Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dinner. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dinner. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 grudnia 2015

Miniaturka 1. "Słów kilka o Ohrimach."


Mężczyźni, którzy byli zaangażowani w pościg za zbiegłymi, wrócili do wioski zdenerwowani. Klęli w swoim ojczystym języku, a trzeba Wam wiedzieć, że mieli dosyć sporo niecenzuralnych słów. Nie mogli uwierzyć, że wykiwała ich dwójka młodzików. Ich, doświadczonych wojowników i mężczyzn.
Merrin czekał niecierpliwie, jak na szpilkach, chcąc dowiedzieć się, jak poszły im łowy. Zobaczywszy markotne miny towarzyszy, od razu wiedział, co usłyszy.
– Uciekli. – Westchnął Silas. Wódz trzasnął całą pięścią w stół, wstając z drewnianego krzesła. Myślał gorączkowo o ofierze, jaką mieli złożyć tego dnia bogom. Przez wariacje, jakie zadziały się na stosie, nic nie dali bogom i teraz oni będą źli na całą wioskę. Lękał się gniewu bogów, zwłaszcza jednego. Według ich wierzeń  Amandla, najważniejszy bóg, który sprawował władzę właśnie nad głównymi organami władzy, oraz sprawował pieczę nad pozostałymi bożkami, był najgroźniejszy. Często popadał w szał, co objawiało się częstymi suszami lub całodobowymi opadami deszczu. Zjawiska atmosferyczne miał pod swoją opieką i mógł im rozkazywać.
Merrin wolał nie myśleć, jaka kara ich spotka, za takie przewinienie. Jeszcze nigdy nie zdarzyło im się nie złożyć ofiary na czas. Próbował wymyślić, co mogliby podarować bogom w zamian, by ich choć trochę udobruchać, ale niestety, posiadali mało zapasów.
– Wodzu – odezwał się grzecznie i cicho Silas. Merrin spojrzał na niego. Już zapomniał, że byli razem z nim. – Może byśmy... Przynieśli coś z lasu? Może uda nam się coś znaleźć? – zapytał. Najwidoczniej ich myśli krążyły wokół tego samego tematu.
Przywódca zastanowił się przez chwilę. Nie podobało mu się, że to nie on wpadł na ten pomysł. Wolał sam wszystko zorganizować, ale wiedział, że jeżeli nic nie zrobią, na pewno narażą się a gniew bogów. Jeżeli coś im podarują, może okazać się, że się tak bardzo nie wściekną.
– A więc idźcie i poszukajcie w lesie najlepszych ziół i mięsiwa. Może zdołacie jeszcze coś upolować – powiedział to takim tonem, jakby to wszystko to był jego pomysł. Jeszcze kiedy mówił, wskazał im drzwi.
– Tak jest, wodzu! – odkrzyknęli chórem wszyscy zebrani i wyszli.
Zostawili Merrina ze swymi myślami. Przeklinał w duchu dwójkę cudzoziemców, którzy mieli mu przysporzyć chwały wśród bogów a narobili tylko wielkiego bałaganu.
Nie dosyć, że musiałem ich wyżywić, to jeszcze znaleźć pracę oraz na koniec uciekli i nie dali mi żadnego pożytku z siebie, warknął w myślach. Teraz jeszcze szukaj nowej ofiary!
Nie mógł tego przeboleć. Nie potrafił się pogodzić z porażką. Bardzo chciał, by w końcu wszystko wyszło na jego. Miał nadzieję, że chociaż ofiara wyjdzie. Jeżeli nie, to oznaczało koniec jego. Koniec jego rządów, może nawet koniec życia.
Zaczął powoli przechadzać się w tę i z powrotem po pomieszczeniu, chcąc zabić czas oczekiwania na swoich poddanych. Zastanawiał się, jak dawno już wyruszyli i ile czasu im zajmie powrót. Już miał nawet wyjść z domu i rozejrzeć się po wiosce, kiedy znów ktoś do niego zawitał. Tym razem był to jego syn, Kartik.
– Ojcze, wiem, że robisz wszystko dla dobra całej wioski, ale mam jedno pytanie, jako twój następca – odezwał się szybko, jakby spodziewał się, że Merrin mu przeszkodzi w wypowiedzi.
– Słucham cię, synu. – Westchnął przeciągle. Dobrze wiedział, że Kartkik jest naprawdę uparty i zrobiłby wszystko, żeby dowiedzieć się tego, czego chciał się dowiedzieć, przychodząc tutaj.
– Dlaczego zamierzałeś spalić naszych przyjaciół? – zapytał wprost.
– Oni nie mogli być waszymi przyjaciółmi! – Zaśmiał się w głos. – Znaliście się raptem parę dni, może tydzień. Nie poznaliście się dostatecznie, żeby nazywać ich swoimi przyjaciółmi – krzyknął zdenerwowany.
– Ale to byli jednak goście! – zezłościł się. – Poza tym, zawsze do tej pory wystarczała ofiara z jednego zwierzęcia oraz roślin. I nagle musieliśmy bogom podarować dwóch ludzi? – Tym razem to Kartik się zaśmiał.
– Jak śmiesz podważać moje decyzje? – Stanął przed chłopakiem. Niby syn był wyższy, ale czując respekt przed ojcem, a przede wszystkim wodzem, skurczył się w sobie.
– Po prostu czuję, że gdybyś ich oddał bogom, byliby źli. Jeszcze bardziej, niżbyś już nic im nie podarował – szepnął Kartik, spuszczając wzrok. Chciał już wyjść, ale sumienie  kazało mu wszystko wyjaśnić ojcu.
– Sumienie? – prychnął Merrin. – W podejmowaniu decyzji masz się kierować rozumem i dobrem swojego ludu a nie tym, co ci sumienie podyktuje! – Zawołał, ośmieszając chłopaka. – Odejdź, rozmowa skończona – warknął.
Kartik wyszedł, zatrzaskując drzwi. Z jednej strony bardzo się bał przejęcia władzy, jaka będzie mu przysługiwać po śmierci ojca. Z drugiej jednak wolałby już być wodzem, byleby tylko nie słuchać tyrad Merrina i jego jakże wspaniałych i cudownych pomysłów. Miał nadzieję, że bogowie go wspomogą, kiedy będzie musiał sam podjąć pierwszą decyzję, by wybrał dobrze. Mimo przestróg czy jakichkolwiek nauk ojca, zawsze, przy jakimkolwiek wyborze słuchał swojego wewnętrznego głosu oraz Felicity. Bardzo się ze sobą zżyli i już nie wyobraża sobie życia bez niej u swego boku. Mimo, że małżeństwo było ustawione, byli szczęśliwym i zgranym małżeństwem jakiego ze świecą po całym świecie szukać.
Uśmiechnął się na samo wspomnienie żony. Czekała na niego w domu z ciepłym posiłkiem. Była smutna, ponieważ Chloe odeszła bez pożegnania. A dziewczyna bardzo umilała dzień Felicity. Nie czułą się samotna, zawsze razem wypełniały swoje obowiązki. Wśród mieszkanek Ohr nie miała dziewczyny, z którą utrzymywałaby tak bliski kontakt. Z resztą, każda inna miała już swoją rodzinę, którą musiała się zajmować od rana do samego wieczora, a czasami nawet i w nocy.
Kartik, wchodząc do domu, powitał swoją żonę. Streścił jej rozmowę z ojcem. Dziewczyna przejęła się tym nie na żarty i starała się pocieszyć jakoś męża, ale bezskutecznie.
Kiedy zasiedli do kolacji, przyszli do nich ludzie wodza, którzy oznajmili, że wszyscy mają się zebrać wokół stosu.
Felicity spojrzała na Kartika zdezorientowana. Ten tylko wzruszył ramionami.
– Najwidoczniej znaleźli nową ofiarę – wyjaśnił, pociągając żonę za rękę w kierunku wyjścia.

~~*~~*~~*~~*~~

Hello, it's me! W końcu pojawiam się z taką drobną miniaturką. Mam nadzieję, że Wam się spodoba. Miała być nieco inna, ale wyszła taka i jest taka, po prostu ;)
Z racji tego, że chyba nic nie dodam do świąt, to chciałabym Wam złożyć najserdeczniejsze życzenia na te zbliżające się Święta Bożego Narodzenia! Dużo uśmiechu na ustach, miło spędzonych, w rodzinnym gronie świąt. Fajnych prezentów pod choinką, zdrowia i miłości <3
Mam nadzieję dodać coś do końca roku, może kolejną miniaturkę a epilog na początku kolejnego roku? Może w urodzinki bloga? Co wy na to? :)
Pozdrawiam Was cieplutko, bo zimno <3

wtorek, 10 listopada 2015

~10. "Tego nauczyło mnie całe życie..."

"Najtrudniej jest wykorzenić najstraszniejsze wspomnienia, 
przecież je zapamiętujemy najlepiej." - Suzanne Collins




