Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Liam Payne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Liam Payne. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 czerwca 2015

Prolog

Dziękuję wszystkim, którzy doczekali ze mną tej chwili ;) Mam nadzieję, że nowa cześć przypadnie Wam do gustu ;) 


"To, co za nami i to, co przed nami,ma niewielkie znaczenie w porównaniu z tym, co jest w nas..."- Olivier Wendell Holmes



~~*~~*~~*~~*~~


~~ Shane ~~

    W salonie panowała kompletna cisza, nie licząc oczywiście cicho grającego telewizora, w którym podawano najświeższe wiadomości. Nikt od kilku godzin nie wypowiedział ani słowa. Becky i Alice, skulone siedziały tuż obok siebie. Chloe opierała głowę na moim ramieniu, bojąc się zapewne, że niedługo i ja zniknę. Oczywiście i ja na początku miałem takie obawy, ale gdy mijały kolejne godziny, odkąd walka się zakończyła, a ciało Prue zabrali, by je oczyścić i stosownie ubrać, dotarło do mnie, że nigdzie się stąd nie wybiorę. Nie dlatego, że nie chcę, raczej, ponieważ to nie jest moim przeznaczeniem. Miałem zostać na miejscu, ponieważ... Ponieważ moi rodzice nie umarli w bitwie, nadal żyją i mają się dobrze, choć żadne z nich na pewno o tym nie wie.
    Oczywiście nadawanie wiadomości zaczęto od najbardziej szokującej informacji - Liam Payne oraz Harry Styles, członkowie zespołu One Direction, zginęli w niewyjaśnionych okolicznościach. Cały świat opłakiwał kogoś, kto na to nie zasłużył oraz kogoś niezwykle odważnego. Większość z nich nawet pewnie ich nie znało; ot zwykłe fanki. Gdy gdzieś tam, na zewnątrz opłakiwano gwiazdy, my mieliśmy swoją własną tragedię.
    Gdy dziennikarka w telewizji zaczęła przeprowadzać wywiady, pytając rozżalone młode dziewczyny o to, jak się czują, po tym, jak dowiedziały się o śmierci ich idoli, Chris poruszył się pierwszy raz od paru godzin. Zerknął spode łba na odbiornik i skrzywił się. Zamknął oczy a dłonie przytkał do uszu, zatykając je.
    - Wyłącz to! - wrzasnął. W jego krzyku usłyszałem wszystkie emocje, jakie w nim siedziały od tych kilku godzin - ból, żal, rozpacz, smutek, rozżalenie, bezradność, miłość... Nie odzywając się, spełniłem jego prośbę. Rozumiałem, dlaczego nie mógł tego słuchać. To Harry był sprawcą całej tragedii a robili z niego superbohatera, którym z pewnością nie był.
    - Chris, musisz się uspokoić - podjąłem próbę wytłumaczenia mu tego, co ja z tego wywnioskowałem. - Nie jesteś sobą...
    - To kim jestem? - zapytał, spoglądając na mnie nienawistnym wzrokiem. Przerwał mi, ale nie przejąłem się tym zbytnio. Starałem się zapanować nad swoimi emocjami, bo wiedziałem, że jemu jest trudno, niewyobrażalnie trudno.
    - Wiem, że jesteś smutny, bo... - urwałem, zdając sobie sprawy, że nie miałem pojęcia, jakiego słowa użyć, by zabrzmiało to jak pocieszenie a nie jak współczucie mu. - Ale da się to wszystko odkręcić - dodałem po chwili, wahając się. Bałem się, że się myliłem, że zrobię mu niepotrzebną nadzieję.
    - Da się odkręcić? Śmierć? - zaśmiał mi się szyderczo prosto w twarz. - Czy ty w ogóle słyszysz, co mówisz? - zadrwił. Spojrzenia wszystkich skierowały się na naszą małą scenkę. Słuchali uważnie, wyrwani z otępiającego bólu. Nie patrzyłem na nich, ponieważ samo wpatrywanie się w rozsypanego Chrisa, przynosiło nie do zniesienia emocje.
    - Nie śmierć - zaprzeczyłem, jakby to było coś oczywistego. Z resztą, czy to nie było? - Ale to, co się stało... - Starałem się dobrać odpowiednie słowa, lecz mi to zdecydowanie nie wychodziło.
    - Kpisz sobie ze mnie? - zdenerwował się jeszcze bardziej. Wstał i podszedł do mnie. Widziałem złość, objawiającą się w jego niebieskich oczach, które z każdym momentem przybierały złotawy odcień. Zadrżał a ręce zwinął w pięści. Czułem jego przyspieszony oddech na swoim policzku. Mimo jego bliskości, jego dominacji nade mną, nie wycofałem się, brnąłem w wyjaśnienia dalej.
    - Nie, jasne, że nie - powiedziałem szybko, jakby się usprawiedliwiając. - Po prostu wiem lepiej od ciebie, co tak naprawdę się wydarzyło. A przynajmniej tak mi się wydaje... - dodałem w myślach ostatnie zdanie.
    - A niby skąd to możesz wiedzieć, co? - zadrwił.
    - Bo jestem twoim synem, do cholery! - zawołałem, tracąc już całkowicie nerwy. Dopiero, gdy usłyszałem za sobą zduszone westchnienie zdziwienia, dotarło do mnie, co takiego zrobiłem. Zdemaskowałem się...

~~*~~*~~*~~*~~

    Witam, wiem, że prolog krótki i pewnie wszyscy się już domyślali tego, co jest w nim zawarte, ale jakoś musiałam zacząć :D Mam nadzieję, że przeżyjecie ze mną jeszcze tę jedną część ;) <3

piątek, 1 maja 2015

*EPILOG*

Notka dla wszystkich, którzy tutaj zaglądają, czytają, komentują, po prostu są ze mną ;) Strasznie dziękuję, za tą obecność przez te dwie części. To dla mnie bardzo ważne <3 Mam nadzieję, że wytrzymacie jeszcze do końca trzeciej? ;) 


"Śmierć to śmierć. Przestaje się żyć i umiera. Śmierć, czyli koniec wszystkiego. Człowiek przenosi się na tamten świat. Albo też pogrąża się w ostatecznym zapomnieniu, zależy, w co kto wierzy." - John Flanagan


~~*~~*~~*~~*~~

~~ Liam ~~

    Na miejscu pojawiłem się w momencie, gdy rozpętała się walka. Uważając, by nie oberwać, zacząłem przemieszczać się w stronę największego piekła. Cały czas rozglądałem się w poszukiwaniu jedynej interesującej mnie osoby. Prue. Gdzie jest Prue?
    Zauważyłem ją w tym całym zamieszaniu dopiero po jakimś czasie. Do tej pory powaliłem dwóch Wampirów - dawniej moich znajomych, dzisiaj wrogów. Nie byłem pewien, czy nie żyją, nie miałem czasu, by zatrzymać się przy nich o sekundę dłużej i to sprawdzić. Pędziłem dalej, przed siebie.
    Dotarłem do niej w momencie, gdy krzyczała coś, wpatrując się w dobrze znaną mi osobę. Harry Styles - najbardziej znienawidzony przeze mnie Wampir, jaki kiedykolwiek chodził po świecie. Widziałem malujący się na jego ustach uśmiech, szyderczo pokazywał swoje kły. Był niesamowicie pewny siebie i to mnie przerażało. Bałem się, że mimo wszystko, nie ujdziemy z tego starcia z życiem. A jednak byłem zdolny zaryzykować, byleby tylko ją uratować. Dla mnie była najważniejsza.
    Stanąłem między nimi w chwili, gdy miały paść pierwsze strzały.
    - Liam! - zawołała zza moich pleców Prue. - Co ty do jasnej cholery robisz? To jest moja wojna! Nie pozwalam ci się do niej wtrącać! - krzyczała, szarpiąc mnie za ramię. Nie zrobiło to na mnie wrażenia. Stałem uparcie w miejscu, wpatrując się w lodowate spojrzenie martwych oczu Stylesa.
    - Pożałujesz, że się w to wmieszałeś - syknął cicho, lecz usłyszałem do doskonale; dokładnie tak, jakby te słowa wykrzyczał.
    - Przekonamy się - odparłem, zaciskając ręce w pięści. Wiedziałem, że był ode mnie silniejszy. W końcu był Wampirem czystej krwi, mnie natomiast zmienił w niego, więc nie posiadałem tej naturalnej krzepy co on. Mimo to nie wycofałem się. Wręcz przeciwnie, przygotowałem się do ataku. Pochyliłem się delikatnie do przodu, obnażyłem zęby. A Styles po prostu stał i się uśmiechał, spoglądając mi w oczy, jakby chciał przewiercić moją duszę na wylot.
    Przejrzałem jego plan ułamek sekundy wcześniej, niż zaczął go wprowadzać w życie. Ten jeden, jedyny raz zerknął na Prue, która milimetr po milimetrze, delikatnie wychodziła zza moich pleców. I już wiedziałem, że to nie mnie miał pierwszego zaatakować tylko dziewczynę. Warknąłem złowrogo i, gdy wypuścił pierwszą kulę energii w naszą stronę, popchnąłem z całej siły Prue w bok. Odleciała dobrych kilka metrów dalej, zatrzymując się na drzewie. Uderzyła w nie z głuchym jęknięciem a potem opadła bezwładnie na ziemię. Amunicja Stylesa minęła mnie o milimetry. Nie dał się zaskoczyć. Już po chwili w moją stronę leciała kolejna kula energii. Rozzłoszczony tym, że pomieszałem mu szyki, zaczął się przemieszczać. Doskonale wiedziałem, dokąd chciał się udać. Pragnął wykończyć Prue, która nadal leżała na ziemi, nie okazując żadnych znaków życia. W którymś momencie doleciał do mnie zapach jej krwi. Bałem się, że zrobiłem jej krzywdę, chcąc ją ratować przed Stylesem. Jedyne, co teraz mogłem zrobić, to utrzymać go jak najdalej od dziewczyny, by ta mogła się pozbierać.
    - Jesteś żałosny - odparł pogardliwie. - Zawsze byłeś.
    - Na pewno nie tak bardzo jak ty - warknąłem, posyłając w jego kierunku kolejny pocisk. Zawczasu wytworzył tarczę, więc kula odbiła się od niej, tracąc swoją moc i znikając w powietrzu. Mogliśmy się tak bawić całymi godzinami, bo Styles nie pragnął mnie zabić. Przynajmniej nie teraz. Jego priorytet stanowiła Prue.
    Zaśmiał się szyderczo, wytwarzając i rzucając we mnie po kolei dwie kule, jedną większą od drugiej. Jednej uniknąłem, robiąc krok w bok, drugą natomiast wziąłem na swoją tarczę ochronną. Zachwiałem się pod siłą, z jaką pocisk we mnie uderzył. Nie przewróciłem się jednak, utrzymałem się na nogach.
    Niestety, Styles potrafił wykorzystać każdą sytuację, zwłaszcza, jeśli zwiastowała jego zwycięstwo. Już po chwili, gdy nie byłem jeszcze całkowicie gotowy na przyjęcie nowych amunicji, wystrzelił w moją stronę kolejne trzy kule. Jedna ominęła mnie. Jednak już druga i trzecia trafiły po kolei w moją klatkę piersiową. Otworzyłem szeroko oczy, niedowierzając w to, co się stało. Przez moment stałem jeszcze, lecz w ułamku sekundy nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Powieki opadły na oczy. Gruchnąłem bezwładnie na ziemię. Ostatnie, co usłyszałem to przerażający wrzask, który sprawił, że się uśmiechnąłem. Moja śmierć może nie pójdzie na marne. Gdy pomyślałem o Prue, zasnąłem z błąkającym uśmiechem na moich ustach. W końcu zasnąłem wiecznym snem. W końcu byłem spokojny.

