Pokazywanie postów oznaczonych etykietą candle. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą candle. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 grudnia 2015

Miniaturka 1. "Słów kilka o Ohrimach."


Mężczyźni, którzy byli zaangażowani w pościg za zbiegłymi, wrócili do wioski zdenerwowani. Klęli w swoim ojczystym języku, a trzeba Wam wiedzieć, że mieli dosyć sporo niecenzuralnych słów. Nie mogli uwierzyć, że wykiwała ich dwójka młodzików. Ich, doświadczonych wojowników i mężczyzn.
Merrin czekał niecierpliwie, jak na szpilkach, chcąc dowiedzieć się, jak poszły im łowy. Zobaczywszy markotne miny towarzyszy, od razu wiedział, co usłyszy.
– Uciekli. – Westchnął Silas. Wódz trzasnął całą pięścią w stół, wstając z drewnianego krzesła. Myślał gorączkowo o ofierze, jaką mieli złożyć tego dnia bogom. Przez wariacje, jakie zadziały się na stosie, nic nie dali bogom i teraz oni będą źli na całą wioskę. Lękał się gniewu bogów, zwłaszcza jednego. Według ich wierzeń  Amandla, najważniejszy bóg, który sprawował władzę właśnie nad głównymi organami władzy, oraz sprawował pieczę nad pozostałymi bożkami, był najgroźniejszy. Często popadał w szał, co objawiało się częstymi suszami lub całodobowymi opadami deszczu. Zjawiska atmosferyczne miał pod swoją opieką i mógł im rozkazywać.
Merrin wolał nie myśleć, jaka kara ich spotka, za takie przewinienie. Jeszcze nigdy nie zdarzyło im się nie złożyć ofiary na czas. Próbował wymyślić, co mogliby podarować bogom w zamian, by ich choć trochę udobruchać, ale niestety, posiadali mało zapasów.
– Wodzu – odezwał się grzecznie i cicho Silas. Merrin spojrzał na niego. Już zapomniał, że byli razem z nim. – Może byśmy... Przynieśli coś z lasu? Może uda nam się coś znaleźć? – zapytał. Najwidoczniej ich myśli krążyły wokół tego samego tematu.
Przywódca zastanowił się przez chwilę. Nie podobało mu się, że to nie on wpadł na ten pomysł. Wolał sam wszystko zorganizować, ale wiedział, że jeżeli nic nie zrobią, na pewno narażą się a gniew bogów. Jeżeli coś im podarują, może okazać się, że się tak bardzo nie wściekną.
– A więc idźcie i poszukajcie w lesie najlepszych ziół i mięsiwa. Może zdołacie jeszcze coś upolować – powiedział to takim tonem, jakby to wszystko to był jego pomysł. Jeszcze kiedy mówił, wskazał im drzwi.
– Tak jest, wodzu! – odkrzyknęli chórem wszyscy zebrani i wyszli.
Zostawili Merrina ze swymi myślami. Przeklinał w duchu dwójkę cudzoziemców, którzy mieli mu przysporzyć chwały wśród bogów a narobili tylko wielkiego bałaganu.
Nie dosyć, że musiałem ich wyżywić, to jeszcze znaleźć pracę oraz na koniec uciekli i nie dali mi żadnego pożytku z siebie, warknął w myślach. Teraz jeszcze szukaj nowej ofiary!
Nie mógł tego przeboleć. Nie potrafił się pogodzić z porażką. Bardzo chciał, by w końcu wszystko wyszło na jego. Miał nadzieję, że chociaż ofiara wyjdzie. Jeżeli nie, to oznaczało koniec jego. Koniec jego rządów, może nawet koniec życia.
Zaczął powoli przechadzać się w tę i z powrotem po pomieszczeniu, chcąc zabić czas oczekiwania na swoich poddanych. Zastanawiał się, jak dawno już wyruszyli i ile czasu im zajmie powrót. Już miał nawet wyjść z domu i rozejrzeć się po wiosce, kiedy znów ktoś do niego zawitał. Tym razem był to jego syn, Kartik.
– Ojcze, wiem, że robisz wszystko dla dobra całej wioski, ale mam jedno pytanie, jako twój następca – odezwał się szybko, jakby spodziewał się, że Merrin mu przeszkodzi w wypowiedzi.
– Słucham cię, synu. – Westchnął przeciągle. Dobrze wiedział, że Kartkik jest naprawdę uparty i zrobiłby wszystko, żeby dowiedzieć się tego, czego chciał się dowiedzieć, przychodząc tutaj.
– Dlaczego zamierzałeś spalić naszych przyjaciół? – zapytał wprost.
– Oni nie mogli być waszymi przyjaciółmi! – Zaśmiał się w głos. – Znaliście się raptem parę dni, może tydzień. Nie poznaliście się dostatecznie, żeby nazywać ich swoimi przyjaciółmi – krzyknął zdenerwowany.
– Ale to byli jednak goście! – zezłościł się. – Poza tym, zawsze do tej pory wystarczała ofiara z jednego zwierzęcia oraz roślin. I nagle musieliśmy bogom podarować dwóch ludzi? – Tym razem to Kartik się zaśmiał.
– Jak śmiesz podważać moje decyzje? – Stanął przed chłopakiem. Niby syn był wyższy, ale czując respekt przed ojcem, a przede wszystkim wodzem, skurczył się w sobie.
– Po prostu czuję, że gdybyś ich oddał bogom, byliby źli. Jeszcze bardziej, niżbyś już nic im nie podarował – szepnął Kartik, spuszczając wzrok. Chciał już wyjść, ale sumienie  kazało mu wszystko wyjaśnić ojcu.
– Sumienie? – prychnął Merrin. – W podejmowaniu decyzji masz się kierować rozumem i dobrem swojego ludu a nie tym, co ci sumienie podyktuje! – Zawołał, ośmieszając chłopaka. – Odejdź, rozmowa skończona – warknął.
Kartik wyszedł, zatrzaskując drzwi. Z jednej strony bardzo się bał przejęcia władzy, jaka będzie mu przysługiwać po śmierci ojca. Z drugiej jednak wolałby już być wodzem, byleby tylko nie słuchać tyrad Merrina i jego jakże wspaniałych i cudownych pomysłów. Miał nadzieję, że bogowie go wspomogą, kiedy będzie musiał sam podjąć pierwszą decyzję, by wybrał dobrze. Mimo przestróg czy jakichkolwiek nauk ojca, zawsze, przy jakimkolwiek wyborze słuchał swojego wewnętrznego głosu oraz Felicity. Bardzo się ze sobą zżyli i już nie wyobraża sobie życia bez niej u swego boku. Mimo, że małżeństwo było ustawione, byli szczęśliwym i zgranym małżeństwem jakiego ze świecą po całym świecie szukać.
Uśmiechnął się na samo wspomnienie żony. Czekała na niego w domu z ciepłym posiłkiem. Była smutna, ponieważ Chloe odeszła bez pożegnania. A dziewczyna bardzo umilała dzień Felicity. Nie czułą się samotna, zawsze razem wypełniały swoje obowiązki. Wśród mieszkanek Ohr nie miała dziewczyny, z którą utrzymywałaby tak bliski kontakt. Z resztą, każda inna miała już swoją rodzinę, którą musiała się zajmować od rana do samego wieczora, a czasami nawet i w nocy.
Kartik, wchodząc do domu, powitał swoją żonę. Streścił jej rozmowę z ojcem. Dziewczyna przejęła się tym nie na żarty i starała się pocieszyć jakoś męża, ale bezskutecznie.
Kiedy zasiedli do kolacji, przyszli do nich ludzie wodza, którzy oznajmili, że wszyscy mają się zebrać wokół stosu.
Felicity spojrzała na Kartika zdezorientowana. Ten tylko wzruszył ramionami.
– Najwidoczniej znaleźli nową ofiarę – wyjaśnił, pociągając żonę za rękę w kierunku wyjścia.

