Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prue Carter. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prue Carter. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 grudnia 2015

Miniaturka 2. "Gorzka przeszłość."


Rosalie Montgomery zawsze była silną dziewczyną. Wychowała się bez mamy, z ojcem, więc musiała sobie radzić sama z pewnymi sprawami. I choć tata zawsze próbował ją we wszystkim wspierać, to nie było to samo, co mama. Nie zastąpił stuprocentowo matczynej miłości i opieki, choć bardzo się starał.
Z Prue przyjaźniły się niemal od zawsze. Obie nie pamiętały, jak to było, kiedy jeszcze się nie znały. Doskonale znały jednak dzień, w którym się poznały. Prue była jeszcze małym dzieckiem, ale jej ojciec już z nimi nie mieszkał. Spacerowała z mamą po parku. Musiały być wakacje, bo już wtedy Rosie chodziła do przedszkola, ponieważ ojciec nie potrafił jednocześnie pracować i zajmować się nią oraz domem. Jednak tego dnia nie była w szkole. Tata zabrał ją na lody z budki, która codziennie o tej samej porze przyjeżdżała do parku. Wesoła muzyka grała z głośników samochodu, a kolejka głodnych na słodycze dzieci ustawiała się do okienka na kilometr. Wśród nich znalazły się również Rosie i Prue ze swoimi rodzicami. Nie wiedzieć dlaczego, ale pośród tylu dzieci, rówieśników obu dziewczynek, to właśnie na siebie spojrzały. Rose uśmiechnęła się do młodszej koleżanki i podała jej misia, który jej upadł, kiedy próbowała zlizać topiącego się loda z wafelka. Prue nieśmiało spojrzała na koleżankę i podziękowała cicho. Między mamą i tatą nawiązała się luźna rozmowa. Od słowa do słowa, umówili się jeszcze kilka razy, a kiedy rodzice popijali kawę, dzieci się bawiły ze sobą i poznawały. Po kilku latach zaprzyjaźniły i już nie potrafiły żyć bez siebie. Mogły zawsze na siebie liczyć. Nawet wtedy, kiedy rodzina i inni bliscy zawodzili. A taka sytuacja w życiu Rosie nie raz się zdarzyła.
Mama blondynki odeszła od rodziny, kiedy ta miała trzy lata. Umarła w samotności, nie chcąc narażać rodziny na smutek oraz patrzenie, jak kona w bólu. Jej tata zawsze mówił o niej dobrze, choć w głębi duszy czuł do niej żal, że nie została z nimi do końca. Nawet nie mógł się z nią pożegnać przed śmiercią.
Wtedy jednak dziewczyny się jeszcze nie znały, a Rosie nawet nie pamięta dokładnie swojej mamy. Gdzieś w pamięci zostały jej wspomnienia o jej gęstych blond włosach oraz długich nogach. Kiedy widziała ją na zdjęciach, zawsze zazdrościła jej urody i żałowała, że nie odziedziczyła po niej niczego więcej. Zmarła młodo i na zdjęciach zachowała się jej młodzieńczość.
Na pewnej imprezie poznała chłopaka. Był od niej starszy, miał z dwadzieścia lat, kiedy ona niedawno obchodziła swoje szesnaste urodziny. Świetnie się bawili, tańczyli, rozmawiali. Chłopak był niezwykle mądry, imponował Rosie. Miał motocykl, którym odwiózł później dziewczynę do domu. Żegnając się, wsunął swój numer telefonu do tylnej kieszeni jej spodni, kiedy całował ją w policzek. Zauroczona nim, godzinami opowiadała Prue, jaki jest kochany i słodki. Młodsza przyjaciółka starała się ją jakoś uczulić na niego, pokazać jego słabe strony, lecz zakochana nie widziała jego wad. Jedynie same superlatywy. Nie chciała nawet słuchać Prue, kiedy ta wspominała, jak widziała go palącego trawkę ich szkołą, kiedy czekał na Rosie przy swoim motorze. Była zbyt w niego wpatrzona.
Rose popadała w jego towarzystwo i choć starała się utrzymywać kontakt z pozostałymi przyjaciółmi, to i tak stał się nieco inny. Chłodniejszy. Odzywała się do nich inaczej, już nie z miłością w oczach lecz z odrobiną złości. Zaczęła wagarować, znikała na całe noce, by móc się z nim spotykać.
Któregoś dnia po prostu wróciła. Już bez chłopaka, bez motoru. Z podkrążonymi oczyma i podartymi rajstopami. Od kilku dni nie było z nią kontaktu i Prue zaczęła się martwić, a kiedy przyszła do niej, cała zapłakana, w żałosnym stanie, wiedziała, że zerwali. A raczej to on zerwał z nią.
– Co się stało? – zapytała z troską, kiedy już usiadły w pokoju brunetki z gorącą czekoladą w dłoniach.
– Ja... – Pociągnęła głośno nosem. – Powiedziałam mu dzisiaj... że jestem w ciąży... – wyszeptała. Prue musiała się bardzo pochylić, by cokolwiek usłyszeć z jej ust.
– Jesteś w ciąży? – zapytała przerażona. Dla Prue to było coś niezwykle odległego. Rosie tylko pokiwała delikatnie głową. – A on co na to? – Przejęła sprawy w swoje ręce. Blondynka nie była w stanie wiele zrobić, wiec Prue postanowiła jej jakoś pomóc.
– On powiedział... Stwierdził, że to na pewno nie jego dziecko i na pewno nie będzie się nim zajmował. – Zapłakała cicho. – Dodał też na koniec, że jeżeli zrobiłam sobie bachora, to sama go będę wychowywała. – Zaszlochała, ukrywając twarz w dłoniach.