~~ Prue ~~

    Głowa bolała mnie niemiłosiernie. Gdy podnosiłam się z ziemi, zakołowało mi się w niej i o mało co, znów się nie przewróciłam. Na szczęście podparłam się o drzewo i stanęłam na własnych nogach gotowa zmierzyć się z wszystkimi przeciwnościami, jakie na mnie czekały. Oprócz tej jednej, która mnie zaskoczyła.
     Podniósłszy wzrok, myślałam, że ujrzę nadal ze sobą walczące dwa Wampiry. Myliłam się. Widok, jaki zastałam, zmroził mi krew w żyłach i wydarł z gardła przeraźliwy krzyk. Zobaczyłam Liama opadającego na ziemię z osmoloną klatką piersiową - jedynym dowodem zbrodni. Gdy spojrzałam w oczy Stylesa, wiedziałam, że chłopak już nie żyje. Z moich oczu popłynęły łzy, które na ułamek sekundy przesłoniły mi widok na wszystko wokół. Zdałam sobie sprawę, że, gdy nie będę nic widziała, nie obronię się. Otarłam więc łzy z policzków i, nie oglądając się na leżącego Liama, podeszłam do Harry'ego.
    Pragnęłam jego śmierci. Chciałam, by poczuł to, co mój brat czy Liam, gdy ich mordował. Pragnęłam patrzeć na jego wykrzywione w grymas usta, z których powoli ciekła krew, plamiąc białą koszulkę szkarłatem. Uśmiechnęłam się do swoich myśli i spojrzałam prosto w jego szaleńcze oczy. W nich również widziałam rządzę mordu.
    Szykując się do ostatniego starcia, kątem oka zerknęłam w stronę przyjaciół, którzy walczyli za daleko mnie, by móc zainterweniować. Przynajmniej już nikt się nie wtrąci między mnie a jego. Byłam jedynie zła na siebie, bo przeze mnie oni znowu zmuszeni byli do walki z Wampirami. Nie widziałam jednak innego wyjścia.
    Mimo tego, że czułam, że wyjdą z tego cało, bałam się o nich. Bardziej niż o siebie, choć to ja miałam za chwilę umrzeć. Zdawałam sobie sprawę, że nie dam rady pokonać Stylesa. Jedyne, co mogłam zrobić, to pociągnąć go za sobą do grobu.
    To dziwne i pocieszające, że przed śmiercią niewiele się czuje. Tylko przyjemną pustkę, której nie chce się zapełnić.
    Zamierzałam atakować do utraty sił. Postanowiłam sobie kiedyś, że pomszczę śmierć brata i odnajdę ojca. Tata znaleziony, teraz tylko wystarczy zrobić wszystko, by pozbyć się Stylesa.
    Zaczerpnęłam głośno powietrza i wyrzuciłam przed siebie ręce. Styles wiedział, co chciałam zrobić i dlatego wytworzył tarczę, przez którą moja moc nie miała jak się przedostać. Spróbowałam jeszcze raz i jeszcze jeden. Nic. Wampir uśmiechał się głupkowato i niby od niechcenia sięgnął do pasa. W ułamku sekundy zauważyłam najpierw błysk ostrza, potem swoją jedyną szansę. Ostatni raz wyrzuciłam ręce w górę, bo, kiedy chłopak sięgnął po nóż, jego tarcza osłabła, nie widziałam tego, ale wyczułam. W tej samej chwili, w której użyłam swojej mocy, Harry rzucił we mnie nożem. Na początku nie poczułam nic. Potem, gdy moja moc ugodziła w jego klatkę piersiową, wszystko zamarło. Wampir rozleciał się na miliony kawałeczków, które na koniec zamieniły się w popiół. Ci, którzy zauważyli moje zwycięstwo, ryknęli z radości. Dodałam im tym aktem otuchy i nowej siły. Zobaczyłam, jak wiele Wampirów ginie, nie wiedząc, co zrobić po stracie przywódcy. Niektórzy zdążyli uciec, ale nie wiem, ilu ich było.
    Wszystko to zadziało się w ciągu sekundy, może dwóch. W ciągu następnej, zorientowałam się, że oberwałam. Ciepła krew spływała mi po brzuchu, już nie chcąc wsiąkać w bluzkę, która była już całkiem mokra i czerwona. Spojrzałam w dół z uśmiechem na twarzy. Dojrzałam wystającą z mojego brzucha rękojeść noża. Sięgnęłam prawą ręką i ostatkiem sił, wyciągnęłam je z ciała. Upadło z cichym brzdękiem na kamień.
    Jeśli to jest umieranie, to mogłabym umierać codziennie - zaśmiałam się w myślach. Nie czułam bólu, nie czułam strachu. Byłam wolna. Nareszcie wolna.
    Upadłam i już nie wstałam.
    - Dzień dobry, braciszku - szepnęłam, uśmiechając się do niego.

~~*~~*~~*~~*~~

    Hejka, jak tam majówka? Nie za fajna pogoda u mnie :/ Ale na szczęście jest epilog :D Jak Wam się podobał? Jak myślicie, co będzie dalej? ;) Chcecie trzecią cześć? ;) Piszcie, im więcej Was, tym większy uśmiech na mojej twarzy i więcej determinacji do pisania i zaskakiwania Was :D Jestem ciekawa wszystkiego, co myślicie, naprawdę ;)
    Jeśli są ze mną jacyś maturzyści, a podejrzewam, że są :D To życzę Wam powodzenia na maturze! <3 Oby te trzy czy cztery lata nie poszły na marne :D 

niedziela, 8 marca 2015

*34. "Tylko ta myśl trzymała mnie wciąż na ziemi."

Jeeeejku! Widzieliście statystyki? Ponad 20000 wejść! <3 Dziękuuuję baaardzo wszystkim, którzy kiedykolwiek tutaj zajrzeli, przypadkiem czy celowo - każdy przyczynił się do tego, że ta liczba jest tak ogromna ;) Rozdział specjalnie dla Was! <3



"W prawdziwej przyjaźni nie chodzi o to, żeby być nierozłącznym, tylko o to, żeby rozłąka nic nie zmieniała." 


~~*~~*~~*~~*~~

~~ Prue ~~

    Podzieliliśmy się zadaniami. Alex z Bellą mieli znaleźć książkę z przepisem. Alice i Becky poszły po kociołek, wagę i inne niezbędne do warzenia eliksiru sprzęty. Wraz z Chrisem zamierzaliśmy posprzątać na strychu, by zrobić w pomieszczeniu choć odrobinę więcej miejsca. Damien zaofiarował, że odszuka Toma i Filipa, bo wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że przydałby się ktoś, kto orientuje się, gdzie moglibyśmy znaleźć wszystkie potrzebne składniki, nie narażając się przy tym nauczycielom. Już raz się nam upiekło, nie chcieliśmy dopuścić do kolejnej takiej sytuacji, bo wtedy wszystko wyszłoby na jaw, a byłam niemal prawie pewna, że Stark nie ucieszyłby się na wiadomość, że odnalazłam ojca. Tom z kolei znał prawdopodobnie wszystkie rośliny i substancje, które mogłyby nam się przydać, więc warto byłoby skorzystać z jego wiedzy.
    Przesunięcia foteli, komody i sofy na strychu nie zajęło nam zbyt wiele czasu. Już po chwili było po wszystkim. Przez kilka dobrych minut czekaliśmy w zniecierpliwieniu na resztę. Nie mogłam się już doczekać tego, aż będę miała się czym zająć. Przez cały czas, kiedy nic nie robiłam, dużo myślałam. A te rozważania nie były dobre. Głównie przed oczami pojawiał mi się obraz mnie i znikającego gdzieś ojca nadal w postaci wilka. Spóźniłam się. On już przeniósł się w inne, bezpieczne miejsce; do czasu. Non stop powtarzałam sobie, że wszystko pójdzie dobrze, że wszystko się uda, że już niedługo tata będzie razem ze mną. Tylko ta myśl trzymała mnie wciąż na ziemi.
    Pierwsi pojawili się chłopcy. Nie musiałam im ponownie wyjaśniać całej sytuacji, bo Dan zdążył już im naświetlić wszystkie fakty. Cieszyłam się z takiego obrotu sprawy, bo nie uśmiechało mi się ponowne tłumaczenie problemu. Bez żadnych pytań zgodzili się nam pomóc w przygotowaniu eliksiru. Filip nie miał zbyt tęgiej miny, ale gdy go zapytałam, czy wszystko w porządku, odpowiedział twierdząco. Czułam, że skłamał, ale kim byłam, by drążyć z nim temat?
    Gdy przyszli już wszyscy, Alex otworzył książkę na odpowiedniej stronie i zaczął czytać listę składników. Większość z nich nawet ja potrafiłam rozpoznać. Wszystko było jak najbardziej w porządku. Do czasu, gdy Alex nie przeczytał ostatniego elementu mikstury. Na początku zawahał się przez moment.
    - Co jest? - zaniepokoiłam się.
    - Z tym składnikiem może być pewien kłopot - zaczął. Odwrócił książkę w moją stronę, tak, bym mogła swobodnie sama do niej zajrzeć.
    - Jad Wampira - szepnęłam, niedowierzając. Skąd mieliśmy go wziąć? Spanikowana spojrzałam po twarzach wszystkich zebranych. Tylko Filip nie wydawał się zaskoczony, raczej zasmucony tą wiadomością.
    - Właśnie tego się obawiałem - westchnął cicho. Zaczęłam gorączkowo szukać rozwiązania. Nie przychodził mi do głowy ani jeden pomysł.
    - A może ty byś nam pomógł? - zapytała nieśmiało Becky. - Jesteś w końcu Dhampirem. Czy twój jad nie wystarczyłby?
    - Obawiam się, że nie. Myrnin był naprawdę silnym Wampirem. Byle co nie zdoła odczarować tego, co zrobił. Potrzebny nam prawdziwy jad. Może się nawet okazać, że jedynym ratunkiem dla twojego ojca, Prue, jest ślina Stylesa. Lub kogoś, kogo przemienił - wyjaśnił. Po tych słowach zapadła głęboka cisza. Nikt nawet nie śmiał się odezwać, zakłócić tej idealnej ciszy, która już po sekundzie stała się dla mnie udręką.
    Niespodziewanie dotarło do mnie, kto mógłby nam pomóc. Poczułam jakieś dziwne ukłucie na szyi w miejscu, w którym ugryzł mnie Liam. Gdy się później nad tym zastanawiałam, doszłam do wniosku, że to sama Nyks dała mi podpowiedź, gdzie szukać pomocy. Liam. Liam był Wampirem, w dodatku to właśnie Harry Styles go w niego przemienił. Nadawał się wręcz idealnie. Tylko czy zechce mi pomóc?
    Dawno z nim nie rozmawiałam. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawy, że nawet nie powiedziałam mu, że odnalazłam ojca! Nie zdawał sobie sprawy, że już się nie narażałam, że Chris już o wszystkim wie, że każdy z moich przyjaciół znał już prawdę. Każdy, z wyjątkiem jego. Bo w jakiś sposób był moim przyjacielem. Tyle razy mogłam na niego liczyć! Wspierał mnie w trudnych chwilach. I jeśli teraz się nie odwróci ode mnie, byłby idealny! Zostawało tylko pytanie: czy nie zraniłam go na tyle, by przestał się do mnie odzywać? Czy dał sobie już spokój?
    - Muszę zadzwonić - powiedziałam dziwnym głosem, całkowicie do mnie niepodobnym. Wyszłam ze strychu na korytarz i usiadłam na najniższym ze schodków. Nie obchodziło mnie to, że zostawiłam na górze znajomych całkowicie zdezorientowanych. Miałam czas, by im wytłumaczyć wszystko po tym, jak rozmówię się z Liamem.
    Wybrałam numer Wampira i czekałam. Jeden sygnał, drugi. Przy piątym stwierdziłam już, że się na mnie całkowicie obraził i że już nigdy go nie zobaczę, nie porozmawiam z nim. Zamierzałam się rozłączyć, gdy usłyszałam nagle w słuchawce jego głos.
    - Halo?
    - Cześć, to ja, Prue! - zawołałam nieco zbyt głośno. Odetchnęłam z ulgą. A więc jest jeszcze nadzieja...
    - Fajnie, że dzwonisz - odpowiedział opryskliwie. Był zły. I to bardzo.
    - Przepraszam, że się nie odzywałam tak dawno, ale tyle się u mnie działo, że nawet nie zauważyłam, ile czasu minęło, odkąd ostatni raz zadzwoniłam do ciebie - szepnęłam skruszona. - Chciałam ci tylko powiedzieć, że znalazłam tatę.
    - Naprawdę? - Usłyszałam w jego głosie radość. Złość i smutek w jednej chwili wyparowały z naszej rozmowy. - To wspaniale! Jest już z tobą?
    - No niezupełnie. Tutaj mam mały problem. No i prośbę do ciebie... - zawahałam się na moment. Zastanawiałam się, jak mu powiedzieć to, co miałam do powiedzenia.
    - No to słucham, w czym mogę ci jeszcze pomóc? - zapytał.
    - Widzisz, chodzi o to, że mój tata jest w postaci wilka. I żeby go odczarować, potrzebny nam eliksir. Już mamy przepis i prawie wszystkie składniki. Za wyjątkiem jednego. Jadu Wampira. Filip mówi, że może być potrzebny nawet od samego Stylesa... Co o tym sądzisz?
    - Wydaje mi się, że każdy będzie dobry, byle by był od Wampira, nie jakiegoś mieszańca. Ale jeśli chcecie mieć pewność, że wszystko zadziała zgodnie z planem to możecie użyć jadu kogoś powiązanego z nim. Tylko skąd weźmiecie jad? - zastanowił się.
    - Właściwie to myślałam o tobie - odezwałam się niepewnie.
    - Och! No tak, faktycznie. Tylko, że ja... Nie mogę. Jestem teraz daleko od miejsca, z którego mógłbym się teleportować. Droga powrotna zajęłaby mi co najmniej jeden dzień. A tyle chyba nie chcecie czekać?
    - No chyba nie... Naprawdę wybrałeś się gdzieś tak daleko akurat dzisiaj? - westchnęłam zrezygnowana.
    - Przepraszam, bardzo chciałbym pomóc... - zawahał się. - Właściwie to wiem, kogo możecie poprosić. I jego jad może okazać się mocniejszy, w końcu jest Wampirem czystej krwi. - Wiedziałam, że wypowiadając te słowa, uśmiechnął się.
    - O kim mówisz? - zdziwiłam się.
    - No jak to o kim? O Louisie. Uważam, że gdyby Becky z nim porozmawiała, chętnie użyczyłby wam swojego jadu.
    - A co ma Becky wspólnego z twoim kumplem? - Jeszcze bardziej zgłupiałam.
    - No jak to co? - zapytał Liam, śmiejąc się ze mnie. - To ty nic nie wiesz? - zawołał z niedowierzaniem. gdy zorientował się, że nie byłam tak dobrze poinformowana jak on. - Powinnaś pogadać o tym z Becky. Już czas, by wyznała ci prawdę. Poproś ją o to, by pogadała z Louisem, na pewno nie odmówi. Muszę już kończyć. Do zobaczenia!
    - Czekaj! - Nie zdążyłam niczego dodać, bo chłopak się rozłączył. - O co mu do jasnej cholery chodziło? - zapytałam na głos, lecz odpowiedziała mi tylko głucha cisza.
    Powoli wróciłam na górę, gdzie przyjaciele wyczekiwali mnie ze zniecierpliwieniem. Gdy tylko przekroczyłam próg, zalała mnie fala pytań, odnośnie mojego nagłego telefonu. Nie odpowiedziałam na nie od razu. Pierwsze co zrobiłam, to podeszłam do Becky i spojrzałam jej prosto w oczy.
    - Mogłybyśmy porozmawiać? Na osobności? - zapytałam. Dziewczyna skinęła tylko delikatnie głową. - Możecie zacząć przyrządzać eliksir? Ja zajmę się ostatnim składnikiem.
    - Jasne - powiedział Chris. - Wszystko w porządku? - Zmartwił się, widząc mój jeszcze nieobecny wzrok. Pokiwałam głową.
    - Nie martw się, opowiem ci wszystko później - obiecałam po czym ponownie wyszłam ze strychu, tym razem prowadząc za sobą brunetkę. Zeszłyśmy po schodach i skierowałyśmy się ku frontowym drzwiom. Zatrzymałyśmy się dopiero pod drzewami, gdzie, miałam nadzieję, znajdziemy choć odrobinę prywatności.
    - O czym chciałaś ze mną porozmawiać? - spytała, widząc, że nie zamierzam zacząć.
    - Właśnie rozmawiałam z Liamem. Niestety, nie może nam pomóc, bo jest daleko stąd. Powiedział mi jednak bardzo interesującą rzecz. Czy wiesz może, czego się dowiedziałam?
    - Nie, no skąd - odparła. Widziałam malujący się na jej twarzy niepokój.
    - Powiedział mi, bym poprosiła cię, byś skontaktowała się z Louisem i że on nam może pomóc z tym jadem. Możesz mi powiedzieć, dlaczego Liam wie coś, czego ja się nawet nie domyślałam?
    - Prue... - Słyszałam jak serce jej przyspieszyło. - Ja...
    - Spotykasz się z nim, prawda? - przerwałam jej.
    - Po co w ogóle ta rozmowa, skoro widzę, że Liam ci wszystko wyśpiewał? - zdenerwowała się.
    - Niczego mi nie wyśpiewał. Nic mi nie powiedział, bo uważał, że to ty powinnaś mi o tym powiedzieć, jako moja przyjaciółka! Sama się domyśliłam. Po jego tonie, po twoim zachowaniu teraz i wcześniej. Przeczuwałam, że może kogoś poznałaś, ale nie sądziłam, że to coś aż tak poważnego. Dlaczego mi nic o tym nie powiedziałaś? Przecież wiesz, że ja akurat stosunek do Wampirów mam dobry. Przyjaźnię się z Liamem, to już chyba ci powinno wystarczyć.
    - Tu nie chodziło o to, że nie masz nic przeciwko Wampirom. Raczej bałam się twojej reakcji. No bo tak szybko zdążyłam się zadowolić po śmierci Davida? Nie miałam pojęcia, co byś sobie o mnie pomyślała. Może że go nie kochałam albo jeszcze coś gorszego...
    - Kochana - westchnęłam. - Naprawdę bałaś się tego, że pomyślę sobie, że nie kochałaś mojego brata? - zapytałam z lekkim politowaniem. Gdy potwierdziła, kontynuowałam. - Wiesz, to dowodzi tylko tego, że mi ni ufasz. Nie wiem, dlaczego, ale musisz wiedzieć, że można kochać więcej niż jedną osobę. Spójrz na Toma. Czy myślisz, że nie kochał Vivian? Albo że tylko udaje przed Rose? Nie. On obie je kocha, na swój sposób, ale jednak jest to prawdziwe uczucie. I wiesz co? Myślę, że David chciałby, byś była szczęśliwa. Nawet jeśli oznaczałoby to związanie się z Wampirem. - Uśmiechnęłam się szeroko.
    - Dziękuję - szepnęła. - I przepraszam. Teraz już wiem, że powinnam ci o wszystkim powiedzieć.
    Przytuliłyśmy się mocno na znak zgody. Potem szybko zmieniłam temat i delikatnie dałam jej znać, żeby zadzwoniła do Louisa. Zostawiłam ją samą, by mogła mu spokojnie o wszystkim opowiedzieć.
~~*~~*~~*~~*~~

