Pokazywanie postów oznaczonych etykietą France. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą France. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 lutego 2015

*32. "Czyżby w końcu moje marzenie miało się spełnić? "

Dedykacja dla osoby, która jest moim motywatorem, jeśli chodzi o pisanie. Dzięki niemu powstają nowe rozdziały i zaczęłam pracę nad nowym projektem, który może niedługo ujrzy światło dzienne na blogu. Dziękuję z całego serducha, bo to dla mnie mega ważne! ♥ Bez Ciebie nie dałabym chyba sobie rady! Dziękuję! <3



"Nie są godni miłości ci, którzy w niczym nie ryzykują." - M. 


~~*~~*~~*~~*~~

~~ Alice ~~

    Wokół nas utworzyła się gęsta, błękitna mgła, przez którą praktycznie nic nie widzieliśmy. To właśnie w niej zniknęła Becky, więc próbowaliśmy przeniknąć przez nią wzrokiem, ale nie udawało się. Czekaliśmy, nie mając pojęcia, co robić, jaki będzie kolejny krok. Jedyne, co nam zostało to denerwowanie się i modlenie do Nyks, by wszystko się udało. 
    Nagle usłyszałam krzyk. Wydawało mi się, że nie należał do przyjaciółki. Serce zabiło mi szybciej. Utkwiłam spojrzenie w miejscu, gdzie miałam nadzieję ujrzeć sylwetki znajomych. 
    Nie musieliśmy długo czekać. Po chwili wypadli z mgły przerażeni Shane i Chloe w niesamowicie dziwnych strojach. Za nimi biegła zdyszana Becky. 
    - Szybko! Pomożcie mi! Musimy zamknąć przejście, zanim oni się tu przedostaną! 
    - Jacy oni? - zapytał zdezorientowany Damien. 
    - Nie ma czasu na pytania! Później wszystko wyjaśnimy! A teraz szybko! Złapcie się za ręce! - zawołała Chloe. Zrobiliśmy tak, jak kazała. Ona i Becky stanęły między nami i zaczęły recytować zaklęcie. Przyjaciółka wyciągnęła przed siebie prawą dłoń. Zauważyłam na jej palcu wskazującym pierścień, który dostała kiedyś od mamy, gdy dowiedziała się, kim tak naprawdę była. Ręka jej delikatnie drżała, a z zielonego klejnotu wydobywało się jakby złotawe światło. 
    Z mgły słychać było donośne krzyki pogoni. Rozejrzałam się dokoła, lecz niczego ani nikogo nie zauważyłam. 
    - Szybciej! - krzyknął Shane, wpatrując się w jeden punkt pośród mgły, gdzieś pod drugiej stronie rzeczki. Dziewczyny spojrzały na niego spode łba. Jedna warknęła cicho, nie zorientowałam się, która. Chłopak jednak od razu zamilkł. 
    W tym samym czasie pośród mgły rozróżniłam postacie dwóch mężczyzn. Byli niskiego wzrostu, nieśli ze sobą grube sznury i coś podobnego do batów. Wzdrygnęłam się mimowolnie. Ścisnęłam mocniej dłoń Damiena, który stał po mojej prawej stronie. Chłopak odwzajemnił uścisk, chcąc tym gestem dodać mi otuchy i jednocześnie powiedzieć, że wszystko skończy się dobrze. 
    Nie miałam pojęcia, ile tak staliśmy, modląc się, by dziewczyny jak najszybciej zamknęły portal. Coraz wyraźniej widziałam sylwetki zbliżających się nieproszonych gości. Już myślałam, że nas dopadną i zwiążą powrozami, gdy niespodziewanie mgła powoli zaczęła zanikać. Zerknęłam na Becky i Chloe; oczy miały zamknięte, wyraz twarzy wskazywał na to, że skupiły się całkowicie na zadaniu. Nie chciałam im przerywać ani dekoncentrować, więc swoją uwagę skupiłam na coraz wyraźniejszym drugim brzegu, który wyłaniał się z mgły. Prosiłam, błagałam wręcz boginię o to, by pogoń nie zdążyła przejść do naszego świata. 
    Nagle dało się słyszeć głośny wrzask frustracji i wszystko zniknęło. Zapanowała kompletna cisza. 