– A to świnia... – szepnęła cicho brunetka. Przytuliła przyjaciółkę najmocniej jak tylko potrafiła. – Rozmawiałaś z tatą? Bał się o ciebie, dzwonił do nas po kilka razy dziennie i wypytywał o ciebie.
Rose pokręciła szybko głową, podnosząc wzrok na przyjaciółkę. W jej oczach odbił się strach i panika.
– Boję się  – przyznała cicho. – Co powie na marnotrawną córkę z brzuchem? – Załkała. 
– Na pewno okaże odrobinę więcej empatii niż twój pożal się Boże chłopak – zakpiła. 
– Przepraszam, ostatnio byłam fatalną siostrą – powiedziała Rose.
– Wiem o tym. – Zaśmiała się. – Ale i tak cię kocham i nie zamieniłabym cię na nikogo innego – szepnęła jej do ucha, przytulając ją mocno.
Razem poszły do domu blondynki, a kiedy Rose opowiadała ojcu, co się stało, przyjaciółka mocno trzymała ją za rękę, dodając tym gestem otuchy. Nie można powiedzieć, pan Montgomery nie był zadowolony. Mało który ojciec cieszyłby się, że jego nastoletnia córka zaszła w ciążę i to w dodatku z chłopakiem, który ją od razu zostawił. Jednak uśmiechnął się i odetchnął z ulgą, widząc ją całą i zdrową. Zapewnił również, że przecież jakoś sobie poradzą. Jak zwykle z resztą. Na koniec wpadli sobie w objęcia, a Rose przeprosiła tatę za wszystko.
Kolejne tygodnie mijały spokojnie. Rose wróciła do szkoły i nadrabiała zaległości. Prue starała się jej pomóc we wszystkim, w czym tylko mogła. David zaofiarował również swoją pomoc w domowych obowiązkach. Wszystko w końcu zaczęło układać się po ich myśli.
Prue widziała diametralne zmiany w zachowaniu Rose, zwłaszcza wobec płci przeciwnej. Do wielu chłopców odnosiła się z dystansem, nawet jej brata nieco odsunęła na moment. Dopiero po jakimś czasie wrócił do łask i dziewczyna czuła się przy nim bezpiecznie i komfortowo. Jednak poza nim, żaden chłopak nie mógł się do niej za bardzo zbliżyć. Już żadnemu nie chciała zaufać.
Tuż przed świętami Rose miała umówioną wizytę u lekarza. Czuła się świetnie, więc z uśmiechem na ustach, szła pod rękę z Prue. Minęło trochę czasu, i choć ból nie zniknął, to starała się o nim zapomnieć. Zapomnieć o chłopaku, o tym, jak ją potraktował. I działało za dnia i starała się wykorzystywać swój dobry humor, bo wiedziała, że już niedługo przyjdzie noc i kolejne koszmary. Poza tym dobry nastrój przyjaciółki działał na nią zaraźliwie i przy Prue nie potrafiła się smucić.
Ze swoim tatą miała się spotkać już u lekarza, jednak w ostatniej chwili zadzwonił do niej, że się nieco spóźni. Nie przejmowała się tym. Miała przy sobie swoją najlepszą przyjaciółkę i to jej wystarczyło.
Podekscytowana weszła do gabinetu. Jej ciążę od początku prowadziła miła kobieta, która przypadła jej do gustu już przy pierwszym spotkaniu. Przywitały się, lekarka zapytała o samopoczucie i to, jak jej minął ostatni czas. Rose chętnie opowiadała jej, co się z nią działo a potem role się odwróciły. W pewnym momencie kobieta skupiła się mocniej, przez kilka chwil spoglądała w monitor i w zamyśleniu zapisała coś w karcie pacjenta.
– Coś się stało? – zapytała podejrzliwie Rosie.
– Wytrzyj się. – Podała jej ręcznik. Dziewczyna posłusznie wykonała polecenie, po czym zasiadła naprzeciwko lekarki przed biurkiem.
– Przykro mi to mówić – zaczęła, a Rose coś ukłuło w piersi. Bała się dalszych słów. – Dziecko zmarło. Myślę, że to z powodu jakiegoś zakażenia, może bakterii. Tobie nic nie zrobiły, ponieważ masz wysoką odporność. Płód niestety takiej jeszcze nie miał.
Rosie patrzyła na nią i nie słyszała wielu słów. Dziecko umarło... Jej dzidziuś nie żyje. W oczach stanęły jej łzy. Zaczęła kręcić głową, nie mogąc uwierzyć w to, co przed chwilą oznajmiła jej kobieta.
Lekarka niespodziewanie wstała i wyszła z gabinetu. Po chwili weszła z powrotem a za nią Prue, która natychmiast podeszła do niej i przytuliła ją mocno.
– Będzie dobrze – szepnęła. – Chodźmy, twój tata czeka na dole. – Delikatnie ją pociągnęła. Rosie spojrzała na nią zapłakanymi oczami. Co prawda bała się, jak to będzie, kiedy w końcu urodzi, czy sobie poradzą, ale kiedy pogodziła się z myślą, że zostanie mamą, ucieszyła się z tego. Przywykła do tych myśli i teraz, kiedy dowiedziała się, że jednak nie będzie dziecka, poczuła pustkę. Ogromną pustkę. Tak, jakby kogoś jej znowu zabrano.
Potem jeszcze długo nie mogła się po tym pozbierać. Wiele się na jej głowę wtedy zwaliło i nie potrafiła sobie z tym poradzić. Opuściła się w nauce, więc miała jeszcze więcej kłopotów. A Prue i David jak zawsze trwali przy niej, mimo, że ona była często bierna na ich obecność.