    Hej, hej. Piszcie, co myślicie o rozdziale. Jestem naprawdę ciekawa!
    Z okazji Dnia Kobiet wszystkim kobitkom składam najserdeczniejsze życzenia! <3

niedziela, 22 lutego 2015

*33. "Czułem się, jakbym wreszcie odnalazł sens swojego życia... "

Z podziękowaniami dla Katarzyny Nowickiej za tak wspaniały komentarz pod wcześniejszym postem! Jejku, że też Ci się chciało tyyyle rozdziałów czytać! ;) To nawet mnie przeraża :D Dziękuję za cudowne słowa (hihi, że książka? *,* nie przesadzajmy <rumieni się>) Dziękuuuję! <3


"To możliwość spełniania marzeń sprawia, że życie jest tak fascynujące." - Paulo Coelho.


~~*~~*~~*~~*~~

~~ Chris ~~

   - I on tam był, rozumiesz? - zawołała uradowana Prue. Spoglądałem w jej roześmiane błyszczące oczy, nie mogąc uwierzyć, w to o czym opowiadała. Nie sądziłem, że tak szybko uda jej się odnaleźć ojca. Do niedawna myślałem przecież, że nie żyje. Więc trudno było mi się pogodzić z nową rzeczywistością. Ale mimo wszystko cieszyłem się. Byłem szczęśliwy, bo ona wyglądała na uradowaną. - Dotykałam go! Przywitał się ze mną! Rozpoznał mnie! - Za każdym wypowiedzianym słowem jej głos stawał się coraz bardziej piskliwy od emocji. Non stop gestykulowała rękoma i chodziła w tę i z powrotem. Nie potrafiła ustać na miejscu choćby pięciu sekund.
    Siedzieliśmy w sobotni, ciepły wieczór na dworze pod drzewem. Delikatny wiatr rozwiał duchotę, która panowała przez cały dzień, więc nie było już tak gorąco. Słońce niedawno zaszło, co tylko pomagało usiedzieć na zewnątrz, ciesząc się wieczornym spokojem.
    Gdy rano dostałem wiadomość od Prue, że wyjechała z miasta, bo prawdopodobnie znalazła ojca, było mi przykro. Że mnie ze sobą nie zabrała, że nie powiedziała tego w prost, tylko napisała smsa. Zachodziłem w głowę, dlaczego tego nie zrobiła. Bała się, jak zareaguję? Nie chciała, bym był przy niej w tak ważnej dla niej chwili? Nie miałem pojęcia. Oczywiście niedowierzałem. Albo nie chciałem uwierzyć, że jej ojciec żyje i że właśnie go znalazła. Czy byłoby mi łatwiej, gdyby okazało się, że jednak od dawna Derek Carter chodzi po zielonych łąkach raju Nyks? Nie potrafiłem odpowiedzieć na to pytanie. Tak jak na wiele innych, które kotłowały mi się w głowie.
    W pewnym momencie jakaś część mnie, pewnie ta najbardziej wredna, podsunęła mi odpowiedź na jedno z pytań. Dlaczego nie powiedziała mi o swojej wyprawie osobiście? Dlaczego nie pozwoliła zaofiarować swojej pomocy? Ponieważ już ktoś jej ją zaproponował. I tym kimś był Wampir, którego może nie nienawidziłem, ale szczerze nie lubiłem. Właśnie ze względu na Prue. Gdzieś tam, sam nie wiem, gdzie, zrodził się pomysł tego, że to poszukiwanie ojca było tylko przykrywką dla ich częstych spotkań. W końcu to Liam wmówił mojej dziewczynie, że Derek żyje w postaci zwierzęcia. Więc dlaczego nie mógłby wymyślić takiego pretekstu do spotykania się z Prue?
    Oczywiście niemal od razu moja rozsądna część zagłuszyła te bezsensowne myśli. Doskonale wiedziałem, jak bardzo Prue mnie kocha, więc nie miałem nawet prawa o czymś takim wspominać. Może i Liam bardzo ją lubił, ale to się nie liczyło. Dla mnie najważniejsze było jej uczucie do mnie. A czułem jego moc nawet wtedy, gdy znajdowała się daleko ode mnie.
    Pozostawało tylko pytanie: dlaczego?
    Mnóstwo odpowiedzi mi się nasuwało, ale czy którakolwiek okazałaby się odpowiednia? Wolałem poczekać i zapytać.
    Przez cały dzień się o nią martwiłem. Różne scenariusze stawały mi przed oczami. I prawie wszystkie kończyły się tragicznie. Chyba zawsze już będę się o nią bał, gdy nie będzie stała tuż obok mnie. Czy to aby normalne?
    Gdy tylko ją zauważyłem z okna swojego pokoju, od razu mi ulżyło. Naprawdę się ucieszyłem na jej widok. Czułem się, jakbym wreszcie odnalazł sens swojego życia... Jakbym... Sam nie wiem, ale było wspaniale!
    Biegiem pokonałem schody i w mgnieniu oka dotarłem do niej. Nie zdążyła jeszcze nawet pokonać jednej czwartej drogi, gdy ja już stanąłem przed nią. Wyglądała zupełnie inaczej. Oczy jej błyszczały, wydawała się spokojna, ale jednocześnie rozentuzjazmowana. Małymi krokami, strasznie wolno pokonywała trasę, nigdzie się nie spiesząc. Kiedy mnie zobaczyła, na jej twarz wypłynął szeroki uśmiech.
    - Widziałam go - szepnęła z przejęciem. - Widziałam mojego tatę.

~~ Prue ~~

    - Najgorsze jest to, że nikt nie wie, jak doprowadzić go do ludzkiej postaci - powiedziałam, zasmucając się. To był mój jedyny aktualny problem, który widziałam. Nic innego nie przykuwało mojej uwagi. Liczyło się dla mnie tylko to, by tata był wreszcie bezpieczny. I by w końcu odnalazł dom, po tak długiej tułaczce po świecie.
    - Znajdziemy na to sposób - zapewnił Chris, przytulając mnie do siebie. Uwielbiałam go za całokształt. Za to, że był przy mnie. Za to, że wiedział, co powiedzieć w każdej sytuacji. Za to, że mnie rozumiał i wspierał. Za to, że po prostu był...
    - Dziękuję - szepnęłam, całując go delikatnie w policzek. - Jak sądzisz, powinnam powiedzieć o tym dziewczynom? - zapytałam po chwili, przerywając milczenie.
    - Myślę, że tak. Mają prawo wiedzieć, gdzie tak często znikałaś, dlaczego cię nie było. A może to właśnie któraś z nich zna sposób na odczarowanie twojego ojca? - odpowiedział jak zwykle rozsądnie.
    - Masz rację. Pójdziesz ze mną? - poprosiłam go. Oczywiście od razu się zgodził. Trzymając się za ręce, ruszyliśmy do internatu.
    Alice i Becky znaleźliśmy w salonie w towarzystwie Belli, Alexa i Damiena. Gdy przywitaliśmy się ze wszystkimi, zaczęłam swoją opowieść. Nikt mi nie przerywał, ponieważ każdy był ciekaw końca. I choć przeczuwali, że zakończenie okaże się szczęśliwe, nikt nie zamierzał zapeszać. Poza tym chyba nie chcieli niczego przegapić. Wiedzieli, że gdyby wtrącili choćby słowo, mogłabym stracić wątek i coś ważnego pominąć.
    Gdy skończyłam, nikt się nie odezwał. Wydawało mi się, że byli co najmniej zaskoczeni nowinkami, które im przedstawiłam. Ale kiedy już dotarł do nich sens tych wydarzeń, zaczęli się cieszyć razem ze mną. Więc wtedy powiedziałam im o mojej zagwozdce. Miny im od razu zrzedły.
    - No i tak oto przedstawia się sytuacja - podsumowałam. - Dopóki mój tata nie odzyska ludzkiej postaci, nie będzie można go przetransportować do domu. Jego wilcza magia nie pozwala na to nikomu.
    Zapadła cisza. Każdy analizował wypowiedziane przeze mnie słowa. Nawet ja. Próbowałam sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek jakiś nauczyciel choćby wspominał o czymś takim na lekcji. Ale nie, nie wydawało mi się, by coś takiego mogło być tematem zajęć na pierwszym roku. Może na późniejszych, ale na pewno nie wtedy, gdy dopiero poznajemy tajniki Zmiennokształtnych.
    Niespodziewanie poczułam zachwianie czyiś emocji. I to tak mocne, że musiała minąć chwila, bym mogła się po tym ataku pozbierać. Od razu wychwyciłam, od kogo odbierałam tak silne myśli. Spojrzałam na uśmiechniętego Alexa. Wiedziałam, że miał dla mnie dobre nowiny.
    - No mów! - ponagliłam go. Reszta towarzystwa spojrzała na mnie zdziwiona, więc chłopak zaczął od początku.
    - Przypomniało mi się, że nie tak dawno szukałem w bibliotece sposobu na wyciągnięcie Shane'a i Chloe z tego równoległego świata. I wtedy oczywiście nie natknąłem się na nic, co mogłoby nam wtedy pomóc, ale, przeglądając taką starą książkę, znalazłem pewien intrygujący mnie przepis. Zacząłem go czytać, bo wydawało mi się, że to odpowiedź na pytanie, które zadał nam profesor w pracy domowej, ale okazało się, że to nie to. Ale dokładnie pamiętam, że dotyczyło czegoś ze zmianą postaci. Tylko nie bardzo wiem, w którą stronę... - zmieszał się nieco na koniec.
    Gdy opowiadał, oczy robiły mi się coraz większe. Nie mogłam uwierzyć w moje szczęście. Sądziłam, że co najmniej kilka dni będę musiała posiedzieć w bibliotece, by znaleźć rozwiązanie problemu, a tu proszę!
    - Alex! Tak cholernie cię uwielbiam! - Podbiegłam do niego i mocno uścisnęłam. - Myślisz, że mógłbyś znaleźć tę książkę? - zapytałam po chwili, gdy już wróciłam na swoje miejsce.
    - Jasne, bez problemu - odpowiedział.
    - No to na co jeszcze czekamy? - zawołał Chris.