~~*~~*~~*~~*~~

Hello, it's me! W końcu pojawiam się z taką drobną miniaturką. Mam nadzieję, że Wam się spodoba. Miała być nieco inna, ale wyszła taka i jest taka, po prostu ;)
Z racji tego, że chyba nic nie dodam do świąt, to chciałabym Wam złożyć najserdeczniejsze życzenia na te zbliżające się Święta Bożego Narodzenia! Dużo uśmiechu na ustach, miło spędzonych, w rodzinnym gronie świąt. Fajnych prezentów pod choinką, zdrowia i miłości <3
Mam nadzieję dodać coś do końca roku, może kolejną miniaturkę a epilog na początku kolejnego roku? Może w urodzinki bloga? Co wy na to? :)
Pozdrawiam Was cieplutko, bo zimno <3

sobota, 7 lutego 2015

*32. "Czyżby w końcu moje marzenie miało się spełnić? "

Dedykacja dla osoby, która jest moim motywatorem, jeśli chodzi o pisanie. Dzięki niemu powstają nowe rozdziały i zaczęłam pracę nad nowym projektem, który może niedługo ujrzy światło dzienne na blogu. Dziękuję z całego serducha, bo to dla mnie mega ważne! ♥ Bez Ciebie nie dałabym chyba sobie rady! Dziękuję! <3



"Nie są godni miłości ci, którzy w niczym nie ryzykują." - M. 


~~*~~*~~*~~*~~

~~ Alice ~~

    Wokół nas utworzyła się gęsta, błękitna mgła, przez którą praktycznie nic nie widzieliśmy. To właśnie w niej zniknęła Becky, więc próbowaliśmy przeniknąć przez nią wzrokiem, ale nie udawało się. Czekaliśmy, nie mając pojęcia, co robić, jaki będzie kolejny krok. Jedyne, co nam zostało to denerwowanie się i modlenie do Nyks, by wszystko się udało. 
    Nagle usłyszałam krzyk. Wydawało mi się, że nie należał do przyjaciółki. Serce zabiło mi szybciej. Utkwiłam spojrzenie w miejscu, gdzie miałam nadzieję ujrzeć sylwetki znajomych. 
    Nie musieliśmy długo czekać. Po chwili wypadli z mgły przerażeni Shane i Chloe w niesamowicie dziwnych strojach. Za nimi biegła zdyszana Becky. 
    - Szybko! Pomożcie mi! Musimy zamknąć przejście, zanim oni się tu przedostaną! 
    - Jacy oni? - zapytał zdezorientowany Damien. 
    - Nie ma czasu na pytania! Później wszystko wyjaśnimy! A teraz szybko! Złapcie się za ręce! - zawołała Chloe. Zrobiliśmy tak, jak kazała. Ona i Becky stanęły między nami i zaczęły recytować zaklęcie. Przyjaciółka wyciągnęła przed siebie prawą dłoń. Zauważyłam na jej palcu wskazującym pierścień, który dostała kiedyś od mamy, gdy dowiedziała się, kim tak naprawdę była. Ręka jej delikatnie drżała, a z zielonego klejnotu wydobywało się jakby złotawe światło. 
    Z mgły słychać było donośne krzyki pogoni. Rozejrzałam się dokoła, lecz niczego ani nikogo nie zauważyłam. 
    - Szybciej! - krzyknął Shane, wpatrując się w jeden punkt pośród mgły, gdzieś pod drugiej stronie rzeczki. Dziewczyny spojrzały na niego spode łba. Jedna warknęła cicho, nie zorientowałam się, która. Chłopak jednak od razu zamilkł. 
    W tym samym czasie pośród mgły rozróżniłam postacie dwóch mężczyzn. Byli niskiego wzrostu, nieśli ze sobą grube sznury i coś podobnego do batów. Wzdrygnęłam się mimowolnie. Ścisnęłam mocniej dłoń Damiena, który stał po mojej prawej stronie. Chłopak odwzajemnił uścisk, chcąc tym gestem dodać mi otuchy i jednocześnie powiedzieć, że wszystko skończy się dobrze. 
    Nie miałam pojęcia, ile tak staliśmy, modląc się, by dziewczyny jak najszybciej zamknęły portal. Coraz wyraźniej widziałam sylwetki zbliżających się nieproszonych gości. Już myślałam, że nas dopadną i zwiążą powrozami, gdy niespodziewanie mgła powoli zaczęła zanikać. Zerknęłam na Becky i Chloe; oczy miały zamknięte, wyraz twarzy wskazywał na to, że skupiły się całkowicie na zadaniu. Nie chciałam im przerywać ani dekoncentrować, więc swoją uwagę skupiłam na coraz wyraźniejszym drugim brzegu, który wyłaniał się z mgły. Prosiłam, błagałam wręcz boginię o to, by pogoń nie zdążyła przejść do naszego świata. 
    Nagle dało się słyszeć głośny wrzask frustracji i wszystko zniknęło. Zapanowała kompletna cisza. 

~~ Shane ~~

    - Udało się - szepnąłem Chloe do ucha, tuląc ją do siebie. - Cholera, udało się! 
    Staliśmy pośród znajomych twarzy. Uśmiechałem się jak głupi do każdego. Nie mogłem uwierzyć, że wszystko poszło zgodnie z planem. 
    Chloe nadal zachowywała się, jakbyśmy zaraz mieli zginąć spaleni na stosie. Cały czas kręciła głową i mamrotała coś pod nosem tak cicho, że nie potrafiłem rozróżnić słów. Starałem się do niej przemówić, wytłumaczyć, że niebezpieczeństwo minęło, ale wydawał się to płonny wysiłek. Dziewczyna trwała jak w amoku. 
    - Chloe, spójrz na mnie - powiedziałem łagodnie ale nakazująco. Posłuchała mnie. Zerknąłem w jej piękne oczy, w których nadal odbijał się strach. Bała się o nas. O nasze życie. - Nic już nam nie grozi. Widzisz, gdzie jesteśmy? Zobacz, rozejrzyj się dokoła - zaproponowałem. Powoli skierowała swoje  spojrzenie najpierw na potok a następnie na Becky. Rozpoznała ją od razu, bo oczy otworzyły jej się szeroko i zaszły łzami. Błyskawicznie wyrwała się z moich ramion i podbiegła do nieco zdziwionej brunetki. Przytuliły się serdecznie i ciepło na powitanie. Chloe w jej ramionach rozpłakała się, ale już wiedziała, że nic nam nie groziło. To zdecydowanie były łzy radości. 
    Patrzyłem przez chwilę na nią, jak cicho mówi coś do Becky, uradowany, że nic się jej nie stało. Potem zorientowałem się, że kilka par oczu spogląda na mnie z zaciekawieniem, chcąc dowiedzieć się wszystkiego. Ale ja zacząłem od najważniejszej rzeczy. Podszedłem do Prue i Chrisa i przywitałem się z nimi. 
    - Witaj z powrotem - powiedział blondyn, ściskając moją wyciągniętą dłoń. 
    - Dziękuję - odezwałem się po chwili milczenia, zerkając w oczy każdego z zebranych. - Dziękuję, że uratowaliście nam życie. 