~~ Shane ~~

    - Udało się - szepnąłem Chloe do ucha, tuląc ją do siebie. - Cholera, udało się! 
    Staliśmy pośród znajomych twarzy. Uśmiechałem się jak głupi do każdego. Nie mogłem uwierzyć, że wszystko poszło zgodnie z planem. 
    Chloe nadal zachowywała się, jakbyśmy zaraz mieli zginąć spaleni na stosie. Cały czas kręciła głową i mamrotała coś pod nosem tak cicho, że nie potrafiłem rozróżnić słów. Starałem się do niej przemówić, wytłumaczyć, że niebezpieczeństwo minęło, ale wydawał się to płonny wysiłek. Dziewczyna trwała jak w amoku. 
    - Chloe, spójrz na mnie - powiedziałem łagodnie ale nakazująco. Posłuchała mnie. Zerknąłem w jej piękne oczy, w których nadal odbijał się strach. Bała się o nas. O nasze życie. - Nic już nam nie grozi. Widzisz, gdzie jesteśmy? Zobacz, rozejrzyj się dokoła - zaproponowałem. Powoli skierowała swoje  spojrzenie najpierw na potok a następnie na Becky. Rozpoznała ją od razu, bo oczy otworzyły jej się szeroko i zaszły łzami. Błyskawicznie wyrwała się z moich ramion i podbiegła do nieco zdziwionej brunetki. Przytuliły się serdecznie i ciepło na powitanie. Chloe w jej ramionach rozpłakała się, ale już wiedziała, że nic nam nie groziło. To zdecydowanie były łzy radości. 
    Patrzyłem przez chwilę na nią, jak cicho mówi coś do Becky, uradowany, że nic się jej nie stało. Potem zorientowałem się, że kilka par oczu spogląda na mnie z zaciekawieniem, chcąc dowiedzieć się wszystkiego. Ale ja zacząłem od najważniejszej rzeczy. Podszedłem do Prue i Chrisa i przywitałem się z nimi. 
    - Witaj z powrotem - powiedział blondyn, ściskając moją wyciągniętą dłoń. 
    - Dziękuję - odezwałem się po chwili milczenia, zerkając w oczy każdego z zebranych. - Dziękuję, że uratowaliście nam życie. 

~~ Prue ~~

    Przytuliłam się do Chrisa szczęśliwa, że wszystko skończyło się tak dobrze. Że sprowadziliśmy Chloe i Shane'a z powrotem do naszego świata. Że nie zginęli. Że nadal żyją i mają się w porządku. 
    Rozsiedliśmy się na trawie pod gwiazdami, wcale nie zmęczeni, jakby to był popołudniowy piknik. Słuchaliśmy z niemałym zainteresowaniem i przejęciem historii, jaka przydarzyła się naszym znajomym z przyszłości. Mówił głównie chłopak, ponieważ brunetka nie doszła jeszcze do końca do siebie. Gdy wtrącała do opowieści jakieś wyjaśnienie, o którym zapomniał Shane, głos nadal jej delikatnie drżał z przejęcia. Wcale się jej nie dziwiłam. Naprawdę wiele przeszła. Miała prawo na odpoczynek. 
    Bardzo poruszyła mnie opowieść blondyna o Ohrimach i ich zwyczajach rodem ze średniowiecznych lat. Nie mogłam w niektóre uwierzyć; tak bardzo wydawały mi się w naszych czasach absurdalne. 
    Może siedzielibyśmy dłużej, gdyby nie to, że w pewnym momencie Chloe zasnęła z głową opartą na ramieniu Shane'a. W końcu stres wykończył jej już i tak zmęczone ucieczką ciało. Dopiero wtedy ktoś zerknął na zegarek. Było po drugiej w nocy. Usłyszałam, jak komuś wyrwało się kilka przekleństw. 
    - Powinniśmy wracać - zauważyła Bella. Jak jeden mąż wstaliśmy z trawy; Damien pomógł Shane'owi z Chloe, by jej nie obudzić. Z westchnieniem ruszyłam w drogę do internatu. 
    Szłam z Chrisem na końcu, trzymając się za ręce. Nie spieszyliśmy się nigdzie; noc była piękna, księżyc oraz gwiazdy sprawiły, że na dworze panował romantyczny nastrój. Aż chciało się zostać i posiedzieć pod gołym niebem, podziwiając przepływające przez nie co jakiś czas obłoki. 
    Mimo naszego wolnego tempa, w końcu doszliśmy do internatu. Stanęliśmy przed wejściem, twarzami do siebie. Spojrzałam w oczy blondyna. Zauważyłam w nich złote iskierki, które jednak po chwili zniknęły. 
    - Jest późno - odezwał się, przerywając ciszę. Pokiwałam tylko delikatnie głową, przygryzając przy tym dolną wargę. - Chyba... chyba powinniśmy iść spać. - zauważył. Znów się z nim zgodziłam. - No to... Dobranoc - szepnął. Pochylił się, objął mnie w pasie i pocałował. Naprawdę słodka i namiętna pieszczota trwała bardzo krótko. Miałam ochotę na dużo więcej, ale niestety chłopak już się ode mnie odsunął. Odwrócił się na pięcie, chowając dłonie do kieszeni spodenek. Spojrzał na mnie tylko raz, przez ramię, uśmiechając się do tego łobuzersko. 
    Gdy w końcu położyłam się na łóżku, usłyszałam swój telefon. Jęknęłam cicho, ale zaczęłam go szukać po omacku na półce tuż przy mojej głowie. Odnalazłszy go, odblokowałam i przeczytałam wiadomość, którą przysłała mi Petra z Francji. Pisała, że udało jej się skontaktować z ludźmi, u których ukrywał się mój ojciec. Serce zabiło mi szybciej. Czyżby w końcu moje marzenie miało się spełnić? Czyżbym w końcu miała poznać tatę? Miałam ogromną nadzieje. 
    Umówiłam się z kobietą, że spotkamy się przed południem u niej w kawiarence. Tak bardzo cieszyłam się na wizytę u niej, że nie potrafiłam zasnąć. Leżąc, zastanawiałam się, jak to będzie. A im więcej myślałam, tym bardziej się denerwowałam. A co, jeżeli to jednak nie mój ojciec? A co jeśli mnie nie pozna, albo, co gorsza, nie będzie miał ochoty się ze mną spotkać? Coraz czarniejsze scenariusze nawiedzały mój zmęczony umysł aż w końcu zasnęłam.