~~*~~*~~*~~*~~

I znów przybywam ;) Jak tym razem miniaturka? Ostatnia Wam się chyba spodobała ;) Mam jeszcze pomysły na może dwie, które opublikuje razem z epilogiem ;)
Chciałabym Wam życzyć udanego Sylwestra, a w Nowym Roku mnóstwo zdrowia, żeby był lepszy, niż ten co się kończy. Miłości i szczęścia, bo to najważniejsze :) I tego, czego tylko sobie życzycie <3

sobota, 28 listopada 2015

~11. "...jest zbyt krótkie, by robić głupstwa."

"Pamiętaj - ze wszystkich rzeczy wiecznych, miłość trwa najkrócej." 
– Janusz Leon Wiśniewski




~~ Prue ~~

Na sylwestra zaprosiliśmy wszystkich naszych bliższych znajomych, z którymi zawsze utrzymywaliśmy lepszy kontakt. Zrobiliśmy wstępną listę, która po kilku minutach rozrosła się do kilkudziesięciu nazwisk. Każdy z nas, oprócz wspólnych kolegów, miało przyjaciół i znajomych, których pozostali albo w ogóle nie znali, albo znali tylko z widzenia. Te różnice wynikły głównie z tego, że Rosie mieszkała nadal w Londynie i po naszym wyjeździe, chcąc nie chcąc, zaczęła zadawać się z ludźmi, którzy ją otaczali. Znowu my, przebywając cały rok w Dundee poznaliśmy wiele osób tam, z którymi się zakolegowaliśmy. Staraliśmy się ograniczyć jakoś zaproszonych gości, ale ich ostateczna suma i tak mnie przerażała.
Oczywiście nie przyjechali wszyscy. Louis oraz Niall odmówili zaproszenia. Czułam, że nie będą chcieli spędzać całego wieczoru ze Zmiennokształtnymi, ale i tak wypadało ich zaprosić. Zwłaszcza Lou. Wraz z nim nie pojawiła się również Becky, która wolała tę noc spędzić z ukochanym. Tej decyzji również się nie dziwiłam. W końcu wkrótce znów zacznie się szkoła a oni będą mieli coraz mniej czasu tylko dla siebie. Zakładając oczywiście, że takowy w ogóle by znaleźli.
Ja oraz Rosalie stałyśmy przy wejściu i witałyśmy przybyłych gości jako gospodynie imprezy. Każdy gość dostał od nas drobny upominek w postaci dużego, słodkiego lizaka z doczepioną karteczką z datą imprezy oraz naszymi imionami, by każdy zapamiętał, gdzie się tego dnia bawił.
Jako pierwsi przybyli Alice i Damien. Mimo, że nie widzieliśmy się tylko kilka, może kilkanaście dni, stęskniłam się i musiałam ich mocno wyściskać, nim mogli przejść dalej. Rozglądali się dokoła, wchodząc do domu. Nigdy nie byli u mnie i mieli prawo poznać każdy kąt mojego mieszkania. Obiecałam sobie, że później pokażę Alice bliżej mój dom.
Kolejni goście to głównie koleżanki Rose, których zapamiętałam jedynie imiona, kiedy blondynka mi je przedstawiała. Bliźniaczki Liv i Carrie, rudowłosa Susan i długowłosa brunetka Katie. Wszystkie wydawały się miłe i sympatyczne. Dwie z nich przyprowadziły swoich chłopaków, których oczywiście poznałam, lecz imiona umknęły mi w tłumie wrażeń.
Kiedy pokazywałam Alice moją nową bransoletkę, którą dostałam pod choinkę, do drzwi znów ktoś zapukał. Otworzyłyśmy a w progu stała Bella, Jenn i Alex. W dłoni Alex trzymał jakiś alkohol, którym od razu zaopiekował się Chris.
Po jakimś czasie pojawił się również brat Chrisa - Jack. Zamieniłam z nim kilka słów na początku, ale niestety później inne obowiązki mnie wezwały i  już go nie widziałam.
Impreza powoli się rozwijała i szła w dobrym kierunku. Jako przykładna pani domu częstowałam gości wszystkimi smakołykami, jakie przygotowaliśmy. Było cudownie, wielu ludzi już zaczynało powoli kołysać się w rytm puszczonej muzyki, inni po prostu rozmawiali ze sobą, śmiali się z opowiedzianych przez Damiena żartów lub po prostu siedzieli na kanapie i obserwowali innych.
Wraz z Rosie byłam cały czas na nogach, przechadzając się pomiędzy gośćmi i sprawdzając, jak się miewają. Od czasu do czasu towarzyszył mi Chris, lecz później zniknął wraz z Tomem gdzieś w zakątkach domu.
– Widziałaś gdzieś chłopaków? – zapytałam blondynkę, kiedy spotkałyśmy się w kuchni. Nalewała właśnie nową porcję soku do dzbanka a ja przyszłam po kolejne ciasteczka. Dziewczyna pokręciła głową.
– Nie wydaje ci się, że oni coś knują? – powiedziała podejrzliwie, zatrzymując się na chwilę. Przyjrzała mi się uważnie. – Wiesz coś może? Tym razem to ja pokręciłam głową.
– Chris nie spowiada mi się ze wszystkiego, co robi, niestety. A może nawet i stety. Chyba nie chciałabym wiedzieć wszystkiego, co robi. – Uśmiechnęłam się do niej. – Ni przejmuj się, na pewno niedługo się dowiemy, co im w głowach siedzi. Długo tego przed nami nie ukryją.
– Pewnie masz rację. – Westchnęła.
– Jak zwykle! – Zaśmiałam się, potrząsając przy tym swoimi długimi włosami. Nie zdradziłam jej, o czym ostatnio rozmawiał ze mną Tom. Nie chciałam jej denerwować, a przecież to może wcale nie miało ze sobą nic wspólnego. Znając Rosie, zaczęłaby panikować z byle powodu, który w jakikolwiek sposób wiązałby się z chłopakiem. Taka już była. To, co stało się dawno temu, odbiło się na jej psychice i już dawno nie zaufała żadnemu chłopakowi tak bardzo, jak Tomowi. I to chyba szło w drugą stronę. W końcu on też swoje przeżył i stracił niemało.

