnej stronie stała drewniana, masywna szafa z lustrem zamiast lewego skrzydła drzwi. Następnie znajdowały się drzwi do łazienki. Ściany pokoju pomalowane zostały na brzoskwiniowo. Był przytulny, choć ogromny. Może to przez te ciepłe kolory w nim panujące? 
    Rzuciłem wszystko tuż przy drzwiach, które zamknąłem kopniakiem. Nie minęło nawet pół sekundy. Becky pewnie nawet nie zauważyła, że na ułamek sekundy odleciałem. Podszedłem do wystraszonej dziewczyny, która próbowała zlizać krew z palca. Przyglądałem się jej intensywnie.
    - Nie masz się czego bać – zapewniłem cicho, biorąc do ręki jej dłoń i całując skaleczony palec. Na moich wargach została kropelka krwi. Dziewczyna oddychała bardzo głośno, jej serce waliło jak oszalałe. Zaśmiałem się w duchu. Zgarnąłem jej włosy z policzka za ucho i przejechałem po żuchwie, przyprawiając jej ciało o dreszcze.
    Po chwili nasze usta się złączyły. Zapukałem językiem w jej wargi, a ona, o dziwo, je otworzyła. Całowaliśmy się namiętnie, w międzyczasie muskając opuszkami palców nasze ciała. Uniosłem ją delikatnie i zaniosłem na łóżko. Zjechałem ustami niżej. Całowałem jej szyję, ramię, przedramię, nadgarstek. Nie wiem, kiedy moje kły wysunęły się i zatopiły w jej ciepłej tętnicy. Nie chciałem się pożywiać. Byłem najedzony, bo tuż przed wyjazdem piłem i to sporo. Chciałem po prostu... No cóż, jest tylko jedno wytłumaczenie. Chciałem jej zaimponować, chciałem, by poczuła się lepiej, chciałem, by była moja.
    I chyba tak się stało. Zapukałem do jej umysłu, a ona otworzyła mi drogę w nieznane.

~~ Becky ~~

    To co mi robił, było... Nie do opisania. Nawet zapomniałam, że jesteśmy urodzonymi wrogami. W tamtej chwili liczył się tylko on. Gdy zaczął pić moją krew, poczułam się cudownie... Rozkosz i pożądanie mieszały się w moim organizmie, wychodząc przez usta w postaci krzyków i jęków. To było coś niezwykłego.
    Nagle, w jednej chwili, usłyszałam jego myśli, pragnienia, marzenia. Zrozumiałam, co się stało wtedy w dniu balu wiosennego.
    Nie chciał mnie zabić, tak po prostu, bo mu się spodobałam. Tak, spodobało mu się coś w moich oczach, ale to przecież ja...
    Wiedziałam, że ani on, ani Liam czy Niall nie utrzymywali kontaktu z Harrym ani z Zaynem. W jednej chwili odpuściłam mu wszystkie winy, zaufałam mu. Nie miałam pojęcia, co się z nami działo, co się będzie dziać potem. Liczyła się tylko chwila. On i ja.
    Od śmierci Davida z nikim nie było mi tak dobrze. Może to tylko uczucie, które potem zniknie wraz z Louisem. A może nie. Może obaj zostaną na dłużej. Tego chciałam. Chciałam być kochaną, pożądaną, kochać i pożądać.
    Wolną ręką znalazłam jego pasek od spodni. Rozpięłam delikatnie, z małą pomocą chłopaka, który nadal pił moją krew. Ale nie przeszkadzało mi to. Wręcz przeciwnie.
    Lou oderwał zakrwawione usta, jakby słyszał to, co myślałam. Oblizał je, schował kły i pocałował namiętnie, w międzyczasie dobierając się do mojej bluzki. Ściągnęliśmy wszystkie nasze ubrania, pieściliśmy się, lecz to nie to dawało mi tą wielką rozkosz. To uczucie płynęło z nadgarstka. Wiem, głupie, ale taka była prawda. Jakby ugryzienie Louisa spowodowało jakieś połączenie.
    „Spowodowało” - usłyszałam jego głos w głowie.
    „Jak to?” - zdziwiłam się.
    „To Skojarzenie, lecz czy chcesz bym ci o tym teraz opowiadał?”
    Przejechał dłońmi wzdłuż mojego uda, mówiąc tym gestem, że ma inne plany. Tak samo jak ja. Potem dowiem się co to za Skojarzenie.
    „Mądra dziewczynka” - zaśmiał się w myślach.
    Natarłam na jego usta z jeszcze większym pożądaniem, aż zaparło mu myślowy dech. Nie myśleliśmy o niczym. Tylko o sobie. I to bardzo intensywnie, przez następną godzinę.