***

    Bardzo długo zastanawiałam się, czy powiedzieć o moim wypadzie do Francji Chrisowi. Niby wiedział wszystko o całej tej sprawie, ale jakoś nie miałam ochoty na jego towarzystwo w tej podróży. Z drugiej jednak strony zasługiwał na prawdę. Dlatego postanowiłam wysłać mu smsa, gdy tylko znajdę się w kawiarni Petry.
    Szybko uwinęłam się z pracami, które powinnam była zrobić przed wyprawą. Następnie z naszyjnikiem ukrytym w zaciśniętej pięści, przeszłam na tyły stajni, gdzie mogłam spokojnie się teleportować.
    Kiedy otworzyłam oczy, zobaczyłam te same francuskie kamiennice, poczułam zapach morza i wypiekanych croissantów. Westchnęłam z lubością, wdychając smakowite zapachy słodkich ciasteczek. Wydawało mi się, jakbym była w domu; czułam się tak swojsko, tak wspaniale - tak samo jak w domu, gdy ktoś po długiej nieobecności siada na kanapie i spogląda na swoje cztery ściany. Wie, że to jego kąt na ziemi. Tak samo było ze mną i Francją. Wiedziałam, że, kiedy już dorosnę, tam właśnie zamieszkam.
Gerard
    Bez problemu odnalazłam kawiarenkę Petry. Tym razem w środku siedziało kilku klientów. Obsługiwał ich młody mężczyzna, który uśmiechnął się do mnie, gdy podeszłam do baru. Miał blond włosy opadające delikatnie na czoło, jednodniowy zarost i błękitne oczy. Był naprawdę wysoki i dobrze zbudowany. Ubrany w białą koszulkę i czarne spodnie z czerwonym fartuszkiem przepasanym w biodrach wyglądał naprawdę przystojnie.
    Usiadłam na wysokim stołku i czekałam, aż będzie miał chwilę, by zapytać go o Petrę. Kiedy skończył obsługiwać gości, podszedł do mnie i przywitał się serdecznie. Trudno było go zrozumieć przez bardzo wyraźny francuski akcent.
    - Witam. Ty musisz być Prue. Petra mówiła, że przyjdziesz. Zaraz ją zawołam - rzekł i zniknął za drzwiami prowadzącymi do kuchni.
    Nie musiałam długo czekać. Po chwili znów wyszedł, prowadząc za sobą uśmiechniętą młodą kobietę. Widząc mnie, od razu wyprzedziła chłopaka i podbiegła do mnie. Mocno przytuliła na powitanie.
    - Bonjour, Prue! Jak dobrze cię znów widzieć! Przed chwilą poznałaś mojego narzeczonego, Gerarda. - Uśmiechnęła się do chłopaka, który niósł na tacy lody do stolików. Usiadłyśmy przy barze. - Cieszę się, że tak szybko przyjechałaś.
    - Nie mogłam inaczej. W końcu chodzi o mojego ojca - odpowiedziałam.
    - Racja. Szczerze ci powiem, że nie wierzyłam, że uda mi się tak szybko go odnaleźć. Ale chyba Nyks czuwa nad tobą. Raz dwa skontaktowałam się z kim trzeba. Nie musiałam chodzić od jednego domu do drugiego, ponieważ pierwszy znajomy, do którego zadzwoniłam, wiedział, gdzie znajdę Dereka. - Położyła mi dłoń na ręce i delikatnie ścisnęła.
    - Kiedy będziemy mogły się tam wybrać? - zadałam nurtujące mnie pytanie.
    - Dzisiaj. Inaczej bym cię tak szybko nie ściągała. Musimy działać natychmiast, bo nie wiadomo, czy magia twojego ojca nie przeniesie go wkrótce do innego miejsca, a potem to szukaj wiatru w polu. Nie panuje nad tym, gdzie się przeteleportuje. Jest zbyt słaby.
    - W takim razie dobrze, że go tak szybko odnalazłyśmy. Już czas, by zakończył tułaczkę - powiedziałam dobitnie.
    - Tak, masz rację. To co, możemy się zbierać? - zapytała.