~~ Prue ~~

    Przytuliłam się do Chrisa szczęśliwa, że wszystko skończyło się tak dobrze. Że sprowadziliśmy Chloe i Shane'a z powrotem do naszego świata. Że nie zginęli. Że nadal żyją i mają się w porządku. 
    Rozsiedliśmy się na trawie pod gwiazdami, wcale nie zmęczeni, jakby to był popołudniowy piknik. Słuchaliśmy z niemałym zainteresowaniem i przejęciem historii, jaka przydarzyła się naszym znajomym z przyszłości. Mówił głównie chłopak, ponieważ brunetka nie doszła jeszcze do końca do siebie. Gdy wtrącała do opowieści jakieś wyjaśnienie, o którym zapomniał Shane, głos nadal jej delikatnie drżał z przejęcia. Wcale się jej nie dziwiłam. Naprawdę wiele przeszła. Miała prawo na odpoczynek. 
    Bardzo poruszyła mnie opowieść blondyna o Ohrimach i ich zwyczajach rodem ze średniowiecznych lat. Nie mogłam w niektóre uwierzyć; tak bardzo wydawały mi się w naszych czasach absurdalne. 
    Może siedzielibyśmy dłużej, gdyby nie to, że w pewnym momencie Chloe zasnęła z głową opartą na ramieniu Shane'a. W końcu stres wykończył jej już i tak zmęczone ucieczką ciało. Dopiero wtedy ktoś zerknął na zegarek. Było po drugiej w nocy. Usłyszałam, jak komuś wyrwało się kilka przekleństw. 
    - Powinniśmy wracać - zauważyła Bella. Jak jeden mąż wstaliśmy z trawy; Damien pomógł Shane'owi z Chloe, by jej nie obudzić. Z westchnieniem ruszyłam w drogę do internatu. 
    Szłam z Chrisem na końcu, trzymając się za ręce. Nie spieszyliśmy się nigdzie; noc była piękna, księżyc oraz gwiazdy sprawiły, że na dworze panował romantyczny nastrój. Aż chciało się zostać i posiedzieć pod gołym niebem, podziwiając przepływające przez nie co jakiś czas obłoki. 
    Mimo naszego wolnego tempa, w końcu doszliśmy do internatu. Stanęliśmy przed wejściem, twarzami do siebie. Spojrzałam w oczy blondyna. Zauważyłam w nich złote iskierki, które jednak po chwili zniknęły. 
    - Jest późno - odezwał się, przerywając ciszę. Pokiwałam tylko delikatnie głową, przygryzając przy tym dolną wargę. - Chyba... chyba powinniśmy iść spać. - zauważył. Znów się z nim zgodziłam. - No to... Dobranoc - szepnął. Pochylił się, objął mnie w pasie i pocałował. Naprawdę słodka i namiętna pieszczota trwała bardzo krótko. Miałam ochotę na dużo więcej, ale niestety chłopak już się ode mnie odsunął. Odwrócił się na pięcie, chowając dłonie do kieszeni spodenek. Spojrzał na mnie tylko raz, przez ramię, uśmiechając się do tego łobuzersko. 
    Gdy w końcu położyłam się na łóżku, usłyszałam swój telefon. Jęknęłam cicho, ale zaczęłam go szukać po omacku na półce tuż przy mojej głowie. Odnalazłszy go, odblokowałam i przeczytałam wiadomość, którą przysłała mi Petra z Francji. Pisała, że udało jej się skontaktować z ludźmi, u których ukrywał się mój ojciec. Serce zabiło mi szybciej. Czyżby w końcu moje marzenie miało się spełnić? Czyżbym w końcu miała poznać tatę? Miałam ogromną nadzieje. 
    Umówiłam się z kobietą, że spotkamy się przed południem u niej w kawiarence. Tak bardzo cieszyłam się na wizytę u niej, że nie potrafiłam zasnąć. Leżąc, zastanawiałam się, jak to będzie. A im więcej myślałam, tym bardziej się denerwowałam. A co, jeżeli to jednak nie mój ojciec? A co jeśli mnie nie pozna, albo, co gorsza, nie będzie miał ochoty się ze mną spotkać? Coraz czarniejsze scenariusze nawiedzały mój zmęczony umysł aż w końcu zasnęłam.