    Gdy w końcu opadliśmy na poduszki, trochę kręciło mi się w głowie. Lou powiedział, że prawdopodobnie wypił za dużo mojej krwi. Lecz nie przejmowałam się. W końcu mój organizm szybko przyzwyczai się i wyprodukuje odpowiednią ilość tych wszystkich czerwonych krwinek czy czegoś tam jeszcze. Chłopak zaśmiał się, słysząc moje myśli.
    - Miałeś mi powiedzieć, co to jest Skojarzenie – przypomniałam, wtulając się w jego nagie ciało.
    - Skojarzenie to wymiana krwi. Takie powiązanie między Wampirami a innymi stworzeniami.
    - A czym to się różni od zwykłego picia krwi? - zaciekawiłam się.
    - Gdybym chciał się tylko pożywić, wypiłbym krew i cię zostawił, tak, że byś niczego nie pamiętała. Skojarzenie jest wtedy, gdy, pijąc krew, próbuje się połączyć z drugą osobą umysłami. To dlatego usłyszałaś moje myśli, gdy piłem, choć wtedy jeszcze nie do końca byliśmy Skojarzeni.
Nie wiem czy zrozumiałam do końca, o co w tym wszystkim chodziło.
    - A dlaczego to zrobiłeś? - spytałam, bo to pytanie nie dawało mi spokoju.
    - Bo odkąd cię pierwszy raz ujrzałem tam w lesie, nie mogę przestać o tobie myśleć. Śnisz mi się praktycznie co noc. Pragnąłem znów cię zobaczyć, powiedzieć ci cześć, lecz nic o tobie nie wiedziałem. Teraz, gdy tak myślę, to sądzę, że zakochałem się w tobie od pierwszego wejrzenia. Wierzysz w przeznaczenie? Ja jak do tej pory nie wierzyłem, ale chyba coś w tym jest. Skojarzyłem nas, byś mi już nigdy więcej nie uciekła. Teraz znajdę cię, choćbyś była na drugim końcu świata - szeptał mi do ucha.
    Trochę mnie to zaniepokoiło. Jako Wampir był mega zaborczy. Chciał mieć mnie tylko dla siebie. Ten tekst, że znajdzie mnie gdziekolwiek bym nie była, przyprawił mnie o dreszcze. Od teraz będzie wiedział, co robię, z kim, gdzie i jak... Lecz z drugiej strony... Chciałam te wszystkie rzeczy robić z nim. Chciałam, by mógł mnie znaleźć, choćby w innej galaktyce. To było straszne i miłe za razem. Ale czy powinnam wiązać się z chłopakiem trzy miesiące po śmierci poprzedniego? Czy ktoś pomyśli, że nie kochałam Davida? Kochałam go. Ale co, jeśli Lou ma rację z tym przeznaczeniem? David miał mnie nauczyć jak kochać, by potem móc cieszyć się szczęściem z innym? Czy to aby nie samolubne? Nie wiem. Ale wiem jedno. Wpadłam po uszy, zakochując się w Wampirze Louisie Williamie Tomlinsonie.
    Straciłam poczucie czasu. Nie wiedziałam, ile tak leżałam wtulona w Lou. Z błogiej ciszy wyrwał mnie dźwięk telefonu. 
    - Nie odbieraj - mruknął mi do ucha, oplatając mnie rękoma w talii. 
    - Chociaż zobaczę kto to - szepnęłam, próbując jakoś wyjść spod kołdry.
    Chłopak westchnął i wypuścił mnie. Zaczęłam szukać swojej torebki, w której znajdował się telefon, lecz nie mogłam jej znaleźć. Rozejrzałam się po pokoju.
    - Tego szukasz? - spytał  Louis machając torebką w powietrzu. Opierał się na łokciu i patrzył w moje oczy. Cały jego tors i umięśnione, blade nogi były odkryte. Przygryzłam dolną wargę. Chłopak zaśmiał się i w wampirzym tempie przemieścił, by znaleźć się tuż przede mną. Zakręciło mi się w głowie.
    - Skąd to masz? - zdziwiłam się, przypominając sobie dopiero po chwili do czego służą usta.
    - Mam większą orientację niż ty. Jestem szybszy i sprytniejszy - wymruczał mi do ucha. Na moją nagą skórę wstąpiła gęsia skórka.
    - Już niedługo - odparłam.
    - Nie mogę się doczekać - szepnął i pocałował mnie namiętnie. W międzyczasie próbowałam przechwycić torebkę z nadal dzwoniącym telefonem, lecz bez skutku. Chłopak schował ją za swoimi plecami.
    - Ale ten ktoś jest upierdliwy - westchnął, odrywając usta od moich.
    - Daj mi torebkę - zażądałam, wyciągając rękę przed siebie.
    - A co z tego będę miał? - Uniósł brwi do góry.
    - Zobaczymy - szepnęłam, przejeżdżając palcem po jego klatce piersiowej i uśmiechając się uwodzicielsko. Westchnął tylko zrezygnowany i podał mi ramiączko torby.
    - Trzymam cię za słowo - ostrzegł.
    Szybko wyciągnęłam telefon, oddalając się od Louisa. I tak będzie słyszał o czym rozmawiam, lecz może mój rozmówca nie usłyszy jego. A dzwonił do mnie nie kto inny, a Filip. Zwiesiłam ramiona, bo uderzyła mnie fala rzeczywistości. Nacisnęłam zieloną słuchawkę i przytknęłam telefon do ucha.
    - Halo!?
    - Gdzie jesteś? Czemu nie odbierasz telefonu? Wiesz jak się martwiliśmy? - Czytaj "martwiłem", bo mama sama wygoniła mnie z domu, stwierdzając, że za mało przebywam na słońcu.
    - Poszłam się przejść i straciłam poczucie czasu. Która jest godzina?