    - Oczywiście - odparłam. Wstałyśmy i wyszłyśmy z kawiarenki przez kuchnię. Stanęłyśmy na placyku pomiędzy dwoma kamiennicami. Wyciągnęłam z kieszeni naszyjnik. Wyjaśniłam jej jego działanie. Petra opisała mi miejsce, do którego się wybierałyśmy. Założyłam więc na nas wisiorek, zamknęłam oczy i wyobraziłam sobie to miejsce...
    Uchyliłam powieki, jak już wiedziałam, że na pewno znów stoję na stałym gruncie. Moim oczom ukazał się wspaniały widok. Mały domek stojący niemalże na plaży. W zasięgu wzroku błękitne morze. Wokół chatki rosło mnóstwo roślinności - wysokie owocowe drzewa i mniejsze krzewy oraz niskie kolorowe kwiaty.
    - Gdzie jesteśmy? - zapytałam onieśmielona widokiem. Zapach unoszący się wokół również był wspaniały - słone morze, grzejące słońce i gotujący się obiad.
    - Włochy - powiedziała tylko i ruszyła w stronę domku. Przez chwilę stałam tam, nie wiedząc, co zrobić; z jednej strony spieszyło mi się do ojca, z drugiej pragnęłam nacieszyć się cudownym widokiem. Wygrała pierwsza potrzeba.
    Zbliżając się do domku, zauważyłam, że ktoś z niego wyszedł nam naprzeciw. Petra zaczęła rozmowę oczywiście po włosku, więc nic z niej nie zrozumiałam. Stanęłam jednak tuż przy niej, przyglądając się uważnie mężczyźnie, któremu moja towarzyszka coś zawzięcie tłumaczyła. Wyglądał może na czterdzieści lat, nie więcej. Ciemne włosy gdzieniegdzie przerzedzone i przyprószone siwizną opadały na opalone ramiona. Szarymi oczami spoglądał na mnie ciekawie. Między krzaczastymi, ciemnymi brwiami pojawiła się pionowa zmarszczka. Spod hawajskiej, do połowy rozpiętej koszuli wystawał delikatnie zaokrąglony, opalony brzuch. Jego ubioru dopełniały krótkie, niebieskie spodenki i japonki. Był niskim mężczyzną.
    Rozmowa trwała dosyć długo. Wydawało mi się, że pojawiły się jakieś komplikacje, ale gdy Petra się do mnie odwróciła, uśmiech satysfakcji nie spływał jej z twarzy. Poszłyśmy za mężczyzną do wielkiego ogrodu z drewnianą altaną pośrodku i hamakami zawieszonymi między drzewami. Niedaleko stołu i ław zapełnionych jedzeniem, leżał ogromny pies. Przynajmniej tak wydawało mi się na początku, bo gdy podeszłyśmy bliżej, zauważyłam, że to był naprawdę duży wilk. Oczy miał zamknięte, ale gdy tylko ukucnęłam przy nim, otworzył je szeroko. Zobaczyłam w nich swoje odbicie; nieco zestresowaną dziewczynę, która strasznie bała się spotkania ze swoim ojcem.
    - Cześć - szepnęłam. Petra stojąca za mną, uśmiechnęła się.
    - Witaj, Derek. Zobacz, kogo ci przyprowadziłam - powiedziała wesoło. - Tak, to twoja córka - dodała po chwili milczenia, jakby odpowiadała na niezadane pytanie. Spojrzałam na nią nieco zdezorientowana. - Mówiłam ci, że twój tata znalazł sposób, by się komunikować  z ludźmi. - Zaśmiała się cicho.
    "- Dzień dobry, Prue. Cieszę się, że mogę cię w końcu poznać." - usłyszałam nagle w swojej głowie. Wzdrygnęłam się delikatnie, nie spodziewając się, że się do mnie odezwie. Podniósł łeb i położył na moich kolanach. Zdziwiona tym nagłym gestem, na początku nie wiedziałam, co zrobić. Dopiero po chwili odważyłam się i położyłam dłoń między jego uszami. Przymrużył oczy, wyrażając swoje zadowolenie.
    - Dzień dobry, tato - szepnęłam, starając się, by nie rozpłakać się ze szczęścia. Dopiero wtedy poczułam prawdziwy spokój, choć wcześniej nie zdawałam sobie sprawy, że czułam się nieco zaniepokojona. - Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że cię w końcu odnalazłam.