~~ Chris ~~

– Jesteś pewien? – zapytałem go po raz tysięczny. – Na sto procent?
– Na dwieście – powiedział z przekonaniem i spojrzał na mnie. Szykowaliśmy fajerwerki, które, według tradycji, mieliśmy odpalić o północy. Co zbliżało się wielkimi krokami.
– Chciałem się tylko upewnić. – Wzruszyłem tylko ramionami. Nie miałem nic przeciwko temu, co chciał zrobić. Może nawet nie powinienem mówić mu, żeby się jeszcze zastanowił. Skoro podjął tak ważną decyzję, przemyślał ją wcześniej i zapewne już ma wszystko w głowie poukładane.
Tom uśmiechnął się do mnie serdecznie. Chyba rozumiał mój niepokój. Nie wiadomo kiedy, stał się moim najlepszym przyjacielem, z którym mogłem o wszystkim pogadać, który mnie rozumiał i wspierał, choć nie lubił wypowiadać się w kwestiach, których nie znał. Mimo wszystko starał się pomóc, więc i ja próbowałem mu w tamtej, ważnej dla niego chwili, odwdzięczyć się.
– Myślisz, że mógłbym coś zrobić? – zaproponowałem.
– Po prostu zajmij się fajerwerkami. Nic więcej mi nie trzeba. – Uśmiechnął się serdecznie i wyniósł pierwszą partię rac na zewnątrz. Podążyłem za nim a w mojej głowie rodził się plan idealny. I choć Tom nie mówił, by mu w czymś jeszcze pomóc, postanowiłem wziąć sprawy w swoje ręce i zaangażować w plan Prue. Oczywiście nic jej przedwcześnie nie mówiąc. Niech ma również niespodziankę. A Tom? Na pewno mi później za to podziękuje!

~~ Rose ~~

Tuż przed północą wyszliśmy wszyscy przed dom. Było strasznie mroźno, więc non stop przytulałam się do Toma, który wydawał się nieobecny. Próbowałam wciągnąć go w jakąś rozmowę, ale jedyne, co potrafił robić, to przytakiwać i mruczeć nic nieznaczące półsłówka. Nigdy nie był wielce wylewny, to fakt, ale zwykle starał się ze mną rozmawiać. Nie mogłam się nadziwić tej jego nagłej zmianie.
Staliśmy w dogodnym miejscu, by wszystko idealnie widzieć. Każdy z nas wziął sobie z domu kieliszek, niektórzy trzymali w dłoniach zamknięte jeszcze butelki z szampanem, które miały wystrzelić równo o północy wraz z fajerwerkami. Przed nami Chris układał ostatnie fajerwerki, kiedy zaczęło się odliczanie. Uśmiechałam się jak głupia, bo to był najlepszy moment całego sylwestra; okres pomiędzy starym a nowym rokiem działał na mnie energicznie. Zawsze wtedy dostawałam takiego kopniaka w tyłek i wiedziałam, że w przyszłym roku mogę zrobić wszystko i zaczynałam styczeń z dużą dawką energii, co było mi niezmiernie w życiu potrzebne. Bez niej nie osiągnęłabym niczego.
Kiedy tłum doszedł do piątki, poczułam, jak Tom wyrywa swoją rękę, na której się niemalże uwiesiłam, starając się ukryć przed kąśliwym mrozem. Spojrzałam na niego zdziwiona. Miał strasznie poważną minę i nie wiedziałam, co o całej tej sytuacji myśleć. Jego zachowanie śmierdziało na kilometr jakimś spiskiem, tylko jeszcze nie rozgryzłam, o co w tym wszystkim chodziło.
I kiedy wszyscy wykrzyknęli "Szczęśliwego Nowego Roku", kiedy w górę wystrzeliły kolorowe fajerwerki, kiedy szampan lał się strumieniami, przy swoim uchu usłyszałam najpiękniejsze słowa, jakie może zakochana kobieta usłyszeć od mężczyzny.
– Rosie, kocham cię. Czy zostaniesz moją żoną? – Nawet nie zauważyłam, kiedy stanął przede mną i zbliżył się do mnie. Wcisnął mi pierścionek do ręki, jakby bał się, że mu odmówię, albo że go nie zobaczę.
W pierwszym odruchu zaniemówiłam. Zastanawiałam się, czy to aby nie żart. Nawet delikatnie się uśmiechnęłam, lecz kiedy spojrzałam na jego minę, która starała mi się mówić "no powiedz coś wreszcie", zrozumiałam, że to były prawdziwe oświadczyny.
Ścisnęłam mocniej jego dłonie i delikatnie oddałam mu pierścionek. Zaskoczony, spojrzał mi prosto w oczy.
– Tom, kocham cię i chcę spędzić z tobą resztę swojego życia. Tak, zgadzam się zostać twoją żoną – odpowiedziałam mu cicho. Niemal poczułam, jak cały stres uchodzi z jego ciała. Uśmiechnął się serdecznie i pocałował najżarliwiej jak tylko potrafił. Potem pierścionek znalazł miejsce na moim palcu i go już nie opuszczał.