    - Dochodzi siódma. Kiedy będziesz?
    - Nie wiem, ale nie bój się, wrócę cała i zdrowa. - Zaśmiałam się serdecznie.
    Usłyszałam, że Lou coś tam do siebie mamrocze.
    - Jest ktoś z tobą? - Nie umknął uwadze mojego brata nawet najcichszy szmer.
    Zmieszałam się. Co miałam mu powiedzieć?!
    - Mówiłam, jestem na spacerze. Właśnie zatrzymałam się po coś do picia i wokół mnie jest mnóstwo osób - wymyśliłam na poczekaniu.
     - Wiesz, że wyczuję czy z kimś byłaś? - Niestety wiedziałam. Aż za dobrze pamiętałam sytuację, gdy wyczuł, co mama przygotowała na obiad, będąc jeszcze na chodniku.
    - Wiem, zawsze mi o tym przypominasz - wytknęłam mu. - Poradzę sobie. A teraz muszę kończyć, jeśli chcesz, bym wróciła do domu na noc.
    - A spróbuj nie wrócić - pogroził ze śmiechem. - I tak cię wytropię.
    - Dobra, dobra. Nie przechwalaj się już tak. Do zobaczenia.
    - Cześć.
    Rozłączyłam się i opadłam na łóżko. Louis wyszedł z łazienki.
    - Twój brat jest Dhampirem? - zdziwił  się. Pokiwałam tylko głową.
    - Nieźle, prawda? Mój brat to pół-wampir, skojarzyłam się z Wampirem, choć jestem Zmiennokształtnym i nasze gatunki się nienawidzą. Co za... - znów westchnęłam.
    - Twój brat mnie wyczuł i dlatego do ciebie zadzwonił - stwierdził. - Wyczuł, że jest gdzieś w pobliżu Wampir i chciał się upewnić, że wszystko z tobą w porządku.
    Nawet o tym nie pomyślałam. Ale to chyba najbardziej prawdopodobne.
    - I co ja mam teraz zrobić? Wywącha, że się z tobą spotkałam...
    - Możesz wziąć prysznic. Co prawda nie zmyje zapachu naszego Skojarzenia ani tego co tu robiliśmy, ale gdyby chciał to wyczuć, to musiałby się do ciebie zbliżyć tak, jak bratu nie wolno zbliżać się do siostry.
    - Serio myślisz, że się nie połapie?
    - Miejmy nadzieję. - Uśmiechnął się i pocałował mnie w usta.
    Wstałam niechętnie i poczłapałam do łazienki. Umyłam się i ubrałam. Doprowadziłam się do stanu, w jakim weszłam do tego pokoju. Na koniec spryskałam się swoimi perfumami.
    - I jak? - spytałam, wychodząc z łazienki. Chłopak pochylił się nade mną i wciągnął powietrze.
    - Ja czuję. Ale myślę, że Filip nie wyczuje mojego zapachu. Przynajmniej nie tak od razu.
    Odetchnęłam z ulgą. Wzięłam swoją torebkę i już miałam nacisnąć klamkę, gdy zatrzymał mnie jego głos.
    - Spotkamy się jeszcze, prawda? - Odwróciłam się do niego z uśmiechem.
    - Musimy - zapewniłam go.
    Szybko znalazł się tuż przy mnie i wziął w ramiona.
    - Puść, wariacie! Bo znowu przesiąknę twoim zapachem!
    Odsunął się ode mnie.
    - Odprowadzę cię - zaproponował.
    Rozważałam tą propozycję, lecz jemu nie mogłam odmówić.
    Szliśmy chodnikiem, trzymając się za ręce i nie odzywając się do siebie. Na skrzyżowaniu, z którego widać było mój dom, stanęliśmy i wymieniliśmy się numerami telefonów.
    - Zadzwonię - obiecał.
    - Mam nadzieję - zaśmiałam się, wspięłam na palce i pocałowałam na pożegnanie.
    Potem odwróciłam się i szybko pognałam do domu w świetle zachodzącego słońca i zapalających się latarni ulicznych. Nie zerkałam do tyłu na chłopaka, bo gdybym go zobaczyła, rzuciłabym się na niego i nie puściła.
    Przez całą drogę do domu modliłam się, by Filip niczego się nie domyślił.
    Stanęłam przed drzwiami, wsunęłam klucz w zamek, przekręciłam go i otworzyłam drzwi. Zalał mnie zapach Zmiennokształtnych zupełnie odmienny od zapachu Louisa. Chłopak pachniał jakimiś owocami egzotycznymi, a dom pachniał... Domem, ciepłem, ogniskiem i specyficznym zapachem wilka.
    Weszłam dalej i od razu wpadłam na Filipa. Zaczął mnie obwąchiwać. Chyba coś wyczuł, bo zmrużył oczy i przyglądał mi się ze zdziwieniem.
    - Wiesz, zabawna historia. - Postanowiłam grać. - Spotkałam tutaj swojego dawnego kolegę ze szkoły! Tutaj! Wyobrażasz sobie? Tak się zagadaliśmy, że nie wiedziałam, że aż tyle czasu minęło.
    Nie uwierzył, ale darował sobie pytania. I dobrze. Nie miałam już siły. Zjadłam szybko kolację i poczłapałam do pokoju. Padłam na łóżko w tym samym momencie, w którym dostałam smsa.
    - Moje łóżko jest takie puste i zimne bez ciebie - przeczytałam wiadomość od Louisa. Uśmiechnęłam się na samą myśl o nim. Nie rozumiałam, jakim cudem się w nim zakochałam tak po prostu. Ale gdyby się tak zastanowić, to on podobał mi się już wcześniej, gdy słuchałam One Direction. Może serio istnieje coś takiego jak przeznaczenie? Sama już nie wiem... Czy ja coś w ogóle wiem? Chyba nic.