~~*~~*~~*~~~*~~

    Heeej! ;) I jak wrażenia po przeczytaniu rozdziału? Chyba wyszedł nieco dłuższy niż wcześniejszy. I w sumie dobrze, bo ostatnie notki były krótkawe :) Mam nadzieję, że się podobało.
    Dziękuję za wspaniałe słowa pod ostatnim rozdziałem. Gdy wiem, że mam dla kogo pisać, od razu lepiej mi się tworzy ^^ ♥
    Pozdrawiam Wass gorąco, bo na dworku niestety ziiimno! <3

piątek, 26 grudnia 2014

*29. "Gdy ma się nadzieję, ma się już bardzo wiele."

Rozdział dla Ali, która mnie rozumie i wspiera jak mało kto na tym świecie! *,* Kochana nie tak dawno miała urodzinki i dlatego też chciałabym Ci życzyć jeszcze raz wszystkiego co najlepsze w życiu, uśmiechu, zdrowia szczęścia i ty już wiesz czego tam jeszcze! Kocham Cię baaardzo mocno :p <3


"Zabijamy samych siebie, by nie ranić innych"


~~ Prue ~~

    Postanowiłam kolejny dzień przeznaczyć na poszukiwania ojca. Dzień wcześniej nawet zadzwoniłam do Liama z pytaniem, czy chciałby mi pomóc. Od razu zaczął wmawiać mi, żebym na razie dała sobie spokój i nie narażała się znowu na niebezpieczeństwo. Wysłuchałam go spokojnie, nie przerywając mu. I tak, bez względu na to, co by powiedział, ruszyłabym. Nie mógłby mi zabronić ani w żaden inny sposób przeszkodzić w realizacji mojego planu. Przyjęłam do wiadomości to, że się o mnie bał. I byłam mu za to wdzięczna, ale sama również umiałam o siebie zadbać. Nie potrzebowałam ciągłego pilnowania.
    Gdy kazał mi przysiąc, że nie pójdę bez niego, lub kogokolwiek innego, zapadła cisza. Nie chciałam skłamać. Nie wiedziałam, co powiedzieć, by móc iść a jednocześnie zrobić tak, by Liam nie podejrzewał mnie o samowolną wyprawę.
    - Wiedziałem - odparł zrezygnowany, gdy nadal milczałam.
    - Zrozum mnie... - zaczęłam, ale mi bezpardonowo przerwał.
    - Jasne, że cię rozumiem. Ale nie mam pojęcia, dlaczego nie możesz trochę odczekać? Aż się wszystko uspokoi? Domyślam się, że twoi przyjaciele są bardzo podejrzliwi i coraz trudniej ci jest się wyrwać z domu - zauważył.
    Trafił w sedno. Chris od jakiegoś czasu nie spuszczał ze mnie oka. Jakby przeczuwał, że chciałam uciec. Kończyły mi się wymówki, których mogłabym użyć, by wyjść ze szkoły. Było coraz trudniej.
    Ale przecież nie mogłam się w takim momencie poddać! Gdybym odpuściła, mój ojciec zostałby gdzieś w obcym świecie całkiem sam. A ja bym nigdy go nie poznała. A bardzo chciałam go zobaczyć, przytulić się do niego, porozmawiać z nim. Po prostu go poznać, zobaczyć, jakim jest człowiekiem. Czy jestem do niego podobna. A może David miał coś z ojca? Mama kiedyś opowiadała, że byli podobni do siebie. Więc tym bardziej zależało mi na odnalezieniu taty.
    Znów milczałam przez długi czas, więc Liam uznał, że domyślił się wszystkiego bardzo dobrze. Nie było więc sensu wyprowadzać go z błędu.
    - Po prostu muszę. Proszę, nie przekonywuj mnie, bo to i tak nic nie da. Ja i tak wyruszę - zakończyłam smutnym głosem. Rozłączyłam się i szybko schowałam telefon w najgłębszy kąt szafy, nie chcąc słyszeć ani widzieć, że Wampir próbuje się do mnie dodzwonić.
    Oczywiście wstałam wcześnie rano. Nie miałam ochoty spotykać się z nikim przed moją podróżą. Zepsułabym sobie humor i tyle. Nie wiedziałam, co na siebie włożyć. Mapa kierowała mnie tym razem do ciepłych rejonów Francji nad Może Śródziemne, więc w końcu postawiłam na letnie ciuchy.