~~ Prue ~~

Bałam się powrotu do domu. Nie byłam pewna, czego konkretnie, ale na samo wspomnienie domu, skręcało mnie w brzuchu. Szukałam przyczyn w stracie brata i tym, że odkąd umarł, nie pojawiłam się ani razu w miejscu, z którym wiązało się przecież tyle wspólnych wspomnień. Może to chodziło o moją mamę, z którą nie rozmawiałam od tak dawna. Może bałam się jej reakcji na mój powrót. A może po prostu było mi przykro z powodu tego, że nie przyjechała, kiedy dowiedziała się, że umarłam, że odnalazłam ojca. Nawet na pogrzeb mojego brata się przecież nie pofatygowała. To właśnie te niewiadome mobilizowały mnie do tego, by odwiedzić swój dawny dom.
Okazja nadarzyła się nawet bardzo szybko. W końcu w święta szkoła zostaje zamykana i wszyscy wyjeżdżają do swoich rodzin. To jedyna szansa dla wszystkich uczniów i nauczycieli, by pobyć choć chwilę z najbliższymi. Dwa tygodnie to dość dużo, by móc sobie wszystko wyjaśnić.
Miałam ogromne wsparcie w Chrisie. Cieszyłam się ogromnie, że los postawił go na mojej drodze w odpowiednim momencie. Gdyby nie on, wiele rzeczy, które mnie spotkały, nie miałyby miejsca. Nie wiem, gdzie byłabym, gdyby nie on i to, że zawsze przy mnie był, choć nie zawsze okazywał wsparcie.
Tym razem było jednak inaczej. Znał całą sytuację i zgadzał się ze mną, że powinnam wyjaśnić z mamą parę spraw i że przerwa świąteczna to najlepszy czas na to.
Tata również starał się jak tylko mógł. Kiedy już pozałatwiał wszystkie sprawy w szkole i te niecierpiące zwłoki w stadzie, wyjechał do Londynu, by tam porozmawiać z mamą, przygotować ją na mój powrót.
Wiele razy korciło mnie, by zapytać go przez telefon, jak zareagowała mama na jego powrót, na wieść o tym, że żyję, że mam się dobrze. Przecież powinna się cieszyć. Zawsze miałyśmy dobry kontakt ze sobą. A teraz? Co się zepsuło?
Ostatni dzień w szkole mijał na pożegnaniach, składaniu sobie życzeń oraz zadawaniu pracy na czas wolny między świętami a sylwestrem. Wszędzie porozwieszane były ozdoby, choć przecież nikt nie zostawał na święta w szkole. Wystrój był na potrzeby tylko tego dnia, żebyśmy poczuli, że w szkole również obchodzi się święta jak w domu, że może być równie fajnie jak w rodzinnym gronie. Ja właśnie tak się czułam od samego początku. Od pierwszego dnia otaczała mnie rodzina, przyjaciele i znajomi. I choć nie wszyscy są ze mną nadal fizycznie, to wiem, że David świętuje w otoczeniu innych, gdzieś w krainie Nyks, która nie dostała jeszcze żadnej formalnej nazwy.
Pakowanie również nie zajęło dużo czasu. Od razu po szkole władowałyśmy najpotrzebniejsze rzeczy do toreb i zniosłyśmy je przed internat, by później załadować do autobusu, który odwoził uczniów na dworzec.
Odwróciłam się w stronę budynku szkoły, by po raz ostatni w tym roku popatrzeć na otulony śniegiem dach.
– Będzie mi tego brakowało. – Westchnęłam. Damien spojrzał na mnie jak na wariatkę. – No co? – zapytałam. – To dla mnie prawie drugi dom – usprawiedliwiłam się. Chris ścisnął mocniej moją dłoń, której nie puszczał odkąd włożył nasze walizki do autokaru. Wracał ze mną. Mój tata osobiście zaprosił go do nas na świąteczną kolację jak i na całą świąteczną przerwę. Oficjalnie dał mu jeszcze jedną szansę, jeśli chodzi o wybór stada. Tym razem Chris bez żalu zgodził się zostać z nami. Już nie był samotnym wilkiem. Miał prawdziwą, wilczą rodzinę, bo tą ludzką posiadał odkąd zaczęliśmy się przyjaźnić.
– A ja tam się cieszę, że wyjeżdżamy – powiedziała Becky. – W końcu znowu spotkam się z moimi rodzicami. Tak dawno ich nie widziałam! – pożaliła się. Uśmiechnęłyśmy się z Alice porozumiewawczo. Chłopcy, widząc nasze miny, roześmiali się, a zdezorientowana Becky obraziła za to, że nie chcieliśmy jej powiedzieć, dlaczego nam tak wesoło. Po chwili jej jednak przeszło.
– Hej! Idziecie? – usłyszałam głos Belli dochodzący z autobusu. Stała na schodach, machając do nas. – Zajęłam nam wszystkim miejsca!
– Jasne, już idziemy! – odkrzyknął jej Chris. Wszyscy oprócz mnie ruszyli w stronę pojazdu. Mój chłopak spojrzał na mnie pytająco. – Gotowa? – zapytał. Chyba wiedział, jak się czułam. Sam przecież musiał mieć obawy zawsze, kiedy wracał do domu.
Pokiwałam delikatnie głową i usiadłam na siedzeniu przed Bellą. Uśmiechnęłam się do niej między siedzeniami.
Podróż minęła nam spokojnie. Najpierw ja, Chris i inni, którzy zmierzali do Londynu, wysiedli na dworcu kolejowym, by poczekać na pociąg. Reszta wybierała się w dalszą podróż na lotnisko, a potem gdzie ich serce kierowało. Również Tom jechał z nami. Trochę mnie zaskoczył, a kiedy dowiedziałam się, że Rose sama zaprosiła go do siebie, jeszcze bardziej nie mogłam w to uwierzyć.
Z pociągu nie pamiętałam wiele. Chyba zasnęłam, ponieważ pierwsze, co pamiętam to wieczorne światła na dworcu w Londynie i tłumy ludzi wysiadających z naszego pociągu. Nie spieszyliśmy się. Tata obiecał, że nas odbierze, więc nie musieliśmy walczyć o taksówkę, o którą zapewne byłoby trudno.
Stali oboje z moją najlepszą przyjaciółką przy wyjściu głównym. Pomachałam im, gdy tylko ich zobaczyłam. Zrobili to samo. Uśmiechnięciu od ucha do ucha pobiegli do nas i wyściskali, jakbyśmy nie widzieli się z co najmniej dwa lata, a przecież Rose wyjechała wraz z moim tatą miesiąc temu z Dundee.
– Rosie, przyjechałaś tutaj dlatego, że przyjechałam ja czy dlatego, że wraz ze mną jest też Tom? Przyznawaj mi się tutaj zaraz! – odezwałam się groźnie, idąc w stronę zaparkowanego auta.
– No wiesz... – zaczęła, wkładając moją torbę do bagażnika. – Gdybyś przyjechała sama, cieszyłabym się, jasne, że tak. Ale jeżeli z tobą przybył też Tom, to jak myślisz, z czego bardziej się ucieszyłam?
– No jasne, że ze mnie! – odpowiedzieliśmy oboje z Tomem. Całe towarzystwo wybuchnęło śmiechem na środku parkingu.
– Brakowało mi tego. – Westchnęłam, dziękując Nyks, że moje myśli zostały na chwilę oderwane od już niedalekiego spotkania z mamą. – Boże, tato, dałeś jej prowadzić auto? – zawołałam oburzona, kiedy zobaczyłam, jak moja przyjaciółka zasiada na fotelu kierowcy.
– Wiesz kochanie, dawno nie jeździłem, poza tym wiele się w Londynie zmieniło, muszę do tego powoli przywyknąć. A Rose radzi sobie znakomicie – odpowiedział, chwaląc blondynkę. Niedowierzałam. Moja przyjaciółka nie mogła poprawnie jeździć. To po prostu nie mieściło się w głowie. Zawsze była trochę fajtłopowata. Nawet jeżeli chodziło o prowadzenie roweru.
Okazało się jednak, że Rosie świetnie panuje nad samochodem, zna się na rzeczy, wszystko robi płynnie a nam, jako pasażerom, przyjemnie się jechało. Nawet na moment znów zapomniałam o mamie. Jedynie dom, który wyłonił się zza któregoś z kolei zakrętu, brutalnie sprowadził mnie na ziemię.
Na trzęsących się nogach wysiadłam z samochodu. Tata i Rosie pomogli nam z torbami, więc szybko się z nimi uporaliśmy. Nim się obejrzałam, już stałam na progu, a Derek otwierał przede mną drzwi.
– Nie ma jak w domu! – zawołał zadowolony. Bardzo się starał, by mój powrót był naturalną rzeczą. Jakby nic, co do tej pory się wydarzyło, nie miało miejsca.
Byłam chyba za bardzo przejęta całą sytuacją, ponieważ w pierwszej chwili nie poczułam cudownego zapachu, który unosił się w całym domu. Dopiero kiedy Chris głośno zawołał do bliżej nieokreślonej osoby, pytając, co tak ładnie pachnie, zaciągnęłam się i już wiedziałam.
– Naleśniki – szepnęłam. Ulubione danie moje, Davida i mamy. Zwsze, kiedy byliśmy wszyscy w domu, robiliśmy razem naleśniki.
Rosie wiedziała, co oznaczały, dlatego od razu do mnie podeszła i ścisnęła moje ramię, chcąc pokazać mi swoje wsparcie. Byłam jej za to wdzięczna. Czułam jak moje nogi miękną, kiedy z kuchni do salonu, w którym jak do tej pory staliśmy, weszła mama. Zniknęły cienie pod oczami od przepracowania. Zamiast nich pojawił się wyrazisty makijaż, który podkreślał jej cudowne oczy. Ubrana w zwiewną sukienkę, która podkreślała jej figurę, wyglądała na o wiele młodszą niż w rzeczywistości była. Tryskała energią, choć w oczach widziałam smutek. Ogromny żal i ból, który starała się chować przed nami po odejściu ojca.
W pierwszym momencie myślałam, że się rozpłacze. Widziałam, jak w jej oczach gromadzą się łzy. Kiedy się jednak odezwała, nie usłyszałam już żadnego załamania. Była wyłącznie szczęśliwa kobieta.
– Tak się cieszę, że w końcu jesteście! Prue, Chris, rozbierajcie się! – zawołała. Podeszła do mnie i uściskała serdecznie. Zaskoczyła mnie. Nie spodziewałam się tego. W ogóle nie miałam pojęcia, czego oczekiwać, ale z pewnością nie takiej reakcji. – Rosie, może przedstawisz mnie swojemu koledze? – zaproponowała.
– To jest Tom, Tom poznaj mamę Prue, Ivonne. – Podali sobie grzecznie dłonie na powitanie.
– Może zostaniecie na kolację? – zaoferowała.
– Dziękujemy, ale obiecałam tacie, że wrócimy jak najszybciej – powiedziała z pewnym żalem w głowie blondynka.
– Szkoda! Ale wpadniecie któregoś dnia, mam nadzieję? – Chciała się upewnić.
– Jeszcze będzie miała nas pani dość! – zapewniła Rose, wychodząc z domu.
– No to co? Myjcie ręce, zaraz zasiadamy do stołu! – rozporządziła mama i zniknęła w kuchni. Spojrzałam zdezorientowana na tatę.
– Odkąd wróciłem, tak się zachowuje. – Wzruszył ramionami jakby chciał powiedzieć, że metamorfoza mojej rodzicielki to absolutnie nie jego wina.
Oszołomiona zjadłam kolację i przysłuchiwałam się rozmowie, jaką prowadzili domownicy. Próbowali mnie w nią wciągnąć, ale byłam zbyt pochłonięta własnymi myślami, by zajmować się rozmową z innymi. Nie chcąc psuć nikomu nastroju, odczekałam, aż każdy zje i dopiero kiedy siedzieliśmy w salonie przed telewizorem, wypaliłam prosto z mostu.
– Mamo, może powiesz mi teraz, dlaczego nie przyjechałaś na pogrzeb Davida? Dlaczego nas nie odwiedziłaś? Dlaczego nawet nie zadzwoniłaś, kiedy to wszystko się wydarzyło?
Zaskoczyłam ją. Widziałam w jej oczach smutek i ból i już przestraszyłam się, że może wypowiedziałam się zbyt ostro. Ale nie, musiałam być twarda, chcąc wyciągnąć coś z mojej mamy. Tego nauczyło mnie całe życie z nią. Po dobroci niczego złego sama nie powiedziała.
– Ja wiem, że powinnam... że powinnam zrobić cokolwiek... Wiem, że masz do mnie o to żal i nawet się temu nie dziwię, sama byłabym wściekła. – Próbowała patrzeć mi prosto w oczy, ale często, chyba nieświadomie, pochylała głowę do przodu i uciekała wzrokiem w podłogę. – Przepraszam cię, nie powinnam się tak zachowywać. Jestem twoją matką i to we mnie masz mieć oparcie, a ja użalałam się nad sobą i nie wzięłam pod uwagę tego, że tobie może być równie ciężko co mnie.
– Nie chcę przeprosin, choć to miłe, że przyznajesz się do winy. Ja po prostu chciałam się dowiedzieć, dlaczego – szepnęłam. Czułam łzy napływające do oczu. Nie zamierzałam płakać, to byłoby głupie, ale takie wyznania, jakkolwiek banalne by nie były, zawsze sprawiały, że się wzruszałam.
– Nie chciałam przeżywać tego jeszcze raz. Pragnęłam zapamiętać Davida, ciebie jako osoby uśmiechnięte, pełne życia, szczęśliwe. Gdybym zobaczyła was elegancko ubranych, leżących w trumnie... nie potrafiłabym... Przepraszam. – Nie przygotowałam się na taką odpowiedź. Gdzieś w podświadomości ciągle wyobrażałam sobie, że jej wytłumaczenie będzie miało coś bardziej... Sama nie wiedziałam, czego się spodziewać.
Podeszłam do mamy i przytuliłam ją, ponieważ po wyznaniu, rozpłakała się na dobre. Nie byłam już na nią zła. Może jeszcze nie tak dawno czułam żal do mojej rodzicielki, tak jak to było, kiedy nie powiedziała mi, że byłam Zmiennokształtnym. Po tym, jak mi wszystko wyjaśniła, cała złość odeszła bezpowrotnie.
– Kocham cię, wiesz? – szepnęłam jej na ucho. Uśmiechnęła się do mnie przez łzy i pocałowała delikatnie w czoło.

