Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alex Pettyfer. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alex Pettyfer. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 października 2015

~9. "...i nie opuścić jej, aż do śmierci."

"Mógłbym przesiedzieć sto lat w więzieniu, gdybym tylko wiedział, że w końcu się zobaczymy." - C.J. Daugherty, "Niezłomni"



~~ Chris ~~


Shane jeszcze w kostnicy wyjaśnił nam, że Prue się wybudzała. Moje serce biło jak oszalałe. Z jednej strony bardzo się cieszyłem, że wracała w końcu do nas. Z drugiej jednak okropnie się martwiłem i denerwowałem. Gdzie ona, do cholery, polazła? Dlaczego nie poczekała? Co było tak ważne, że naraziła się, wychodząc z pomieszczenia?
Nie potrafiłem odnaleźć odpowiedzi na te wszystkie pytania, które kotłowały się zapewne nie tylko w mojej głowie. Widziałem na twarzach pozostałych, że również główkują nad rozwiązaniem tej zagadki. Żadne z nas jednak nie było na tyle inteligentne, by zrozumieć Prue i jej zamiary.
Powlokłem się za wszystkimi w kierunku internatu. W połowie drogi skręciłem jednak w lewo i udałem się do stajni. Łudziłem się, że przerażona swoim powrotem do życia Prue, zaszyje się w jakimś przytulnym miejscu, do którego lubiła wracać. A stajnia była właśnie takim miejscem. Zawsze, kiedy musiała coś przemyśleć, coś ją zdenerwowało, wystraszyło, zaszywała się wśród koni. Dokładnie tak jak Filip.
Przekraczając próg, wstrzymałem oddech a serce podskoczyło mi do góry. Żyłem tą nadzieją przez całą drogę i kiedy okazało się, że dziewczyny tam nie było, zawiodłem się. Zwiodłem się głównie na sobie, ale odrobinę też na Prue. Pomyślałem, że mogła się przecież schować w jakimś znanym mi miejscu a nie bawić się w chowanego i uciekać przede mną.
W następnej kolejności, zbeształem się za te myśli.
– Głupek – warknąłem. Koń z najbliższego boksu wyjrzał zza drewnianego ogrodzenia i spojrzał na mnie zaciekawiony. Zastrzygł uszami i parsknął. – Nie było jej tutaj, prawda? – zapytałem zwierzęcia. Oczywiście mi nie odpowiedział, więc wyszedłem ze stajni, po tym, jak koń, zamiast mną, znów na powrót zainteresował się sianem.
Z tego wszystkiego przegapiłem kolację, ale miałem nadzieję, że w stołówce w internacie znajdę coś wartego uwagi. Skierowałem tam swoje kroki i już po chwili siedziałem przed telewizorem z talerzem kanapek. Przełączałem co chwila na nowy kanał pilotem, ponieważ nic nie zwróciło mojej uwagi. Próbowałem się skupić na czymkolwiek innymi niż moja ukochana. Nie potrafiłem. Ciągle miałem ją przed oczami. Pragnąłem ją przytulić, pocałować, usłyszeć jej głos, poczuć jej dotyk na swoim ciele, mieć już do końca życia blisko siebie i nie opuścić jej, aż do śmierci.
Alex wpadł do salonu, kiedy jadłem ostatnią kanapkę. O mało co się nie udławiłem i już zamierzałem mu to wytknąć, jednak nie pozwolił mi cokolwiek powiedzieć.
– W końcu cię znalazłem, stary! – zawołał, łapiąc szybko oddech. – Chodź, nie mamy czasu!
Pociągnął mnie za sobą, przez co upuściłem kanapkę na podłogę. Nie zdążyłem zawołać, że powinien to najpierw posprzątać, a już biegłem za chłopakiem w kierunku szkoły. Pytałem go kilkakrotnie, o co chodziło. Przeczuwałem, że o Prue. Tylko co takiego musiało się stać, że Alex mi nic nie mówił i tak bardzo się spieszyliśmy? Przez głowę przeszły mi najczarniejsze scenariusze, a nie miałem siły zastanowić się, że przecież najgorsze już się stało i właśnie miała do mnie powrócić.
Wpadliśmy do skrzydła szpitalnego z impetem, przez co spojrzenia wszystkich zgromadzonych zwróciły się w naszym kierunku. Byli tam niemalże wszyscy, którzy mieli coś do powiedzenia w szkole. Nie widziałem tylko mojej Prue.
– Gdzie ona jest? – zawołałem, podbiegając do Dereka. Miał zmartwioną minę co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że coś się stało. Kiedy podszedłem do łóżka, wokół którego się wszyscy zebrali, parę mniej ważnych osób, których nawiasem mówiąc, nie znałem, odsunęło się, ukazując mi ukochaną.
Leżała przykryta kołdrą do brzucha. ręce złożone na brzuchu, twarz spokojna i uśmiechnięta. Patrzyła na mnie z wielką miłością wypisaną na twarzy. Usiadłem obok niej i złapałem ją delikatnie za jedną dłoń, nie wiedząc, czy nie zrobię jej dotykiem krzywdy. Prue ścisnęła mocno moją rękę. Nie spodziewałem się po niej takiej siły. Zwłaszcza, że z jakiegoś powodu, znajdowała się w szpitalu pod obserwacją Nancy.
– Co się stało? Gdzie się podziewałaś? – zapytałem. – Shane był przy tobie, kiedy się budziłaś. Pobiegł po nas a kiedy wróciliśmy, ciebie już nie było.
– To dłuższa historia – powiedziała cicho, dotykając dłonią mojego policzka. – Jezu, jak dobrze cię w końcu widzieć! Nawet nie wiesz, jak się stęskniłam! – szepnęła i pocałowała mnie lekko w usta.
Oszołomiony, nie miałem pojęcia, co o tym wszystkim myśleć. Przyglądałem się jej, doszukując się jakichkolwiek zmian, lecz żadnych nie potrafiłem dostrzec. Może się w ogóle nie zmieniła? A może zmiana miała polegać na psychice?
– Ale dlaczego jesteś w szpitalu? Coś musiało się stać – zaoponowałem.
– Ojej, no bo zemdlałam, ponieważ za szybko wstałam i przez to, że się zmęczyłam biegiem. Nic wielkiego. – Wzruszyła ramionami, lekceważąc wszystko. Spojrzałem na Nancy, chcąc się upewnić, że to, co mówiła dziewczyna, to prawda. Kobieta skinęła głową.
– Zostanie u nas na obserwacji. Chcę się upewnić, że wszystko z nią w porządku. To prawdziwy cud, że do nas wróciła! – zawołała z uśmiechem na ustach. Również się uśmiechnąłem, oddychając z ulgą. Kamień spadł mi z serca.
– Hej – powiedziałem cicho, nachylając się ku niej. Kątem oka zauważyłem, że wszyscy nagle się ulotnili. Zostaliśmy w końcu sami.