***

    Wylądowałam w centrum zatłoczonego miasta, gdzie na drogach powoli robił się korek, ludzie spieszyli do pracy. Niektórzy już na swoich stanowiskach sprzedawali aromatycznie pachnącą kawę, ciepłe jeszcze pieczywo czy świeże warzywa i owoce. Słońce już mocno świeciło, ale na szczęście wiał przyjemny wiatr, rozwiewając moje rozpuszczone włosy. Przystanęłam na chwilę, przymykając oczy. Wciągnęłam głęboko powietrze, w którym wyczułam słony zapach morza. Znaczyło to, że znajduję się niezwykle blisko brzegu. Zapragnęłam zmienić swoje dzisiejsze plany. Już nawet ruszyłam za zapachem soli, lecz po chwili się powstrzymałam. Miałam inne zadanie do wypełnienia! Z niechęcią zaniechałam wizyty na plaży i skierowałam się w stronę, którą mi podpowiadała mapa.
    Okolica była przepiękna. Wąskie uliczki pokryte brukiem. Budynki znajdujące się niesamowicie blisko siebie i drogi. Balkony obwieszone kwiatami i ziołami. Mnóstwo małych sklepików, uśmiechniętych, miłych ludzi, wiele zieleni w centrum miasta. Na sam widok tego wszystkiego z mojej głowy wyparowały wszelkie troski. Zaczęłam się cieszyć pobytem w tym jakże uroczym miejscu. Rozglądałam się uważnie dokoła, by zapamiętać jak najwięcej szczegółów i niczego nie przegapić.
    Mapa zaprowadziła mnie do piaskowej kamienicy, na której parterze znajdowała się mała kawiarenka z wystawionymi na zewnątrz stolikami i krzesłami. Oczywiście na balustradzie balkonu zawieszone były doniczki z kwiatami. Na dole również nie brakowało zieleni. Gdzie się tylko dało ustawiono kwitnące o tej porze roku krzewy i donice z kolorowymi kwiatami.
    Zastanawiałam się, czy dobrze trafiłam. Rozejrzałam się dokoła, szukając jakiejś tabliczki, która powiedziałaby mi, gdzie się dokładnie znajdowałam. Niczego takiego nie znalazłam. Kawiarnia była już otwarta, więc postanowiłam tam poszukać pomocy. Weszłam przez uchylone drzwi do środka i rozejrzałam się uważnie. W pomieszczeniu było bardzo widno; wielkie okna wpuszczały mnóstwo światła, a ściany pomalowane na piaskowy kolor odpowiednio je odbijało. Po drugiej stronie znajdował się bar a za nim wejście do kuchni. Na całej przestrzeni poustawiane zostały stoliki, a wokół nich krzesełka. Wszystko zostało wykonane z ciepłego drewna. Cały wystrój sali - kwietniki i obrazy na ścianach, półki, na których stały zdjęcia w ramkach - sprawiał, że kawiarnia była przytulna.
    - Dzień dobry! - zawołałam, szukając kogokolwiek do rozmowy. Podeszłam do baru i zadzwoniłam dzwoneczkiem, który tam znalazłam. Po chwili zza drzwi wyszła młoda kobieta. Włosy miała związane w koński ogon z tyłu głowy. Twarz przyjazną i uśmiechniętą. Ubrana była w białą bluzkę z kołnierzykiem i czarną spódniczkę przed kolano. W pasie zawiązany miała bordowy, krótki fartuszek.
    - Bonjour! W czym mogę pomóc? - zapytała z wyraźnie słyszalnym akcentem francuskim. Uśmiechnęłam się do niej szeroko.
    -  Dzień dobry, nazywam się Prue Carter. Chciałam się spytać, jak mam dotrzeć pod ten adres? - Pokazałam jej karteczkę z wypisaną nazwą ulicy i numerem domu. Kobieta zmarszczyła na chwilę nos a potem spojrzała na mnie.