~~ Prue ~~

Kiedy Chris poprosił mnie, bym podczas wystrzeliwania fajerwerek nagrała Toma i Rosie, pomyślałam, że zwariował. No bo niby po co miałabym to robić?
Wszystko się wyjaśniło, kiedy już zaczęłam to robić i zorientowałam się, zapewne dużo szybciej niż Rosie, o co w tym wszystkim chodziło. Łezka mi się w oku zakręciła, myśląc o tym, że moja najlepsza przyjaciółka jest szczęśliwie zaręczona.
Stojąc tak i czekając, aż Chris skończy wypełniać swoje obowiązki, byśmy mogli już w spokoju i wspólnie wrócić do domu, zaczęłam zastanawiać się nad swoim życiem. Dotarło do mnie, że przecież to właśnie w Nowy Rok wszystko się zaczęło. Cała moja przygoda z magią. To wtedy usłyszałam pierwsze głosy w swojej głowie. Później pojechaliśmy do Dundee. Niewiele pamiętam z tamtego okresu, był zbyt zwariowany, ale jedno jest pewne; moje życie zmieniło się diametralnie. W końcu znalazłam swoje życie na ziemi, u boku fantastycznego faceta. W ciągu roku poznałam mnóstwo wspaniałych ludzi. Niestety z wieloma musiałam się również pożegnać. Do końca swojego życia nie zapomnę o moim braciszku, który oddał dla mnie życie ani o Liamie, który zginął, ratując mnie. Wszyscy się poświęcali, nawet mój tata, który przecież, żeby nas chronić, odszedł od nas. Postanowiłam nie zmarnować danego mi życia, ponieważ jest zbyt krótkie, by robić głupstwa. Jeszcze nie miałam pomysłu na to, co mogłabym robić, ale mam jeszcze chwilę, by się nad tym zastanowić.
W końcu jestem szczęśliwa, a to chyba jest w życiu najważniejsze i każdy do tego dąży, by móc spędzić życie u boku najbliższych mu osób.
– Dziękuję, że jesteś – szepnęłam Chrisowi na ucho, kiedy stanął obok mnie. Objął mnie w pasie ramieniem i razem oglądaliśmy końcówkę cudownych, kolorowych światełek, które rozświetliły nocne niebo.

~~*~~*~~*~~*~~

Hejoo! Wybaczcie, że mnie ostatnio nigdzie nie ma, ale jestem taka zabiegana, że masakra! Chyba jak każdy z Was. Doprawdy, nie mam pojęcia, gdzie my wszyscy się tak spieszymy, naprawdę :/ Ale cały czas nas coś goni i goni i nie znajdujemy czasu na przyjemności, pewne rzeczy odkładamy na później. Cóż, bywa i tak, zapewniam Was jedynie, że o nikim nie zapomniałam. Moje serduszko jest wielkie a pamięć dobra, więc wiecie <3
Rozdział krótki, wiem, nie bijcie! Ale rozpraszają mnie zawody w skokach, które nie chcą się odbywać, ale i tak jestem zawsze mega podekscytowana. ;) Nawet teraz jestem tutaj w przerwie, więc mam mało czasu :)
Mam nadzieję, że wszystko jest w porządku. Jeżeli tak to piszcie, a jeżeli nie to tym bardziej piszcie! Do zobaczenia! <3

wtorek, 10 listopada 2015

~10. "Tego nauczyło mnie całe życie..."

"Najtrudniej jest wykorzenić najstraszniejsze wspomnienia, 
przecież je zapamiętujemy najlepiej." - Suzanne Collins