~~*~~*~~*~~*~~

    Hej! Jejku, chyba jestem zmęczona, bo bardzo źle mi się ostatnimi czasy pisze. Niby jak już zacznę to jakoś poleci, ale najgorzej jest się zmobilizować, by usiąść i napisać te pierwszych kilka zdań. Powinnam odpocząć, ale chcę tą część dokończyć, wtedy sobie zrobię małą przerwę na regenerację sił :D Dlatego na razie jest takie, jakie jest.
    Strasznie mi przykro, że ktoś zagłosował w ankiecie na "usuń bloga". Rozumiem, że komuś się to aż tak nie podoba, ale smutno mi, że nie napisał mi w komentarzu, co robię źle. Może wtedy udałoby mi się to poprawić... Ale ostatnio mam zbyt dobry humor, by mi ktoś mógł go zepsuć. Ostatnio stwierdziłam, że dopóki będzie na blogu ze mną chociaż jeden czytelnik to będę pisać. Nie zawiodę go! Przynajmniej mam taką nadzieję ;)
    Rozdział sprawdzę jak tylko siądę na spokojnie, by wynaleźć jak najwięcej błędów ;)
    Pozdrawiam serdecznieee! Wiosno przybyyywaj! <3

środa, 7 stycznia 2015

*30. "Tak opętał ich umysły, że nawet go nie znając, ludzie go popierali. "

Dziękuję wszystkim, którzy przyczynili się do tak wspaniale spędzonego Sylwestra! Było cudownie! Thanks <3



"Kimkolwiek jesteś, cokolwiek robisz, jeśli naprawdę z całych sił czegoś pragniesz, znaczy to, że pragnienie owo zrodziło się w Duszy Wszechświata. I spełnienie tego pragnienia to twoja misja na Ziemi." - Paulo Coelho


~~*~~*~~*~~*~~

~~ Chris ~~

   Dzień po przyjęciu, które zorganizowali dla mnie moi przyjaciele z okazji moich osiemnastych urodzin, Stark wezwał mnie do siebie. Doskonale wiedziałem, czego ode mnie chciał, więc nawet nie byłem zdziwiony tym zaproszeniem.
    W poniedziałek rano przy śniadaniu, po którym miałem udać się do dyrektora, Damien spojrzał na mnie. Skinąłem lekko głową. Tyle razy pytał mnie, czy wiem, co robię, czy to moja ostateczna decyzja, że wtedy nawet nie musiał wypowiadać tego pytania na głos. Po prostu potwierdziłem mój wybór. Kiedy to zrobiłem, zwiesił zrezygnowany głowę. On został w stadzie. Ale on przecież nie miał powodów do tego, by opuścić watahę. Wręcz przeciwnie - musiał zostać dla Alice. Ja nie miałem tyle szczęścia co mój przyjaciel.
    Stark był bliskim przyjacielem mojej mamy; znali się jeszcze zanim mama wyszła za mąż za mojego ojca, zanim urodził się Jack a potem ja. Często nas odwiedzał, choć nie udawał, że podobało mu się to, że moja mama związała się z człowiekiem. Zawsze był przeciwko. Może dlatego, że sam chciał się jej oświadczyć? A może po prostu dlatego, że wiedział, kim tak naprawdę był mój ojciec. Może przewidział, jak zareaguje, gdy dowie się, kim jesteśmy.
    W końcu wizyty stawały się coraz rzadsze, aż nagle w ogóle przestał przychodzić. Mama bardzo się o niego martwiła i pewnego dnia, gdy Jack był w szkole a mój ojciec w pracy, zabrała mnie do niego. Nie objął jeszcze stanowiska dyrektora, nadal piastował urząd zwykłego nauczyciela w szkole w Dundee. Było już ciemno, gdy stanęliśmy przed szkolną bramą. W tamtych czasach stała otworem i każdy, kto był Zmiennokształtnym, mógł przez nią przejść. Poprowadziła mnie więc mama do dobrze jej znanego budynku i weszła do środka. Pewnie trafiłaby tam nawet z zamkniętymi oczami, bo nie potrzebowała żadnego światła, by przedostać się spod drzwi frontowe do drzwi prowadzących do pokoju Starka.
    - Kochanie - odezwała się do mnie cicho. - Proszę, bądź grzeczny i nie odzywaj się ani słowem, dobrze? Chciałabym porozmawiać z wujkiem Starkiem na spokojnie.
    Pokiwałem tylko głową. Mama wzięła jeden głębszy wdech i zapukała cicho do drzwi. Otworzyła je, zanim ktokolwiek ze środka zdążył ją zaprosić.
    - Stark, przepraszam, że nachodzę cię o tak późnej... - zaczęła, lecz urwała wpół słowa, nie wiedząc co zrobić. Stałem za mamą, która przesłaniała mi widok na pokój, więc nie miałem pojęcia, dlaczego mama stała w progu. Wychyliłem się, by ujrzeć obraz, który do końca życia miał mi utknąć w pamięci. Dwoje ludzi leżało na sobie prawie całkowicie nagich. Mężczyzna siedział do nas tyłem, ale gdy usłyszał, że ktoś wtargnął do jego pokoju, odwrócił głowę, tym samym odsłaniając dziewczynę. Zanim mama zasłoniła mi oczy zauważyłem jej biust i przerażone oczy. Była uczennicą. - Myślałam, że to nieprawda, łudziłam się, wmawiałam sobie, że ty byś tak nie mógł, że jesteś za poważny na takie coś. Ale myliłam się - odezwała się moja mama zawiedzionym głosem, którego używała, gdy ja czy Jack zrobiliśmy coś głupiego. - Nie sądziłam, że potrafiłbyś tak zamącić biednym dziewczynom w głowach, by je wykorzystać a potem zostawić. Co ci tym razem obiecał? - Zwróciła się do dziewczyny, która czerwona jak burak chowała się pod kocem i za Starkiem.
    - Ja.... - jąkała.
    - Cicho! - zawołał mężczyzna. - Nie musisz jej niczego mówić. To jest nasza sprawa a jej nic do tego - warknął.
    - A więc to tak. Nie chcesz, żeby się dowiedziała, jaki jesteś, by nie rozpowiedziała naokoło pozostałym uczennicom, byś miał później wybór. Ona skończy szkołę, ty ją zostawisz, nie będziesz się do niej odzywał, znajdziesz sobie inną a dziewczyna będzie załamana. I może już nie pokocha nikogo innego. Zdajesz sobie sprawę, co ty właściwie robisz? Mącisz im w głowach. Naopowiadasz bajeczek, one ci uwierzą, bo przecież jesteś ich kochanym profesorem, a potem znikną z twojego świata. Myślałam, że jesteś inny...
    - Powiedziała to ta, która wyszła za mąż za człowieka! - Ostatnie słowo wypowiedział z odrazą. - Mogłaś mieć mnie, ale wybrałaś jego. Więc teraz ja wybrałem ją. Nic ci do tego, co robię i z kim. A teraz proszę cię, wyjdź, bo zawołam ochronę.
    Mama prychnęła cicho pod nosem.
    - Nie zawołasz ochrony, ponieważ, gdyby tu przyszli, zastaliby ją. - Wskazała na uczennicę. - A ty nie chcesz, by ją zobaczyli, bo wtedy byłbyś już skończony. Nie miałbyś szans na objęcie stanowiska dyrektora, które, nawiasem mówiąc, jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności będzie wolne już niedługo. Panu dyrektorowi również naopowiadałeś niestworzonych historii, by przeszedł na emeryturę, byś ty mógł zasiąść na jego fotelu? Może jeszcze poprze twoją kandydaturę, co?
    - Wyjdź stąd! Nie masz prawa mnie oczerniać w moim własnym pokoju! - wrzasnął.
    - Myślałam, że jesteśmy przyjaciółmi. A przecież przyjaciele mówią zawsze prawdę, nawet najgorszą - zauważyła.
    - Ale ty jesteś głupia i naiwna. Myślisz, że mógłbym się z tobą przyjaźnić po tym, jak mnie upokorzyłaś, wybierając tego człowieka? - prychnął.
    - A więc to tak, teraz wszystko rozumiem. - Pokiwała wolno głową. - Żegnaj, Stark. Mam nadzieję, że wkrótce się opamiętasz i pójdziesz po rozum do głowy.
    W końcu wyszliśmy z pokoju przyszłego dyrektora szkoły dla Zmiennokształtnych. Mama ukradkiem otarła łzy, spływające po policzkach. Była naprawdę smutna. Nie dziwiłem się jej. Straciła bliską sobie osobę, dowiedziała się o niej wiele złych rzeczy, ale i usłyszała przykre dla niej słowa. Miała prawo cierpieć.
    Gdy w końcu leżałem w łóżku, a mama przyszła zgasić światło, zapytałem ją o całą tą sytuację, której byłem świadkiem. Na początku się nie odezwała i już myślałem, że w ogóle nic nie powie. Dopiero po chwili zaczerpnęła powietrza, przyglądając mi się uważnie.
    - Kochanie - zaczęła. - Jest mi naprawdę bardzo przykro, że musiałeś to wszystko widzieć. Nie miałam pojęcia, że on tak robi. Gdybym wiedziała, nie zabrałabym cię tam, na pewno. - Ścisnęła mocniej moją dłoń. - Jest już bardzo późno, nie będziemy dzisiaj o tym rozmawiać. Ale obiecuję ci, że wyjaśnię ci wszystko, gdy będziesz starszy.
    - Straszy, to znaczy ile będę miał lat? - zapytałem. Mama zaśmiała się serdecznie.
    - Zobaczymy - odparła wymijająco, pocałowała mnie w czoło i wyszła z pokoju, gasząc za sobą światło. Miałem wtedy najwyżej dziesięć lat.
    Na wyjaśnienia musiałem sporo czekać, bo mama zadecydowała, że dowiem się wszystkiego, gdy będę miał iść do szkoły. Więc po świętach usiadła ze mną na łóżku i zaczęła swoją rozmowę.
    - Pamiętasz naszą ostatnią wizytę u wujka Starka? - zapytała mnie wtedy na początku. Pokiwałem delikatnie głową, przypominając sobie ciemny pokój, nagie postacie leżące na łóżku... - Obiecałam ci potem, że kiedy indziej o tym porozmawiamy. Uważam, że to najwyższy czas, byś dowiedział się wszystkiego. Powinieneś znać prawdę, zanim pójdziesz do szkoły.
    Więc mi opowiedziała, że Stark jakimś sposobem potrafi manipulować do pewnego stopnia ludzkimi umysłami, że to właśnie w ten sposób objął stanowisko dyrektora w szkole. Że to właśnie dzięki tej mocy mógł mieć każdą uczennicę. Wystarczyło, że porozmawiał z nią kilka razy, naopowiadał jakieś bajeczki, zaczarował swoją osobą i już miał z kim spędzać kolejne noce. A kiedy dziewczyna miała kończyć szkołę i miała nadzieję na jakiś bardziej poważny związek, on urywał znajomość i zaczynał wszystko od początku.
    Wspomniała również o tym, że na początku się przyjaźnili i wyjawiła mi, że może gdyby nie zakochała się wcześniej w moim ojcu, byłaby jego żoną, ponieważ uważała, że na niej też testował swoje moce, tylko mu się to nie udawało.
    Znienawidziłem dyrektora. Za to, jak potraktował moją matkę, za to, co robił z nieświadomymi dziewczynami, które wkrótce mogły stać się moimi koleżankami, bo przecież miałem niedługo pójść do tej szkoły. Za to, jakim był człowiekiem. A był naprawdę zły. I tylko niewielu potrafiło to dostrzec, ponieważ nad niemal wszystkimi miał kontrolę. Tak opętał ich umysły, że nawet go nie znając, ludzie go popierali.
    Niedługo po rozpoczęciu roku szkolnego, dyrektor zaprosił mnie do swojego gabinetu. Chciał mi wmówić, że to, co opowiadała mi matka, to same bujdy i nic więcej, że nie powinienem w to wierzyć. Lecz ja wiedziałem swoje. Od razu przed oczami zobaczyłem tamtą noc, jego w łóżku z młodą dziewczyną. Trochę się wtedy pokłóciliśmy. Uderzył mnie w policzek, po czym kazał się sobie nie pokazywać na oczy.
    Lecz to on pierwszy mnie do siebie znowu zawołał. Rada zadecydowała, że to ja miałem przyprowadzić Prue do szkoły. Może Stark znowu na nich jakoś zadziałał, bym był jak najdalej od szkoły? Nie byłem pewien, ale to miałoby swój pokręcony sens.
    Zatem gdy przyszła pora wyboru, wiedziałem, na co się zdecyduję. Nie mogłem inaczej. Nawet dla Prue.
    - Może jednak? - zapytała mnie po raz ostatni, kiedy staliśmy przed gabinetem dyrektora. Pokręciłem tylko głową.
    - Przecież wiesz, że nie mogę - szepnąłem. Pocałowałem ją delikatnie w usta i wszedłem do gabinetu, nie spoglądając na smutną dziewczynę. Być może, gdybym wtedy na nią zerknął, zmieniłbym zdanie i żałował do końca życia.
    - Proszę, usiądź - odezwał się na pozór miło dyrektor. Ale ja wiedziałem, że był zły. Nic się nie zmienił. Udawał kogoś kim nie był, przed wieloma, wieloma ludźmi, którzy ślepo w niego wierzyli.
    - Postoję - odparłem. - To będzie krótka rozmowa.
    - A więc wiesz, dlaczego cię tu sprowadziłem.
    - Owszem. Chcesz znać moją odpowiedź, choć myślę, że nietrudno ci jest ją zgadnąć. Zdecydowałem się już dawno temu, gdy pierwszy raz przejrzałem na oczy, jeszcze jako małe dziecko, które nie miało pojęcia, co się tak właściwie dzieje. Ale czułem, że jesteś zły do szpiku kości. Nie, nie zostanę w twoim stadzie. Nie będę dla ciebie pracował, nic z tych rzeczy.
    - Taka jest twoja ostateczna decyzja? - zapytał, żeby się upewnić. Taka była procedura, której musiał przestrzegać.
    - Tak. Nie chcę być już w watasze pod twoim przewodnictwem.