~~ Prue ~~

Odkąd wróciłam, żadne z moich znajomych nie opuszczało mnie ani na krok. Staraliśmy nadrobić stracony czas. Nie było go wiele, zaledwie kilka dób, lecz to i tak za wiele. Zwłaszcza, że ani ja, ani oni nie wiedzieli do końca, czy wrócę. Becky i Louis milion razy dziękowali mi za interwencję. Nie widziałam w tym nic szczególnego, po prostu postąpiłam zgodnie z sumieniem i uchroniłam mojego ojca od ogromnego błędu. Na pewno w przyszłości żałowałby tak pochopnie podjętej decyzji. Sam o tym wspominał, kiedy rozmawialiśmy. Starał się znaleźć dla mnie jak najwięcej czasu w ciągu dnia, choć było to bardzo trudne. Organizował konkurs na dyrektora szkoły i przeglądanie podań kandydatów zajmowało mu wiele czasu. Czasami starałam się mu w tym pomóc, ale kompletnie się na tym nie znałam, więc niewiele mu ta moja pomoc pomogła.
Z nikim nie rozmawiałam o tym, co zdarzyło się Tam. Moi przyjaciele bardzo nalegali, Nancy również była ciekawa, lecz nie uległam. Pragnęłam zachować wspomnienia dla siebie. To było coś zbyt intymnego, osobistego, by komukolwiek o tym opowiadać. Może kiedyś ktoś się dowie ode mnie, co robiłam po śmierci, ale z pewnością nie w najbliższej przyszłości. Jedyne, co zrobiłam, to opisałam całe spotkanie z bratem i Nyks w pamiętniku, by nigdy o nim nie zapomnieć.
Znów w szkole wytykali mnie palcami, obgadywali za plecami, jak to było na początku roku, kiedy wszyscy już wiedzieli, że jestem córką Dereka Cartera. W końcu każdy się do tego przyzwyczaił i znów pojawił się powód, by mieli mnie za kogoś innego. Nie przeszkadzało mi to. Wiedziałam, że nie robią tego złośliwie, po prostu są pod wrażeniem, ciekawi tego, jak udało mi się oszukać śmierć. Uśmiechałam się do każdego, kto na mnie zerknął w ten zaintrygowany sposób.
Najwięcej czasu spędzałam z Chrisem. Zaszywaliśmy się czasami na całe dnie z dala od całego świata, głusi na telefony, na wszystko inne. Liczyliśmy się tylko my.
Oczywiście nie obyło się bez wyrzutów Rose, która na koniec naszej rozmowy rozpłakała się jak małe dziecko i przytuliła do mnie mocno. Cieszyłam się, że w końcu nie muszę przed nią nikogo udawać, że zaakceptowała nas wszystkich takimi, jakimi jesteśmy. Strasznie mi jej brakowało, ponieważ zawsze była takim punktem stałym w moim życiu. To zawsze na niej mogłam polegać, ze wszystkiego się wyżalić, była człowiekiem i w pewien sposób łączyła mnie z moim starym życiem. Nasza przyjaźń to najlepsze, co mnie w życiu spotkało.
Przyszedł też w moim życiu moment smutny. Któregoś dnia Shane i Chloe oznajmili, że muszą już wracać do siebie. Tyle czasu z nimi spędziłam, że zapomniałam, że przybyli z przyszłości. Traktowałam ich jak jednych z nas.
– Będę tęskniła – wyżaliłam się na pożegnanie, kiedy portal na strychu już był otwarty. Chris uświadomił mnie, że Shane to nasz syn. Jakoś nie mogłam sobie tego wyobrazić. Nie mieściło mi się to w głowie.
– My też – zapewniła Chloe. – Dziękujemy wam za wszystko – dodała, przytulając się do mnie. Pocałowałam ją delikatnie w policzek.
– Uważajcie na siebie – zastrzegłam.
– Już w twoim głowie wykształca się matczyna nuta – burknął Shane. – Myślałem, że to pojawiło się dopiero po moich narodzinach a tu proszę – westchnął teatralnie.
– Och, mój drogi – wtrąciła się Rose. – Gdybyś ty ją słyszał z jakiś rok temu, kiedy jeszcze nie wiedziała, że jest dziwnym czworonogiem. Wtedy to dopiero matczyła Davidowi i Chrisowi. – Zaśmialiśmy się wszyscy.
– Mam nadzieję, że tym razem traficie do swojego świata – powiedziała już całkiem poważnie Becky.
– Chyba limit pomyłek już wykorzystaliśmy, nie uważasz? – zapytał Damien. Obok niego stała Alice, która uśmiechnęła się z żartu ukochanego, po czym podeszła do Chloe i uścisnęła ją serdecznie.
Chris objął mnie ramieniem, kiedy zauważył łzy gromadzące się w moich oczach. Pożegnawszy się już z każdym, Chloe i Shane złapali się za ręce i zniknęli w portalu, który się od razu zamknął.