***

Święta minęły w miłej, rodzinnej atmosferze. Wszyscy byli szczęśliwi. Nawet Chris się rozchmurzył, co w jego sytuacji oznaczało zapomnienie o swojej ludzkiej rodzinie, a zwłaszcza o ojcu, ponieważ jego mama i Jack wpadli do nas w Pierwszy Dzień Świąt. Widziałam, że wizyta wiele znaczyła dla mojego chłopaka. Mogli w końcu ze sobą porozmawiać i wyjaśnić jak ja i moja mama.
Podczas wszystkich przygotowań, potem wśród świętowania, ja i Chris znaleźliśmy kilka chwil tylko dla siebie. Zaszywaliśmy się w moim pokoju, zakopywaliśmy w kołdrze i cieszyliśmy się sobą. Wtedy wiedziałam, że wszystko u mnie było na swoim miejscu, że w końcu mam prawdziwą rodzinę, że mam kogo kochać i jestem kochana.
Na sylwestra zaprosiłam do siebie wszystkich moich znajomych. Impreza miała się równać tej, którą przeżyłam rok temu, kiedy dowiedziałam się, kim tak naprawdę byłam. Chciałam, by każdy czuł się wyjątkowo i dobrze - jak w swoim domu. Przez cały tydzień razem z Rose, Tomem i Chrisem staraliśmy się zrobić wszystko, by wyszło idealnie. Układaliśmy menu, wieszaliśmy lampki i inne ozdoby. Chowaliśmy najcenniejsze i kruche rzeczy, by nie uległy zniszczeniu.
– Jejku, ale się zmęczyłam! – zawołała Rose, kładąc się na kanapę. Właśnie kończyliśmy zakładanie lampek nad wejściem. Chris zaczął już powoli sprzątać cały salon, kiedy rozplątywaliśmy sznur kolorowych lampek.
– Nie marudź, sama mnie namawiałaś do zrobienia całej tej imprezy – powiedziałam, całując ją delikatnie w policzek.
– Nie sądziłam, że zwalisz na mnie większość obowiązków! – zawołała, wodząc za mną wzrokiem. Przeszłam do kuchni, gdzie Chris położył naczynia, z których jedliśmy nasz obiad. Cały czas kontrolowałam sytuację w salonie.
– Myślałaś, że sama się ze wszystkim uporam? Zwłaszcza, że to był twój pomysł? – Zaśmiałam się serdecznie.
– Jasne, że nie, ale nie sądziłam, że będzie aż tyle roboty! A przecież jeszcze nie zaczęliśmy szykować jedzenia – jęknęła, kuląc się na kanapie. – Tom! Ja już nie mam siły. Nic już dzisiaj nie zrobię.
– Pomogę im jeszcze w kuchni i możemy wrócić do domu, co? – zaproponował. Rose coś mruknęła pod nosem, kiedy blondyn przyniósł ostatnie dwa kubki do zmywania. – Pomóc ci w czymś jeszcze? – zapytał, spoglądając na wyciągnięte zza kanapy nogi blondynki. Uśmiechnęłam się pod nosem.
– Nie, możecie już iść – powiedziałam, płucząc naczynia. Widocznie chłopak mnie nie słuchał, bo spojrzał na mnie zdezorientowany z niemym pytaniem w oczach. – Kochasz ją, prawda? – Uśmiechnęłam się szeroko. Oparłam się o blat szafki, wycierając mokre ręce w ściereczkę. Tom spojrzał najpierw na nią, później na mnie i zaśmiał się.
– No – przyznał nieco zmieszany swoim wyznaniem.
– To widać – przyznałam. – Cieszę się, w końcu wszystko zaczęło się układać.
– Myślisz... – zaczął jeszcze bardziej zmieszany.  – Myślisz, że chciałaby zostać ze mną... no wiesz, na zawsze? – zapytał w końcu. Przejechał dłonią po swoich jasnych włosach.
– Oh... – Nie wiedziałam, co mu odpowiedzieć. Czy Rose była gotowa na coś tak poważnego? Z jednej strony zawsze stroniła od płci przeciwnej odkąd pewne wydarzenia miały miejsce. Z drugiej, Tom to nie każdy inny facet. Tom to Tom. – Myślę, że ona sama może tego jeszcze nie wiedzieć – starałam się wybrnąć jakoś ładnie z tej sytuacji. – Kocha cię, a to chyba powinno ci wystarczyć, prawda?
Nic więcej nie odpowiedział. Pokiwał zamyślony głową i wyszedł z kuchni, mijając się na progu z Chrisem.

~~*~~*~~*~~*~~

Hej, strasznie Was przepraszam, że rozdział nie pojawił się na czas, tak samo jak na moim drugim blogu, jeżeli ktoś czyta. Postaram się do weekendu ogarnąć rozdział na "Polowanie...". A na Wasze blogi, jeżeli mam zaległości, wpadnę jutro, w końcu jest wolne. Oczywiście w przerwie od nauki matmy, bo w czwartek sprawdzian :/
Mam nadzieję, że rozdział odpowiedniej długości oraz, że was nie zanudził  ;)
Pozdrawiam cieplutko!
Zuza <3

piątek, 28 sierpnia 2015

~5. "...jak ja mam wrócić?"

Kiedy wymawiam słowo Przyszłość,
pierwsza sylaba odchodzi już do przeszłości.
Kiedy wymawiam słowo Cisza,
niszczę ją.
Kiedy wymawiam słowo Nic,
stwarzam coś, co nie mieści się w żadnym niebycie. 
- Wisława Szymborska




~~ Bella ~~

   Siedziałam wieczorem w bibliotece i kończyłam swoją pracę domową na jutrzejszy dzień. Nie była ciężka, ale robiłam ją przez dobrych kilka godzin, ponieważ nie potrafiłam się na niej skupić. Czytałam kilka razy polecenie, potem pisałam parę zdań, zamyślałam się, a kiedy w końcu wróciłam na ziemię, wszystko zaczynałam od początku. Doprowadzało mnie to do szału, lecz nie umiałam nad tym zapanować. Myśli same uciekały mi do tragicznych wydarzeń sprzed kilkudziesięciu godzin.
    Alex obiecał, że jak tylko upora się z własnymi lekcjami, przyjdzie do mnie. Jak na razie siedziałam sama w cichym i najdalszym zakątku biblioteki, który już dawno temu sobie upodobałam. Lubiłam przychodzić i siadać właśnie tam, przy stoliku pomiędzy ostatnimi rzędami półek. Na przeciwko znajdowało się okno, delikatnie zasłonięte przez szafę, ale i tak widziałam pochmurne niebo.
    Stolik był nieduży, ale spokojnie zmieściłaby się koło mnie jeszcze jedna osoba, która odrabiałaby lekcje. Miałam ten luksus, że mogłam się rozłożyć na całym biurku oraz zająć drugie krzesło i nie ściskać się ze wszystkimi książkami, których potrzebowałam do napisania odpowiedzi na temat zadany przez nauczycielkę. Niewielka lampka oświetlała cały stolik oraz kawałek ściany. Reszta biblioteki pogrążona była w półmroku. Jedynie przy biurku bibliotekarki oraz przy tych stolikach, które stały niedaleko niej, świeciły nieco mocniejsze oraz większe światła, tym samym rozpraszając mrok.
    Chłopak mnie nie zaskoczył. Słyszałam jego kroki oraz bicie serca już z daleka. Nie wiedziałam, dlaczego tak się działo, ale pasowało mi to. Odkąd wróciliśmy do szkoły, odkąd wyznaliśmy sobie miłość, staliśmy się dla siebie jeszcze bardziej bliscy niż wcześniej. I to jakoś oddziaływało na mój instynkt, może na moją moc. Nie byłam tego pewna. Wiedziałam jednak, że od tamtej pory zawsze wiedziałam, kiedy Alex był niedaleko mnie.
    Pocałował mnie na powitanie a potem zrzucił moją torbę i parę książek, które na niej leżały, na ziemię po czym sam usiadł na krześle. Zajrzał mi przez ramię, w jakim punkcie swojej pracy domowej utknęłam i westchnął przeciągle.
    - Ile ci to jeszcze zajmie? - zapytał, opierając się wygodnie o oparcie krzesła.
    - Czy ja wiem... - Wzruszyłam ramionami, przeglądając notatki. Przetarłam oczy, by móc lepiej widzieć oraz odgonić senność. Nie mogłam teraz sobie pozwolić na chwilę słabości, choć byłam już trochę zmęczona. - Jeszcze chwilę i powinnam skoczyć. - Zerknęłam na Alexa i uśmiechnęłam się delikatnie. Chłopak zerknął na zegarek.
    - Masz dokładnie trzynaście minut i dwadzieścia dwie, jeden sekund - odliczał, wpatrując się w zegarek, który nosił na nadgarstku.
    - Nie przeszkadzaj mi jeszcze przez moment to zdążymy spokojnie na kolację - powiedziałam tylko i zabrałam się do pracy. Chłopak tymczasem posłusznie oddalił się od stolika i zajął się przeglądaniem książek, które stały na najbliższym regale.
    Zaczynałam pisać podsumowanie, kiedy przed oczami pojawiła się delikatna mgła. Mrugnęłam kilka razy, sądząc na początku, że to ze zmęczenia. Jednak nawet przetarcie pięściami nie pomogło. Wtedy już upewniłam się, że to coś, co przychodzi w najmniej oczekiwanych momentach. Jęknęłam cicho a długopis wypadł mi z ręki i poturlał się pod stół. Usłyszałam ciche kroki Alexa, ale nie zauważyłam już jego twarzy, gdy pochylił się nade mną, by zobaczyć, co się stało. Przed moimi oczami ukazała się ogromna polana, na której bujnie rosła trawa przemieszana z ziołami oraz kolorowo kwitnącymi kwiatami. Słońce oświetlało całą łąkę. W oddali dostrzegłam las, lecz nie zainteresowałam się nim ani trochę. Moją uwagę przykuło jezioro, więc to tam skierowałam swoje kroki. Kiedy byłam już nieco bliżej, zobaczyłam drewniany pomost, a na nim dwie osoby. Nie rozpoznałam ich od razu, choć wydawały mi się znajome. Dopiero kiedy usłyszałam głos dziewczyny, przystanęłam, zdziwiona, zbyta z tropu.
    - Pięknie tutaj - szepnęła rozmarzonym głosem, rozglądając się dokoła. Bose nogi moczyła w wodzie, co jakiś czas huśtając nimi i wprawiając wodę w delikatni ruch. Odgarnęła długie włosy do tyłu i odchyliła lekko głowę.
    - Prue? - szepnęłam. Miałam ochotę podbiec do niej i uściskać ją, nawet zrobiłam kilka chwiejnych kroków, lecz po chwili dotarło do mnie, że to tylko moja wizja, że oni mnie nie zobaczą.
    - Tak - odpowiedział jej chłopak. David nie wydawał się zachwycony pięknem tego miejsca. Zachowywał się, jakby gdzieś mu się spieszyło. Siedział obok siostry jak na szpilkach, rozglądając się nerwowo to tu to tam.
    - Mieszkasz tutaj? Gdzieś w pobliżu? - zainteresowała się, zerkając na blondyna. Tymczasem ja stanęłam za nimi i przysłuchiwałam się tej rozmowie, nie bardzo wiedząc, dlaczego taka wizja mnie nawiedziła.
    - Nie. Mieszkam u Nyks, tam jest jeszcze piękniej niż tutaj. Tam jest ogromne miasto, choć nie takie jak na ziemi. Nie ma tam samych murów. Tam przeważają rośliny, drzewa, kolorowe kwiaty, dużo domów jest z drewna lub kamieni, które są jasne i nie ponure jak beton. Tam jest całkiem inaczej niż tutaj. Mówiłem ci, jesteśmy w Przedsionku, a jak sama nazwa mówi, to dopiero początek drogi - wyjaśnił.
    - Tam, to znaczy gdzie? - zapytała, ciekawa wszystkiego.
    - No już mówiłem, w mieście Nyks. Tak to między sobą nazywamy, bo nikt nigdy tego miejsca nie nazwał. - Wzruszył ramionami.
    - My?
    - Wszyscy inni zmarli - odpowiedział, spuszczając głowę.
    - Już nie mogę się doczekać, aż tam dotrę - westchnęła. - Kiedy tam pójdziemy? - zapytała ożywiona.
    - Prue, słuchaj - powiedział poważnie. Dziewczyna spojrzała na niego zaciekawiona, z uśmiechem a ustach. - Ty... Ty nie możesz iść dalej. Nyks... ona kazała mi cię zawrócić. Wyjaśnić... Cholera, to nie jest twoje przeznaczenie być tutaj! - zawołał.
    - Ale David? - pisnęła cicho. - Przecież tutaj jestem...
    - Ale musisz wrócić. Musisz wrócić i zapobiec rzezi, która niedługo nastąpi - powiedział smutno.
    - Jakiej rzezi? - spytała szeptem.
    - Nasz ojciec kazał pojmać i stawić przed sąd wszystkie Wampiry, co do jednego. Jest strasznie zły za to, co nam się przydarzyło. Chce się zemścić za naszą śmierć. Pragnie złapać wszystkich i ich zabić. A ja boję się o Becky. Nie mam pojęcia, jak przeżyje śmierć kolejnej, tak bliskiej dla niej osoby. Jeżeli Derek dowie się, że chodzi z Wampirem, nie dosyć, że jego zabiją, ona również może mieć kłopoty...
    Obie słuchałyśmy wyznań Davida z niemałym przejęciem. Chłonęłam każdą informację, ponieważ wszystko wydawało mi się ważne na wagę złota. Becky i Louis są w ogromnym niebezpieczeństwie - zakodowałam pierwszą wiadomość. Prue musi wrócić na ziemię, by im dopomóż - druga wiadomość.
    Potrząsnęłam głową i spojrzałam na koleżankę i jej brata. Zaraz że co? Czy on przed chwilą powiedział, że Prue wróci? Że znów będzie z nami chodziła na zajęcia, że w końcu wszyscy będą szczęśliwi?
    - Ale David, jak ja mam wrócić? - zadała najważniejsze pytanie. Chłopak zwiesił ramiona, odnalazł dłonią jakiś kamyk i rzucił nim w jezioro.
     - Właśnie w tym tkwi problem, że nie mam zielonego pojęcia - szepnął zmęczony.
    Ostatni raz spojrzałam na tę dwójkę. Łza w oku mi się zakręciła, więc przymknęłam powieki. Kiedy je znów uchyliłam, dostrzegłam stojącego nade mną Alexa.
    - Wszystko w porządku? - zapytał z przejęciem. Pokiwałam delikatnie głową.
    - Muszę spotkać się z Becky, Chrisem i pozostałymi - oświadczyłam, zbierając w pośpiechu swoje rzeczy.
    - Ale co się stało? - zawołał chłopak, pomagając mi.
    - Chodź, nie marudź - powiedziałam, pociągając go za sobą.
    Modliłam się, by cała paczka jadła jeszcze wspólnie kolację. Zwykle tak robili, więc miałam nadzieję, że i tego wieczoru zasiedli do posiłku wspólnie. Wpadłszy do stołówki, od razu ruszyłam w stronę ich stolika. Wszyscy podnieśli na mnie wzrok zaintrygowani. Opadłam na najbliższe krzesełko i przez moment czekałam, aż unormuję oddech. Potem zaczęłam opowiadać swoją wizję. Im dalej brnęłam w historię, tym więcej uśmiechu pojawiało się na twarzach zebranych.
    - A nie mówiłem? - zawołał Shane, jeszcze zanim dobrnęłam do końca opowieści.
    - Czyli... czyli to prawda? - zapytał Chris. W jego oczach dostrzegłam łzy przemieszane z niedowierzaniem, ale i nadzieją, wiarą na powrót ukochanej. Pokiwałam tylko głową, ponieważ sam jego widok spowodował, że się wzruszyłam. On naprawdę kochał Prue. - Przepraszam - szepnął tylko, wstał od stołu i wyszedł. Wszyscy spoglądaliśmy za nim, jednak nikt tego nie skomentował. Każdy z nas wiedział, że chłopak musiał wszystko sam sobie poukładać i zmierzyć się z tym w pojedynkę.
    Wśród całego tego zamieszania zapomniałam o czymś, co okazało się być później kluczowe. Kiedy w końcu sobie o tym przypomniałam, było o wiele za późno, by naprawić mój błąd.