    - To tutaj. Budynek, którego pani szukała. Właśnie w nim się znajdujemy - odpowiedziała.
Petra
    - To dobrze, bo już myślałam, że zabłądziłam - odparłam. Nieco mi ulżyło. Ale i tak najgorsze było przede mną. Nie miałam pojęcia, czy mogłam zaufać tej kobiecie, czy dobrze zrobię, wyjawiając jej prawdę...
    - Mogłabym zapytać, dlaczego pani szukała mojej kawiarni? - odezwała się uprzejmie, lecz wyczułam od niej ostrożność.
    - Szukam mojego ojca. I ktoś zaufany wskazał mi ten adres - zaczęłam. Zauważyłam niewielką zmianę w jej postawie. Jej mięśnie nieco się spięły, a uprzejmy uśmiech niemal zniknął z jej ust.
    - Kto pani udzielił takich informacji?
    - Jeden znajomy - powiedziałam wymijająco.
    - Jak pani się nazywa? Mogłaby pani powtórzyć? - zapytała, przyglądając mi się uważnie. Nie wiedziała, co w tej sytuacji zrobić. Czułam to.
    - Prudence Carter - oznajmiłam, uśmiechając się grzecznie.
    - A czy mogłabym poprosić o jakiś dowód tożsamości?
    - Oczywiście. - Wyciągnęłam z torby legitymację szkolną i podałam jej. Obejrzała każdy milimetr dokumentu nim mi go oddała.
    - Przepraszam, ale ja z reguły nikomu nie ufam. Ale myślę, że ty jesteś tym, za kogo się podajesz. Nie wyczuwam od ciebie złych intencji ani emocji. Jestem Petra.
    - Pani również potrafi odczytywać uczucia innych? - zapytałam ucieszona, że może poznałam kogoś, kto ma podobny dar do mojego.
    - Czasami uda mi się powiedzieć, jakie targają kimś jakieś wielkie emocje. To nic takiego. Zwykła intuicja. - Wzruszyła skromnie ramionami. Ale ja wiedziałam, że to nie była zwykła intuicja. Jednak nie drążyłam tematu, bo nie chciałam się z nią kłócić. - Ale nie mówmy o mnie. Proszę, usiądź - zaprosiła mnie, pokazując jeden ze stolików stojących obok mnie. Sama wyszła zza baru i usiadła naprzeciwko mnie. - Może się czegoś napijesz? - Gdy pokręciłam głową, ta przeszła do konkretów. - Musiałam się upewnić, że nie jesteś oszustem. Wielu ludzi już mnie tak podchodziło, ale nikomu jeszcze się nie dałam. Oczywiście chodzi ci o Dereka... - umilkła, bym mogła potwierdzić. - Jesteś trochę do niego podobna - zauważyła. - Ale poznałam cię dopiero po bliższym przyjrzeniu się.
    - Zna pani mojego ojca - ucieszyłam się.
    - Oczywiście, że znam. Mieszkał tutaj jakiś czas, potem musiał przenieś się w inne miejsce, ponieważ nadal go szukali. Nie jest nigdzie bezpieczny. Dlatego cały czas jest w ruchu. Trudno będzie go namierzyć. Ale pomogę ci w tym. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, by go odnaleźć. Ponieważ zaprzyjaźniliśmy się przez ten czas, gdy był tutaj.
    - Odzyskał ludzką postać? - zdziwiłam się.
    - Ależ skąd! - żachnęła się. - Ale znaleźliśmy inny sposób na komunikację. Twój ojciec potrafił, jak samiec alfa połączyć się z moim umysłem. W ten sposób przekazywaliśmy sobie swoje myśli, poznawaliśmy się. To naprawdę wspaniały człowiek. Mam nadzieję, że się w końcu spotkacie i pomożesz mu doprowadzić się do postaci człowieka.
    - Też mam taką nadzieję - mruknęłam, spuszczając głowę. Kobieta uścisnęła moją dłoń, która leżała na stole.
    - Będzie dobrze. Trzeba mieć nadzieję. Gdy ma się nadzieję, ma się już bardzo wiele.