~~ Harry  ~~

    - A więc i do ciebie doszły te jakże nadzwyczaj wspaniałe wiadomości? - zapytałem Zayna. Chłopak pokiwał głową, stojąc przede mną.
    - Owszem. Lecz nie za bardzo wiem, z czego mamy się cieszyć? Jeśli odnajdzie ojca, nasza potęga już całkiem zmaleje, bo Derek ma przecież światową sławę. Nikt mu się nie oprze. Co więcej, zjednoczy wszystkich, którzy do tej pory nie opowiedzieli się po żadnej stronie. To będzie oznaczało dla nas tylko jedno - zagładę.
    - I tu się mylisz mój drogi. - Zaśmiałem się. - Jak sądzisz, w jakim stanie znajdzie swojego ojczulka? - Przerzuciłem kartkę gazety, którą trzymałem na kolanach, siedząc w wygodnym fotelu w swoim domu.
    - Na pewno nie za wesołym - powiedział tylko.
    - Otóż to. A gdy jej ojciec będzie w takim stanie, to jako przykładna córka będzie musiała się zająć tatą. A wtedy nie znajdzie czasu na czujność. - Zaśmiałem się, popijając z przeźroczystej szklaneczki. Zayn spojrzał na mnie z niemałym podziwem. - Co więcej, całe jej towarzystwo będzie tak zaaferowane odnalezieniem zguby, że nikt, naprawdę nikt, nie będzie czatował. A wtedy my myk, myk, myk i już jesteśmy przy gardełku naszego pieska!

~~*~~*~~*~~*~~

    Zapraszam do oddania głosu w ankiecie, którą znajdziecie nad aktualnościami. Chciałabym wiedzieć, jakie jest wasze zdanie na ten temat. To dla mnie bardzo ważne, więc proszę, poświęćcie na to te dwie, czy trzy sekundy. Dziękuję tym, którzy zagłosowali. Wiedzcie, że pomożecie mi w bardzo trudnej decyzji! Dziękuję <3

    Rozdział dodany na drugą rocznicę urodzin tego bloga. Nie wiem, czy jest tutaj jeszcze ktoś ze mną, kto mógłby świętować. Ale jeśli jesteście to bardzo się z tego powodu cieszę! <3 Dlatego prosiłabym Was o jakąś odezwę w prezencie na te drugie urodziny w postaci komentarza. Zrobicie mi taki miły prezencik? :) 


    Wydawałoby się, że nie tak dawno odbywał się roczek mojego bloga, nie? Tyle się od tamtej pory zmieniło! Tylu Was odeszło, ale również przyszło. To już ponad 18000 wyświetleń! To ogromna liczba według mojego mniemania. Jakoś nie potrafię niczego napisać, więc nie będę truła :) Życzę tylko mojemu blogowi, by miał coraz więcej czytelników (a nie coraz mniej) i jak najwięcej wyświetleń, bym kończąc go, miała komu podziękować za te lata współpracy :) A kończyć będę pewnie za jakiś czas :) Wczoraj sobie rozpisałam plan działania już do końca i jeśli będę publikowała trzecią część to myślę, że jeszcze dwadzieścia notek i będzie koniec ;) Może to się wydawać dużo, ale tym, którym naprawdę się moje opowiadanie podoba, na pewno szybko zleci. Tak samo jak mnie. Jak ten ostatni rok! ;) 


    A dla tych, którzy chcieliby czytać jeszcze coś nowego, będę miała całkiem nowe opowiadanie, ale to również za jakiś czas, gdy już uporam się ze swoim życiem :D Może, gdy dokończę któregoś bloga, którego teraz prowadzę - tego lub Huge Secrets Guards. Ale o tym także Was poinformuję, jak już blog powstanie :D 


    Już nie przynudzam dłużej :) Pewnie i tak nikt całego tego nie przeczytał :D Hih, do kolejnego rozdziału! <3

piątek, 26 grudnia 2014

*29. "Gdy ma się nadzieję, ma się już bardzo wiele."

Rozdział dla Ali, która mnie rozumie i wspiera jak mało kto na tym świecie! *,* Kochana nie tak dawno miała urodzinki i dlatego też chciałabym Ci życzyć jeszcze raz wszystkiego co najlepsze w życiu, uśmiechu, zdrowia szczęścia i ty już wiesz czego tam jeszcze! Kocham Cię baaardzo mocno :p <3


"Zabijamy samych siebie, by nie ranić innych"


~~ Prue ~~

    Postanowiłam kolejny dzień przeznaczyć na poszukiwania ojca. Dzień wcześniej nawet zadzwoniłam do Liama z pytaniem, czy chciałby mi pomóc. Od razu zaczął wmawiać mi, żebym na razie dała sobie spokój i nie narażała się znowu na niebezpieczeństwo. Wysłuchałam go spokojnie, nie przerywając mu. I tak, bez względu na to, co by powiedział, ruszyłabym. Nie mógłby mi zabronić ani w żaden inny sposób przeszkodzić w realizacji mojego planu. Przyjęłam do wiadomości to, że się o mnie bał. I byłam mu za to wdzięczna, ale sama również umiałam o siebie zadbać. Nie potrzebowałam ciągłego pilnowania.
    Gdy kazał mi przysiąc, że nie pójdę bez niego, lub kogokolwiek innego, zapadła cisza. Nie chciałam skłamać. Nie wiedziałam, co powiedzieć, by móc iść a jednocześnie zrobić tak, by Liam nie podejrzewał mnie o samowolną wyprawę.
    - Wiedziałem - odparł zrezygnowany, gdy nadal milczałam.
    - Zrozum mnie... - zaczęłam, ale mi bezpardonowo przerwał.
    - Jasne, że cię rozumiem. Ale nie mam pojęcia, dlaczego nie możesz trochę odczekać? Aż się wszystko uspokoi? Domyślam się, że twoi przyjaciele są bardzo podejrzliwi i coraz trudniej ci jest się wyrwać z domu - zauważył.
    Trafił w sedno. Chris od jakiegoś czasu nie spuszczał ze mnie oka. Jakby przeczuwał, że chciałam uciec. Kończyły mi się wymówki, których mogłabym użyć, by wyjść ze szkoły. Było coraz trudniej.
    Ale przecież nie mogłam się w takim momencie poddać! Gdybym odpuściła, mój ojciec zostałby gdzieś w obcym świecie całkiem sam. A ja bym nigdy go nie poznała. A bardzo chciałam go zobaczyć, przytulić się do niego, porozmawiać z nim. Po prostu go poznać, zobaczyć, jakim jest człowiekiem. Czy jestem do niego podobna. A może David miał coś z ojca? Mama kiedyś opowiadała, że byli podobni do siebie. Więc tym bardziej zależało mi na odnalezieniu taty.
    Znów milczałam przez długi czas, więc Liam uznał, że domyślił się wszystkiego bardzo dobrze. Nie było więc sensu wyprowadzać go z błędu.
    - Po prostu muszę. Proszę, nie przekonywuj mnie, bo to i tak nic nie da. Ja i tak wyruszę - zakończyłam smutnym głosem. Rozłączyłam się i szybko schowałam telefon w najgłębszy kąt szafy, nie chcąc słyszeć ani widzieć, że Wampir próbuje się do mnie dodzwonić.
    Oczywiście wstałam wcześnie rano. Nie miałam ochoty spotykać się z nikim przed moją podróżą. Zepsułabym sobie humor i tyle. Nie wiedziałam, co na siebie włożyć. Mapa kierowała mnie tym razem do ciepłych rejonów Francji nad Może Śródziemne, więc w końcu postawiłam na letnie ciuchy.

***

    Wylądowałam w centrum zatłoczonego miasta, gdzie na drogach powoli robił się korek, ludzie spieszyli do pracy. Niektórzy już na swoich stanowiskach sprzedawali aromatycznie pachnącą kawę, ciepłe jeszcze pieczywo czy świeże warzywa i owoce. Słońce już mocno świeciło, ale na szczęście wiał przyjemny wiatr, rozwiewając moje rozpuszczone włosy. Przystanęłam na chwilę, przymykając oczy. Wciągnęłam głęboko powietrze, w którym wyczułam słony zapach morza. Znaczyło to, że znajduję się niezwykle blisko brzegu. Zapragnęłam zmienić swoje dzisiejsze plany. Już nawet ruszyłam za zapachem soli, lecz po chwili się powstrzymałam. Miałam inne zadanie do wypełnienia! Z niechęcią zaniechałam wizyty na plaży i skierowałam się w stronę, którą mi podpowiadała mapa.
    Okolica była przepiękna. Wąskie uliczki pokryte brukiem. Budynki znajdujące się niesamowicie blisko siebie i drogi. Balkony obwieszone kwiatami i ziołami. Mnóstwo małych sklepików, uśmiechniętych, miłych ludzi, wiele zieleni w centrum miasta. Na sam widok tego wszystkiego z mojej głowy wyparowały wszelkie troski. Zaczęłam się cieszyć pobytem w tym jakże uroczym miejscu. Rozglądałam się uważnie dokoła, by zapamiętać jak najwięcej szczegółów i niczego nie przegapić.
    Mapa zaprowadziła mnie do piaskowej kamienicy, na której parterze znajdowała się mała kawiarenka z wystawionymi na zewnątrz stolikami i krzesłami. Oczywiście na balustradzie balkonu zawieszone były doniczki z kwiatami. Na dole również nie brakowało zieleni. Gdzie się tylko dało ustawiono kwitnące o tej porze roku krzewy i donice z kolorowymi kwiatami.
    Zastanawiałam się, czy dobrze trafiłam. Rozejrzałam się dokoła, szukając jakiejś tabliczki, która powiedziałaby mi, gdzie się dokładnie znajdowałam. Niczego takiego nie znalazłam. Kawiarnia była już otwarta, więc postanowiłam tam poszukać pomocy. Weszłam przez uchylone drzwi do środka i rozejrzałam się uważnie. W pomieszczeniu było bardzo widno; wielkie okna wpuszczały mnóstwo światła, a ściany pomalowane na piaskowy kolor odpowiednio je odbijało. Po drugiej stronie znajdował się bar a za nim wejście do kuchni. Na całej przestrzeni poustawiane zostały stoliki, a wokół nich krzesełka. Wszystko zostało wykonane z ciepłego drewna. Cały wystrój sali - kwietniki i obrazy na ścianach, półki, na których stały zdjęcia w ramkach - sprawiał, że kawiarnia była przytulna.
    - Dzień dobry! - zawołałam, szukając kogokolwiek do rozmowy. Podeszłam do baru i zadzwoniłam dzwoneczkiem, który tam znalazłam. Po chwili zza drzwi wyszła młoda kobieta. Włosy miała związane w koński ogon z tyłu głowy. Twarz przyjazną i uśmiechniętą. Ubrana była w białą bluzkę z kołnierzykiem i czarną spódniczkę przed kolano. W pasie zawiązany miała bordowy, krótki fartuszek.
    - Bonjour! W czym mogę pomóc? - zapytała z wyraźnie słyszalnym akcentem francuskim. Uśmiechnęłam się do niej szeroko.
    -  Dzień dobry, nazywam się Prue Carter. Chciałam się spytać, jak mam dotrzeć pod ten adres? - Pokazałam jej karteczkę z wypisaną nazwą ulicy i numerem domu. Kobieta zmarszczyła na chwilę nos a potem spojrzała na mnie.
    - To tutaj. Budynek, którego pani szukała. Właśnie w nim się znajdujemy - odpowiedziała.
Petra
    - To dobrze, bo już myślałam, że zabłądziłam - odparłam. Nieco mi ulżyło. Ale i tak najgorsze było przede mną. Nie miałam pojęcia, czy mogłam zaufać tej kobiecie, czy dobrze zrobię, wyjawiając jej prawdę...
    - Mogłabym zapytać, dlaczego pani szukała mojej kawiarni? - odezwała się uprzejmie, lecz wyczułam od niej ostrożność.
    - Szukam mojego ojca. I ktoś zaufany wskazał mi ten adres - zaczęłam. Zauważyłam niewielką zmianę w jej postawie. Jej mięśnie nieco się spięły, a uprzejmy uśmiech niemal zniknął z jej ust.
    - Kto pani udzielił takich informacji?
    - Jeden znajomy - powiedziałam wymijająco.
    - Jak pani się nazywa? Mogłaby pani powtórzyć? - zapytała, przyglądając mi się uważnie. Nie wiedziała, co w tej sytuacji zrobić. Czułam to.
    - Prudence Carter - oznajmiłam, uśmiechając się grzecznie.
    - A czy mogłabym poprosić o jakiś dowód tożsamości?
    - Oczywiście. - Wyciągnęłam z torby legitymację szkolną i podałam jej. Obejrzała każdy milimetr dokumentu nim mi go oddała.
    - Przepraszam, ale ja z reguły nikomu nie ufam. Ale myślę, że ty jesteś tym, za kogo się podajesz. Nie wyczuwam od ciebie złych intencji ani emocji. Jestem Petra.
    - Pani również potrafi odczytywać uczucia innych? - zapytałam ucieszona, że może poznałam kogoś, kto ma podobny dar do mojego.
    - Czasami uda mi się powiedzieć, jakie targają kimś jakieś wielkie emocje. To nic takiego. Zwykła intuicja. - Wzruszyła skromnie ramionami. Ale ja wiedziałam, że to nie była zwykła intuicja. Jednak nie drążyłam tematu, bo nie chciałam się z nią kłócić. - Ale nie mówmy o mnie. Proszę, usiądź - zaprosiła mnie, pokazując jeden ze stolików stojących obok mnie. Sama wyszła zza baru i usiadła naprzeciwko mnie. - Może się czegoś napijesz? - Gdy pokręciłam głową, ta przeszła do konkretów. - Musiałam się upewnić, że nie jesteś oszustem. Wielu ludzi już mnie tak podchodziło, ale nikomu jeszcze się nie dałam. Oczywiście chodzi ci o Dereka... - umilkła, bym mogła potwierdzić. - Jesteś trochę do niego podobna - zauważyła. - Ale poznałam cię dopiero po bliższym przyjrzeniu się.
    - Zna pani mojego ojca - ucieszyłam się.
    - Oczywiście, że znam. Mieszkał tutaj jakiś czas, potem musiał przenieś się w inne miejsce, ponieważ nadal go szukali. Nie jest nigdzie bezpieczny. Dlatego cały czas jest w ruchu. Trudno będzie go namierzyć. Ale pomogę ci w tym. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, by go odnaleźć. Ponieważ zaprzyjaźniliśmy się przez ten czas, gdy był tutaj.
    - Odzyskał ludzką postać? - zdziwiłam się.
    - Ależ skąd! - żachnęła się. - Ale znaleźliśmy inny sposób na komunikację. Twój ojciec potrafił, jak samiec alfa połączyć się z moim umysłem. W ten sposób przekazywaliśmy sobie swoje myśli, poznawaliśmy się. To naprawdę wspaniały człowiek. Mam nadzieję, że się w końcu spotkacie i pomożesz mu doprowadzić się do postaci człowieka.
    - Też mam taką nadzieję - mruknęłam, spuszczając głowę. Kobieta uścisnęła moją dłoń, która leżała na stole.
    - Będzie dobrze. Trzeba mieć nadzieję. Gdy ma się nadzieję, ma się już bardzo wiele.