~~ Chris ~~

Stałem na plaży, fale słonego morza z hukiem wpływały na wybrzeże. Zastanawiając się, co ja robiłem na plaży, ruszyłem wzdłuż morza w poszukiwaniu odpowiedzi.
Pojawiła się szybciej, niż mogłem przypuszczać. Wiedziałem, że to niemożliwe, ale wyłoniła się jakby z wody, ponieważ wcześniej nigdzie jej nie widziałem, ale kiedy na nią spojrzałem, ona już stała po kostki w morzu. Zbliżyłem się do niej. Jej blond włosy rozwiewał na wszystkie strony wiatr. Zachwyciłem się jej urodą. Była piękna. Nie tak, jak dziewczyny, które spotykałem na swojej drodze, ale jak bogini. Emanował od niej spokój.
– Witaj, Chris. Długo kazałeś na siebie czekać – odezwała się. Wyglądała na młodą, ale coś w jej głosie mówiło mi, że to tylko pozory.
– Przepraszam – szepnąłem. Machnęła niedbale ręką.
– Najważniejsze, że w końcu się spotkaliśmy. Wiesz, dlaczego tu jesteśmy? – Szybko zaprzeczyłem ruchem głowy, więc od razu kontynuowała. – Chcę, byś uświadomił sobie, jak bardzo Prue jest wyjątkowa. Zdajesz sobie z tego sprawę?
– Tak – odpowiedziałem nieco drżącym głosem.
– Pamiętaj, że ona ci ufa jak nikomu innemu. Opiekuj się nią, ponieważ David już nie może. Jej brat jest teraz ze mną i to ty musisz przejąć również jego rolę. Obiecaj mi, że przy tobie nic jej się nie stanie, że nie będę musiała znów interweniować w wasze życie – odezwała się nieco groźniej.
– Obiecuję – powiedziałem poważnie, zdając sobie sprawę, kto przede mną stał. Nyks we własnej osobie nawiedziła mnie we śnie, by upewnić się, że Prue będzie ze mną dobrze. – Będę strzegł jej jak oka w głowie. Kocham ją i nie pozwolę, by stała jej się jakakolwiek krzywda. Już nigdy więcej!

~~*~~*~~*~~*~~

Siemson! Jejku, ale zabiegany tydzień! I kolejny również się taki zapowiadaaa! ;( Byle przeżyć do kolejnego piątku! <3
Jak tam rozdział? Taki trochę chyba miłosny, nie? Jeszcze raz powtarzam, że zbliżamy się do końca, żeby przy epilogu nie było niespodzianek :D Przy okazji, jeżeli komuś zatęskniłoby się za moim twórstwem, serdecznie zapraszam na "Polowanie na magię!". Co prawda troszkę początek zawaliłam, ale mam nadzieję się podnieść i coś niecoś poprawić w późniejszych rozdziałach <3
No to do kolejnegooo! Jeżeli dotrwam w szkole ;) Paa <3

sobota, 7 lutego 2015

*32. "Czyżby w końcu moje marzenie miało się spełnić? "

Dedykacja dla osoby, która jest moim motywatorem, jeśli chodzi o pisanie. Dzięki niemu powstają nowe rozdziały i zaczęłam pracę nad nowym projektem, który może niedługo ujrzy światło dzienne na blogu. Dziękuję z całego serducha, bo to dla mnie mega ważne! ♥ Bez Ciebie nie dałabym chyba sobie rady! Dziękuję! <3



"Nie są godni miłości ci, którzy w niczym nie ryzykują." - M. 


~~*~~*~~*~~*~~

~~ Alice ~~