***

    Opuszczając Francję, czułam pewną pustkę. Był to bardzo piękny kraj warty zobaczenia i zwiedzenia. Jednocześnie wizyta w tym kraju podniosła mnie na duchu i dodała nowych sił. Petra obiecała odezwać się, gdy tylko znajdzie jakieś informacje o moim tacie. Ona miała większe znajomości niż ja wśród Zmiennokształtnych. Chociaż trafniej byłoby powiedzieć, że ja nie miałam znajomości wcale wśród tych Zmiennokształtnych, którzy się liczą w świecie. Ruszyłam więc do domu pełna nadziei na szybkie odnalezienie ojca. Już za długo przebywał bez rodziny na wygnaniu u różnych ludzi. Czas, by wracał do domu.
    Gdy tylko weszłam do pokoju, dziewczyny zalały mnie potokiem pytań. Wydawało mi się, że pytały o wszystko. Trajkotały trzy po trzy, nie dając mi dojść do słowa.
    - Hej, hej! - krzyknęłam w końcu. - Wiecie, gdzie jest może Chris? Muszę z nim koniecznie porozmawiać. Mam ważną sprawę - wyjaśniłam szybko.
    - Bardzo się o ciebie martwił, gdy mu powiedziałyśmy, że jak rano wstałyśmy, ciebie już nie było. Wydaje mi się, że mówił coś o bibliotece - powiedziała Alice. - Nie powiesz nam, gdzie byłaś?
    - Później! - zawołałam, wychodząc z pokoju. Usłyszałam jeszcze jak Becky coś zaczęła mówić do blondynki, ale nie potrafiłam rozróżnić konkretnych słów.
    W mgnieniu oka znalazłam się w bibliotece. Odnalazłam chłopaka między regałami książek. Uśmiechnęłam się na jego widok od ucha do ucha. Zarzuciłam mu ręce na szyję i namiętnie pocałowałam. Nieco zdziwiony, potrzebował ułamka sekundy, by pocałunek odwzajemnić. Poczułam, że mu ulżyło, gdy zobaczył mnie całą i zdrową.
    - Cześć - przywitałam się.
    - Hej - mruknął. Nadal był niezadowolony z tego, że sama gdzieś wyszłam, nie mówiąc mu o niczym wcześniej.
    - Muszę z tobą porozmawiać - zaczęłam poważnie. Chris spojrzał na mnie nieco przestraszony. Uspokoiłam go, mówiąc, że to nie jest coś, czym miałby się martwić. Przynajmniej nie tak jak myślał. Musiała minąć chwila, nim wykrztusiłam to, co chciałam mu powiedzieć. - Chyba odnalazłam mojego ojca...

~~*~~*~~*~~*~~

   Hej! Oczywiście dedykacja pisana na początku grudnia :D Więc wzmianka o urodzinach i w ogóle :) Mam nadzieję, że rozdział jest okej. Dziękuję seoanie, że skomentowała! :)