~~*~~*~~*~~*~~

    Hej, witam Was serdecznie pod koniec wakacji <3 Kurczę, rozdział chyba nieco krótszy, ale nie chciałam już niczego innego w nim opisywać.
    Jak tam przygotowania do roku szkolnego? Ja kompletnie tego nie czuję, nie wyobrażam sobie tego, że już niedługo, już tuż tuż, będę w szkole O.o Mam jedynie nadzieję, że mój plan lekcji pozwoli mi na pisanie nowych rozdziałów :D

sobota, 7 lutego 2015

*32. "Czyżby w końcu moje marzenie miało się spełnić? "

Dedykacja dla osoby, która jest moim motywatorem, jeśli chodzi o pisanie. Dzięki niemu powstają nowe rozdziały i zaczęłam pracę nad nowym projektem, który może niedługo ujrzy światło dzienne na blogu. Dziękuję z całego serducha, bo to dla mnie mega ważne! ♥ Bez Ciebie nie dałabym chyba sobie rady! Dziękuję! <3



"Nie są godni miłości ci, którzy w niczym nie ryzykują." - M. 


~~*~~*~~*~~*~~

~~ Alice ~~

    Wokół nas utworzyła się gęsta, błękitna mgła, przez którą praktycznie nic nie widzieliśmy. To właśnie w niej zniknęła Becky, więc próbowaliśmy przeniknąć przez nią wzrokiem, ale nie udawało się. Czekaliśmy, nie mając pojęcia, co robić, jaki będzie kolejny krok. Jedyne, co nam zostało to denerwowanie się i modlenie do Nyks, by wszystko się udało. 
    Nagle usłyszałam krzyk. Wydawało mi się, że nie należał do przyjaciółki. Serce zabiło mi szybciej. Utkwiłam spojrzenie w miejscu, gdzie miałam nadzieję ujrzeć sylwetki znajomych. 
    Nie musieliśmy długo czekać. Po chwili wypadli z mgły przerażeni Shane i Chloe w niesamowicie dziwnych strojach. Za nimi biegła zdyszana Becky. 
    - Szybko! Pomożcie mi! Musimy zamknąć przejście, zanim oni się tu przedostaną! 
    - Jacy oni? - zapytał zdezorientowany Damien. 
    - Nie ma czasu na pytania! Później wszystko wyjaśnimy! A teraz szybko! Złapcie się za ręce! - zawołała Chloe. Zrobiliśmy tak, jak kazała. Ona i Becky stanęły między nami i zaczęły recytować zaklęcie. Przyjaciółka wyciągnęła przed siebie prawą dłoń. Zauważyłam na jej palcu wskazującym pierścień, który dostała kiedyś od mamy, gdy dowiedziała się, kim tak naprawdę była. Ręka jej delikatnie drżała, a z zielonego klejnotu wydobywało się jakby złotawe światło. 
    Z mgły słychać było donośne krzyki pogoni. Rozejrzałam się dokoła, lecz niczego ani nikogo nie zauważyłam. 
    - Szybciej! - krzyknął Shane, wpatrując się w jeden punkt pośród mgły, gdzieś pod drugiej stronie rzeczki. Dziewczyny spojrzały na niego spode łba. Jedna warknęła cicho, nie zorientowałam się, która. Chłopak jednak od razu zamilkł. 
    W tym samym czasie pośród mgły rozróżniłam postacie dwóch mężczyzn. Byli niskiego wzrostu, nieśli ze sobą grube sznury i coś podobnego do batów. Wzdrygnęłam się mimowolnie. Ścisnęłam mocniej dłoń Damiena, który stał po mojej prawej stronie. Chłopak odwzajemnił uścisk, chcąc tym gestem dodać mi otuchy i jednocześnie powiedzieć, że wszystko skończy się dobrze. 
    Nie miałam pojęcia, ile tak staliśmy, modląc się, by dziewczyny jak najszybciej zamknęły portal. Coraz wyraźniej widziałam sylwetki zbliżających się nieproszonych gości. Już myślałam, że nas dopadną i zwiążą powrozami, gdy niespodziewanie mgła powoli zaczęła zanikać. Zerknęłam na Becky i Chloe; oczy miały zamknięte, wyraz twarzy wskazywał na to, że skupiły się całkowicie na zadaniu. Nie chciałam im przerywać ani dekoncentrować, więc swoją uwagę skupiłam na coraz wyraźniejszym drugim brzegu, który wyłaniał się z mgły. Prosiłam, błagałam wręcz boginię o to, by pogoń nie zdążyła przejść do naszego świata. 
    Nagle dało się słyszeć głośny wrzask frustracji i wszystko zniknęło. Zapanowała kompletna cisza. 

~~ Shane ~~

    - Udało się - szepnąłem Chloe do ucha, tuląc ją do siebie. - Cholera, udało się! 
    Staliśmy pośród znajomych twarzy. Uśmiechałem się jak głupi do każdego. Nie mogłem uwierzyć, że wszystko poszło zgodnie z planem. 
    Chloe nadal zachowywała się, jakbyśmy zaraz mieli zginąć spaleni na stosie. Cały czas kręciła głową i mamrotała coś pod nosem tak cicho, że nie potrafiłem rozróżnić słów. Starałem się do niej przemówić, wytłumaczyć, że niebezpieczeństwo minęło, ale wydawał się to płonny wysiłek. Dziewczyna trwała jak w amoku. 
    - Chloe, spójrz na mnie - powiedziałem łagodnie ale nakazująco. Posłuchała mnie. Zerknąłem w jej piękne oczy, w których nadal odbijał się strach. Bała się o nas. O nasze życie. - Nic już nam nie grozi. Widzisz, gdzie jesteśmy? Zobacz, rozejrzyj się dokoła - zaproponowałem. Powoli skierowała swoje  spojrzenie najpierw na potok a następnie na Becky. Rozpoznała ją od razu, bo oczy otworzyły jej się szeroko i zaszły łzami. Błyskawicznie wyrwała się z moich ramion i podbiegła do nieco zdziwionej brunetki. Przytuliły się serdecznie i ciepło na powitanie. Chloe w jej ramionach rozpłakała się, ale już wiedziała, że nic nam nie groziło. To zdecydowanie były łzy radości. 
    Patrzyłem przez chwilę na nią, jak cicho mówi coś do Becky, uradowany, że nic się jej nie stało. Potem zorientowałem się, że kilka par oczu spogląda na mnie z zaciekawieniem, chcąc dowiedzieć się wszystkiego. Ale ja zacząłem od najważniejszej rzeczy. Podszedłem do Prue i Chrisa i przywitałem się z nimi. 
    - Witaj z powrotem - powiedział blondyn, ściskając moją wyciągniętą dłoń. 
    - Dziękuję - odezwałem się po chwili milczenia, zerkając w oczy każdego z zebranych. - Dziękuję, że uratowaliście nam życie. 