***

    Bardzo długo zastanawiałam się, czy powiedzieć o moim wypadzie do Francji Chrisowi. Niby wiedział wszystko o całej tej sprawie, ale jakoś nie miałam ochoty na jego towarzystwo w tej podróży. Z drugiej jednak strony zasługiwał na prawdę. Dlatego postanowiłam wysłać mu smsa, gdy tylko znajdę się w kawiarni Petry.
    Szybko uwinęłam się z pracami, które powinnam była zrobić przed wyprawą. Następnie z naszyjnikiem ukrytym w zaciśniętej pięści, przeszłam na tyły stajni, gdzie mogłam spokojnie się teleportować.
    Kiedy otworzyłam oczy, zobaczyłam te same francuskie kamiennice, poczułam zapach morza i wypiekanych croissantów. Westchnęłam z lubością, wdychając smakowite zapachy słodkich ciasteczek. Wydawało mi się, jakbym była w domu; czułam się tak swojsko, tak wspaniale - tak samo jak w domu, gdy ktoś po długiej nieobecności siada na kanapie i spogląda na swoje cztery ściany. Wie, że to jego kąt na ziemi. Tak samo było ze mną i Francją. Wiedziałam, że, kiedy już dorosnę, tam właśnie zamieszkam.
Gerard
    Bez problemu odnalazłam kawiarenkę Petry. Tym razem w środku siedziało kilku klientów. Obsługiwał ich młody mężczyzna, który uśmiechnął się do mnie, gdy podeszłam do baru. Miał blond włosy opadające delikatnie na czoło, jednodniowy zarost i błękitne oczy. Był naprawdę wysoki i dobrze zbudowany. Ubrany w białą koszulkę i czarne spodnie z czerwonym fartuszkiem przepasanym w biodrach wyglądał naprawdę przystojnie.
    Usiadłam na wysokim stołku i czekałam, aż będzie miał chwilę, by zapytać go o Petrę. Kiedy skończył obsługiwać gości, podszedł do mnie i przywitał się serdecznie. Trudno było go zrozumieć przez bardzo wyraźny francuski akcent.
    - Witam. Ty musisz być Prue. Petra mówiła, że przyjdziesz. Zaraz ją zawołam - rzekł i zniknął za drzwiami prowadzącymi do kuchni.
    Nie musiałam długo czekać. Po chwili znów wyszedł, prowadząc za sobą uśmiechniętą młodą kobietę. Widząc mnie, od razu wyprzedziła chłopaka i podbiegła do mnie. Mocno przytuliła na powitanie.
    - Bonjour, Prue! Jak dobrze cię znów widzieć! Przed chwilą poznałaś mojego narzeczonego, Gerarda. - Uśmiechnęła się do chłopaka, który niósł na tacy lody do stolików. Usiadłyśmy przy barze. - Cieszę się, że tak szybko przyjechałaś.
    - Nie mogłam inaczej. W końcu chodzi o mojego ojca - odpowiedziałam.
    - Racja. Szczerze ci powiem, że nie wierzyłam, że uda mi się tak szybko go odnaleźć. Ale chyba Nyks czuwa nad tobą. Raz dwa skontaktowałam się z kim trzeba. Nie musiałam chodzić od jednego domu do drugiego, ponieważ pierwszy znajomy, do którego zadzwoniłam, wiedział, gdzie znajdę Dereka. - Położyła mi dłoń na ręce i delikatnie ścisnęła.
    - Kiedy będziemy mogły się tam wybrać? - zadałam nurtujące mnie pytanie.
    - Dzisiaj. Inaczej bym cię tak szybko nie ściągała. Musimy działać natychmiast, bo nie wiadomo, czy magia twojego ojca nie przeniesie go wkrótce do innego miejsca, a potem to szukaj wiatru w polu. Nie panuje nad tym, gdzie się przeteleportuje. Jest zbyt słaby.
    - W takim razie dobrze, że go tak szybko odnalazłyśmy. Już czas, by zakończył tułaczkę - powiedziałam dobitnie.
    - Tak, masz rację. To co, możemy się zbierać? - zapytała.
    - Oczywiście - odparłam. Wstałyśmy i wyszłyśmy z kawiarenki przez kuchnię. Stanęłyśmy na placyku pomiędzy dwoma kamiennicami. Wyciągnęłam z kieszeni naszyjnik. Wyjaśniłam jej jego działanie. Petra opisała mi miejsce, do którego się wybierałyśmy. Założyłam więc na nas wisiorek, zamknęłam oczy i wyobraziłam sobie to miejsce...
    Uchyliłam powieki, jak już wiedziałam, że na pewno znów stoję na stałym gruncie. Moim oczom ukazał się wspaniały widok. Mały domek stojący niemalże na plaży. W zasięgu wzroku błękitne morze. Wokół chatki rosło mnóstwo roślinności - wysokie owocowe drzewa i mniejsze krzewy oraz niskie kolorowe kwiaty.
    - Gdzie jesteśmy? - zapytałam onieśmielona widokiem. Zapach unoszący się wokół również był wspaniały - słone morze, grzejące słońce i gotujący się obiad.
    - Włochy - powiedziała tylko i ruszyła w stronę domku. Przez chwilę stałam tam, nie wiedząc, co zrobić; z jednej strony spieszyło mi się do ojca, z drugiej pragnęłam nacieszyć się cudownym widokiem. Wygrała pierwsza potrzeba.
    Zbliżając się do domku, zauważyłam, że ktoś z niego wyszedł nam naprzeciw. Petra zaczęła rozmowę oczywiście po włosku, więc nic z niej nie zrozumiałam. Stanęłam jednak tuż przy niej, przyglądając się uważnie mężczyźnie, któremu moja towarzyszka coś zawzięcie tłumaczyła. Wyglądał może na czterdzieści lat, nie więcej. Ciemne włosy gdzieniegdzie przerzedzone i przyprószone siwizną opadały na opalone ramiona. Szarymi oczami spoglądał na mnie ciekawie. Między krzaczastymi, ciemnymi brwiami pojawiła się pionowa zmarszczka. Spod hawajskiej, do połowy rozpiętej koszuli wystawał delikatnie zaokrąglony, opalony brzuch. Jego ubioru dopełniały krótkie, niebieskie spodenki i japonki. Był niskim mężczyzną.
    Rozmowa trwała dosyć długo. Wydawało mi się, że pojawiły się jakieś komplikacje, ale gdy Petra się do mnie odwróciła, uśmiech satysfakcji nie spływał jej z twarzy. Poszłyśmy za mężczyzną do wielkiego ogrodu z drewnianą altaną pośrodku i hamakami zawieszonymi między drzewami. Niedaleko stołu i ław zapełnionych jedzeniem, leżał ogromny pies. Przynajmniej tak wydawało mi się na początku, bo gdy podeszłyśmy bliżej, zauważyłam, że to był naprawdę duży wilk. Oczy miał zamknięte, ale gdy tylko ukucnęłam przy nim, otworzył je szeroko. Zobaczyłam w nich swoje odbicie; nieco zestresowaną dziewczynę, która strasznie bała się spotkania ze swoim ojcem.
    - Cześć - szepnęłam. Petra stojąca za mną, uśmiechnęła się.
    - Witaj, Derek. Zobacz, kogo ci przyprowadziłam - powiedziała wesoło. - Tak, to twoja córka - dodała po chwili milczenia, jakby odpowiadała na niezadane pytanie. Spojrzałam na nią nieco zdezorientowana. - Mówiłam ci, że twój tata znalazł sposób, by się komunikować  z ludźmi. - Zaśmiała się cicho.
    "- Dzień dobry, Prue. Cieszę się, że mogę cię w końcu poznać." - usłyszałam nagle w swojej głowie. Wzdrygnęłam się delikatnie, nie spodziewając się, że się do mnie odezwie. Podniósł łeb i położył na moich kolanach. Zdziwiona tym nagłym gestem, na początku nie wiedziałam, co zrobić. Dopiero po chwili odważyłam się i położyłam dłoń między jego uszami. Przymrużył oczy, wyrażając swoje zadowolenie.
    - Dzień dobry, tato - szepnęłam, starając się, by nie rozpłakać się ze szczęścia. Dopiero wtedy poczułam prawdziwy spokój, choć wcześniej nie zdawałam sobie sprawy, że czułam się nieco zaniepokojona. - Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że cię w końcu odnalazłam.


~~*~~*~~*~~~*~~

    Heeej! ;) I jak wrażenia po przeczytaniu rozdziału? Chyba wyszedł nieco dłuższy niż wcześniejszy. I w sumie dobrze, bo ostatnie notki były krótkawe :) Mam nadzieję, że się podobało.
    Dziękuję za wspaniałe słowa pod ostatnim rozdziałem. Gdy wiem, że mam dla kogo pisać, od razu lepiej mi się tworzy ^^ ♥
    Pozdrawiam Wass gorąco, bo na dworku niestety ziiimno! <3

sobota, 24 stycznia 2015

*31. "Dla nas najważniejsze było to, że się kochamy. "

Rozdział z dedykacją dla Seoanaa i Vivian. Dziękuję Wam za kolejne nominacje do LBA. To dla mnie wieeelkie wyróżnienie, że właśnie mnie wybrałyście *,* 



"W życiu nie ma sytuacji bez wyjścia. Wszystko można zmienić, naprawić. Wystarczy spróbować."