    Wokół nas utworzyła się gęsta, błękitna mgła, przez którą praktycznie nic nie widzieliśmy. To właśnie w niej zniknęła Becky, więc próbowaliśmy przeniknąć przez nią wzrokiem, ale nie udawało się. Czekaliśmy, nie mając pojęcia, co robić, jaki będzie kolejny krok. Jedyne, co nam zostało to denerwowanie się i modlenie do Nyks, by wszystko się udało. 
    Nagle usłyszałam krzyk. Wydawało mi się, że nie należał do przyjaciółki. Serce zabiło mi szybciej. Utkwiłam spojrzenie w miejscu, gdzie miałam nadzieję ujrzeć sylwetki znajomych. 
    Nie musieliśmy długo czekać. Po chwili wypadli z mgły przerażeni Shane i Chloe w niesamowicie dziwnych strojach. Za nimi biegła zdyszana Becky. 
    - Szybko! Pomożcie mi! Musimy zamknąć przejście, zanim oni się tu przedostaną! 
    - Jacy oni? - zapytał zdezorientowany Damien. 
    - Nie ma czasu na pytania! Później wszystko wyjaśnimy! A teraz szybko! Złapcie się za ręce! - zawołała Chloe. Zrobiliśmy tak, jak kazała. Ona i Becky stanęły między nami i zaczęły recytować zaklęcie. Przyjaciółka wyciągnęła przed siebie prawą dłoń. Zauważyłam na jej palcu wskazującym pierścień, który dostała kiedyś od mamy, gdy dowiedziała się, kim tak naprawdę była. Ręka jej delikatnie drżała, a z zielonego klejnotu wydobywało się jakby złotawe światło. 
    Z mgły słychać było donośne krzyki pogoni. Rozejrzałam się dokoła, lecz niczego ani nikogo nie zauważyłam. 
    - Szybciej! - krzyknął Shane, wpatrując się w jeden punkt pośród mgły, gdzieś pod drugiej stronie rzeczki. Dziewczyny spojrzały na niego spode łba. Jedna warknęła cicho, nie zorientowałam się, która. Chłopak jednak od razu zamilkł. 
    W tym samym czasie pośród mgły rozróżniłam postacie dwóch mężczyzn. Byli niskiego wzrostu, nieśli ze sobą grube sznury i coś podobnego do batów. Wzdrygnęłam się mimowolnie. Ścisnęłam mocniej dłoń Damiena, który stał po mojej prawej stronie. Chłopak odwzajemnił uścisk, chcąc tym gestem dodać mi otuchy i jednocześnie powiedzieć, że wszystko skończy się dobrze. 
    Nie miałam pojęcia, ile tak staliśmy, modląc się, by dziewczyny jak najszybciej zamknęły portal. Coraz wyraźniej widziałam sylwetki zbliżających się nieproszonych gości. Już myślałam, że nas dopadną i zwiążą powrozami, gdy niespodziewanie mgła powoli zaczęła zanikać. Zerknęłam na Becky i Chloe; oczy miały zamknięte, wyraz twarzy wskazywał na to, że skupiły się całkowicie na zadaniu. Nie chciałam im przerywać ani dekoncentrować, więc swoją uwagę skupiłam na coraz wyraźniejszym drugim brzegu, który wyłaniał się z mgły. Prosiłam, błagałam wręcz boginię o to, by pogoń nie zdążyła przejść do naszego świata. 
    Nagle dało się słyszeć głośny wrzask frustracji i wszystko zniknęło. Zapanowała kompletna cisza. 