~~ Prue ~~

    Przytuliłam się do Chrisa szczęśliwa, że wszystko skończyło się tak dobrze. Że sprowadziliśmy Chloe i Shane'a z powrotem do naszego świata. Że nie zginęli. Że nadal żyją i mają się w porządku. 
    Rozsiedliśmy się na trawie pod gwiazdami, wcale nie zmęczeni, jakby to był popołudniowy piknik. Słuchaliśmy z niemałym zainteresowaniem i przejęciem historii, jaka przydarzyła się naszym znajomym z przyszłości. Mówił głównie chłopak, ponieważ brunetka nie doszła jeszcze do końca do siebie. Gdy wtrącała do opowieści jakieś wyjaśnienie, o którym zapomniał Shane, głos nadal jej delikatnie drżał z przejęcia. Wcale się jej nie dziwiłam. Naprawdę wiele przeszła. Miała prawo na odpoczynek. 
    Bardzo poruszyła mnie opowieść blondyna o Ohrimach i ich zwyczajach rodem ze średniowiecznych lat. Nie mogłam w niektóre uwierzyć; tak bardzo wydawały mi się w naszych czasach absurdalne. 
    Może siedzielibyśmy dłużej, gdyby nie to, że w pewnym momencie Chloe zasnęła z głową opartą na ramieniu Shane'a. W końcu stres wykończył jej już i tak zmęczone ucieczką ciało. Dopiero wtedy ktoś zerknął na zegarek. Było po drugiej w nocy. Usłyszałam, jak komuś wyrwało się kilka przekleństw. 
    - Powinniśmy wracać - zauważyła Bella. Jak jeden mąż wstaliśmy z trawy; Damien pomógł Shane'owi z Chloe, by jej nie obudzić. Z westchnieniem ruszyłam w drogę do internatu. 
    Szłam z Chrisem na końcu, trzymając się za ręce. Nie spieszyliśmy się nigdzie; noc była piękna, księżyc oraz gwiazdy sprawiły, że na dworze panował romantyczny nastrój. Aż chciało się zostać i posiedzieć pod gołym niebem, podziwiając przepływające przez nie co jakiś czas obłoki. 
    Mimo naszego wolnego tempa, w końcu doszliśmy do internatu. Stanęliśmy przed wejściem, twarzami do siebie. Spojrzałam w oczy blondyna. Zauważyłam w nich złote iskierki, które jednak po chwili zniknęły. 
    - Jest późno - odezwał się, przerywając ciszę. Pokiwałam tylko delikatnie głową, przygryzając przy tym dolną wargę. - Chyba... chyba powinniśmy iść spać. - zauważył. Znów się z nim zgodziłam. - No to... Dobranoc - szepnął. Pochylił się, objął mnie w pasie i pocałował. Naprawdę słodka i namiętna pieszczota trwała bardzo krótko. Miałam ochotę na dużo więcej, ale niestety chłopak już się ode mnie odsunął. Odwrócił się na pięcie, chowając dłonie do kieszeni spodenek. Spojrzał na mnie tylko raz, przez ramię, uśmiechając się do tego łobuzersko. 
    Gdy w końcu położyłam się na łóżku, usłyszałam swój telefon. Jęknęłam cicho, ale zaczęłam go szukać po omacku na półce tuż przy mojej głowie. Odnalazłszy go, odblokowałam i przeczytałam wiadomość, którą przysłała mi Petra z Francji. Pisała, że udało jej się skontaktować z ludźmi, u których ukrywał się mój ojciec. Serce zabiło mi szybciej. Czyżby w końcu moje marzenie miało się spełnić? Czyżbym w końcu miała poznać tatę? Miałam ogromną nadzieje. 
    Umówiłam się z kobietą, że spotkamy się przed południem u niej w kawiarence. Tak bardzo cieszyłam się na wizytę u niej, że nie potrafiłam zasnąć. Leżąc, zastanawiałam się, jak to będzie. A im więcej myślałam, tym bardziej się denerwowałam. A co, jeżeli to jednak nie mój ojciec? A co jeśli mnie nie pozna, albo, co gorsza, nie będzie miał ochoty się ze mną spotkać? Coraz czarniejsze scenariusze nawiedzały mój zmęczony umysł aż w końcu zasnęłam.

***

    Bardzo długo zastanawiałam się, czy powiedzieć o moim wypadzie do Francji Chrisowi. Niby wiedział wszystko o całej tej sprawie, ale jakoś nie miałam ochoty na jego towarzystwo w tej podróży. Z drugiej jednak strony zasługiwał na prawdę. Dlatego postanowiłam wysłać mu smsa, gdy tylko znajdę się w kawiarni Petry.
    Szybko uwinęłam się z pracami, które powinnam była zrobić przed wyprawą. Następnie z naszyjnikiem ukrytym w zaciśniętej pięści, przeszłam na tyły stajni, gdzie mogłam spokojnie się teleportować.
    Kiedy otworzyłam oczy, zobaczyłam te same francuskie kamiennice, poczułam zapach morza i wypiekanych croissantów. Westchnęłam z lubością, wdychając smakowite zapachy słodkich ciasteczek. Wydawało mi się, jakbym była w domu; czułam się tak swojsko, tak wspaniale - tak samo jak w domu, gdy ktoś po długiej nieobecności siada na kanapie i spogląda na swoje cztery ściany. Wie, że to jego kąt na ziemi. Tak samo było ze mną i Francją. Wiedziałam, że, kiedy już dorosnę, tam właśnie zamieszkam.
Gerard
    Bez problemu odnalazłam kawiarenkę Petry. Tym razem w środku siedziało kilku klientów. Obsługiwał ich młody mężczyzna, który uśmiechnął się do mnie, gdy podeszłam do baru. Miał blond włosy opadające delikatnie na czoło, jednodniowy zarost i błękitne oczy. Był naprawdę wysoki i dobrze zbudowany. Ubrany w białą koszulkę i czarne spodnie z czerwonym fartuszkiem przepasanym w biodrach wyglądał naprawdę przystojnie.
    Usiadłam na wysokim stołku i czekałam, aż będzie miał chwilę, by zapytać go o Petrę. Kiedy skończył obsługiwać gości, podszedł do mnie i przywitał się serdecznie. Trudno było go zrozumieć przez bardzo wyraźny francuski akcent.
    - Witam. Ty musisz być Prue. Petra mówiła, że przyjdziesz. Zaraz ją zawołam - rzekł i zniknął za drzwiami prowadzącymi do kuchni.
    Nie musiałam długo czekać. Po chwili znów wyszedł, prowadząc za sobą uśmiechniętą młodą kobietę. Widząc mnie, od razu wyprzedziła chłopaka i podbiegła do mnie. Mocno przytuliła na powitanie.
    - Bonjour, Prue! Jak dobrze cię znów widzieć! Przed chwilą poznałaś mojego narzeczonego, Gerarda. - Uśmiechnęła się do chłopaka, który niósł na tacy lody do stolików. Usiadłyśmy przy barze. - Cieszę się, że tak szybko przyjechałaś.
    - Nie mogłam inaczej. W końcu chodzi o mojego ojca - odpowiedziałam.
    - Racja. Szczerze ci powiem, że nie wierzyłam, że uda mi się tak szybko go odnaleźć. Ale chyba Nyks czuwa nad tobą. Raz dwa skontaktowałam się z kim trzeba. Nie musiałam chodzić od jednego domu do drugiego, ponieważ pierwszy znajomy, do którego zadzwoniłam, wiedział, gdzie znajdę Dereka. - Położyła mi dłoń na ręce i delikatnie ścisnęła.
    - Kiedy będziemy mogły się tam wybrać? - zadałam nurtujące mnie pytanie.
    - Dzisiaj. Inaczej bym cię tak szybko nie ściągała. Musimy działać natychmiast, bo nie wiadomo, czy magia twojego ojca nie przeniesie go wkrótce do innego miejsca, a potem to szukaj wiatru w polu. Nie panuje nad tym, gdzie się przeteleportuje. Jest zbyt słaby.
    - W takim razie dobrze, że go tak szybko odnalazłyśmy. Już czas, by zakończył tułaczkę - powiedziałam dobitnie.
    - Tak, masz rację. To co, możemy się zbierać? - zapytała.
    - Oczywiście - odparłam. Wstałyśmy i wyszłyśmy z kawiarenki przez kuchnię. Stanęłyśmy na placyku pomiędzy dwoma kamiennicami. Wyciągnęłam z kieszeni naszyjnik. Wyjaśniłam jej jego działanie. Petra opisała mi miejsce, do którego się wybierałyśmy. Założyłam więc na nas wisiorek, zamknęłam oczy i wyobraziłam sobie to miejsce...
    Uchyliłam powieki, jak już wiedziałam, że na pewno znów stoję na stałym gruncie. Moim oczom ukazał się wspaniały widok. Mały domek stojący niemalże na plaży. W zasięgu wzroku błękitne morze. Wokół chatki rosło mnóstwo roślinności - wysokie owocowe drzewa i mniejsze krzewy oraz niskie kolorowe kwiaty.
    - Gdzie jesteśmy? - zapytałam onieśmielona widokiem. Zapach unoszący się wokół również był wspaniały - słone morze, grzejące słońce i gotujący się obiad.
    - Włochy - powiedziała tylko i ruszyła w stronę domku. Przez chwilę stałam tam, nie wiedząc, co zrobić; z jednej strony spieszyło mi się do ojca, z drugiej pragnęłam nacieszyć się cudownym widokiem. Wygrała pierwsza potrzeba.
    Zbliżając się do domku, zauważyłam, że ktoś z niego wyszedł nam naprzeciw. Petra zaczęła rozmowę oczywiście po włosku, więc nic z niej nie zrozumiałam. Stanęłam jednak tuż przy niej, przyglądając się uważnie mężczyźnie, któremu moja towarzyszka coś zawzięcie tłumaczyła. Wyglądał może na czterdzieści lat, nie więcej. Ciemne włosy gdzieniegdzie przerzedzone i przyprószone siwizną opadały na opalone ramiona. Szarymi oczami spoglądał na mnie ciekawie. Między krzaczastymi, ciemnymi brwiami pojawiła się pionowa zmarszczka. Spod hawajskiej, do połowy rozpiętej koszuli wystawał delikatnie zaokrąglony, opalony brzuch. Jego ubioru dopełniały krótkie, niebieskie spodenki i japonki. Był niskim mężczyzną.
    Rozmowa trwała dosyć długo. Wydawało mi się, że pojawiły się jakieś komplikacje, ale gdy Petra się do mnie odwróciła, uśmiech satysfakcji nie spływał jej z twarzy. Poszłyśmy za mężczyzną do wielkiego ogrodu z drewnianą altaną pośrodku i hamakami zawieszonymi między drzewami. Niedaleko stołu i ław zapełnionych jedzeniem, leżał ogromny pies. Przynajmniej tak wydawało mi się na początku, bo gdy podeszłyśmy bliżej, zauważyłam, że to był naprawdę duży wilk. Oczy miał zamknięte, ale gdy tylko ukucnęłam przy nim, otworzył je szeroko. Zobaczyłam w nich swoje odbicie; nieco zestresowaną dziewczynę, która strasznie bała się spotkania ze swoim ojcem.
    - Cześć - szepnęłam. Petra stojąca za mną, uśmiechnęła się.
    - Witaj, Derek. Zobacz, kogo ci przyprowadziłam - powiedziała wesoło. - Tak, to twoja córka - dodała po chwili milczenia, jakby odpowiadała na niezadane pytanie. Spojrzałam na nią nieco zdezorientowana. - Mówiłam ci, że twój tata znalazł sposób, by się komunikować  z ludźmi. - Zaśmiała się cicho.
    "- Dzień dobry, Prue. Cieszę się, że mogę cię w końcu poznać." - usłyszałam nagle w swojej głowie. Wzdrygnęłam się delikatnie, nie spodziewając się, że się do mnie odezwie. Podniósł łeb i położył na moich kolanach. Zdziwiona tym nagłym gestem, na początku nie wiedziałam, co zrobić. Dopiero po chwili odważyłam się i położyłam dłoń między jego uszami. Przymrużył oczy, wyrażając swoje zadowolenie.
    - Dzień dobry, tato - szepnęłam, starając się, by nie rozpłakać się ze szczęścia. Dopiero wtedy poczułam prawdziwy spokój, choć wcześniej nie zdawałam sobie sprawy, że czułam się nieco zaniepokojona. - Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że cię w końcu odnalazłam.


~~*~~*~~*~~~*~~

    Heeej! ;) I jak wrażenia po przeczytaniu rozdziału? Chyba wyszedł nieco dłuższy niż wcześniejszy. I w sumie dobrze, bo ostatnie notki były krótkawe :) Mam nadzieję, że się podobało.
    Dziękuję za wspaniałe słowa pod ostatnim rozdziałem. Gdy wiem, że mam dla kogo pisać, od razu lepiej mi się tworzy ^^ ♥
    Pozdrawiam Wass gorąco, bo na dworku niestety ziiimno! <3

środa, 8 października 2014

*26. "Zrobimy to jutro?"

Dziękuję za wspaniałą zabawę! Było mega super, śmiesznie i zabawnie, i wszystko :D Pierwsza taka nasza impreza i zaliczam ją do jak najbardziej udanych <3 Dziękuję ♥



"Ocalałeś nie po to, aby żyć." - Zbigniew Herbert. 