~~ Prue ~~

Bałam się powrotu do domu. Nie byłam pewna, czego konkretnie, ale na samo wspomnienie domu, skręcało mnie w brzuchu. Szukałam przyczyn w stracie brata i tym, że odkąd umarł, nie pojawiłam się ani razu w miejscu, z którym wiązało się przecież tyle wspólnych wspomnień. Może to chodziło o moją mamę, z którą nie rozmawiałam od tak dawna. Może bałam się jej reakcji na mój powrót. A może po prostu było mi przykro z powodu tego, że nie przyjechała, kiedy dowiedziała się, że umarłam, że odnalazłam ojca. Nawet na pogrzeb mojego brata się przecież nie pofatygowała. To właśnie te niewiadome mobilizowały mnie do tego, by odwiedzić swój dawny dom.
Okazja nadarzyła się nawet bardzo szybko. W końcu w święta szkoła zostaje zamykana i wszyscy wyjeżdżają do swoich rodzin. To jedyna szansa dla wszystkich uczniów i nauczycieli, by pobyć choć chwilę z najbliższymi. Dwa tygodnie to dość dużo, by móc sobie wszystko wyjaśnić.
Miałam ogromne wsparcie w Chrisie. Cieszyłam się ogromnie, że los postawił go na mojej drodze w odpowiednim momencie. Gdyby nie on, wiele rzeczy, które mnie spotkały, nie miałyby miejsca. Nie wiem, gdzie byłabym, gdyby nie on i to, że zawsze przy mnie był, choć nie zawsze okazywał wsparcie.
Tym razem było jednak inaczej. Znał całą sytuację i zgadzał się ze mną, że powinnam wyjaśnić z mamą parę spraw i że przerwa świąteczna to najlepszy czas na to.
Tata również starał się jak tylko mógł. Kiedy już pozałatwiał wszystkie sprawy w szkole i te niecierpiące zwłoki w stadzie, wyjechał do Londynu, by tam porozmawiać z mamą, przygotować ją na mój powrót.
Wiele razy korciło mnie, by zapytać go przez telefon, jak zareagowała mama na jego powrót, na wieść o tym, że żyję, że mam się dobrze. Przecież powinna się cieszyć. Zawsze miałyśmy dobry kontakt ze sobą. A teraz? Co się zepsuło?
Ostatni dzień w szkole mijał na pożegnaniach, składaniu sobie życzeń oraz zadawaniu pracy na czas wolny między świętami a sylwestrem. Wszędzie porozwieszane były ozdoby, choć przecież nikt nie zostawał na święta w szkole. Wystrój był na potrzeby tylko tego dnia, żebyśmy poczuli, że w szkole również obchodzi się święta jak w domu, że może być równie fajnie jak w rodzinnym gronie. Ja właśnie tak się czułam od samego początku. Od pierwszego dnia otaczała mnie rodzina, przyjaciele i znajomi. I choć nie wszyscy są ze mną nadal fizycznie, to wiem, że David świętuje w otoczeniu innych, gdzieś w krainie Nyks, która nie dostała jeszcze żadnej formalnej nazwy.
Pakowanie również nie zajęło dużo czasu. Od razu po szkole władowałyśmy najpotrzebniejsze rzeczy do toreb i zniosłyśmy je przed internat, by później załadować do autobusu, który odwoził uczniów na dworzec.
Odwróciłam się w stronę budynku szkoły, by po raz ostatni w tym roku popatrzeć na otulony śniegiem dach.
– Będzie mi tego brakowało. – Westchnęłam. Damien spojrzał na mnie jak na wariatkę. – No co? – zapytałam. – To dla mnie prawie drugi dom – usprawiedliwiłam się. Chris ścisnął mocniej moją dłoń, której nie puszczał odkąd włożył nasze walizki do autokaru. Wracał ze mną. Mój tata osobiście zaprosił go do nas na świąteczną kolację jak i na całą świąteczną przerwę. Oficjalnie dał mu jeszcze jedną szansę, jeśli chodzi o wybór stada. Tym razem Chris bez żalu zgodził się zostać z nami. Już nie był samotnym wilkiem. Miał prawdziwą, wilczą rodzinę, bo tą ludzką posiadał odkąd zaczęliśmy się przyjaźnić.
– A ja tam się cieszę, że wyjeżdżamy – powiedziała Becky. – W końcu znowu spotkam się z moimi rodzicami. Tak dawno ich nie widziałam! – pożaliła się. Uśmiechnęłyśmy się z Alice porozumiewawczo. Chłopcy, widząc nasze miny, roześmiali się, a zdezorientowana Becky obraziła za to, że nie chcieliśmy jej powiedzieć, dlaczego nam tak wesoło. Po chwili jej jednak przeszło.
– Hej! Idziecie? – usłyszałam głos Belli dochodzący z autobusu. Stała na schodach, machając do nas. – Zajęłam nam wszystkim miejsca!
– Jasne, już idziemy! – odkrzyknął jej Chris. Wszyscy oprócz mnie ruszyli w stronę pojazdu. Mój chłopak spojrzał na mnie pytająco. – Gotowa? – zapytał. Chyba wiedział, jak się czułam. Sam przecież musiał mieć obawy zawsze, kiedy wracał do domu.
Pokiwałam delikatnie głową i usiadłam na siedzeniu przed Bellą. Uśmiechnęłam się do niej między siedzeniami.
Podróż minęła nam spokojnie. Najpierw ja, Chris i inni, którzy zmierzali do Londynu, wysiedli na dworcu kolejowym, by poczekać na pociąg. Reszta wybierała się w dalszą podróż na lotnisko, a potem gdzie ich serce kierowało. Również Tom jechał z nami. Trochę mnie zaskoczył, a kiedy dowiedziałam się, że Rose sama zaprosiła go do siebie, jeszcze bardziej nie mogłam w to uwierzyć.
Z pociągu nie pamiętałam wiele. Chyba zasnęłam, ponieważ pierwsze, co pamiętam to wieczorne światła na dworcu w Londynie i tłumy ludzi wysiadających z naszego pociągu. Nie spieszyliśmy się. Tata obiecał, że nas odbierze, więc nie musieliśmy walczyć o taksówkę, o którą zapewne byłoby trudno.
Stali oboje z moją najlepszą przyjaciółką przy wyjściu głównym. Pomachałam im, gdy tylko ich zobaczyłam. Zrobili to samo. Uśmiechnięciu od ucha do ucha pobiegli do nas i wyściskali, jakbyśmy nie widzieli się z co najmniej dwa lata, a przecież Rose wyjechała wraz z moim tatą miesiąc temu z Dundee.
– Rosie, przyjechałaś tutaj dlatego, że przyjechałam ja czy dlatego, że wraz ze mną jest też Tom? Przyznawaj mi się tutaj zaraz! – odezwałam się groźnie, idąc w stronę zaparkowanego auta.
– No wiesz... – zaczęła, wkładając moją torbę do bagażnika. – Gdybyś przyjechała sama, cieszyłabym się, jasne, że tak. Ale jeżeli z tobą przybył też Tom, to jak myślisz, z czego bardziej się ucieszyłam?
– No jasne, że ze mnie! – odpowiedzieliśmy oboje z Tomem. Całe towarzystwo wybuchnęło śmiechem na środku parkingu.