~~*~~*~~*~~*~~

    Hej ;* Soundless, jeśli spodziewałaś się czegoś innego to wybacz mi :D
    Rozdział pisany daaaawno temu! Jak mnie wzięła na to wena, czyli tuż po pomyśle, czyli gdzieś tak we wrześniu, dzisiaj tylko trochę dopracowałam.
    Co o nim sądzicie? Dla mnie jest... ok... Choć mógłby być lepszy, wiem o tym. Może zdziwiło Was to, że tak na siebie wpadli i już od razu do łóżka, ale podkreślam, ona niedługo przejdzie przemianę, a on to Wampir, więc nie powinno was to dziwić. No i boję się, że tam w pewnym momencie nieco przesadziłam, ale jeśli zauważycie kiedy, to sami mi powiedzcie :)
    Ankieta oczywiście musi być. Proszę o oddanie głosów tym razem na najlepszą parę opowiadania! Jestem ciekawa, kto wygra ;p
    Do następnego ;*
Zuza ♥

wtorek, 7 stycznia 2014

*9. "...błysnęły kły..."

♥ Jakby nie patrzeć, długo zastanawiałam się, komu zadedykować rozdział. I w końcu padło na Ciebie, Niki. Chcę Ci tym podziękować za te wspaniałe życzenia, które mi złożyłaś. Gdy je przeczytałam, od razu mi się cieplej w serduchu zrobiło, a na usta wypłynął głupi uśmiech *,* Takie drobne z pozoru rzeczy są człowiekowi potrzebne, by podtrzymać go na duchu. I ty to zrobiłaś i dziękuję Ci serdecznie za to. ;*



"Najgorszym więzieniem jest przeszłość"