~~ Shane ~~

    - Udało się - szepnąłem Chloe do ucha, tuląc ją do siebie. - Cholera, udało się! 
    Staliśmy pośród znajomych twarzy. Uśmiechałem się jak głupi do każdego. Nie mogłem uwierzyć, że wszystko poszło zgodnie z planem. 
    Chloe nadal zachowywała się, jakbyśmy zaraz mieli zginąć spaleni na stosie. Cały czas kręciła głową i mamrotała coś pod nosem tak cicho, że nie potrafiłem rozróżnić słów. Starałem się do niej przemówić, wytłumaczyć, że niebezpieczeństwo minęło, ale wydawał się to płonny wysiłek. Dziewczyna trwała jak w amoku. 
    - Chloe, spójrz na mnie - powiedziałem łagodnie ale nakazująco. Posłuchała mnie. Zerknąłem w jej piękne oczy, w których nadal odbijał się strach. Bała się o nas. O nasze życie. - Nic już nam nie grozi. Widzisz, gdzie jesteśmy? Zobacz, rozejrzyj się dokoła - zaproponowałem. Powoli skierowała swoje  spojrzenie najpierw na potok a następnie na Becky. Rozpoznała ją od razu, bo oczy otworzyły jej się szeroko i zaszły łzami. Błyskawicznie wyrwała się z moich ramion i podbiegła do nieco zdziwionej brunetki. Przytuliły się serdecznie i ciepło na powitanie. Chloe w jej ramionach rozpłakała się, ale już wiedziała, że nic nam nie groziło. To zdecydowanie były łzy radości. 
    Patrzyłem przez chwilę na nią, jak cicho mówi coś do Becky, uradowany, że nic się jej nie stało. Potem zorientowałem się, że kilka par oczu spogląda na mnie z zaciekawieniem, chcąc dowiedzieć się wszystkiego. Ale ja zacząłem od najważniejszej rzeczy. Podszedłem do Prue i Chrisa i przywitałem się z nimi. 
    - Witaj z powrotem - powiedział blondyn, ściskając moją wyciągniętą dłoń. 
    - Dziękuję - odezwałem się po chwili milczenia, zerkając w oczy każdego z zebranych. - Dziękuję, że uratowaliście nam życie. 