– Brakowało mi tego. – Westchnęłam, dziękując Nyks, że moje myśli zostały na chwilę oderwane od już niedalekiego spotkania z mamą. – Boże, tato, dałeś jej prowadzić auto? – zawołałam oburzona, kiedy zobaczyłam, jak moja przyjaciółka zasiada na fotelu kierowcy.
– Wiesz kochanie, dawno nie jeździłem, poza tym wiele się w Londynie zmieniło, muszę do tego powoli przywyknąć. A Rose radzi sobie znakomicie – odpowiedział, chwaląc blondynkę. Niedowierzałam. Moja przyjaciółka nie mogła poprawnie jeździć. To po prostu nie mieściło się w głowie. Zawsze była trochę fajtłopowata. Nawet jeżeli chodziło o prowadzenie roweru.
Okazało się jednak, że Rosie świetnie panuje nad samochodem, zna się na rzeczy, wszystko robi płynnie a nam, jako pasażerom, przyjemnie się jechało. Nawet na moment znów zapomniałam o mamie. Jedynie dom, który wyłonił się zza któregoś z kolei zakrętu, brutalnie sprowadził mnie na ziemię.
Na trzęsących się nogach wysiadłam z samochodu. Tata i Rosie pomogli nam z torbami, więc szybko się z nimi uporaliśmy. Nim się obejrzałam, już stałam na progu, a Derek otwierał przede mną drzwi.
– Nie ma jak w domu! – zawołał zadowolony. Bardzo się starał, by mój powrót był naturalną rzeczą. Jakby nic, co do tej pory się wydarzyło, nie miało miejsca.
Byłam chyba za bardzo przejęta całą sytuacją, ponieważ w pierwszej chwili nie poczułam cudownego zapachu, który unosił się w całym domu. Dopiero kiedy Chris głośno zawołał do bliżej nieokreślonej osoby, pytając, co tak ładnie pachnie, zaciągnęłam się i już wiedziałam.
– Naleśniki – szepnęłam. Ulubione danie moje, Davida i mamy. Zwsze, kiedy byliśmy wszyscy w domu, robiliśmy razem naleśniki.
Rosie wiedziała, co oznaczały, dlatego od razu do mnie podeszła i ścisnęła moje ramię, chcąc pokazać mi swoje wsparcie. Byłam jej za to wdzięczna. Czułam jak moje nogi miękną, kiedy z kuchni do salonu, w którym jak do tej pory staliśmy, weszła mama. Zniknęły cienie pod oczami od przepracowania. Zamiast nich pojawił się wyrazisty makijaż, który podkreślał jej cudowne oczy. Ubrana w zwiewną sukienkę, która podkreślała jej figurę, wyglądała na o wiele młodszą niż w rzeczywistości była. Tryskała energią, choć w oczach widziałam smutek. Ogromny żal i ból, który starała się chować przed nami po odejściu ojca.
W pierwszym momencie myślałam, że się rozpłacze. Widziałam, jak w jej oczach gromadzą się łzy. Kiedy się jednak odezwała, nie usłyszałam już żadnego załamania. Była wyłącznie szczęśliwa kobieta.
– Tak się cieszę, że w końcu jesteście! Prue, Chris, rozbierajcie się! – zawołała. Podeszła do mnie i uściskała serdecznie. Zaskoczyła mnie. Nie spodziewałam się tego. W ogóle nie miałam pojęcia, czego oczekiwać, ale z pewnością nie takiej reakcji. – Rosie, może przedstawisz mnie swojemu koledze? – zaproponowała.
– To jest Tom, Tom poznaj mamę Prue, Ivonne. – Podali sobie grzecznie dłonie na powitanie.
– Może zostaniecie na kolację? – zaoferowała.
– Dziękujemy, ale obiecałam tacie, że wrócimy jak najszybciej – powiedziała z pewnym żalem w głowie blondynka.
– Szkoda! Ale wpadniecie któregoś dnia, mam nadzieję? – Chciała się upewnić.
– Jeszcze będzie miała nas pani dość! – zapewniła Rose, wychodząc z domu.
– No to co? Myjcie ręce, zaraz zasiadamy do stołu! – rozporządziła mama i zniknęła w kuchni. Spojrzałam zdezorientowana na tatę.
– Odkąd wróciłem, tak się zachowuje. – Wzruszył ramionami jakby chciał powiedzieć, że metamorfoza mojej rodzicielki to absolutnie nie jego wina.
Oszołomiona zjadłam kolację i przysłuchiwałam się rozmowie, jaką prowadzili domownicy. Próbowali mnie w nią wciągnąć, ale byłam zbyt pochłonięta własnymi myślami, by zajmować się rozmową z innymi. Nie chcąc psuć nikomu nastroju, odczekałam, aż każdy zje i dopiero kiedy siedzieliśmy w salonie przed telewizorem, wypaliłam prosto z mostu.
– Mamo, może powiesz mi teraz, dlaczego nie przyjechałaś na pogrzeb Davida? Dlaczego nas nie odwiedziłaś? Dlaczego nawet nie zadzwoniłaś, kiedy to wszystko się wydarzyło?
Zaskoczyłam ją. Widziałam w jej oczach smutek i ból i już przestraszyłam się, że może wypowiedziałam się zbyt ostro. Ale nie, musiałam być twarda, chcąc wyciągnąć coś z mojej mamy. Tego nauczyło mnie całe życie z nią. Po dobroci niczego złego sama nie powiedziała.
– Ja wiem, że powinnam... że powinnam zrobić cokolwiek... Wiem, że masz do mnie o to żal i nawet się temu nie dziwię, sama byłabym wściekła. – Próbowała patrzeć mi prosto w oczy, ale często, chyba nieświadomie, pochylała głowę do przodu i uciekała wzrokiem w podłogę. – Przepraszam cię, nie powinnam się tak zachowywać. Jestem twoją matką i to we mnie masz mieć oparcie, a ja użalałam się nad sobą i nie wzięłam pod uwagę tego, że tobie może być równie ciężko co mnie.
– Nie chcę przeprosin, choć to miłe, że przyznajesz się do winy. Ja po prostu chciałam się dowiedzieć, dlaczego – szepnęłam. Czułam łzy napływające do oczu. Nie zamierzałam płakać, to byłoby głupie, ale takie wyznania, jakkolwiek banalne by nie były, zawsze sprawiały, że się wzruszałam.
– Nie chciałam przeżywać tego jeszcze raz. Pragnęłam zapamiętać Davida, ciebie jako osoby uśmiechnięte, pełne życia, szczęśliwe. Gdybym zobaczyła was elegancko ubranych, leżących w trumnie... nie potrafiłabym... Przepraszam. – Nie przygotowałam się na taką odpowiedź. Gdzieś w podświadomości ciągle wyobrażałam sobie, że jej wytłumaczenie będzie miało coś bardziej... Sama nie wiedziałam, czego się spodziewać.
Podeszłam do mamy i przytuliłam ją, ponieważ po wyznaniu, rozpłakała się na dobre. Nie byłam już na nią zła. Może jeszcze nie tak dawno czułam żal do mojej rodzicielki, tak jak to było, kiedy nie powiedziała mi, że byłam Zmiennokształtnym. Po tym, jak mi wszystko wyjaśniła, cała złość odeszła bezpowrotnie.
– Kocham cię, wiesz? – szepnęłam jej na ucho. Uśmiechnęła się do mnie przez łzy i pocałowała delikatnie w czoło.