~~*~~*~~*~~*~~

~~ Becky ~~

    Nie miałam pojęcia, co powiedzieć mamie, dlatego zwlekałam z rozmową jak najdłużej. W końcu okazało się, że już nie mam czasu i zadzwonić powinnam od razu. Tym bardziej się przestraszyłam. Filip próbował mnie uspokoić, ale na niewiele się to zdawało.
    Tak właściwie to nie miałam pojęcia, czym się stresowałam. Gdzieś w głębi podświadomości siedział strach o to, że mama mnie nie zrozumie i wyśmieje, że pomyśli, że już mi całkiem odbiło. Ale oprócz tego? Nie miałam nic do stracenia.
    Usiadłam wraz z Filipem w stajni pośród zwierząt i wybrałam numer rodzicielki. Czekałam dosyć długo. Już myślałam, że nie odbierze i miałam się rozłączyć, gdy usłyszałam w słuchawce jej głos. Serce zabiło mi mocniej. Poczułam, jak mój brat ściska moją dłoń, chcąc dodać mi otuchy.
    - Cześć, mamo - przywitałam się. Wydawało mi się, że głos mi zadrżał, ale miałam nadzieję, że mama tego nie zauważyła.
    - Dzień dobry, córeńko! - zawołała uradowana. - Co u ciebie słychać? - zapytała. Nie wiedziałam, od czego zacząć. Kobieta wyczuła moje wahanie. - Stało się coś?  - zaniepokoiła się.
    - Poniekąd - zaczęłam ostrożnie. - Oczywiście nie chodzi o mnie. Nie bezpośrednio. Raczej o moich znajomych... Pomyślałam... Zastanawiałam się, czy nie mogłabyś nam pomóc.
    - Chyba nawet wiem, w jakiej sprawie - odezwała się.
    - Naprawdę? Skąd? - zdziwiła się.
    - Wczoraj wieczorem ktoś próbował się ze mną skontaktować. Jego duch, choć raczej powinnam powiedzieć, że jej, znajduje się w innym świecie, dlatego połączenie trwało krótko. Jedyne, co zdołałam ustalić to to, że jest w krainie, którą zwą Ohr. Niewiele o niej wiem, ale z tego, co wyczułam, wnioskuję, że dzieje się tam źle.
    - Bella miała wizję, jak mieszkańcy tamtego świata spalają ich na stosie. Dlatego właśnie dowiedzieliśmy się, że tam wylądowali. Mamy coraz mniej czasu na wydostanie ich stamtąd! Masz jakiś pomysł?
    - Oczywiście, że tak. Zamierzałam nawet dzisiaj do ciebie zadzwonić, by was o to zapytać, ale mnie ubiegłaś z telefonem. Teraz posłuchaj mnie uważnie. To bardzo ważne. Pamiętasz pierścionek z zielonym oczkiem, który przysłałam ci wraz z listem, zanim się poznałyśmy?
    Pokiwałam głową, ale gdy zorientowałam się, że przecież mama tego gestu nie zauważyła, odpowiedziałam jej cicho, że pamiętam.
    - Schowałam go do szkatułki na biżuterię - dodałam.
    - To dobrze. Będzie ci potrzebny. A oprócz niego szałwia, sosna i lawenda związane w jeden bukiecik, Filip powinien wiedzieć jak to zrobić, i oczywiście ustronne miejsce, spokój i świeca. Dobrze również byłoby, gdybyś znajdowała się jak najbliżej czterech żywiołów - powietrza, wody, ziemi i ognia. Chociaż to ostatnie będzie symbolizowała zapalona świeca.
    - I co mam wtedy zrobić? - zapytałam, skupiona, by niczego nie zapomnieć.
    - Wypowiedzieć zaklęcie komunikacji, nieco inne, niż to, które posłużyło twojej koleżance. Pomogę ci je ułożyć. Potem spalisz kartkę z zaklęciem w płomieniu świecy. Wtedy zacznie się najtrudniejsza i najbardziej niebezpieczna część.
    Zadrżałam, słysząc poważne słowa mamy. Starałam się nie okazywać przerażenia, które mną zawładnęło. Wiedziałam już wcześniej, że będzie trudno. Ale dopiero rozmowa z rodzicielką uzmysłowiła mi, jak bardzo będziemy musieli się narazić. Mimo niebezpieczeństwa nie mogłam się wycofać. Chloe i Shane ryzykowali życie, by uratować cały nasz świat. Teraz czas się im odwdzięczyć.
    - Słucham cię uważnie - powiedziałam tylko. Czułam, jak serce bije mi jak oszalałe.

~~ Prue ~~

    Wszyscy siedzieliśmy jak na szpilkach, czekając aż Becky skończy rozmawiać ze swoją mamą. Chcieliśmy już coś robić, działać, bo czekanie źle na nas wpływało. Tylko niepotrzebnie się martwiliśmy, zastanawialiśmy, co będzie, lub co by było, gdyby...
    Siedziałam oparta plecami o tors Chrisa. Chłopak obejmował mnie mocno w talii, jakby bał się, że gdzieś mu ucieknę. Nie miałam takiego zamiaru. Odkąd powiedziałam mu całą prawdę o poszukiwaniach ojca, było coraz lepiej. Co prawda blondyn już nie należał do tego samego stada co ja, ale nie przejmowaliśmy się ani ludźmi, ani tradycjami, ani zwyczajami a tym bardziej zakazami czy nakazami, które ustanowił Stark. Bo kto by się przejmował? Dla nas najważniejsze było to, że się kochamy.
    Rozejrzałam się dookoła. Alice rozmawiała cicho z Damienem i Tomem. Stali tuż pod oknem, za daleko, bym mogła usłyszeć choćby strzęp zdania. Miny mieli obojętne, ale wyczuwałam od nich zdenerwowanie.
    Na strychu, mimo później pory, było ciepło. Przez pootwierane okna wlatywał orzeźwiający wiatr, który rozwiewał włosy Alice. I choć w dzień pogoda znacznie się popsuła w porównaniu do poprzednich dni, to wieczorem znów się nieco ociepliło.
    Zastanawiałam się, jak to wszystko przebiegnie, gdy drzwi na strych się otworzyły. Serce zabiło mi nieco szybciej, bo w pierwszej chwili pomyślałam, że to Becky. Spojrzawszy na przybyłych, nadzieja ulotniła się. W progu stali Bella i Alex. Przywitali się z nami cicho i podeszli do mnie i Chrisa. Oboje usiedli po turecku na dywanie.
    - Jeszcze nie skończyli? - Chciała się upewnić. Pokręciłam tylko delikatnie głową. - Mogliby się pospieszyć. Mam złe przeczucia.
    - Co masz na myśli? Miałaś jakąś wizję? - zapytałam, spoglądając jej w oczy. Była naprawdę zmęczona i wystraszona.
    - Nie, ale po prostu czuję, że jeśli niedługo nie zaczniemy działać to nie zdążymy.
    Po jej złowróżbnych słowach zapanowała cisza. Nie potrafiłam wyobrazić sobie sytuacji, w której zawiedliśmy. Musieliśmy ich uratować. Nie było innego wyjścia.
    - Zadzwonię do Filipa i zapytam, kiedy skończą - zaproponował Alex.
    - Dobry pomysł - pochwaliłam. Podczas gdy Alex wybierał numer brata Becky, przypatrywałam się starej szafie, która stała naprzeciwko. Nie było w niej nic niezwykłego. Zrobiona z brązowego, mocnego drewna, porysana gdzieniegdzie. Na drzwiach nadal widziałam delikatne rzeźby przedstawiające kobietę zamieniającą się w zwierzę. Wokół klamki zauważyłam prawie całkiem zatarte ślady pazurów, które mogła zostawić tylko wściekła bestia. Wzdrygnęłam się, bo wyobraziłam sobie wielkiego ciemnego wilka, który próbuje dostać się do szafy, gdzie ukryła się jego ofiara.
    - Prue! - Głos Alexa wyrwał mnie z zamyślenia. Spojrzałam na niego, mrugając szybko kilka razy, by pozbyć się napływających do oczu łez. - Filip mówi, byśmy spotkali się za stajnią przy strumyku. Prosił, byśmy przynieśli świece. Wszystko w porządku? - zapytał, spoglądając mi w oczy.
    - Jasne, jasne, ja tylko... Nieważne... Jedna świeca wystarczy? - Chciałam się upewnić. Gdy chłopak pokiwał głową, pokazałam mu miejsce, gdzie powinien znaleźć nową świecę. Sama podeszłam do Toma, Alice i Damiena i wyjaśniłam im to, czego się dowiedziałam. Szybko wyszliśmy ze strychu i skierowaliśmy się nad potok.