~~ Prue ~~

    Przytuliłam się do Chrisa szczęśliwa, że wszystko skończyło się tak dobrze. Że sprowadziliśmy Chloe i Shane'a z powrotem do naszego świata. Że nie zginęli. Że nadal żyją i mają się w porządku. 
    Rozsiedliśmy się na trawie pod gwiazdami, wcale nie zmęczeni, jakby to był popołudniowy piknik. Słuchaliśmy z niemałym zainteresowaniem i przejęciem historii, jaka przydarzyła się naszym znajomym z przyszłości. Mówił głównie chłopak, ponieważ brunetka nie doszła jeszcze do końca do siebie. Gdy wtrącała do opowieści jakieś wyjaśnienie, o którym zapomniał Shane, głos nadal jej delikatnie drżał z przejęcia. Wcale się jej nie dziwiłam. Naprawdę wiele przeszła. Miała prawo na odpoczynek. 
    Bardzo poruszyła mnie opowieść blondyna o Ohrimach i ich zwyczajach rodem ze średniowiecznych lat. Nie mogłam w niektóre uwierzyć; tak bardzo wydawały mi się w naszych czasach absurdalne. 
    Może siedzielibyśmy dłużej, gdyby nie to, że w pewnym momencie Chloe zasnęła z głową opartą na ramieniu Shane'a. W końcu stres wykończył jej już i tak zmęczone ucieczką ciało. Dopiero wtedy ktoś zerknął na zegarek. Było po drugiej w nocy. Usłyszałam, jak komuś wyrwało się kilka przekleństw. 
    - Powinniśmy wracać - zauważyła Bella. Jak jeden mąż wstaliśmy z trawy; Damien pomógł Shane'owi z Chloe, by jej nie obudzić. Z westchnieniem ruszyłam w drogę do internatu. 
    Szłam z Chrisem na końcu, trzymając się za ręce. Nie spieszyliśmy się nigdzie; noc była piękna, księżyc oraz gwiazdy sprawiły, że na dworze panował romantyczny nastrój. Aż chciało się zostać i posiedzieć pod gołym niebem, podziwiając przepływające przez nie co jakiś czas obłoki. 
    Mimo naszego wolnego tempa, w końcu doszliśmy do internatu. Stanęliśmy przed wejściem, twarzami do siebie. Spojrzałam w oczy blondyna. Zauważyłam w nich złote iskierki, które jednak po chwili zniknęły. 
    - Jest późno - odezwał się, przerywając ciszę. Pokiwałam tylko delikatnie głową, przygryzając przy tym dolną wargę. - Chyba... chyba powinniśmy iść spać. - zauważył. Znów się z nim zgodziłam. - No to... Dobranoc - szepnął. Pochylił się, objął mnie w pasie i pocałował. Naprawdę słodka i namiętna pieszczota trwała bardzo krótko. Miałam ochotę na dużo więcej, ale niestety chłopak już się ode mnie odsunął. Odwrócił się na pięcie, chowając dłonie do kieszeni spodenek. Spojrzał na mnie tylko raz, przez ramię, uśmiechając się do tego łobuzersko. 
    Gdy w końcu położyłam się na łóżku, usłyszałam swój telefon. Jęknęłam cicho, ale zaczęłam go szukać po omacku na półce tuż przy mojej głowie. Odnalazłszy go, odblokowałam i przeczytałam wiadomość, którą przysłała mi Petra z Francji. Pisała, że udało jej się skontaktować z ludźmi, u których ukrywał się mój ojciec. Serce zabiło mi szybciej. Czyżby w końcu moje marzenie miało się spełnić? Czyżbym w końcu miała poznać tatę? Miałam ogromną nadzieje. 
    Umówiłam się z kobietą, że spotkamy się przed południem u niej w kawiarence. Tak bardzo cieszyłam się na wizytę u niej, że nie potrafiłam zasnąć. Leżąc, zastanawiałam się, jak to będzie. A im więcej myślałam, tym bardziej się denerwowałam. A co, jeżeli to jednak nie mój ojciec? A co jeśli mnie nie pozna, albo, co gorsza, nie będzie miał ochoty się ze mną spotkać? Coraz czarniejsze scenariusze nawiedzały mój zmęczony umysł aż w końcu zasnęłam.