~~*~~*~~*~~*~~

~~ Bella ~~

    Alex wypatrzył jakiś plecak w jednym ze sklepów, obok których przechodziliśmy, więc weszliśmy do środka. Chłopak podszedł do stolika z torbami, a ja przechadzałam się między stojakami z wieszakami i oglądałam bluzki. Nikogo przy mnie nie było. Właśnie miałam iść przymierzyć jedną z koszulek, więc odwróciłam się, lecz nie zrobiłam nawet jednego kroku, bo wpadłam na wysokiego, ciemnowłosego chłopaka.
    - Och, przepraszam. Nie zauważyłam cię - zmieszałam się.
    - Nic się nie stało - uśmiechnął się, a w promieniach słońca, błysnęły kły.
    Potem wszystko potoczyło się błyskawicznie. Chłopak złapał mnie w pasie tak, że stałam tyłem do niego. Krzyknęłam, lecz już po chwili zasłonił mi usta dłonią, więc głos uwiązł w gardle. Pociągnął mnie w kierunku przebieralni. Nie miałam pojęcia, co zamierzał zrobić, ale to na pewno nie było nic dobrego. Starałam się więc wyswobodzić z jego ramion, które skutecznie uniemożliwiały mi ruchy rękami. Przezorny zawsze ubezpieczony, ale nie tym razem. Ja nie miałam aktywnej mocy, której mogłabym użyć przeciw niemu. Więc zamiast magią, posłużyłam się siłą swoich nóg. Wierzgałam, kopałam, choć niekoniecznie trafiałam w niego. Przewróciłam za to stojak i chyba to zaalarmowało Alexa. Przybiegł do nas i od razu rzucił się na Wampira. Ten wypuścił mnie z rąk. Poleciałam na bok. Uderzyłam głową w róg ściany. Na szczęście nie straciłam przytomności, co dobrze wróżyło. Spojrzałam na bijących się. Alex leżał na plecach i szamotał się z siedzącym mu na brzuchu Krwiopijcą. Nieznajomy uderzył Alexa w twarz. Był to mocny cios, jak na Pijawę przystało, bo z nosa chłopaka pociekła czerwona ciecz. Wampir zmarszczył nos i zmrużył oczy. Przez jeden malutki ułamek sekundy zdekoncentrował się, jednak to dało minimalną przewagę Alexowi. Ale wiedziałam, że w każdej chwili może się to zmienić. Próbowałam wstać, by pomóc przyjacielowi, lecz zakręciło mi się w głowie i przez chwilę nie mogłam nic zobaczyć, a w uszach słyszałam tylko szum.
    Gdy w końcu odzyskałam wzrok, zobaczyłam skrępowanego przez pnącza Wampira, leżącego pod przewróconymi stojakami na ubrania. Alex stał nad nim z uśmiechem na ustach. Był z siebie dumny. W końcu miał z czego. Niecodziennie można spotkać Wampira i pokonać go. W pojedynkę.
    Chłopak spojrzał na mnie. Wampir, korzystając z okazji, zalśnił i deportował się. Alex podszedł do mnie i pomógł mi wstać.
    - Wszystko ok? - zapytał z troską.
    - Tak. Fajnie jest mieć moc, która nie działa, gdy się tego potrzebuje - odpowiedziałam sarkastycznie. Byłam zła na siebie, bo nie pomogłam chłopakowi. A gdyby mu się coś stało? Nie wybaczyłabym sobie tego. - Czemu nie mogłam przewidzieć tego ataku? - Wkurzona otrzepałam spodnie z pyłu.
    - Może dlatego, że decyzja zapadła tuż przed atakiem? - zasugerował. Wzruszyłam tylko ramionami. Jakoś nie miałam ochoty roztrząsać tej sprawy. Wolałam na razie obrażać się na swoje magiczne zdolności. O tak, w tamtej chwili każdy milimetr mojego jestestwa był dziecinny.
    Jeżeli myślałam, że atak Wampira był czymś tragicznym, to się grubo myliłam. Dopiero potem rozpoczęło się piekło. Sprzedawczyni zadzwoniła na policję, więc musieliśmy złożyć zeznania. Na szczęście mogliśmy to zrobić na miejscu, a nie na komisariacie. Gdy przyjechała właścicielka sklepu, zaczęła się odgrażać, pytać, kto zapłaci za wyrządzone szkody - których, nawiasem mówiąc, nie było zbyt dużo. Policjant uspokoił ją, twierdząc, że jeżeli była ubezpieczona, nie poniesie żadnych strat. Nieco się uspokoiła, ale dopóki nie wyszliśmy, patrzyła na nas spode łba. To nie były przyjemne zakupy, ale na szczęście wszystko dobrze się skończyło.
    Przed domem stanęłam około dziesiątej. Wiedziałam, że nikogo w nim nie było. Po pierwsze, w żadnym z okien nie świeciło się światło, a po drugie, rodzice już dawno poinformowali mnie, że zostaną na noc u swoich przyjaciół gdzieś na drugim końcu Włoch.
     - Wejdziesz? - zaproponowałam błagalnym głosem. Alex pokiwał tylko głową.
    Nie byliśmy głodni, od razu poszliśmy do mojego pokoju. Siedzieliśmy chwilę w milczeniu. Jakoś żadne z nas nie kwapiło się do rozpoczęcia rozmowy.
    - Zostaniesz? Nie chcę być dzisiaj sama - szepnęłam, przerywając ciszę.
    - Dobrze - uśmiechnął się.
    Poszłam szybciutko do łazienki, wzięłam prysznic, by choć trochę zmyć pot i zapach Wampira, przebrałam się, a gdy wróciłam, wskoczyłam pod kołdrę. Po chwili dołączył do mnie Alex. Przytuliłam się do niego i życzyłam mu dobrej nocy.
    Myślał, że śpię, bo inaczej by tego nie zrobił, ale nie mogłam zasnąć. Wciągnął głośno powietrze, rozkoszując się moim zapachem.
    - Ty tego nie wiesz, ale ja nadal cię kocham - szepnął i pocałował mnie w czubek głowy. Moje serce na chwilę zapomniało, co ma robić. Co on przed chwilą wyznał?
    Pragnęłam wykrzyczeć, że ja też go kocham, ale w ostatniej chwili się powstrzymałam. W końcu "spałam". A poza tym, z jakiegoś powodu nie chciał mi tego powiedzieć, prawda? Miał jakiś powód, by to ukrywać.
    Wtuliłam się w niego jeszcze mocniej. Głupkowaty uśmiech malował mi się na twarzy, ale on nie mógł go zauważyć, bo ukryłam głowę w jego koszulce, wdychając tak znajomy mi zapach.