***

    Opuszczając Francję, czułam pewną pustkę. Był to bardzo piękny kraj warty zobaczenia i zwiedzenia. Jednocześnie wizyta w tym kraju podniosła mnie na duchu i dodała nowych sił. Petra obiecała odezwać się, gdy tylko znajdzie jakieś informacje o moim tacie. Ona miała większe znajomości niż ja wśród Zmiennokształtnych. Chociaż trafniej byłoby powiedzieć, że ja nie miałam znajomości wcale wśród tych Zmiennokształtnych, którzy się liczą w świecie. Ruszyłam więc do domu pełna nadziei na szybkie odnalezienie ojca. Już za długo przebywał bez rodziny na wygnaniu u różnych ludzi. Czas, by wracał do domu.
    Gdy tylko weszłam do pokoju, dziewczyny zalały mnie potokiem pytań. Wydawało mi się, że pytały o wszystko. Trajkotały trzy po trzy, nie dając mi dojść do słowa.
    - Hej, hej! - krzyknęłam w końcu. - Wiecie, gdzie jest może Chris? Muszę z nim koniecznie porozmawiać. Mam ważną sprawę - wyjaśniłam szybko.
    - Bardzo się o ciebie martwił, gdy mu powiedziałyśmy, że jak rano wstałyśmy, ciebie już nie było. Wydaje mi się, że mówił coś o bibliotece - powiedziała Alice. - Nie powiesz nam, gdzie byłaś?
    - Później! - zawołałam, wychodząc z pokoju. Usłyszałam jeszcze jak Becky coś zaczęła mówić do blondynki, ale nie potrafiłam rozróżnić konkretnych słów.
    W mgnieniu oka znalazłam się w bibliotece. Odnalazłam chłopaka między regałami książek. Uśmiechnęłam się na jego widok od ucha do ucha. Zarzuciłam mu ręce na szyję i namiętnie pocałowałam. Nieco zdziwiony, potrzebował ułamka sekundy, by pocałunek odwzajemnić. Poczułam, że mu ulżyło, gdy zobaczył mnie całą i zdrową.
    - Cześć - przywitałam się.
    - Hej - mruknął. Nadal był niezadowolony z tego, że sama gdzieś wyszłam, nie mówiąc mu o niczym wcześniej.
    - Muszę z tobą porozmawiać - zaczęłam poważnie. Chris spojrzał na mnie nieco przestraszony. Uspokoiłam go, mówiąc, że to nie jest coś, czym miałby się martwić. Przynajmniej nie tak jak myślał. Musiała minąć chwila, nim wykrztusiłam to, co chciałam mu powiedzieć. - Chyba odnalazłam mojego ojca...

~~*~~*~~*~~*~~

   Hej! Oczywiście dedykacja pisana na początku grudnia :D Więc wzmianka o urodzinach i w ogóle :) Mam nadzieję, że rozdział jest okej. Dziękuję seoanie, że skomentowała! :)

sobota, 30 sierpnia 2014

*24. "Chyba nie mogę powiedzieć nie, prawda?"

Ostatnio minęły dwa lata, odkąd zaczęłam blogować i chciałam podziękować wszystkim tym, którzy się do tego przyczynili. Te dwa lata odmieniły moje życie diametralnie! Nawet nie spodziewałam się, że tak bardzo. Ale wszystko zmieniło się na dobre. Były wzloty i upadki, ale życie na tym polega, nie? Raz na wozie, raz pod wozem. :) Dlatego dziękuję Wam za to, że byliście ze mną, znosiliście moje kaprysy, lepsze lub gorsze dni. No i oczywiście tradycyjnie dziękuję za pomoc, wsparcie, komentarze, tyle wyświetleń. Za porady, komplementy i po prostu to, że jesteście ze mną, Dziękuję z całego serca za te dwa lata. I mam nadzieję, że będą kolejne dwa, choć nigdy nic nie wiadomo. Ale bardzo chciałabym za dwa lata pisać podobne podziękowania skierowane do tych samych osób i do tych nowych, które jeszcze, mam nadzieję, przybędą ♥ Thanks! ;* 




Fajnie jest mieć nadzieję, nawet jeśli wiemy, że to co chcemy, jest niemożliwe, ale niefajnie jest się rozczarować. 



~~*~~*~~*~~*~~

~~ Becky ~~


    Nancy zostawiła mnie w skrzydle szpitalnym przez całą niedzielę. Wyjść mogłam dopiero w poniedziałek w samo południe po masie badań i pytań. Dopiero, gdy lekarka upewniła się, że już doszłam do siebie, wypuściła mnie. 
    Czułam się słaba. Bardzo słaba. Ale nie na tyle wyczerpana, by całymi dniami leżeć na łóżku pod czujnym okiem pielęgniarek. Nudziło mi się ciągłe zadawanie pytań, opowiadanie ciągle tej samej historyjki, że czuję się dobrze. Ale miałam czas, by wszystko przemyśleć. Zdążyłam się zorientować w niewielu rzeczach, bo mało pamiętałam ze swojej przemiany. Tylko uspokajający głos Louisa gdzieś w moim umyśle, który mnie wspierał i mówił, że wszystko będzie okej. Dzięki naszej więzi dowiedziałam się, że przez moje moce zapalił się. Tak normalnie go zapaliłam. Choć nie było widać płomieni, to chłopak czuł je w sobie. Przeraziło mnie to nie na żarty, bo Wampira ogień mógł zabić. Louis jednak czuł się po tym dobrze. Znacznie lepiej niż ja. Gdy się skupiłam na nim, odczuwałam jego emocje. Martwił się o mnie. A on był zdrowy. 
    Oczy wróciły do swojej poprzedniej zielonej barwy kilka godzin po przemianie. Obudziwszy się w niedzielę rano, zobaczyłam siedzącą obok mnie Alice, która uśmiechnęła się i powiedziała:
    - Znów są szmaragdowe!
    Nie miałam pojęcia, o co jej chodziło, ale wytłumaczyła mi, widząc moją zdezorientowaną minę. Czyżby bali się, że czerwone oczy zostaną mi na zawsze? Miałabym tęczówki jak głodny Wampir, którzy szykuje się do ataku... 
    Nancy w niedzielne popołudnie przeprowadziła ze mną straszną rozmowę. Mówiła coś o tym, że nie chciałam się przemienić, że opierałam się naturze. Nie potrafiłam jej uwierzyć, ale po jakimś czasie przyznałam jej racje. Gdzieś we mnie głęboko, na dnie serca zachowałam żal do naszej wilczej strony, do magii, która się z tym związała. Nadal nie mogłam sobie poradzić ze śmiercią Davida, choć bardzo się starałam przyzwyczaić się do tej myśli, nie potrafiłam żyć, nie myśląc o jego bezwładnym ciele, zakrwawionej białej koszuli, pustych oczach. Przemiana to udowodniła. 
    Starałam się przywołać miłe i wesołe wspomnienia związane z moim byłym, by móc tylko je zachować, a te złe wyrzucić. Znalazłam ich dużo, ale nie potrafiłam pozbyć się pozostałych, które zalewały moją głowę, gdy tylko się nie kontrolowałam. Wszystko wróciło. Było tak, jak tuż po śmierci Davida. Coś odblokowało zaporę, którą zbudowałam, a za którą znajdowały się te wszystkie złe rzeczy. Potrzebowałam czasu, by odbudować mur i znów schować za nim smutne wspomnienia. 
    Przez cały kolejny tydzień dochodziłam do siebie, dużo odpoczywałam i jadłam zdecydowanie więcej. W piątek wieczorem czułam się już całkowicie zdrowa. Nic mnie nie bolało, nie słaniałam się na nogach przy każdym kroku i nabrałam kolorów na twarzy. Wróciłam do wersji przed przemianą tylko tej nieco przygaszonej i zmartwionej. I oczywiście z nowymi mocami. 
    Szłam między drzewami, oglądając się dokoła. Nadal nie mogłam wyjść z podziwu nad moim nowym wzrokiem, słuchem i węchem. Czułam, słyszałam i widziałam wszystko znacznie wyraźniej. Czułam się tak, jakbym wcześniej była ślepa, głucha i bezwonna i dopiero teraz otworzyła oczy, uczy i nos na świat. Zdążałam na moją pierwszą lekcję panowania nad mocą. Do tej pory uczyłam się tylko podnoszenia i opuszczania tarcz oraz empatii, która, nawiasem mówiąc, w ogóle mi nie wychodziła. Po prostu nie potrafiłam wyczuć tak jak Prue emocji innych. Taki już mój los. Ale nie przejmowałam się tym za bardzo. Starałam się skupić przed zajęciami. To było dla mnie najważniejsze. Nie chciałam, by kolejnym razem, gdy w jakiś sposób stracę panowanie nad sobą, ucierpiał Louis. Lub ktoś inny z mojego otoczenia.
    Weszłam do jednej z klas, gdzie czekał już na mnie mój nauczyciel. On również władał ogniem i Stark zaproponował, by pomógł mi choć na początku przyswoić swój żywioł. Ucieszyłam się z tych lekcji. I choć każdy Zmiennokształtny inaczej przejawiał swoją moc, to niektóre były do siebie podobne.
    Chłopak, a raczej mężczyzna okazał się przystojnym, wysokim brunetem o ciemnej karnacji. Gdy weszłam, podniósł na mnie swój wzrok i zobaczyłam niebieskie oczy, delikatny zarost na jego szczękach, uśmiechniętą twarz i białe zęby, których nie powstydziłaby się żadna gwiazda filmowa. Siedział na materacu, oparty o ścianę. Na sobie miał zwykły szary podkoszulek i czarne luźne dresy oraz czarne trampki.
    - Cześć, jestem Jesse Avery - przywitał się, wstając, gdy podeszłam nieco bliżej niego. - Stark poprosił mnie, bym pomógł ci z twoją nową mocą. - Uśmiechnął się serdecznie.
    - Tak, dziękuję. Nazywam się Becky - przedstawiłam się, ściskając jego wyciągniętą dłoń. - To od czego zaczynamy? - zainteresowałam się.
    - Na początek usiądźmy. - Wskazał materac, na którym siedział, kiedy przyszłam. Posłusznie spełniłam jego prośbę. Usiedliśmy naprzeciwko siebie, po dwóch stronach materaca. Jesse przyglądał mi się uważnie i w skupieniu. - Zaczniemy od czegoś łatwego. Najpierw musisz nauczyć si panować nad sobą. Byle stres czy zdenerwowane może wywołać pożar. A tego nie chcemy, prawda? - Potwierdziłam skinieniem głowy. - No dobrze. Teraz zamknij oczy i pozbądź się wszelkich myśli. - Przez chwilę patrzyłam, że sam robi to samo. - Becky - odezwał się cicho. Zamknęłam więc posłusznie oczy, zrelaksowałam się i starałam pozbyć wszystkich nawiedzających mój umysł myśli. Lecz nie było to takie proste. Gdy przestawałam o czymś myśleć, za chwilę jakieś wspomnienie zakłócało mój spokój i zaczynałam o nim rozmyślać.
    Siedzieliśmy tak dobre piętnaście minut, a ja nie potrafiłam się skoncentrować i rozluźnić, bo cały czas mnie coś dekoncentrowało. Irytowało mnie to, że nie potrafię choć na chwilę o wszystkim zapomnieć.
     - Chyba musimy wymyślić coś innego, bo widzę, że kiepsko ci to idzie - zauważył Jesse. Gdy otworzyłam oczy, on trzymał w ręce szklaną miskę, w której znajdował się kawałek papieru. Nawet nie zorientowałam się, kiedy wstał, by przynieść naczynie. - Patrz - szepnął cicho, koncentrując się na kartce wewnątrz miseczki. Nie miałam pojęcia, na co patrzeć. Czy na niego, czy na pojemnik, czy może jeszcze gdzie indziej? Moją uwagę przykuł jednak jego spokój, rozluźnione ręce, delikatnie trzymające miskę. Wyraz twarzy miał poważny i skupiony.
    I nagle kartka papieru stanęła w ogniu. Pomarańczowe języki oplatały białą powierzchnię, zmieniając jej kolor na czarny. Na koniec z papieru została odrobina popiołu na dnie miski. Ogień zniknął gdy tylko wypaliło się paliwo.
    Byłam pod wrażeniem. Nie mogłam ukryć, że bardzo mi zaimponował.
    - Pomyślałem, że skoro nie umiesz nie myśleć o niczym to musisz mieć jakiś przedmiot, na którym będziesz mogła skupić uwagę. Myślę, że coś takiego będzie bardziej okej dla ciebie - powiedział, podając mi miseczkę i nową kartkę papieru. Gdy na mnie spojrzał, zauważyłam znikające z jego tęczówek pomarańczowe nitki. - Słyszałem, że podczas przemiany zapaliły ci się ręce - zainteresował się.
     - Chyba każdy już o tym słyszał - mruknęłam pod nosem, wpatrując się w popiół.
    - Chodzi mi o to, że ja wzniecam ogień, patrząc na coś. Może ty musisz tego czegoś dotknąć? Albo na przykład tylko wycelować ręką - zastanawiał się. - Twoja moc, tak jak większości Zmiennokształtnych, koncentruje się w dłoniach. Dopiero po wielu latach niektórzy potrafią moc przenieść na inne części ciała.
    - Z tobą też tak było? - zapytałam.
    - Nie, moja moc od razu pochodziła z oczu. Pamiętam, jak pierwszy raz podpaliłem mojemu współlokatorowi pościel tylko dlatego, że zabrał moją ulubioną koszulkę. - Zaśmiał się, przypominając sobie czasy, kiedy jeszcze chodził do szkoły. Po chwili otrząsnął się i znów spojrzał na mnie przytomnym wzrokiem. - To jak, jesteś gotowa? Wiesz, co robić.
    - Chyba nie mogę powiedzieć nie, prawda? - odezwałam się cicho. Jesse uśmiechnął się tylko. - No to do roboty. - Westchnęłam. Zamknęłam na chwilę oczy, a gdy je otworzyłam, postawiłam przed sobą miseczkę z kartką w środku. Wyciągnęłam rękę w jej stronę. Skupiłam się tylko na niej, nie widziałam klasy, w której siedzieliśmy ani Jessego. Tylko moja ręka i miska z kawałkiem papieru. Nic więcej nie istniało.
    Poczułam przepływającą przez moją rękę moc po dobrych paru minutach. Myślałam, że niedługo opuszczę rękę, bo zaczęła mnie boleć, gdy nagle poczułam mrowienie w palcach i samotna iskierka wyleciała z mojego wskazującego palca i wylądowała w misce, wypalając swoim ciepłem dziurę w papierze. Na więcej nie miałam siły. Ręka opadła na kolana, wypuściłam głośno powietrze i zamknęłam oczy.
    - Bardzo dobrze - pochwalił mnie Jesse.
    - Jestem zmęczona. Nie wiedziałam, że magia zabiera tyle energii - powiedziałam, pocierając palcami skronie.
    - To normalne na początku. To duży wysiłek z twojej strony. Ale wkrótce wszystko powinno się unormować i zapalenie czegoś przyjdzie ci z łatwością.
    - To dobrze. Nie wiem, czy przeżyłabym, gdybym miała za każdym razem się tak męczyć.
    - Na dzisiaj to koniec. Cieszę się, że się poznaliśmy i że udało ci się przywołać choć tę małą iskierkę.
    - Ja też. Myślę, że następnym razem będzie lepiej. A właśnie, kiedy następny raz? - zainteresowałam się.
    - Za tydzień. Mam dużo pracy w tygodniu, a ty chyba powinnaś nabrać nowych sił na kolejną lekcję. Do zobaczenia w sobotę!
    - Cześć - pożegnałam się i wyszłam z klasy, pozostawiając Jessego samego na materacu.