***

    Bardzo długo zastanawiałam się, czy powiedzieć o moim wypadzie do Francji Chrisowi. Niby wiedział wszystko o całej tej sprawie, ale jakoś nie miałam ochoty na jego towarzystwo w tej podróży. Z drugiej jednak strony zasługiwał na prawdę. Dlatego postanowiłam wysłać mu smsa, gdy tylko znajdę się w kawiarni Petry.
    Szybko uwinęłam się z pracami, które powinnam była zrobić przed wyprawą. Następnie z naszyjnikiem ukrytym w zaciśniętej pięści, przeszłam na tyły stajni, gdzie mogłam spokojnie się teleportować.
    Kiedy otworzyłam oczy, zobaczyłam te same francuskie kamiennice, poczułam zapach morza i wypiekanych croissantów. Westchnęłam z lubością, wdychając smakowite zapachy słodkich ciasteczek. Wydawało mi się, jakbym była w domu; czułam się tak swojsko, tak wspaniale - tak samo jak w domu, gdy ktoś po długiej nieobecności siada na kanapie i spogląda na swoje cztery ściany. Wie, że to jego kąt na ziemi. Tak samo było ze mną i Francją. Wiedziałam, że, kiedy już dorosnę, tam właśnie zamieszkam.
Gerard
    Bez problemu odnalazłam kawiarenkę Petry. Tym razem w środku siedziało kilku klientów. Obsługiwał ich młody mężczyzna, który uśmiechnął się do mnie, gdy podeszłam do baru. Miał blond włosy opadające delikatnie na czoło, jednodniowy zarost i błękitne oczy. Był naprawdę wysoki i dobrze zbudowany. Ubrany w białą koszulkę i czarne spodnie z czerwonym fartuszkiem przepasanym w biodrach wyglądał naprawdę przystojnie.
    Usiadłam na wysokim stołku i czekałam, aż będzie miał chwilę, by zapytać go o Petrę. Kiedy skończył obsługiwać gości, podszedł do mnie i przywitał się serdecznie. Trudno było go zrozumieć przez bardzo wyraźny francuski akcent.
    - Witam. Ty musisz być Prue. Petra mówiła, że przyjdziesz. Zaraz ją zawołam - rzekł i zniknął za drzwiami prowadzącymi do kuchni.
    Nie musiałam długo czekać. Po chwili znów wyszedł, prowadząc za sobą uśmiechniętą młodą kobietę. Widząc mnie, od razu wyprzedziła chłopaka i podbiegła do mnie. Mocno przytuliła na powitanie.
    - Bonjour, Prue! Jak dobrze cię znów widzieć! Przed chwilą poznałaś mojego narzeczonego, Gerarda. - Uśmiechnęła się do chłopaka, który niósł na tacy lody do stolików. Usiadłyśmy przy barze. - Cieszę się, że tak szybko przyjechałaś.
    - Nie mogłam inaczej. W końcu chodzi o mojego ojca - odpowiedziałam.
    - Racja. Szczerze ci powiem, że nie wierzyłam, że uda mi się tak szybko go odnaleźć. Ale chyba Nyks czuwa nad tobą. Raz dwa skontaktowałam się z kim trzeba. Nie musiałam chodzić od jednego domu do drugiego, ponieważ pierwszy znajomy, do którego zadzwoniłam, wiedział, gdzie znajdę Dereka. - Położyła mi dłoń na ręce i delikatnie ścisnęła.
    - Kiedy będziemy mogły się tam wybrać? - zadałam nurtujące mnie pytanie.
    - Dzisiaj. Inaczej bym cię tak szybko nie ściągała. Musimy działać natychmiast, bo nie wiadomo, czy magia twojego ojca nie przeniesie go wkrótce do innego miejsca, a potem to szukaj wiatru w polu. Nie panuje nad tym, gdzie się przeteleportuje. Jest zbyt słaby.
    - W takim razie dobrze, że go tak szybko odnalazłyśmy. Już czas, by zakończył tułaczkę - powiedziałam dobitnie.
    - Tak, masz rację. To co, możemy się zbierać? - zapytała.
    - Oczywiście - odparłam. Wstałyśmy i wyszłyśmy z kawiarenki przez kuchnię. Stanęłyśmy na placyku pomiędzy dwoma kamiennicami. Wyciągnęłam z kieszeni naszyjnik. Wyjaśniłam jej jego działanie. Petra opisała mi miejsce, do którego się wybierałyśmy. Założyłam więc na nas wisiorek, zamknęłam oczy i wyobraziłam sobie to miejsce...