~~ Alice ~~

    Babcia zaczęła opowiadać o swoim mężu.
    - Edward Castle był przystojnym, młodym mężczyzną. Był wysoki i dobrze zbudowany. Miał krótkie, blond włosy, stalowe tęczówki, które zmieniały swoją barwę na pomarańczowy, gdy używał swojej mocy. Władał ogniem. Piękne, ogniste róże potrafił wyczarować. Uwielbiał życie Zmiennokształtnego. Był taki pomysłowy. Nie potrafił usiedzieć na miejscu kilku minut w ciszy. To on zawsze dostawał od nauczycieli burę za gadanie nie na temat. On i Emmet właśnie tacy byli. Emmet Dark, twój dziadek Damien. Edward i Emmet byli nierozłączni. Po prostu bracia. Tylko figle im były w głowie. Mimo, że nie uczyli się prawie wcale, zawsze znali odpowiedź na każde pytanie. Śmiesznie razem wyglądali. Jeden blondyn, drugi szatyn. Jeden miał oczy koloru stali, drugi barwy szmaragdu. Obaj wysocy, wysportowani, a za każdym razem ubierali się w wyjątkowy sposób. Jeśli Edward miał niebieską koszulkę i czarne spodnie, to Emmet nosił czarną koszulkę i niebieskie spodnie. Za każdym razem, gdy wcielali w życie jeden ze swoich planów, cała szkoła od tego huczała i wiedziała, że to właśnie nowa sztuczka Castle'a i Darka. Edward lubił eliksiry i kochał eksperymentować. Razem z Emmetem tworzyli swoje magiczne wyroby cukiernicze i rozprowadzali je po szkole, ale i okolicy, w której mieszkali. Nawet po ślubie został mu ten eliksirowy bzik. I to go niestety zabiło...
    - Za...zabiło? - zapytałam.
    - Tak... Pewnego wieczora, gdy eksperymentował w garażu, wsypał czegoś za dużo do kociołka; eliksir wybuchł mu prosto w twarz i pokrył całe jego oblicze, szyję i klatkę piersiową bąblami z jakimś dziwnym, zielonkawym płynem. I w wyniku tego zmarł... Twoja mama miała wtedy trzynaście lat i wszystko widziała. Od tamtej pory ma wstręt do magii. Nie chciała nawet iść do szkoły, ale jakoś ją do tego namówiłam. Wiedziałam, że nie była szczęśliwa, ale gdyby nie przeszła szkolenia, również by umarła. Zabiłaby ją przemiana. Gdy tylko skończyła szkołę, odcięła się od magicznego świata, przestała praktykować magię, nie spotykała się ze swoimi przyjaciółmi ze szkoły. Nawet mnie nie odwiedzała. Gdy urodziłaś się ty, bardzo przeżywała to, że również możesz być Zmiennokształtną. Miałaś pięćdziesiąt procent szans, by odziedziczyć po niej magię. I stało się. Dobrze, że namówiłam ją do tego, by ci pozwoliła iść do szkoły. Gdyby nie to, pewnie nie dowiedziałabyś się przed czasem, kim jesteś, a przemiana zabiłaby i ciebie.
    - To straszne - szepnęłam. Teraz, gdy rozumiałam motywy postępowania mojej mamy, nie mogłam się na nią gniewać. Nie mogłam być na nią zła, bo sama nie wiedziałam, jak zareagowałabym w takiej sytuacji. Pewnie moje decyzje byłyby podobne. - Czemu mi o tym nie powiedziałaś wcześniej? - zapytałam.
    - Nie miałam okazji, poza tym, musiałam uszanować wybór twojej matki. Lecz teraz, gdy już wiesz o magii nie było sensu tego przed tobą ukrywać. Lepiej, że dowiedziałaś się tego ode mnie, niżbyś miała to usłyszeć od kogoś innego, kogoś, kto mógłby nie znać całej prawdy.
    Pokiwałam delikatnie głową. Więcej nikt się nie odezwał. Siedzieliśmy w głuchej ciszy. Jedynym dźwiękiem, jaki było słychać, to tykanie zegara wiszącego na ścianie.