~~ Narracja trzecioosobowa ~~

    Chloe od rana miała złe przeczucia. Gdy tylko otworzyła oczy, przeszedł po jej ciele dziwny dreszcz. Zastanawiając się, co to mogło oznaczać, ubrała się w swoją sukienkę i poszła do kuchni, gdzie czekała na nią niespodzianka i zarazem kolejny dowód na to, że coś było nie tak. Shane siedział przy stole, pijąc herbatę. Głowę trzymał nisko, jakby się czymś martwił.
    - Hej, co ty tu robisz? Nie powinieneś być w pracy? - zapytała go, wlewając do swojego kubka odrobinę wody.
    - Powinienem, ale gdy poszedłem do Kartika, ten powiedział mi, że jego ojciec ma dla mnie dzisiaj inne zadanie i żebym poczekał w domu, bo na pewno do mnie przyjdzie i mi o tym powie.
    - Nie wydaje mi się, żeby to było coś przyjemnego - zauważyła Chloe.
    - Też mi się tak wydaje. - Westchnął. - Słuchaj, a może by tak spróbować jeszcze raz, co? - zniżył głos do szeptu.
    - Oszalałeś? - zawołała przerażona. - Chcesz, żeby nas spalili na stosie za czarowanie? Przecież nie wiesz, jaki mają stosunek do tych, którzy władają magią. Żyją jak w średniowieczu to i może zabijają czarownice jak wtedy? Nie chcę ryzykować. Poza tym nie wiadomo, czy kolejnym razem nam się uda. A może powiodło się za pierwszym razem? Przecież tłumaczyłam ci, że kiedyś wyglądało to zupełnie inaczej, ale różnice mogą wynikać z tego, że znajdujemy się nie wiadomo gdzie. Moja intuicja podpowiada mi, że jednak zdołałam połączyć się choć na chwilę z mamą Becky - dodała,by dodać im otuchy. Nie wspomniała ani słówkiem o dręczącym ją niepokoju, ale wydawało jej się, że Shane również coś podobnego czuje. Może nie tak intensywnie jak ona, ale zdawał sobie sprawę, że już niedługo stanie się coś. Niekoniecznie coś dobrego dla nich.
    Siedzieli chwilę w ciszy, którą przerwało dopiero głośne pukanie do drzwi. Chociaż pukanie to w tym przypadku wielki eufemizm. Chloe, wyrwana z zamyślenia, podskoczyła na krzesełku, słysząc krzyki na zewnątrz. Shane spojrzał na nią z przerażeniem w oczach. Podszedł jednak do drzwi i otworzył je. Na zewnątrz stał Merrin wraz z Silasem i paru innymi mężczyznami. Dwóch najroślejszych trzymało długie, mocne powrozy w swoich wielkich dłoniach. Blondyn przełknął głośno ślinę. To, czego obawiali się najbardziej, w końcu nadeszło...

~~ Alex ~~

   Gdy tylko znalazłem świecę na wielkiej szafie, ruszyłem za wszystkimi. Gdyby ktoś patrzył na nas z okna w swoim pokoju, pewnie bardzo by się zdziwił. Musieliśmy wyglądać naprawdę dziwnie. Grupka składająca się z siedmiorga osób wędrowała sobie w piątek po północy przez szkolny plac, kierując się do stajni. Uśmiechnąłem się do swoich myśli. Tak, musieliśmy wyglądać choć trochę komicznie. Zwłaszcza ja z tą wielką świecą w ręce.
    Księżyc i gwiazdy świeciły jasno. Na niebie nie było ani jednej chmurki; wszystkie rozgonił mocny wiatr. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy po ominięciu stajni, były dwie postacie. Jedna klęczała na brzegu strumyka, którego szum usłyszałem kilka chwil wcześniej. Druga natomiast stała nieco dalej. Wyglądało to tak, jakby nie chciała przeszkadzać. Kiedy podeszliśmy nieco bliżej, zorientowałem się, że Becky siedziała na ziemi, a jej brat trzymał się na uboczu.
    - Już jesteśmy! - zawołała Alice. Filip szybko ją uciszył. Wyjaśnił szeptem, że nie powinniśmy dekoncentrować Becky, ponieważ musi się skupić na zadaniu, jakie miała za chwilę wykonać.
    Podczas gdy brunetka medytowała i prosiła Nyks o pomoc, Chris podpalił zapałkami świecę, którą postawiłem przed Becky. Dziewczyna po chwili podniosła na nas wzrok i odezwała się cicho.
    - Możemy zaczynać. Usiądźcie wokół mnie. - Zrobiliśmy, jak kazała. Filip zapalił bukiet ziół, który wcześniej leżał na ziemi. Po chwili zgasił ogień a z roślin zaczął ulatywać dym. - Dobrze -  powiedziała tylko. Wyjęła z kieszeni kartkę, z której przeczytała zaklęcie po czym spaliła je w płomieniu świecy. Zamknęła oczy. Przez moment nic się nie działo. Dopiero po chwili zauważyliśmy pierwsze oznaki tego, że zaklęcie zaczęło działać. Ciałem Becky coś szarpnęło. Najpierw do przodu, potem do tyłu. Z przerażeniem patrzyliśmy jak na jej twarzy pojawia się grymas bólu. Nikt z nas nie wiedział, co zrobić. Nie chcieliśmy przerwać połączenia, które nawiązała, więc mogliśmy tylko czekać.

~~ Becky ~~

    W pewnym momencie przestałam widzieć przyjaciół. Przeniosłam się do równoległego świata, w którym znajdowali się Shane i Chloe. Zobaczyłam ich jak szli prowadzeni przez dwóch osiłków ku wybudowanemu wielkiemu stosowi. Przestraszyłam się, bo w pierwszej chwili pomyślałam, że przybyłam za późno. Ale nie, jeszcze miałam czas. W mgnieniu oka podbiegłam do nich i obu mężczyzn powaliłam przy pomocy kul ognia. Usłyszałam westchnienia ulgi, zdziwienia i strachu. Zanim starszy facet zdążył zareagować, podbiegłam do Shane'a i Chloe i, wyczarowanym ogniem na czubku palca, przepaliłam ich więzy.
    - Szybko! Musimy się spieszyć. Nie wiem, jak długo utrzymam portal! - krzyknęłam. Widziałam, jak mnóstwo pytań ciśnie im się na usta, lecz powstrzymali się. Zdawali sobie sprawę, że jeśli nie wydostaniemy się stąd jak najszybciej, zginiemy.
    Pędem ruszyliśmy w stronę błękitnej poświaty, którą utworzyłam, gdy nawiązałam kontakt ze światem Ohr. Wbiegliśmy w nią, czując na karku oddech pogoni. Przez moment nic nie mogliśmy dostrzec z powodu mlecznej mgły. Po chwili usłyszałam trzask łamanej gałęzi. Serce zabiło mi szybciej, pomyślałam, że to na pewno mężczyźni z tamtej krainy chcieli nas dopaść. Przyspieszyliśmy, choć nie mieliśmy pojęcia, gdzie biegliśmy.


~~*~~*~~*~~*~~

    Hej, hej :) Co tam u Was? Jak półrocze? A Wasze oceny? Macie się czym chwalić czy raczej niekoniecznie? :D U mnie nawet okk ;) Myślałam, że będzie gorzej.
    Jak wrażenia po przeczytaniu rozdziału? Jestem tego ciekawa. Wydaje mi się, że nieco dłuższy niż ostatnim razem.
    No i oczywiście przybyła nam nowa czytelniczka ;) hej, hej jeszcze raz Vivian! ;)
    Zachęcam do oddawania głosów w ankiecie, to Was naprawdę nic nie kosztuje, a skoro już tutaj jesteście, to moglibyście pomóc mi w podjęciu ważnej decyzji odnoście tego bloga :
    Pozdrawiam Wass! ♥
    Ps. Miałam dzisiaj sprawdzić rozdział, bo wczoraj jak go kończyłam było parę minut przed północą, ale jestem tak padnięta, że to chyba nie ma sensu ;) Ale przeczytam jak tylko znajdę chwilę czasu :) prawdopodobnie we ferie będę wszystko poprawiała ;)

środa, 8 października 2014

*26. "Zrobimy to jutro?"

Dziękuję za wspaniałą zabawę! Było mega super, śmiesznie i zabawnie, i wszystko :D Pierwsza taka nasza impreza i zaliczam ją do jak najbardziej udanych <3 Dziękuję ♥



"Ocalałeś nie po to, aby żyć." - Zbigniew Herbert. 