    Uchyliłam powieki, jak już wiedziałam, że na pewno znów stoję na stałym gruncie. Moim oczom ukazał się wspaniały widok. Mały domek stojący niemalże na plaży. W zasięgu wzroku błękitne morze. Wokół chatki rosło mnóstwo roślinności - wysokie owocowe drzewa i mniejsze krzewy oraz niskie kolorowe kwiaty.
    - Gdzie jesteśmy? - zapytałam onieśmielona widokiem. Zapach unoszący się wokół również był wspaniały - słone morze, grzejące słońce i gotujący się obiad.
    - Włochy - powiedziała tylko i ruszyła w stronę domku. Przez chwilę stałam tam, nie wiedząc, co zrobić; z jednej strony spieszyło mi się do ojca, z drugiej pragnęłam nacieszyć się cudownym widokiem. Wygrała pierwsza potrzeba.
    Zbliżając się do domku, zauważyłam, że ktoś z niego wyszedł nam naprzeciw. Petra zaczęła rozmowę oczywiście po włosku, więc nic z niej nie zrozumiałam. Stanęłam jednak tuż przy niej, przyglądając się uważnie mężczyźnie, któremu moja towarzyszka coś zawzięcie tłumaczyła. Wyglądał może na czterdzieści lat, nie więcej. Ciemne włosy gdzieniegdzie przerzedzone i przyprószone siwizną opadały na opalone ramiona. Szarymi oczami spoglądał na mnie ciekawie. Między krzaczastymi, ciemnymi brwiami pojawiła się pionowa zmarszczka. Spod hawajskiej, do połowy rozpiętej koszuli wystawał delikatnie zaokrąglony, opalony brzuch. Jego ubioru dopełniały krótkie, niebieskie spodenki i japonki. Był niskim mężczyzną.
    Rozmowa trwała dosyć długo. Wydawało mi się, że pojawiły się jakieś komplikacje, ale gdy Petra się do mnie odwróciła, uśmiech satysfakcji nie spływał jej z twarzy. Poszłyśmy za mężczyzną do wielkiego ogrodu z drewnianą altaną pośrodku i hamakami zawieszonymi między drzewami. Niedaleko stołu i ław zapełnionych jedzeniem, leżał ogromny pies. Przynajmniej tak wydawało mi się na początku, bo gdy podeszłyśmy bliżej, zauważyłam, że to był naprawdę duży wilk. Oczy miał zamknięte, ale gdy tylko ukucnęłam przy nim, otworzył je szeroko. Zobaczyłam w nich swoje odbicie; nieco zestresowaną dziewczynę, która strasznie bała się spotkania ze swoim ojcem.
    - Cześć - szepnęłam. Petra stojąca za mną, uśmiechnęła się.
    - Witaj, Derek. Zobacz, kogo ci przyprowadziłam - powiedziała wesoło. - Tak, to twoja córka - dodała po chwili milczenia, jakby odpowiadała na niezadane pytanie. Spojrzałam na nią nieco zdezorientowana. - Mówiłam ci, że twój tata znalazł sposób, by się komunikować  z ludźmi. - Zaśmiała się cicho.
    "- Dzień dobry, Prue. Cieszę się, że mogę cię w końcu poznać." - usłyszałam nagle w swojej głowie. Wzdrygnęłam się delikatnie, nie spodziewając się, że się do mnie odezwie. Podniósł łeb i położył na moich kolanach. Zdziwiona tym nagłym gestem, na początku nie wiedziałam, co zrobić. Dopiero po chwili odważyłam się i położyłam dłoń między jego uszami. Przymrużył oczy, wyrażając swoje zadowolenie.
    - Dzień dobry, tato - szepnęłam, starając się, by nie rozpłakać się ze szczęścia. Dopiero wtedy poczułam prawdziwy spokój, choć wcześniej nie zdawałam sobie sprawy, że czułam się nieco zaniepokojona. - Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że cię w końcu odnalazłam.


~~*~~*~~*~~~*~~

    Heeej! ;) I jak wrażenia po przeczytaniu rozdziału? Chyba wyszedł nieco dłuższy niż wcześniejszy. I w sumie dobrze, bo ostatnie notki były krótkawe :) Mam nadzieję, że się podobało.
    Dziękuję za wspaniałe słowa pod ostatnim rozdziałem. Gdy wiem, że mam dla kogo pisać, od razu lepiej mi się tworzy ^^ ♥
    Pozdrawiam Wass gorąco, bo na dworku niestety ziiimno! <3