~~*~~*~~*~~*~~


~~ Narracja trzecioosobowa ~~

    Kolejny dzień w dziwnej krainie mijał im spokojnie. Od rana oboje byli zajęci swoimi obowiązkami; Shane poszedł z Kartikiem do pracy, a Chloe pomagała Felicity w domu. Gdy po kolacji wrócili do swojej chatki, byli zmęczeni i jedyne, o czym marzyli to gorąca kąpiel i sen. Niestety, na kąpiel nie mogli liczyć, nie w tym świecie, gdzie ludzie oszczędzali na czym tylko się dało, nawet na opale i wodzie czy jedzeniu. Ale nawet o śnie mogli zapomnieć, przynajmniej na razie, bo obiecali sobie rano, że wieczorem usiądą razem przy stole i porozmawiają o ich położeniu i szansach na powrót do domu.
    Usiedli więc naprzeciwko siebie. Miny mieli niewesołe, ale chyba nikt, na ich miejscu, by się nie cieszył. Podpierając głowy rękami i mrugając szybko powiekami, patrzyli na siebie niemal nieprzytomnie. Żadne z nich nie miało ochoty pierwsze się odezwać.
    Shane wyciągnął przed siebie rękę i dotknął nią ciepłej i delikatnej dłoni Chloe. Dziewczyna wzdrygnęła się nieznacznie, bo gest zaskoczył ją. Spojrzała mu w oczy, starając się powstrzymać ziewnięcie. Zauważyła w jego tęczówkach zmęczenie połączone z determinacją. Jego słowa potwierdziły tylko to, że dziewczyna nie dostała sennych majaków.
   - Musimy się stąd wydostać, nie podoba mi się atmosfera tego miejsca. To nie jest normalne, że codziennie wieczorem jesteśmy tak zmęczeni, że nie mamy na nic siły. Tutaj jest coś nie tak, nie mam pojęcia co, ale najwyższy czas się dowiedzieć i temu czemuś przeciwstawić.
    Chloe pokiwała półprzytomnie głową. Zgadzała się z chłopakiem w stu, a nawet może i więcej, procentach, ale po prostu nie miała siły na choćby odrobinę wyraźniejszy gest. Przyglądając się uważnie twarzy Shane'a, zauważyła, że w jego oczach już nie widać takowego zmęczenia, które ją ogarniało. Wyglądało to tak, jakby otoczka, która spowijała go, powodując brak sił, stopniowo się ulatniała. Zdawało jej się, że czuł się dużo lepiej, po chwili nawet się do niej uśmiechnął, zaciskając jej mocniej palce na dłoni, by dodać jej otuchy.
    - Musisz uwierzyć, że to nie jest normalne - szepnął. - To tylko zły czar, który musisz przezwyciężyć. Mnie się to już udało. Teraz tylko ty. Pomogę ci, nie bój się. Po prostu mi zaufaj.
    - Ufam ci - powiedziała bez zastanowienia.
    - To dobrze, a teraz powtarzaj za mną. - Wziął głęboki wdech i kontynuował. - To się nie dzieje naprawdę. To nie jest normalne. To tylko magia, która zaraz przestanie działać.
    - To się nie dzieje naprawdę. To nie jest normalne. To tylko magia, która zaraz przestanie działać. - mówiła cicho i szybko.
    - I jeszcze raz. To się nie dzieje naprawdę... - poinstruował Shane. Dziewczyna powtórzyła zdania jeszcze kilka razy. Dopiero wtedy i z niej spłynęło zmęczenie przytłaczające jej barki. Zaczerpnęła głośno powietrza, które po chwili wypuściła z delikatnym świstem. - Udało się! - zawołał chłopak, wstając szybko z krzesła, które przewróciło się, powodując mnóstwo hałasu. Przeszedł naokoło stół i wziął w ramiona nieco zdziwioną Chloe. Jej krzesło również się przewróciło, gdy zakręcił nią wokół własnej osi. Po chwili wahania wtuliła się w niego, wdychając znajomy zapach jego ciała. Niekontrolowany chichot wymknął jej się z ust.
    - Co to było? - zapytała, gdy chłopak w końcu odstawił ją na miejsce. Postawili krzesła znów na swoim miejscu i usiedli na nich. Shane spojrzał na nią, uważnie jej się przyglądając. Chciał się upewnić, że cały czar prysł.
    - Najwidoczniej ktoś nie chce, żebyśmy się stąd wydostali - zauważył.
    - Ktoś, albo coś - zasugerowała Chloe, próbując sobie to wszystko poukładać w głowie.
    - Nie, to na pewno był człowiek - powiedział przekonany chłopak. - A raczej jego magia, ale na pewno czar rzucił człowiek. Nie ma nigdzie, nawet w innym wymiarze, tak potężnej magii, która utworzyłaby się bez pomocy czarodzieja. Pytanie tylko, kto jest na tyle zdolny i silny, by móc nas tak omamić?
    - Naprawdę myślisz, że ktoś tutaj ma magiczną moc? - zapytała z powątpiewaniem dziewczyna.
    - To inny wymiar, magiczna kraina, tutaj wszystko jest możliwe - odparł.
    - Więc pewnie domyślasz się, kim może być ta osoba? - powiedziała Chloe, próbując zastanowić się, na kogo mógłby stawiać Shane.
    - To chyba oczywiste, że chodzi o Merrina - odezwał się głośno.
    - Nie jestem tego taka pewna - powiedziała nieprzekonana.
    - No a kto, jak nie on? - zirytował się nieco Shane. - Przecież to chyba oczywiste. On jest tym całym ich wodzem, czy jak on się zwie w ich kulturze. To on nimi przewodzi, więc najbardziej prawdopodobne jest to, że to on będzie miał moc.
    - Myślisz? - Dziewczyna zaczęła dostrzegać prawidłowość rozumowania przyjaciela. - Jak się tak zastanowić, to możesz mieć rację - przyznała. Chłopak skinął głową i uśmiechnął się do niej. - To co w takim razie robimy?
    - Sam jeszcze nie wiem. Moglibyśmy spróbować skontaktować się z Becky. Chyba będziesz potrafiła to zrobić?
    - Ja tak, ale nie jestem pewna, czy Becky z tamtego okresu, do którego się przenieśliśmy, będzie umiała odebrać prawidłowo sygnał czy wiadomość. Z tego, co widziałam przy rzucaniu zaklęcia, miała niewielkie pojęcie o rodzinnej magii. Nie wydaje mi się, żeby od tamtej pory coś się pod tym względem zmieniło.
    - Kurde, faktycznie. Wyglądała na zdezorientowaną wtedy. Myślałem, że było to związane ze śmiercią Davida i naszym odejściem. Nie sądziłem, że jeszcze się niczego o waszej rodzinie nie dowiedziała - wyraził swoje niemałe zdziwienie. Oparł się wygodnie - na tyle, na ile to było możliwe - o drewniane oparcie krzesła i podrapał po głowie, zastanawiając się, co by w takie sytuacji zrobić. - A mogłabyś skontaktować się z jej mamą? Ona na pewno wiedziałaby, co zrobić. No i przez nią dotarlibyśmy do reszty. Gdybyśmy poprosili ją, by opowiedziała o wszystkim Prue, Becky czy Alice...
    - Mogę spróbować, ale nigdy czegoś takiego nie robiłam. Wcześniej wiązałam się tylko z mamą, a i to nie zawsze działało. - Posmutniała. Chciała być pomocna Shane'owi. Chłopak myślał za nich dwóch, więc ona pragnęła przynajmniej czynem mu to wszystko wynagrodzić.
    - Zadziała - powiedział chłopak z taką pasją, że i Chloe uwierzyła, że jej się uda nawiązać kontakt z mamą Becky. - Wierzę w ciebie - szepnął, nachylając się ku niej i patrząc prosto w oczy. Przez plecy dziewczyny przeszedł przyjemny dreszcz.
    - Okej, będę potrzebowała chwili ciszy i spokoju, paru ziół, przynajmniej dwie świece i kredę. Fajnie by było, gdybym miała też kryształy, pomogłyby mi utrzymać kontakt dłużej niż normalnie, ale w naszym przypadku nie zdobędziemy kryształów. Nie tutaj. - Westchnęła. - Zioła mogę jutro skombinować. Felicity mi pomoże. Gorzej będzie ze świecami... - zastanawiała się.
    - Popytam, może coś się wykombinuje, nie martw się. Ty zajmij się roślinami, a ja przyniosę świece - zaproponował. Dziewczyna kiwnęła głową na znak zgody. - Zrobimy to jutro?
    - Tak, im szybciej, tym lepiej. Wynośmy się stąd zanim stanie nam się coś złego, bo coś czuję, że im dłużej tu jesteśmy, tym bardziej coś nam zagraża. Nie mam pojęcia, czym miałoby być to zagrożenie, ale niewątpliwie się zbliża. Z każdym dniem jest coraz bliżej...
    - Mam nadzieję, że nasz plan wypali.
    - Musi. Inaczej zostaniemy tu na zawsze. A ja nie chcę się tutaj zestarzeć. - Wzdrygnęła się na samą myśl o pozostaniu w krainie Kartika i Felicity.
    - Razem damy radę - zapewnił ją, dotykając czule jej dłoni. Chloe delikatnie się zarumieniła, ale starała się nie okazać, jak duże zrobił na niej wrażenie jego dotyk. Uśmiechnęła się tylko szeroko, zaglądając przez chwilę w jego oczy. Potem spuściła wzrok na ich złączone ręce na stole. - Chyba powinniśmy się już położyć. Jutro wielki dzień, musimy być wypoczęci - odezwał się po chwili milczenia. Chloe kiwnęła tylko głową. Wstała szybko od stołu, podeszła do łóżka, gdzie ściągnęła swoją sukienkę i zamiast niej założyła cieniutką halkę do spania. Szybko położyła się na łóżku i przykryła szczelnie kołdrą. Nie lubiła zakładać swojej "pidżamy", bo odsłaniała więcej niżby chciała pokazać. Wstydziła się paradować półnago, zwłaszcza, że Shane, który jej się podobał, co chwila na nią spoglądał.
    Chwilę potem i chłopak położył się na łóżku. On nie miał problemu z nagością. Spał bez koszulki, jedynie w krótkich a la spodenkach. Wyciągnął się wygodnie na łóżku, spoglądając w sufit, jedną rękę trzymał zgiętą w łokciu pod głową, a druga leżała na jego brzuchu.
    - No to dobranoc - powiedziała pierwsza Chloe, przewracając się na bok, plecami do chłopaka. Ten spojrzał na nią z błądzącym w kącikach ust uśmiechem.
    - Dobranoc - szepnął, zapatrzony w burzę ciemnych włosów rozrzuconych na poduszce i nagich ramionach dziewczyny. Podniósł rękę, bo poczuł dziwną potrzebę odgarnięcia kosmyków z jej ciała, ale powstrzymał się w ostatniej chwili. Odłożył więc z powrotem rękę na brzuch i wpatrywał się zamyślony w sufit drewnianej chatki.