~~*~~*~~*~~*~~


~~ Narracja trzecioosobowa ~~

    Kolejny dzień w dziwnej krainie mijał im spokojnie. Od rana oboje byli zajęci swoimi obowiązkami; Shane poszedł z Kartikiem do pracy, a Chloe pomagała Felicity w domu. Gdy po kolacji wrócili do swojej chatki, byli zmęczeni i jedyne, o czym marzyli to gorąca kąpiel i sen. Niestety, na kąpiel nie mogli liczyć, nie w tym świecie, gdzie ludzie oszczędzali na czym tylko się dało, nawet na opale i wodzie czy jedzeniu. Ale nawet o śnie mogli zapomnieć, przynajmniej na razie, bo obiecali sobie rano, że wieczorem usiądą razem przy stole i porozmawiają o ich położeniu i szansach na powrót do domu.
    Usiedli więc naprzeciwko siebie. Miny mieli niewesołe, ale chyba nikt, na ich miejscu, by się nie cieszył. Podpierając głowy rękami i mrugając szybko powiekami, patrzyli na siebie niemal nieprzytomnie. Żadne z nich nie miało ochoty pierwsze się odezwać.
    Shane wyciągnął przed siebie rękę i dotknął nią ciepłej i delikatnej dłoni Chloe. Dziewczyna wzdrygnęła się nieznacznie, bo gest zaskoczył ją. Spojrzała mu w oczy, starając się powstrzymać ziewnięcie. Zauważyła w jego tęczówkach zmęczenie połączone z determinacją. Jego słowa potwierdziły tylko to, że dziewczyna nie dostała sennych majaków.
   - Musimy się stąd wydostać, nie podoba mi się atmosfera tego miejsca. To nie jest normalne, że codziennie wieczorem jesteśmy tak zmęczeni, że nie mamy na nic siły. Tutaj jest coś nie tak, nie mam pojęcia co, ale najwyższy czas się dowiedzieć i temu czemuś przeciwstawić.
    Chloe pokiwała półprzytomnie głową. Zgadzała się z chłopakiem w stu, a nawet może i więcej, procentach, ale po prostu nie miała siły na choćby odrobinę wyraźniejszy gest. Przyglądając się uważnie twarzy Shane'a, zauważyła, że w jego oczach już nie widać takowego zmęczenia, które ją ogarniało. Wyglądało to tak, jakby otoczka, która spowijała go, powodując brak sił, stopniowo się ulatniała. Zdawało jej się, że czuł się dużo lepiej, po chwili nawet się do niej uśmiechnął, zaciskając jej mocniej palce na dłoni, by dodać jej otuchy.
    - Musisz uwierzyć, że to nie jest normalne - szepnął. - To tylko zły czar, który musisz przezwyciężyć. Mnie się to już udało. Teraz tylko ty. Pomogę ci, nie bój się. Po prostu mi zaufaj.
    - Ufam ci - powiedziała bez zastanowienia.
    - To dobrze, a teraz powtarzaj za mną. - Wziął głęboki wdech i kontynuował. - To się nie dzieje naprawdę. To nie jest normalne. To tylko magia, która zaraz przestanie działać.
    - To się nie dzieje naprawdę. To nie jest normalne. To tylko magia, która zaraz przestanie działać. - mówiła cicho i szybko.
    - I jeszcze raz. To się nie dzieje naprawdę... - poinstruował Shane. Dziewczyna powtórzyła zdania jeszcze kilka razy. Dopiero wtedy i z niej spłynęło zmęczenie przytłaczające jej barki. Zaczerpnęła głośno powietrza, które po chwili wypuściła z delikatnym świstem. - Udało się! - zawołał chłopak, wstając szybko z krzesła, które przewróciło się, powodując mnóstwo hałasu. Przeszedł naokoło stół i wziął w ramiona nieco zdziwioną Chloe. Jej krzesło również się przewróciło, gdy zakręcił nią wokół własnej osi. Po chwili wahania wtuliła się w niego, wdychając znajomy zapach jego ciała. Niekontrolowany chichot wymknął jej się z ust.
    - Co to było? - zapytała, gdy chłopak w końcu odstawił ją na miejsce. Postawili krzesła znów na swoim miejscu i usiedli na nich. Shane spojrzał na nią, uważnie jej się przyglądając. Chciał się upewnić, że cały czar prysł.
    - Najwidoczniej ktoś nie chce, żebyśmy się stąd wydostali - zauważył.
    - Ktoś, albo coś - zasugerowała Chloe, próbując sobie to wszystko poukładać w głowie.
    - Nie, to na pewno był człowiek - powiedział przekonany chłopak. - A raczej jego magia, ale na pewno czar rzucił człowiek. Nie ma nigdzie, nawet w innym wymiarze, tak potężnej magii, która utworzyłaby się bez pomocy czarodzieja. Pytanie tylko, kto jest na tyle zdolny i silny, by móc nas tak omamić?
    - Naprawdę myślisz, że ktoś tutaj ma magiczną moc? - zapytała z powątpiewaniem dziewczyna.
    - To inny wymiar, magiczna kraina, tutaj wszystko jest możliwe - odparł.
    - Więc pewnie domyślasz się, kim może być ta osoba? - powiedziała Chloe, próbując zastanowić się, na kogo mógłby stawiać Shane.
    - To chyba oczywiste, że chodzi o Merrina - odezwał się głośno.
    - Nie jestem tego taka pewna - powiedziała nieprzekonana.
    - No a kto, jak nie on? - zirytował się nieco Shane. - Przecież to chyba oczywiste. On jest tym całym ich wodzem, czy jak on się zwie w ich kulturze. To on nimi przewodzi, więc najbardziej prawdopodobne jest to, że to on będzie miał moc.
    - Myślisz? - Dziewczyna zaczęła dostrzegać prawidłowość rozumowania przyjaciela. - Jak się tak zastanowić, to możesz mieć rację - przyznała. Chłopak skinął głową i uśmiechnął się do niej. - To co w takim razie robimy?
    - Sam jeszcze nie wiem. Moglibyśmy spróbować skontaktować się z Becky. Chyba będziesz potrafiła to zrobić?
    - Ja tak, ale nie jestem pewna, czy Becky z tamtego okresu, do którego się przenieśliśmy, będzie umiała odebrać prawidłowo sygnał czy wiadomość. Z tego, co widziałam przy rzucaniu zaklęcia, miała niewielkie pojęcie o rodzinnej magii. Nie wydaje mi się, żeby od tamtej pory coś się pod tym względem zmieniło.
    - Kurde, faktycznie. Wyglądała na zdezorientowaną wtedy. Myślałem, że było to związane ze śmiercią Davida i naszym odejściem. Nie sądziłem, że jeszcze się niczego o waszej rodzinie nie dowiedziała - wyraził swoje niemałe zdziwienie. Oparł się wygodnie - na tyle, na ile to było możliwe - o drewniane oparcie krzesła i podrapał po głowie, zastanawiając się, co by w takie sytuacji zrobić. - A mogłabyś skontaktować się z jej mamą? Ona na pewno wiedziałaby, co zrobić. No i przez nią dotarlibyśmy do reszty. Gdybyśmy poprosili ją, by opowiedziała o wszystkim Prue, Becky czy Alice...
    - Mogę spróbować, ale nigdy czegoś takiego nie robiłam. Wcześniej wiązałam się tylko z mamą, a i to nie zawsze działało. - Posmutniała. Chciała być pomocna Shane'owi. Chłopak myślał za nich dwóch, więc ona pragnęła przynajmniej czynem mu to wszystko wynagrodzić.
    - Zadziała - powiedział chłopak z taką pasją, że i Chloe uwierzyła, że jej się uda nawiązać kontakt z mamą Becky. - Wierzę w ciebie - szepnął, nachylając się ku niej i patrząc prosto w oczy. Przez plecy dziewczyny przeszedł przyjemny dreszcz.
    - Okej, będę potrzebowała chwili ciszy i spokoju, paru ziół, przynajmniej dwie świece i kredę. Fajnie by było, gdybym miała też kryształy, pomogłyby mi utrzymać kontakt dłużej niż normalnie, ale w naszym przypadku nie zdobędziemy kryształów. Nie tutaj. - Westchnęła. - Zioła mogę jutro skombinować. Felicity mi pomoże. Gorzej będzie ze świecami... - zastanawiała się.
    - Popytam, może coś się wykombinuje, nie martw się. Ty zajmij się roślinami, a ja przyniosę świece - zaproponował. Dziewczyna kiwnęła głową na znak zgody. - Zrobimy to jutro?
    - Tak, im szybciej, tym lepiej. Wynośmy się stąd zanim stanie nam się coś złego, bo coś czuję, że im dłużej tu jesteśmy, tym bardziej coś nam zagraża. Nie mam pojęcia, czym miałoby być to zagrożenie, ale niewątpliwie się zbliża. Z każdym dniem jest coraz bliżej...
    - Mam nadzieję, że nasz plan wypali.
    - Musi. Inaczej zostaniemy tu na zawsze. A ja nie chcę się tutaj zestarzeć. - Wzdrygnęła się na samą myśl o pozostaniu w krainie Kartika i Felicity.
    - Razem damy radę - zapewnił ją, dotykając czule jej dłoni. Chloe delikatnie się zarumieniła, ale starała się nie okazać, jak duże zrobił na niej wrażenie jego dotyk. Uśmiechnęła się tylko szeroko, zaglądając przez chwilę w jego oczy. Potem spuściła wzrok na ich złączone ręce na stole. - Chyba powinniśmy się już położyć. Jutro wielki dzień, musimy być wypoczęci - odezwał się po chwili milczenia. Chloe kiwnęła tylko głową. Wstała szybko od stołu, podeszła do łóżka, gdzie ściągnęła swoją sukienkę i zamiast niej założyła cieniutką halkę do spania. Szybko położyła się na łóżku i przykryła szczelnie kołdrą. Nie lubiła zakładać swojej "pidżamy", bo odsłaniała więcej niżby chciała pokazać. Wstydziła się paradować półnago, zwłaszcza, że Shane, który jej się podobał, co chwila na nią spoglądał.
    Chwilę potem i chłopak położył się na łóżku. On nie miał problemu z nagością. Spał bez koszulki, jedynie w krótkich a la spodenkach. Wyciągnął się wygodnie na łóżku, spoglądając w sufit, jedną rękę trzymał zgiętą w łokciu pod głową, a druga leżała na jego brzuchu.
    - No to dobranoc - powiedziała pierwsza Chloe, przewracając się na bok, plecami do chłopaka. Ten spojrzał na nią z błądzącym w kącikach ust uśmiechem.
    - Dobranoc - szepnął, zapatrzony w burzę ciemnych włosów rozrzuconych na poduszce i nagich ramionach dziewczyny. Podniósł rękę, bo poczuł dziwną potrzebę odgarnięcia kosmyków z jej ciała, ale powstrzymał się w ostatniej chwili. Odłożył więc z powrotem rękę na brzuch i wpatrywał się zamyślony w sufit drewnianej chatki.