~~ Becky ~~

    Do mojego pokoju weszła Maya. Miała nieprzenikniony wyraz twarzy i twardo patrzyła mi w oczy. Podeszła do łóżka i stanęła naprzeciw mnie.
    - Może usiądziesz? - zaproponowałam uprzejmie, choć nie zanosiło się, by ta wizyta była miła.
    Pokręciła głową.
    - Ja wiem, ty jesteś lepsza ode mnie. Ale nie rozumiem tego do końca. Najpierw zabrałaś mi prawdziwych rodziców! Potem, po siedemnastu latach, przyjeżdżasz sobie jak gdyby nigdy nic i podbijasz serca moich zastępczych rodziców, którzy świata poza tobą nie widzą. Jeszcze tylko tego brakowało, byś zabrała mi brata, co może się niedługo stać, bo widzę, że już go sobie owinęłaś wokół palca. A może i na chłopaka masz chrapkę? - wyrzuciła z siebie najszybciej jak tylko potrafiła. Chyba dlatego, bym nie mogła jej przerwać.
    Musiałam chwilę przemyśleć jej słowa. Miała rację. Nie tak powinno być. Ona zasługiwała na rodzicielską miłość tak, jak każdy na świecie. Tylko jak jej wytłumaczyć to, że nie robiłam tego specjalnie? Przecież gdy nas zamienili, miałam zaledwie kilka dni. Co, miałam wstać i krzyknąć "Ej, nie róbcie tego, to niesprawiedliwe!"? To było niemożliwe. Gdy miałam się spotkać z Eve i Borisem, bałam się cholernie, że mnie nie zaakceptują. Skąd mogłam wiedzieć, że od razu mnie pokochają? Że ot tak odrzucą Mayę?
"Przestań!" - skarciłam się. - "Wcale jej nie odrzucili. Po prostu cieszą się, że do nich przyjechałam, że mogą mnie poznać".
    Wszystko to pragnęłam jej powiedzieć. Lecz nie chciała mnie słuchać. Przerwała mi w połowie pierwszego zdania.
    - Nie tłumacz się. Wiem, co powiesz, że przepraszasz, że ja nie jestem jakąś ostatnią łamagą, że mnie również kochają, że nigdy czegoś takiego nie chciałaś. Ale mam gdzieś twoje przeprosiny. To nic nie zmieni. Jestem na ciebie zła i chyba nigdy nie wybaczę ci tego, że przez ciebie nie miałam udanego dzieciństwa, że przez siedemnaście lat żyłam z myślą, że jestem gorsza. Bo dla was ludzie to gorszy gatunek. Może tego nie mówicie, ale widać jak się do nas odnosicie. Jesteśmy waszymi służącymi. Tak jak ja dzisiaj przy obiedzie. Obsługiwałam cię! Co to ma być? O nie, ja nie pozwolę się tak traktować! Dzisiaj zrobiłam to tylko i wyłącznie dlatego, że Eve mnie o to poprosiła i że jesteś naszym gościem... Choć pewnie od dzisiaj to twój nowy dom, prawda? Sorry, ale nie dam sobą pomiatać! - wykrzyczała się i wyszła z pokoju, trzaskając drzwiami.
    Siedziałam osłupiała przez parę chwil. Nic do mnie nie docierało. Nawet to, że podszedł do mnie Filip.
    - Nie martw się. Przejdzie jej. Jest zazdrosna to tyle. Ma trudny charakter - uśmiechnął się do mnie, kładąc mi dłonie na rękach. - I wcale nie miała złego dzieciństwa. Wszystko wyolbrzymia. Mamy szczęście, że los dał nam takich rodziców jak mama i Boris. Ona po prostu uważa, że jej biologiczni rodzice to bogowie. A chyba wcale tak nie jest, prawda?
    Pokiwałam głową, zdziwiona, że tyle o mnie wie.
    - To prawda. Nie byli jacyś super. Do tego jeszcze dwóch młodszych braci bliźniaków....
    - Jacy byli twoi rodzice? - zapytał nieśmiało.
    - Sama nie wiem. Wymagający, nigdy za nic mnie nie pochwalili, ale cały czas wymagali ode mnie więcej i więcej. Ojciec cały czas się czepiał, a mama była porypana i to konkretnie. Rozpieszczali bliźniaków na maksa. Teraz jak się tak zastanawiam, to myślę, że mogli przeczuwać, że nie jestem ich prawdziwą córką. No bo w sumie to nie byli źli ludzie. Po prostu mnie traktowali surowiej. Nie wiem, co mam jeszcze powiedzieć... Kochałam ich, ale bez przesady. Dobrze, że nie są moimi prawdziwymi rodzicami. W sumie, nigdy nie widziałam podobieństwa między nami. Ja dobrze się uczyłam, a oni ledwo zdawali z klasy do klasy. Lubię czytać, a oni w rękach mięli co najwyżej szkolne podręczniki. W miarę ładnie rysuję, a z tego co wiem, to oni takiego talentu nie posiadają... Może trochę mama, ale potrafi tylko szkicować. - Filip kiwał powoli głową ze zrozumieniem. - Ale proszę, nie rozmawiajmy o tym, co? - zaproponowałam. - Pogadajmy o czymś weselszym.