***

    Chloe siedziała jak na szpilkach, czekając na powrót Shane'a. Z pomocą Felicity zebrała wszystkie potrzebne jej zioła, które potem związała w bukiecik. Znalazły się w nim między innymi szałwia, sosna i lawenda. Teraz leżały na wyszorowanym rano stole.
    Dziewczyna przyszykowała już wszystko. Przedmioty, które mogłyby przeszkadzać, odsunęła na boki tak, że w pomieszczeniu znalazło się mnóstwo wolnej przestrzeni. Postanowiła, że razem z Shanem przesuną pod ścianę jeszcze stół. Sama nie dałaby sobie z nim rady, ponieważ był za ciężki.
    Na piecu w rogu kuchni stałął garnek pełen smakowitej potrawki, którą dziewczyny dzisiaj przyszykowały na kolację dla Shane'a i Kartika. Chloe wzięła trochę do domu, wymigując się błahostkami od wspólnej wieczerzy. Wolała od razu po jedzeniu zająć się rytuałem, a gdyby spędzili kolację u młodej pary, na pewno tak szybko by nie wyszli.
    Chloe tak bardzo się zamyśliła, że dopiero Shane, wchodząc do chatki, wytrącił ją z tego stanu względnej błogości.
    - Cześć! - zawołał od progu. Powiesił kurtkę na wieszaku przy drzwiach, ściągnął buty, by nie nabrudzić w całej kuchni i przeszedł dalej. Jeszcze trochę rozkojarzona brunetka spojrzała na przyjaciela, nie wiedząc, co zrobić. - Co jest do jedzenia? Jestem strasznie głodny! - jęknął, siadając przy stole. Dopiero wtedy Chloe zorientowała się, co musi zrobić. Pobiegła szybko do piecyka, z garnka nałożyła na dwie miseczki potrawki i jedną postawiła przed Shanem a drugą tam, gdzie miała siedzieć. Potem między nimi położyła pokrojony świeży chleb po czym usiadła, podając chłopakowi łyżkę.
    Zaczął jeść niemal od razu. Westchnął błogo, gdy napakował sobie pełną buzię mięsa i pieczywa. Dziewczyna pokręciła tylko głową, uśmiechając się nieznacznie. Również wzięła do ust pierwszy kęs chleba i łyżkę potrawki. Smakowała pysznie, zupełnie inaczej, niż wszystkie inne potrawy, które uchodziły za specjały kuchni tejże krainy. Była normalna, bez żadnych gadzich wydzielin czy zielonych glonów i mchów. Zwykła potrawka z freliwów i warzyw z dodatkiem ziół, które dziewczyny zebrały w lesie i na łące.
    Gdy skończyli, Chloe szybko posprzątała ze stołu, po czym przenieśli go nieco na bok. Wtedy pośrodku pomieszczenia zrobiło się mnóstwo wolnego miejsca.
    - Przyniosłeś świece? - zapytała, gdy położyła poduszkę na podłodze, gdzie miała usiąść w trakcie rytuału.
    - Jasne. Pikuś. Mam chyba z pięć, powinny być dobre, nie wiem, nie znam się na tych waszych obrzędach. - Wzruszył ramionami, wyciągając z torby pięć białych świec.
    - Idealnie - pochwaliła chłopaka, biorąc od niego świece i stawiając w odpowiednich miejscach - Na północy, południu, wschodzie i zachodzie, a jedną przy poduszce. Potem przyniosła bukiecik z ziół i palącą się szczapę z piecyka, którą zapaliła wszystkie knoty świec, a następnie i rośliny. Gdy tylko się zajęły ogniem, zdmuchnęła płomień, by zioła zaczęły się dymić. W powietrzu unosił się przyjemny zapach szałwii, sosny i lawendy, który oboje z lubością wdychali.
    Gdy dziewczyna miała już wszystko przy sobie, usiadła na poduszce w chmurze dymu. Wygładziła zmiętą kartkę, na której zapisała wcześniej wymyślone zaklęcie komunikacji. Z bijącym głośno i mocno sercem wypowiedziała wyraźnie słowa zaklęcia. Zamknęła oczy, by móc skupić się na magii. Po chwili poczuła na odsłoniętej skórze lodowaty powiew wiatru. Uniosła powieki i zobaczyła szalejący na wietrze płomyk świecy. Spojrzała przerażona na przyjaciela. To nie tak miało wyglądać. Coś poszło nie tak jak powinno.


~~*~~*~~*~~*~~

     Hej, miałam nie dodawać, ale ja miewam takie odpały. Postanowiłam dodać, ale co dalej to nie wiem. Prawie nikt nie zadeklarował się, że będzie czytał jak będę dodawała. No nic, nie będę tutaj znowu przetaczać mojej przemowy.
    Mam nadzieję, że podoba Wam się takie żerowanie, żerujcie dalej, śmiało.
    NO I ANKIETA! GŁOSUJCIE.

niedziela, 13 kwietnia 2014

*15. "...chyba opuściłam te lekcje, gdzie uczyli, jak naśladować głupka..."

Z dedykacją dla całej drużyny klasowej! Za te wspaniałe mecze, te przegrane, ale przede wszystkim za te wygrane! Za śmiechy na boisku, za to trzecie miejsce! Jaram się tym bardziej, ze jestem kapitanem! *,* No i Żabciu! Za ten Twój komplement, nie? Jakżebym mogła nie podziękować? To takie urocze, usłyszeć coś takiego od Ciebie! ;p 
Także tego! Moja kochana piąteczko i ty Żabciu! To były niezapomniane chwile! I jestem z nas dumna! Za zeszłoroczne drugie miejsce i tegoroczne trzecie! Serdecznie dziękuję! ;*


"Są dziwy w niebie i na ziemi, o którym ani śniło się waszym filozofom" - W. Szekspir.


~~*~~*~~*~~*~~

~~ Alex ~~

    Już od ponad godziny chodziłem w tę i z powrotem  po pokoju Belli. Nie mogłem sobie znaleźć miejsca. Ciągle to siedziałem na brzegu łóżka, to znów wstawałem i kręciłem się w kółko. Czekałem, aż zegar wybije południe, bym mógł wreszcie zacząć coś robić.
    Wskazówki wlokły się niemiłosiernie, jak to zawsze bywa w takich chwilach jak ta. Wydawało mi się, że minęło dobre pół godziny, a tymczasem ślamazarne wskazówki pokonały drogę równą piętnastu minutom.
    Nie miałem co robić. Jak na złość nie mogłem dobrze spać. Obudziłem się po szóstej i już nie zasnąłem. Z braku zajęcia już od dziewiątej zacząłem przygotowania do obiadu. Wziąłem gorący prysznic, umyłem dokładnie włosy. Starałem się kontrolować, przy myciu ciała Belli. Nie potrafiłem pojąć, dlaczego aż tak mnie to wszystko podniecało. Do czasu. Bo gdy zdałem sobie sprawę o swoich uczuciach do dziewczyny, wszystko stało się jasne. Może nadal nie do końca, ale dawno już się pogodziłem z tym, że w świecie, w którym żyłem, w świecie magii, istnieje mnóstwo tajemnic, nierozwiązanych zagadek. Tak już po prostu było i nic nie dało się z tym zrobić.
    I to dotyczyło miłości. Istniała niezależnie od wszystkiego. Mimo, że ze sobą zerwaliśmy, to i tak darzyliśmy się tym samym uczuciem. Mimo raniących słów na pożegnanie i tak zostaliśmy przyjaciółmi. To coś trzymało nas blisko siebie, sprawiało różne dziwne rzeczy. Zgadywałem, że zamiana ciałami miała na celu uświadomienie mi wszystkich moich błędów, które popełniłem i dotyczyły Belli i naszego związku. Dopiero teraz tak naprawdę przejrzałem na oczy!
    Wreszcie zegar wybił południe. Jak wystrzelony z procy, wybiegłem z pokoju. Nie miałem zielonego pojęcia, co zrobić z włosami czy jak się pomalować. Ubrałem więc czerwoną sukienkę, naszyjnik, z którym dziewczyna nigdy się nie rozstawała i czarne baletki. Spojrzałem na siebie w lustrze. Czarne włosy, już suche, opadały delikatnymi falami na ramiona, a potem wzdłuż kręgosłupa. Brązowe oczy skrzyły z podekscytowania, różowe usta wygięte w półuśmiechu. Na czole zauważyłem dwie pionowe zmarszczki, tak bardzo przypominające mi Bellę, gdy nad czymś intensywnie się zastanawiała. Dopiero po chwili zrozumiałem, że również moją głowę zaprzątały dziwne myśli. Podziwiając twarz Belli, nie zwróciłem uwagi na to, że moja podświadomość sama układała plan metamorfozy. Przeraziłem się. Skąd wiedziałem takie rzeczy? Przecież nawet siostry nie miałem!
    Drżącymi rękoma sięgnąłem po kosmetyki leżące na półce obok lustra i zacząłem wyczyniać różne rzeczy. Nie zastanawiałem się nad tym, co robiłem. Po prostu działałem. Gdybym później spróbował to wszystko odtworzyć, pewnie nie wiedziałbym jak się w ogóle do tego zabrać.
    Gdy już się pomalowałem, rozczesałem palcami długie włosy. Gotowy wyszedłem z łazienki, by wziąć torebkę z pokoju i ruszyć na ten nieszczęsny obiad!