***

    Chloe siedziała jak na szpilkach, czekając na powrót Shane'a. Z pomocą Felicity zebrała wszystkie potrzebne jej zioła, które potem związała w bukiecik. Znalazły się w nim między innymi szałwia, sosna i lawenda. Teraz leżały na wyszorowanym rano stole.
    Dziewczyna przyszykowała już wszystko. Przedmioty, które mogłyby przeszkadzać, odsunęła na boki tak, że w pomieszczeniu znalazło się mnóstwo wolnej przestrzeni. Postanowiła, że razem z Shanem przesuną pod ścianę jeszcze stół. Sama nie dałaby sobie z nim rady, ponieważ był za ciężki.
    Na piecu w rogu kuchni stałął garnek pełen smakowitej potrawki, którą dziewczyny dzisiaj przyszykowały na kolację dla Shane'a i Kartika. Chloe wzięła trochę do domu, wymigując się błahostkami od wspólnej wieczerzy. Wolała od razu po jedzeniu zająć się rytuałem, a gdyby spędzili kolację u młodej pary, na pewno tak szybko by nie wyszli.
    Chloe tak bardzo się zamyśliła, że dopiero Shane, wchodząc do chatki, wytrącił ją z tego stanu względnej błogości.
    - Cześć! - zawołał od progu. Powiesił kurtkę na wieszaku przy drzwiach, ściągnął buty, by nie nabrudzić w całej kuchni i przeszedł dalej. Jeszcze trochę rozkojarzona brunetka spojrzała na przyjaciela, nie wiedząc, co zrobić. - Co jest do jedzenia? Jestem strasznie głodny! - jęknął, siadając przy stole. Dopiero wtedy Chloe zorientowała się, co musi zrobić. Pobiegła szybko do piecyka, z garnka nałożyła na dwie miseczki potrawki i jedną postawiła przed Shanem a drugą tam, gdzie miała siedzieć. Potem między nimi położyła pokrojony świeży chleb po czym usiadła, podając chłopakowi łyżkę.
    Zaczął jeść niemal od razu. Westchnął błogo, gdy napakował sobie pełną buzię mięsa i pieczywa. Dziewczyna pokręciła tylko głową, uśmiechając się nieznacznie. Również wzięła do ust pierwszy kęs chleba i łyżkę potrawki. Smakowała pysznie, zupełnie inaczej, niż wszystkie inne potrawy, które uchodziły za specjały kuchni tejże krainy. Była normalna, bez żadnych gadzich wydzielin czy zielonych glonów i mchów. Zwykła potrawka z freliwów i warzyw z dodatkiem ziół, które dziewczyny zebrały w lesie i na łące.
    Gdy skończyli, Chloe szybko posprzątała ze stołu, po czym przenieśli go nieco na bok. Wtedy pośrodku pomieszczenia zrobiło się mnóstwo wolnego miejsca.
    - Przyniosłeś świece? - zapytała, gdy położyła poduszkę na podłodze, gdzie miała usiąść w trakcie rytuału.
    - Jasne. Pikuś. Mam chyba z pięć, powinny być dobre, nie wiem, nie znam się na tych waszych obrzędach. - Wzruszył ramionami, wyciągając z torby pięć białych świec.
    - Idealnie - pochwaliła chłopaka, biorąc od niego świece i stawiając w odpowiednich miejscach - Na północy, południu, wschodzie i zachodzie, a jedną przy poduszce. Potem przyniosła bukiecik z ziół i palącą się szczapę z piecyka, którą zapaliła wszystkie knoty świec, a następnie i rośliny. Gdy tylko się zajęły ogniem, zdmuchnęła płomień, by zioła zaczęły się dymić. W powietrzu unosił się przyjemny zapach szałwii, sosny i lawendy, który oboje z lubością wdychali.
    Gdy dziewczyna miała już wszystko przy sobie, usiadła na poduszce w chmurze dymu. Wygładziła zmiętą kartkę, na której zapisała wcześniej wymyślone zaklęcie komunikacji. Z bijącym głośno i mocno sercem wypowiedziała wyraźnie słowa zaklęcia. Zamknęła oczy, by móc skupić się na magii. Po chwili poczuła na odsłoniętej skórze lodowaty powiew wiatru. Uniosła powieki i zobaczyła szalejący na wietrze płomyk świecy. Spojrzała przerażona na przyjaciela. To nie tak miało wyglądać. Coś poszło nie tak jak powinno.


~~*~~*~~*~~*~~

     Hej, miałam nie dodawać, ale ja miewam takie odpały. Postanowiłam dodać, ale co dalej to nie wiem. Prawie nikt nie zadeklarował się, że będzie czytał jak będę dodawała. No nic, nie będę tutaj znowu przetaczać mojej przemowy.
    Mam nadzieję, że podoba Wam się takie żerowanie, żerujcie dalej, śmiało.
    NO I ANKIETA! GŁOSUJCIE.