~~ Prue ~~

    Stałam na skraju wielkiej przepaści, przede mną znajdował się wiszący most, wąski na jakiś metr i chyboczący się na wietrze. Szare skały, które mnie otaczały to wapienie, którymi szczycił się Park Narodowy Tsingy de Bemaraha. Mapa wskazywała to miejsce na Madagaskarze jako siedzibę kolejnego klanu Łowców. Liam teleportował się właśnie w to miejsce - na skraj wąwozu, w którym normalnie rosły różnego rodzaju wysokie drzewa.
    Słońce prażyło niemiłosiernie. Na wyprawę musiałam założyć odpowiednie buty, w których mogłabym chodzić po skałach i nie skręcić kostki. Były one strasznie grube i gorące, ale starałam się nie myśleć o uwięzionych w nich stopach, bo od razu robiło mi się ciepło.
    Zerknęłam na Liama, który stał tuż nad przepaścią i spoglądał w dół. Wcześniej sprawdził wytrzymałość mostu, po którym musieliśmy przejść, by przedostać się na drugą stronę. Most wydawał się stabilny i nie powinien runąć, gdy tylko byśmy na niego weszli, ale i tak się bałam. No bo nigdy nic nie wiadomo z takimi mostami. W każdej chwili mógł się zawalić, a ja umrzeć. Liam pewnie wyszedłby z upadku z paroma bliznami, które po chwili by się zagoiły, więc się nie miał czym przejmować. Nie to co ja, śmiertelna.
    - Powinniśmy ruszać - zauważył chłopak. - Idziesz pierwsza czy ja mam to zrobić?
    Przełknęłam głośno ślinę, posłałam mordercze spojrzenie w stronę mostu i ruszyłam powoli w jego kierunku.
    - No to idę - odezwałam się nieco drżącym głosem. Zrobiłam parę kroków do przodu. Złapałam się lin, które były na wyciągnięcie ręki i weszłam na pierwsze deski. Most zakołysał się. Stałam kila chwil, nie ruszając się, by most się ustabilizował i zrobiłam kolejne parę kroków. Poczułam, jak Liam wchodzi na pierwsze deseczki.
    - Spokojnie, jestem tuż za tobą - starał się mnie uspokoić. Oddychałam głęboko i nie patrzyłam w dół tylko przed siebie na odległy koniec mostu.
    Poruszając się powoli, krok za kroczkiem, w końcu stanęłam na wapiennej skale, spomiędzy której wyrastały gdzieniegdzie niskie krzaki. Usiadłam obok jednego, uważając, by nie zedrzeć sobie skóry. Nie chciałam, by Liam poczuł krew. Nie miałam pojęcia, jak by zareagował.
    Odpoczęłam chwilę, napiłam się wody, bo ze strachu zaschło mi w gardle. Potem ruszyliśmy dalej. Wspinaliśmy się na ostre skały po najbardziej dogodnych szlakach. Szliśmy długo, nim stanęliśmy przed lekko opadającym w dół stoku. W dolinie widziałam gęsty las, z których gdzieniegdzie wystrzelały w górę pojedyncze skały i przylegające do nich jeziora. Powietrze pachniało świeżością, było czyste, niezanieczyszczone.
    Zaczęliśmy schodzić po zboczu, gdy słońce delikatnie przechyliło się ku zachodowi. Były godziny popołudniowe, lecz nie miałam pojęcia, która dokładnie. Niespiesznie zeszliśmy ze szczytu i stanęliśmy na skraju wielkiej puszczy. Zdałam się na instynkty Liama. Skierowaliśmy się w prawą stronę, dokładnie ze wskazówkami mapy.

***

    Szybko dotarliśmy do wioski, która położona była niedaleko małego jeziorka, otoczonego ze wszystkich stron głazami i drzewami. Społeczność okazała się jeszcze mniejsza niż u poprzednich Łowców i mniej gościnna. Bali się niekoniecznie mnie, ale tego, że przyjaźniłam się z Wampirem - ich wrogiem numer jeden. Nie ugościli mnie tak jak poprzedni Łowcy. Na wejściu odpowiedzieli, że nie było u nich mojego ojca i że nie wiedzą, gdzie może być. Wszyscy spoglądali na mnie nieufnie, gdy próbowałam zapytać o coś więcej. Więc odpuściłam i uciekłam stamtąd do Liama.
    Byłam zła. Na Łowców, którzy tak mnie potraktowali, na siebie, bo gdzieś w głębi duszy miałam nadzieję na to, że może na Madagaskarze złapiemy trop ojca. Nie łudziłam się tym, że tak szybko go odnajdziemy, ale myślałam, że może coś wskaże nam drogę, którą powinniśmy podążać przy dalszych poszukiwaniach. Nic takiego jednak się nie stało.
    Liam, odczytując moje emocje dzięki Skojarzeniu, wiedział jak się czułam. Nie odzywałam się do niego, bo byłam pewna, że zaczęłabym krzyczeć i wszczęłabym kłótnię. A tego bardzo nie chciałam. Musiałam sobie poradzić sama ze swoimi uczuciami. I Wampir chyba to rozumiał, bo w drodze powrotnej nie zapytał mnie o nic.
    - Musimy jak najszybciej wyruszyć w kolejną podróż - zdecydowałam, gdy przeteleportowaliśmy się na tyły Common Grounds. Zmieniłam trekingowe buty na białe trampki za kostkę.
    - Nie powinniśmy tak często znikać. Raczej ty nie powinnaś. Ja jakoś się wytłumaczę przed Louisem i Niallem, ale tobie będzie coraz trudniej. Zaczną węszyć. A skoro nie zamierzasz im powiedzieć i chcesz dalej utrzymać to w tajemnicy to, według mnie, na razie powinniśmy odpuścić. Proponuję wybrać się co najmniej za dwa tygodnie. - Przyglądał mi się uważnie. Wiedziałam, co zauważył. Moją niecierpliwość, zdecydowanie i zdenerwowanie. Chciałam wyruszyć niemal od razu. To prawda, zdawałam sobie sprawy, że chłopak miał dużo racji, ale dla mnie najważniejsze było odnalezienie ojca, nie patrząc na konsekwencje. Postanowiłam jednak, że nie będę się upierać.
    Liam czuł moją walkę ze samą sobą. I gdy w końcu wygrała strona, której kibicował, uśmiechnął się.
    - Muszę już wracać - odparłam. - Nie chcę, by się o mnie martwili w szkole. To do zobaczenia! - pożegnałam się i odeszłam jak najszybciej od Liama. Nie chciałam, by zauważył, że próbowałam go oszukać.

Jesse
~~*~~*~~*~~*~~

    Cześć, cześć :) Macie rozdział :) Mam nadzieję, że jest okej. Nie potrafiłam kompletnie opisać kolejnej wyprawy Prue i Liama. Jakoś tego nie mogłam wyczuć. Mam nadzieję, że jednak Wam się spodoba :)
    Od poniedziałku już szkoła, niestety. Muszę Wam powiedzieć, że, choć będę się starała nadal dodawać posty co dwa tygodnie, to może być i tak, że się nie wyrobię. Wiecie, będę mieszkać w internacie i nie mam pojęcia, czy będę miała warunki do pisania w tygodniu. A weekend chciałabym też trochę odpocząć... Ale na pewno Was nie zostawię. To byłby dla mnie za duży ból :)
    Pozdrawiam Was serdecznie!
Zuza♥

piątek, 15 sierpnia 2014

*23. "Ogień je unicestwiał, niszczył moje serce. "

Z dedykacją dla Sweet Berry. Wiesz, nie znam Cię zbyt dobrze, więc tekst będzie krótki, ale chcę Ci podziękować choć tak za wspaniałe słowa w Twoich komentarzach, które podniosły mnie na duchu :) Odkąd zaczęły się wakacje, miałam coraz mniej komentarzy i gdy myślałam, że już nikt nie czyta, pojawiłaś się Ty. Dziękuję Ci z całego serducha za fantastyczne komplementy. No i urzekł mnie Twój awatar! *,* ♥



Ogień i Lód.
Jedni mówią, że świat zniszczy ogień.
Inni, że lód.
Iż poznałem pożądania srogie,
Jestem z tymi, którzy mówią: ogień.
Gdyby świat zaś dwakroć ginąć mógł,
Myślę, że wiem o nienawiści 
Dość, by rzec: równie dobry lód
Jest, by niszczyć
I jest go w bród.
- Robert Frost.