~~ Bella ~~

    Och, Nyks! Błagam, by wszystko poszło jak najlepiej!
    Stół gotowy.
    Nakrycia gotowe.
    Podłoga czysta.
    Biała koszula wyprana i wyprasowana.
    Spodnie już na nogach.
    Czegoś brakuje??
    Od pięciu minut zastanawiałam się, co zrobiłam, a czego jeszcze nie. Ubierając się, myślami byłam kompletnie gdzie indziej.
    Cholera, krzesła! Wiedziałam, że lista wcześniej składała się z większej ilości punktów! Miałam przynieść jeszcze dwa krzesła z góry, ponieważ tych w jadalni nie wystarczyło.
    Szybko zapięłam guzik od spodni i pobiegłam do pokoju obok. Wzięłam potrzebne mi rzeczy i zbiegłam po schodach na dół. Tam wpadłam na panią Ramone.
    - No nareszcie! Już myślałam, że zapomniałeś!
    - Przepraszam - sapnęłam. Wyminęłam ją i podeszłam do stołu. Postawiłam przy nim krzesła i rozejrzałam się dookoła. Od samego rana, a właściwie już od wczoraj, pomagałam w szykowaniu jadalni i salonu do przyjęcia tak dużej liczby gości. Przestawiliśmy meble tak, by w niczym nie przeszkadzały, stół przesunęliśmy na sam środek, a wokół niego poustawialiśmy krzesła - drewniane, brązowe, ciężkie, stare, ale wygodne. Dziś rano pani Ramone położyła czysty, biały i wyprasowany obrus na szerokim i długim blacie. Następnie na stole znalazły się talerze, sztućce, kieliszki, wazy, serwetki i bukiet z żywych kwiatów. Jeszcze wieczorem odbyło się gruntowne sprzątanie - mycie podłogi, ścieranie kurzy (Alex mówił, że już ze dwa razy w ciągu kilku dni sprzątał cały salon, jadalnię, korytarz i kuchnię, ale najwidoczniej pani Ramone chciała wypaść jak najlepiej przed rodziną. Szczerze, wcale jej się nie dziwiłam).
    Oprócz stołu i krzeseł stała tam tylko komoda w rogu jadalni, a na niej następny wazon z kwiatami. Prawie połowę prawej ściany zajmowały okna, zielone ściany zostały ozdobione różnymi obrazami. Dalej jadalnia przechodziła od razu w kuchnię, a tuż obok znajdował się salon z kanapami, barkiem i telewizorem.
    Upewniłam się, że mama Alexa nic już ode mnie nie chce i wróciłam do pokoju chłopaka, który, nawiasem mówiąc, powinien zjawić się już ładnych kilka minut temu. Ściągnęłam brudny podkoszulek, który po chwili znalazł się w koszu na pranie. Założyłam białą koszulę. Zapinając guziki, wyglądałam przez okno. Alexa nie zauważyłam. Widziałam za to leniwie płynące obłoczki na niebieskim niebie, które często formowały się w dziwne kształty, przypominające a to jakieś zwierzątko, a to jakiś przedmiot. Rozróżniłam kaczkę, sowę, pajacyka i muszelki.
    Oderwałam wzrok od okna, gdy usłyszałam pukanie do drzwi. Zdziwiona, odwróciłam się, mówiąc:
    - Proszę!
    Drzwi uchyliły się, a do środka wszedł Alex. Nigdy nie powiedziałabym, że jestem ładna, ale w tym momencie... Coś sprawiło, że zaczęłam się sobie podobać. Może ta znienawidzona przeze mnie czerwona sukienka? W każdym razie Alex wyglądał bardzo pięknie!
    - Cześć - przywitał się.
    - Hej! - Uśmiechnęłam się do niego. - Wiesz, że nie lubię przyznawać, że się myliłam, ale miałeś rację. Ta sukienka jest ładna.
    - Wiesz, że nie lubię tego powtarzać, ale, a nie mówiłem?! - Wyszczerzył zęby w uśmiechu. Podszedł do mnie i pocałował delikatnie w policzek.
    - Swoją drogą, to kiedy przyszedłeś? - zapytałam. - Ciągle patrzyłam przez okno, ale ciebie nie widziałam.
    - Wszedłem przez kuchnię. - Wzruszył ramionami. Przy okazji spadło mu ramiączko od stanika. - Cholera - mruknął, poprawiając ubranie.- Nienawidzę tego cholerstwa. - Zaśmiałam się cicho. - A tobie co?
    - Nic - odparłam z miną niewiniątka. Pokręcił tylko głową zrezygnowany. Podszedł do łóżka i usiadł na nim.
    - Widziałem, że już wszystko naszykowane?
    - Tak, teraz tylko czekamy na twoją rodzinę.
    - Tylko pamiętaj, że nazywasz się Alex, nie uczysz się jakoś wyjątkowo dobrze... Po prostu staraj się zachowywać tak jak ja się zachowuję normalnie, co?
    - Nie jestem aż taką dobrą aktorką. Poza tym chyba opuściłam te lekcje, gdzie uczyli, jak naśladować głupka.
    - Ha ha! Bardzo śmieszne. Mówię poważnie.
    - Ja też. Strasznie się denerwuję! Boję się, że coś pomylę. Masz tak liczną rodzinę, że trudno spamiętać, kto z kim jest w zgodzie, kto się pokłócił, a kogo twoja babka wydziedziczyła.
    - Wydziedziczyła tylko Basila.
    - Wiesz, to akurat zapamiętałam. Historia pechowego wujka Basila, który zarażał swoim nieszczęściem na odległość jednego kilometra jakimś dziwnym trafem zaległa mi w pamięci.
    Chłopak już miał coś odpowiedzieć, gdy z dołu usłyszeliśmy wołanie pani Ramone. Zeszliśmy po schodach, by dowiedzieć się, czego od nas chciała.
    - Dzieci, przygotujcie się. Za kilka minut powinni wjeżdżać na pojazd.
    Pokiwaliśmy tylko głowami. Zajęliśmy wcześniej ustalone miejsca i czekaliśmy, nie odzywając się do siebie. Każdy wpatrywał się w drzwi. Tylko jedna mama Alexa wyglądała przez okno.
   Najpierw usłyszałam cichy warkot silnika przed domem, potem trzaśnięcie drzwi samochodowych. Tupot kilku par stóp, wreszcie pukanie do drzwi. Mąż pani Ramone odczekał sekundę, żeby wyglądało, że wcale nie staliśmy jak kołki przez ostatnie dziesięć minut przed drzwiami. Gdy już je w końcu otworzył, do środka weszło sześć osób na czele z wysoką, dystyngowaną damą o blond włosach sięgających za łopatki i twarzy, która przypominała koński pysk. Od razu przypomniałam sobie opis ciotki Maury, który przedstawił mi wczoraj Alex. Właśnie tak ją sobie wyobraziłam! Pełne usta, górna warga nieco większa od dolnej, wyłupiaste oczy, duży, kartoflany nos. Mimo tak nieurodziwej twarzy, sylwetkę miała nad zwyczaj proporcjonalną. Długa, czarna suknia opinała się jej na biodrach i piersiach, podkreślając zgrabną figurę, płaski brzuch i długie nogi. Na stopach miała czerwone szpilki, w ręce trzymała równie krwistą torebkę. Na szyi wisiał ciężki złoty naszyjnik. Tanecznym krokiem, na chwiejących się obcasach, podeszła do pani Ramone i przywitała się. Pocałowały się delikatnie w oba policzki i uśmiechnęły - mama Alexa szczerze, ciotka Maura wyglądała jakby ktoś uderzył ją w brzuch i starała się ukryć ból za fałszywym uśmiechem. Następnie podeszła do ojca Alexa, z którym również podobnie się przywitała. Potem stanęła przede mną.
    - Alex, aleś ty wyrósł! - zawołała, spoglądając na mnie od góry do dołu.
    - Witaj ciociu - odpowiedziałam, starając się wytrzymać jej świdrujące spojrzenie. Pochyliła się nade mną - w swoich wysokachnych butach była ode mnie kilka centymetrów wyższa - i musnęła wargami mój prawy policzek. Nogi miałam jak z waty, ale nie zachwiałam się. Nie dałam jej tej satysfakcji. Domyśliłam się, że gdybym popełniła tak ogromny błąd, nie wybaczyłaby tego Alexowi, wypominałaby mu to przy wszystkich nadarzających się okazjach.
    Potem jej spojrzenie powędrowało na drobną postać chłopaka, skuloną za wszystkimi.
    - Ciociu, to jest Bella, moja przyjaciółka. Bello, poznaj ciocię Maurę.
    - Dzień dobry - przywitał się Alex. Głos mu lekko zadrżał, co nie uciekło czujnej uwadze kobiety. Spojrzała na niego, unosząc wysoko idealnie wyregulowaną brew.
    - Witaj - powiedziała, po czym odwróciła się i weszła do salonu. Pani Ramone pobiegła za nią, prowadząc resztę gości.
    Na końcu do domu wszedł młody, wysoki, przystojny szatyn. Całkiem nie podobny wyglądem do swojej matki, identyczny jeśli chodzi o charakter. Niemal z pogardą rozejrzał się po pomieszczeniu, potem jego wzrok na chwilę zatrzymał się na mnie. Zauważyłam w jego szarych oczach chłód. Podałam mu rękę, którą uścisnął z niechęcią. Następnie zerknął na Alexa i już nie oderwał od niego wzroku.
    Przez chwilę nie wiedziałam, co zrobić. Patrzyłam zdezorientowana, ze strachem w oczach na Alexa. Ten nieznacznie kiwnął głową w stronę salonu. Ruszyłam więc na chwiejnych nogach a chłopcy za mną.
    Zasiedliśmy do obiadu w jadalni. Starałam się zachowywać jak chłopak, jednak musiałam uważać i nie przesadzić. Odpowiednie maniery przede wszystkim, niewychowany nastolatek na drugim miejscu. Od czasu do czasu położyłam łokcie na stole, użyłam nie tego sztućca. Alex, widząc to, uśmiechał się pod nosem. Czasami zapominał, że jest dziewczyną i siedział w rozkroku. Kilka razy musiałam uderzyć go w kolano, które dotykało mojej nogi, by sobie przypomniał, jak powinien siedzieć.
    Obiad sam w sobie był przepyszny. Znałam kuchnię pani Ramone, więc mnie to nie dziwiło. Jednak reszta... Już na pogrzebie jest weselej! Wszyscy siedzieli sztywno, jakby im ktoś kije od szczotek powsadzał w plecy. Dorośli rozmawiali w nieznanym mi języku biznesu. Ojciec Jeremiego był jakimś wysoko postawionym gościem, którego nazwa stanowiska szczerze nic mi nie mówiła. Wymieniali uprzejme słówka, pytali, co tam słychać, opowiadali o wakacjach, o postępach w nauce swoich dzieci. Często przechwalali się, chcieli pokazać, że u nich jest lepiej.
    Ja, Alex i Jeremy nie odzywaliśmy się w ogóle. Kuzyn bruneta nie odrywał od niego oczu, ja natomiast zachodziłam w głowę, o co mogło mu chodzić. Na początku myślałam, że jakimś cudem dowiedział się, że on to tak naprawdę ja. Jednak po chwili odrzuciłam ten pomysł. Bo niby skąd miałby się dowiedzieć? No właśnie, znikąd. Więc czemu tak intensywnie się na niego patrzył?
    Po męczących dwóch godzinach przy stole wreszcie pozwolono nam od niego odejść. Poproszona o pomoc przez mamę Alexa, poszłam za nią. Alex poprowadził Jeremiego do salonu. Wstawiłam wodę i czekałam aż się zagotuje. Pani Ramone pokroiła ciasto, które kazała mi postawić na uprzątniętym wcześniej stole. Po chwili stwierdziła, że da sobie radę beze mnie i odesłała mnie do chłopców.
    Wszedłszy do salonu, od razu wiedziałam, że coś jest nie tak. Panowała dziwna cisza. Alex siedział naprzeciwko Jeremiego, który powoli zbliżał swoją twarz do jego ust. Zorientowałam się, co zamierza zrobić sekundę wcześniej od przyjaciela. Nim zdążyłam zareagować, ten już uderzył z całej siły pięścią w jego szczękę. Coś cicho chrupnęło. Zatkałam dłońmi usta, jak to robią wszystkie dziewczyny na filmach, gdy są czymś zaskoczone, czy dzieje się coś, czego nie chciałyby oglądać. Z mojego gardła wydobył się dziwny niski pisk. Podbiegłam do Jeremiego, który leżał na podłodze, trzymając się za obolały policzek.
    - Nic ci się nie stało? - zapytałam. Usłyszałam ciche prychniecie za sobą. Odwróciłam się i ujrzałam przyglądającego się nam Alexa, podpartego pod boki. - Alex! - skarciłam go, lecz od razu tego pożałowałam. Znokautowany chłopak spojrzał na mnie jak na kosmitę.
    - No co? - zdziwił się brunet. - On próbował mnie pocałować! Wyobrażasz sobie, że taki koleś jak on, leci na ciebie? - Najwidoczniej nie zauważył, że Jeremy jest przytomny, bo mówił, jakbyśmy byli sami.
    - Co... Co tu się do jasnej cholery dzieje? - zawołał Jeremy, podnosząc się z podłogi. Nic nie odpowiedzieliśmy. Ja nadal klęczałam na dywanie, a Alex spoglądał na niego wyzywająco. - Wy jesteście nieźle walnięci! Powinni was zamknąć w wariatkowie! Alex, wiedziałem, że jesteś jakiś nie teges, to że gadałeś tak dziwnie mnie absolutnie nie zdziwiło, ale cholera! Czemu zaraziłeś też tę laskę?
    - Przyłożyć ci jeszcze raz? - spytał Alex, robiąc krok do przodu.
    - Hej! - zawołałam, stając przed brunetem. Próbowałam go powstrzymać przed kolejnym krokiem. Udało mi się, w tym ciele, byłam o wiele od niego silniejsza.
    - Przepraszam, ja po prostu... Chyba jestem zazdrosny... - Spuścił głowę. Uśmiechnęłam się pod nosem, ale czekałam dalej. Wiedziałam, że musi poukładać sobie myśli w głowie i nie należy mu w tym przeszkadzać. - Bo kurde! Gdy sobie pomyślałem, że gdyby nie ten nieszczęsny wypadek, to on by całował ciebie! Ja... Ja od dłuższego czasu chciałem ci to powiedzieć, ale zawsze brakowało mi odwagi. Jestem cholernym tchórzem. Ale teraz, dzisiaj powinienem w końcu to z siebie wyrzucić. Kocham cię, Bells. Zawsze cię kochałem i kochać będę!
    Wspiął się na palce i złożył na moich ustach namiętny pocałunek. Słyszałam oszalałe bicie mojego serca i coś jakby mamrotanie o dziwakach, które towarzyszyło zamykaniu drzwi frontowych.
    To, co stało się potem, było cudem samym w sobie.


~~*~~*~~*~~*~~

    Hej, zostawiam was z takim małym może niedosytem ;p
    Teraz parę informacji :) Po pierwsze przypominam o ANKIECIE! Głosujcie, to dla mnie bardzo ważne, a dla was tylko sekunda fatygi :)
    Po drugie serdecznie zapraszam na BLOGA! Bo... Bo tak ;p Jak wpadniecie to zobaczycie ;p Poza tym nie wiem, czy się podoba czy nie :)
    Po trzecie przepraszam za opóźnienia, ale czekałam na ten jedyny bodziec, który by mi dał pomysł na skończenie tego rozdziału. I tak miało być nieco inaczej, ale wyszło jak wyszło. Zastanawiam się czy dobrze napisałam, jaka atmosfera panowała przy obiedzie, czy udało mi się was czymś zaskoczyć? Nie wiem, piszcie, co myślicie  o tym rozdziale, jakie emocje wam towarzyszyły.
    Po czwarte następny pojawi się później niż zwykle, bo są egzaminy i postanowiłam, że poświęcę trochę czasu na naukę (kocham moją wenę, bo przychodzi kiedy jej najmniej potrzebuję ;p). Tak więc rozdział nie za dwa tygodnie lecz za trzy prawdopodobnie :)
    Po piąte życzę wszystkim trzecim klasom gimnazjum najłatwiejszych zadań na testach ;p Reszta niech trzyma za nas kciuki, okk? :) Jak tam, podania do szkół zaniesione? :)
    Po szóste życzę wszystkim wesołych, spokojnych Świat Wielkanocnych, mokrego dyngusa i wszystkiego, wszystkiego, czego tam się życzy na Wielkanoc ;p ;*
    Cały dzień myślałam, co jeszcze mam napisać. Na pewno o czymś istotnym zapomniałam, ale to już ja -,-
    ~Edit~ Wiedziałam, że o czymś zapomniałam!!! -,- Dziękuję za nominację od Hope x - więcej informacji w zakładce ;*
Do zobaczenia!
Zuza♥