    - Czyli o czym?
    - Jakie masz plany na jutro? - zainteresowałam się. Chłopak popatrzył na mnie zdziwiony. - No co? Jestem ciekawa, co mój braciszek zamierza jutro robić - uśmiechnęłam się.
    - Nie wiem, nie myślałem o tym - odpowiedział. - Ale mama będzie pewnie chciała pobyć trochę czasu z tobą. Jestem tego prawie pewny.
    - Och, bardzo bym chciała. Tylko nie wiem, jak z nią rozmawiać. Nie jestem pewna, co powinnam mówić, a czego nie.
    - Po prostu bądź sobą. A rozmawiać, rozmawiaj tak, jak teraz ze mną.
    - Chyba masz rację. Dzięki - zaśmiałam się.
    - Ja zawsze mam rację.
    - I jesteś jak zwykle skromny - wytknęłam w jego kierunku język. Śmiał się cicho tym swoim niskim wampirowym głosem. - Cieszę się, że cię mam. I że namówiłeś mnie, bym tu przyjechała. A teraz, jeśli pozwolisz, chciałabym zadzwonić do Prue, obiecałam jej.
    - To nie przeszkadzam - powiedział i wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Wzięłam do ręki telefon i wybrałam numer przyjaciółki. Oparłam głowę o poduszkę i czekałam.
    Odebrała po chwili.
    - Halo?! - usłyszałam.
    - Cześć, jak kazałaś, tak dzwonie - zameldowałam.
    - Cieszę się. I jak? - zapytała. Coś robiła, bo w tle słyszałam ciche szuranie, czy buczenie.
    - W porządku. Lepiej niż się spodziewałam - zaczęłam jej opowiadać o mamie i Borisie. Na koniec wspomniałam o Mayi. - Tylko ona mnie nie lubi. Twierdzi, że ukradłam jej życie, rodzinę nie wiem w sumie, nadal nie mogę tego ogarnąć. A jak tam u was?
    - Nudno - westchnęła. - Nie ma co robić. Do południa grałam z Chrisem, Tomem i jakąś laską w siatkówkę. Oczywiście ja i Tomi wygraliśmy - opowiedziała mi o zakładzie, który wygrała. - A tak, to nic ciekawego. Ty miałaś o wiele bardzie interesujący dzień. O której Alice wyląduje w Osace?
    - Nie wiem, ale na pewno za ładnych parę godzin. Nie przejmuj się, zadzwoni do nas - zaśmiałam się cicho.
    - Wiem, po prostu się martwię. Tyle się teraz mówi o katastrofach. Dobra, zero smutnych tematów! Wszystko będzie ok! Opowiadaj jeszcze o Manchesterze! Byłaś już na mieście? - mówiła jak nakręcona katarynka. Szybko i bez konkretnego ładu.
    - Niestety nie, ale może pójdę jutro. Lub później... Zależy od mamy. Filip mówił, że będzie chciała ze mną porozmawiać. Założę się, że przybliży mi historię rodziny, wiesz pokrewieństwo z Czarodziejkami i te sprawy.
    - Och! To super! Jak ja bym chciała o nich posłuchać!
    - Wszystko Ci opowiem. Dla ciebie zapamiętam każde wypowiedziane przez mamę słowo na ten temat.
    - Dzięki - usłyszałam jej śmiech.
    Gadałyśmy przez kolejne dwadzieścia minut. Naszą rozmowę przerwał nam Filip.
    - Mama powiedziała, że za pół godziny kolacja i żebyś zeszła na dół.
    Pokiwałam tylko głową i pożegnałam się z Prue. Obiecałam, że zadzwonię, gdy tylko coś się wydarzy. Potem poszłam śladem brata do kuchni.


~~*~~*~~*~~*~~

    Hej ;* Oj wiem, dziwnie zrobiłam z tą Alice. Ale dopiero teraz się skapnęłam, że to jest źle rozmieszczone. No nic, mam nadzieję, że nie będziecie mi tego wytykać :) Historię Edwarda Castle'a pomagała mi pisać Marchewa ;*
    Dzisiaj mój blog kończy pierwsze urodziny :) Dlatego proszę, SKOMENTUJCIE. Zróbcie mi taki mały prezent :) Tak w ogóle, to cieszę się z tych ponad 6000 wyświetleń *,* Dla mnie jest to duża liczba, za którą chcę Wam ogromnie podziękować ♥
    Jak ocieniacie ten rozdział, całego bloga w skali  1-10? Dlaczego tyle a nie więcej/mniej? Ja dałabym... No może teraz nie powiem :) Dowiecie się pod następnym rozdziałem :)
No to do zobaczyska!
Zuza♥