 ~~*~~*~~*~~*~~

~~ Louis ~~

    Siedziałem i oglądałem telewizję z Liamem, gdy to się stało.
    Zaczęło się od niewinnego bólu głowy. Jednak że byłem Wampirem, nigdy tego nie doświadczyłem. Dlatego nieco się wystraszyłem. Syknąłem cicho, łapiąc się dłońmi za skroń. Zmrużyłem oczy. Nigdy nie bolałam mnie głowa, lecz instynktownie wiedziałem, że coś jest nie tak. Lecz nie mogłem nic na to poradzić. W końcu żadne zwykłe leki, które łykają ludzie, nie działały na Wampiry takie jak ja. Zacząłem się wiercić na kanapie, co przykuło uwagę Liama. Chłopak przyjrzał mi się uważnie. Gdy spytał, co mi się stało, szybko, lecz z trudem, mu odpowiedziałem. Zmartwił się. Zaczął wypytywać o różne rzeczy, lecz trudno było mi się skupić na jego dociekliwych pytaniach.
    Usłyszałem dzwonienie w uszach, gdy fala bólu odeszła. Wtedy zacząłem gorączkowo zastanawiać się, dlaczego przydarzyło mi się coś tak dziwnego. Zanim kolejna fala bólu zalała moją głowę, zdążyłem zadać Liamowi pewne pytanie.
    - Czy myślisz, że to może mieć coś wspólnego z tym, że Becky przechodzi przemianę? Minęły już dwa tygodnie od jej urodzin, a ona nadal się pierwszy raz nie przemieniła. Myślisz, że to już? Że mogę to tak odczuwać?
    - W końcu jesteście Skojarzeni - mruknął. - Sądzę, że twoja teoria ma sens. Tylko czy Becky faktycznie przechodzi przemianę? - zastanawiał się.Oczywiście Liam wiedział, że skojarzyłem się z dziewczyną. Nie ukryłbym tego przed nim. Poza tym musiałem mieć kogoś, komu mógłbym się zwierzać. A miałem tylko jego, Nialla i Becky. Nikogo więcej.
    - Uważam, że tak. Ten ból, on nie jest normalny. Nie tylko ze względu na to, że jestem Wampirem i to nie możliwe, ale również dlatego, że nie czuję, jakby to mnie bolało tylko kogoś. Nie potrafię tego opisać. Po prostu tak się czuję. Sam nie wiem, ale jeśli ja odczuwam to tak silnie, to nawet wolę sobie nie wyobrażać, co przeżywa Becky. - Wzdrygnąłem się. Nie rozmawialiśmy wiele. Liam przypatrywał mi się uważnie, gdy ja zamknąłem oczy, bo jasne światło mi przeszkadzało. Tak samo jak dźwięk telewizora. Kazałem przyjacielowi go wyłączyć. Posłuchał mnie. Lecz nadal mi coś przeszkadzało, choć w pokoju zapanowała cisza. Wtedy uzmysłowiłem sobie, że to nie mnie przeszkadzał hałas tylko Becky. Starałem się ją jakoś wesprzeć, dać jej do zrozumienia, że byłem przy niej w tych ciężkich chwilach, ale nie wiedziałem, jak tego dokonać. Cały czas mnie coś blokowało, zagradzało dostęp do jej umysłu. Czułem tylko jej ból, złe samopoczucie, bezsilność i ulatniającą się gdzieś chęć walki.
    Gorąc, jaki zalał moje ciało, bardzo mnie zaskoczył. Nigdy nie czułem takiego ciepła we wnętrzu swojego ciała. Nigdy nic ani nikt mnie tak nie rozgrzał. Na początku wydawało mi się, że to przyjemne uczucie, lecz po chwili, gdy temperatura wzrosła, zmieniłem zdanie. Coś spalało mnie od środka. Wypalało moje wnętrzności. Momentami aż czułem płomienie, które lizały niebijące, zimne serce. Nie topniało jednak pod wpływem gorąca. Ogień je unicestwiał, niszczył moje serce. Niczego nie rozumiałem. Dlaczego tak nagle nie mogłem oddychać? Czy to aby na pewno była przemiana? Jeśli tak, to dlaczego działo się tyle niewyjaśnionych rzeczy. Nie sądziłem, że pierwsza przemiana to coś tak okropnego. Oczywiście wśród Wampirów krążyły plotki na ten temat, ale nigdy te opowieści nie były tak drastyczne!
    Nagle wszystko ustało. Zaczerpnąłem głośno powietrza. Nie potrzebowałem tlenu, by przeżyć, ale wtedy czułem ogromną potrzebę wzięcia pełnego oddechu. Może z przyzwyczajenia. Może dlatego, że do tej pory odczuwałem wszystkie emocje Becky, że podzielałem jej odruchy. Ona była śmiertelna i musiała oddychać.
    W tamtej chwili przestały mi się udzielać uczucia Becky. Trochę mnie to zdezorientowało i wystraszyło. Szybko oczyściłem więc umysł z wszelkich myśli i odnalazłem umysł dziewczyny. Już nic nie blokowało mi wejścia do niego. Bez problemu tam wszedłem. Nie miałem pojęcia, w jakim była stanie, ona nie potrafiła mi tego powiedzieć. Jedyne, co mogłem zrobić, to podniesienie jej na duchu. Ciągle, aż do znudzenia powtarzałem jej, że wszystko będzie dobrze, że jestem przy niej, że jej nie zostawię. Miałem nadzieję, że wkrótce, jeśli już nie wtedy, wszystko z nią będzie w porządku i znów ujrzę jej uśmiechniętą od ucha do ucha twarz, ciemne włosy, które okalały opaloną, szczupłą twarz, wąskie, różowe usta i zielone oczy otoczone wachlarzem gęstych, czarnych rzęs. Miałem nadzieję...


~~ Prue ~~

     Stałam nad Becky. Patrzyłam na jej nieruchome ciało, skulone w kłębek. Martwiłam się o nią. Z tego, co pamiętałam, moja przemiana przebiegła bez żadnych komplikacji. Nie musiałam nawet zostawać na noc w skrzydle szpitalnym pod czujnym okien Nancy. Z Becky było inaczej. Źle znosiła przemianę. Lekarka wyjawiła mi, że bała się, że dziewczyna odrzuca przemianę. Tak naprawdę wcale nie chciała się przemieniać.
    Wstrząsnęła mną ta informacja. Becky nie pragnęła być jednym z nas? Przecież to absurd! Ona kochała magię. Uwielbiała życie Zmiennokształtnego.
    Do czasu śmierci Davida. Zrozumiałam tę smutną prawdę tuż po chwili. To właśnie ten jej ukochany świat zabrał jej chłopaka, którego kochała. Coś w niej musiało winić naszą naturę za to, co się stało. Może nawet nie zdawała sobie z tego sprawy. Prawdopodobnie tak było. Inaczej przecież ktoś by zauważył - ja czy Filip. Nie mogliśmy być przecież aż tak ślepi!
    Po moim policzku spłynęła pojedyncza łza. Dotknęłam dłonią jej ramienia. Było chłodne. Zdziwiło mnie to, bo w czasie przemiany nasze organizmy stawały się coraz cieplejsze. W jej przypadku jednak było inaczej. Stawała się coraz zimniejsza. Nancy potwierdziła to skinieniem głowy. Jednak nadal wierzyła w to, że Becky sobie poradzi, że odnajdzie drogę ku nam. I ja w to musiałam wierzyć. Chciałam w to uwierzyć.
    To od Filipa dowiedziałam się, że przyjaciółka trafiła do skrzydła szpitalnego. Odnalazł mnie w parku, gdzie chodziłam z Chrisem, trzymając się za ręce i śmiejąc się. Od razu, gdy tylko ujrzałam jego minę, wiedziałam, że stało się coś niedobrego. Szybko wyjaśnił nam, co się wydarzyło i w mgnieniu oka znaleźliśmy się w skrzydle szpitalnym. Nancy pozwoliła tylko mnie wejść do Becky. Nawet Filipa tam nie wpuściła. Ale ona już wiedziała, kto powinien siedzieć przy przechodzącym przemianę. Zawsze trafnie dopierała jego towarzysza. Moim był Chris. Mojego brata Becky, a Alice Damien. I wszyscy byliśmy kochającymi się parami.Więc i wtedy mój pobyt tam nie był przypadkowy.
    Czekając i odliczając kolejne sekundy, zapytałam ją o to. Bez wahania stwierdziła, że to mój brat powinien siedzieć na moim miejscu, ale że go już nie było, to ja zastępowałam go przy boku Becky. Jako jego najbliższa rodzina.
    Nie miałam pojęcia, co robić. Siedziałam tylko i modliłam się, by wszystko było okej. Ale to nic nierobienie denerwowało mnie. Wolałam, by coś się działo. Nie znosiłam bezczynności. A tylko tyle wtedy mi pozostało. Czekanie.
    Wszędzie wokół wyczuwałam napięcie. Chłopcy stojący na korytarzu byli zaniepokojeni tym, że nic im nie mówiono. Raczej zaniepokojeni to za słabe słowo. Za drzwiami Filip szalał. Chris próbował go uspokoić, lecz sam nie był w najlepszym nastroju i dlatego nie udawało mu się to. Od obojgu bił strach o Becky, który, mieszając się w głowie z moim, potęgował uczucia, które mną zawładnęły. Zaczęłam cała dygotać. Zacisnęłam dłonie w pięści, a usta w wąską kreskę, by nie słuchać szczęku zębów. Widząc, jak bardzo się denerwuję, Nancy podała mi jakiś lek na uspokojenie. Gdy tylko go połknęłam, poczułam się lepiej. Starałam się równomiernie oddychać, by więcej nie wpaść w panikę. Byłam w skrzydle szpitalnym, by pomóc Becky, a nie użalać się nad sobą. Nie mogłam pozwolić, by czyjeś emocje zawładnęły mną tak mocno, bym nie potrafiła sobie z nimi poradzić.
    O zmianie stanu dziewczyny poinformował nas fakt, że poruszyła nogą. Najpierw jedną, następnie drugą. Po chwili wyprostowała całe swoje ciało, by znów skulić się w kłębek. Potem coś uniosło jej klatkę piersiową do góry. Gdy upadła z powrotem na łóżko, jej dłonie zaczęły się palić. Stanęły w ogniu, który nie trawił ani ich, ani pościeli czy materaca. Po prostu ogniste języki lizały jej ciało. Razem z Nancy przeraziłyśmy się tym widokiem, ale nie na tyle, by przestać rozsądnie myśleć. Lekarka zapewne domyśliła się, że oto uaktywniła się jej moc. Ja wiedziałam, że jej moc dała o sobie znać już dużo wcześniej. Przypomniał mi się wieczór, kiedy to przyszła do pokoju z poparzoną ręką. Obstawiałyśmy, że to właśnie jej moc się uaktywniła. Teraz miałam pewność. Władała ogniem - chyba najniebezpieczniejszym z czterech żywiołów.
    Już po chwili jej ciało zaczęło się zmieniać. Powoli przybierało postać wilka o ciemnej, lśniącej sierści. Nie krzyczała, wilk nie zaryczał. Podniósł tylko na nas swój duży łeb, spojrzał jednym, zielonym, mądrym okiem i znów się położył, w mgnieniu oka zmieniając się z powrotem w ludzką postać.
    Przykryłam jej nagie ciało miękkim kocem, bo całe ubranie Becky było w strzępach. Przyglądałam się jej uważnie. Wyglądał, jakby spała. Czułam jednak, że nie powinno tak być. Nancy nadal się niepokoiła. A jeśli lekarza coś dręczyło, znaczyło to, że w każdej chwili możemy ją stracić. Mimo, że teoretycznie wszystko już było za nami.
    Nancy podeszła do drzwi i otworzyła je, wpuszczając do środka chłopców. Filip od razu podbiegł do łóżka, usiadł przy nim, wziął Becky za rękę. Czułam, że bardzo ją kochał. Nie musiałam jednak mieć tej swojej empatii, by stwierdzić, jak bardzo mu zależy na siostrze. Dopiero nie tak dawno ją odnalazł. Nie chciał jej tak szybko stracić.
    - Przemieniła się - zaczęła powoli Nancy. - Niestety jest w bardzo złym stanie. Nie mogę zagwarantować, że przeżyje, ale robimy wszystko, by jej pomóc. To ona ciągle chce walczyć, choć nie ma już siły. Musi przestać. - Westchnęła głęboko. Sprawdziła kroplówkę, którą podłączyła do ciała Becky, gdy tylko ta się uspokoiła. Chris wolnym krokiem podszedł do mnie i objął od tyłu w pasie. Oboje patrzyliśmy na pogrążoną w śnie przyjaciółkę i jej brata, który usiłował powstrzymać się od łez. Szeptał coś do dziewczyny, lecz nie chciałam tego słuchać. To były ich sprawy i nie zamierzałam dociekać, co do niej mówił.
    W pewnym momencie, nawet nie wiem, ile czasu upłynęło, Becky zaczerpnęła głośniej powietrza. Wszyscy spojrzeliśmy na nią z nadzieją na to, że w końcu się wybudzi. Nancy podbiegła do niej szybko, zmierzyła puls, który wracał do normalności. Serce zabiło mi szybciej, gdy zobaczyłam łzy spływające po jej policzkach. Zaczęła coś mamrotać, lecz na początku nikt nie mógł zrozumieć jej bełkotu. Dopiero po chwili wypowiedziała zdanie na tyle głośno, byśmy mogli je wszyscy usłyszeć.
    - Przepraszam, przepraszam, że przeze mnie się zapaliłeś!
    Nic nie rozumiejąc, wpatrywaliśmy się w dziewczynę, która machała rękami wokół swojej głowy, jakby chciała coś odgonić od siebie. Płakała cicho. Łzy spływały po bladych policzkach i wsiąkały w brązowe pukle jej włosów.
    Po chwili otworzyła oczy. Były czerwone. Jak ogień.

~~*~~*~~*~~*~~

    Hej :) Rozdział macie szybciej, bo ostatnio musieliście czekać. Mam nadzieję, że wszystko jest okej. No i nowe zdjęcie Becky już ląduje w zakładce "Główni bohaterowie" ;)
Zuza♥