***

Święta minęły w miłej, rodzinnej atmosferze. Wszyscy byli szczęśliwi. Nawet Chris się rozchmurzył, co w jego sytuacji oznaczało zapomnienie o swojej ludzkiej rodzinie, a zwłaszcza o ojcu, ponieważ jego mama i Jack wpadli do nas w Pierwszy Dzień Świąt. Widziałam, że wizyta wiele znaczyła dla mojego chłopaka. Mogli w końcu ze sobą porozmawiać i wyjaśnić jak ja i moja mama.
Podczas wszystkich przygotowań, potem wśród świętowania, ja i Chris znaleźliśmy kilka chwil tylko dla siebie. Zaszywaliśmy się w moim pokoju, zakopywaliśmy w kołdrze i cieszyliśmy się sobą. Wtedy wiedziałam, że wszystko u mnie było na swoim miejscu, że w końcu mam prawdziwą rodzinę, że mam kogo kochać i jestem kochana.
Na sylwestra zaprosiłam do siebie wszystkich moich znajomych. Impreza miała się równać tej, którą przeżyłam rok temu, kiedy dowiedziałam się, kim tak naprawdę byłam. Chciałam, by każdy czuł się wyjątkowo i dobrze - jak w swoim domu. Przez cały tydzień razem z Rose, Tomem i Chrisem staraliśmy się zrobić wszystko, by wyszło idealnie. Układaliśmy menu, wieszaliśmy lampki i inne ozdoby. Chowaliśmy najcenniejsze i kruche rzeczy, by nie uległy zniszczeniu.
– Jejku, ale się zmęczyłam! – zawołała Rose, kładąc się na kanapę. Właśnie kończyliśmy zakładanie lampek nad wejściem. Chris zaczął już powoli sprzątać cały salon, kiedy rozplątywaliśmy sznur kolorowych lampek.
– Nie marudź, sama mnie namawiałaś do zrobienia całej tej imprezy – powiedziałam, całując ją delikatnie w policzek.
– Nie sądziłam, że zwalisz na mnie większość obowiązków! – zawołała, wodząc za mną wzrokiem. Przeszłam do kuchni, gdzie Chris położył naczynia, z których jedliśmy nasz obiad. Cały czas kontrolowałam sytuację w salonie.
– Myślałaś, że sama się ze wszystkim uporam? Zwłaszcza, że to był twój pomysł? – Zaśmiałam się serdecznie.
– Jasne, że nie, ale nie sądziłam, że będzie aż tyle roboty! A przecież jeszcze nie zaczęliśmy szykować jedzenia – jęknęła, kuląc się na kanapie. – Tom! Ja już nie mam siły. Nic już dzisiaj nie zrobię.
– Pomogę im jeszcze w kuchni i możemy wrócić do domu, co? – zaproponował. Rose coś mruknęła pod nosem, kiedy blondyn przyniósł ostatnie dwa kubki do zmywania. – Pomóc ci w czymś jeszcze? – zapytał, spoglądając na wyciągnięte zza kanapy nogi blondynki. Uśmiechnęłam się pod nosem.
– Nie, możecie już iść – powiedziałam, płucząc naczynia. Widocznie chłopak mnie nie słuchał, bo spojrzał na mnie zdezorientowany z niemym pytaniem w oczach. – Kochasz ją, prawda? – Uśmiechnęłam się szeroko. Oparłam się o blat szafki, wycierając mokre ręce w ściereczkę. Tom spojrzał najpierw na nią, później na mnie i zaśmiał się.
– No – przyznał nieco zmieszany swoim wyznaniem.
– To widać – przyznałam. – Cieszę się, w końcu wszystko zaczęło się układać.
– Myślisz... – zaczął jeszcze bardziej zmieszany.  – Myślisz, że chciałaby zostać ze mną... no wiesz, na zawsze? – zapytał w końcu. Przejechał dłonią po swoich jasnych włosach.
– Oh... – Nie wiedziałam, co mu odpowiedzieć. Czy Rose była gotowa na coś tak poważnego? Z jednej strony zawsze stroniła od płci przeciwnej odkąd pewne wydarzenia miały miejsce. Z drugiej, Tom to nie każdy inny facet. Tom to Tom. – Myślę, że ona sama może tego jeszcze nie wiedzieć – starałam się wybrnąć jakoś ładnie z tej sytuacji. – Kocha cię, a to chyba powinno ci wystarczyć, prawda?
Nic więcej nie odpowiedział. Pokiwał zamyślony głową i wyszedł z kuchni, mijając się na progu z Chrisem.

~~*~~*~~*~~*~~

Hej, strasznie Was przepraszam, że rozdział nie pojawił się na czas, tak samo jak na moim drugim blogu, jeżeli ktoś czyta. Postaram się do weekendu ogarnąć rozdział na "Polowanie...". A na Wasze blogi, jeżeli mam zaległości, wpadnę jutro, w końcu jest wolne. Oczywiście w przerwie od nauki matmy, bo w czwartek sprawdzian :/
Mam nadzieję, że rozdział odpowiedniej długości oraz, że was nie zanudził  ;)
Pozdrawiam cieplutko!
Zuza <3

sobota, 26 września 2015

~7."Każdy, kto o pomoc poprosi, zostanie wysłuchany"

"To jeszcze nie koniec. Jeszcze nie. Nie możemy się poddać."
 - "Niezłomni" C. J. Daugherty 



~~ Prue ~~

    Siedziałam z Davidem na pomoście w ciszy. Oboje wpatrywaliśmy się w taflę spokojnego jeziora. Próbowałam zrozumieć całą sytuację, w której się znaleźliśmy, ale nie szło mi to zbyt dobrze. Utknęliśmy już na początku. Ani ja, ani mój brat nie wiedzieliśmy, jak dalej postąpić, co zrobić. Żadne rozwiązanie nie przychodziło nam do głowy. W końcu Nyks nie powiedziała wprost, jak mam się wydostać z Przedsionka.
    No właśnie! Wydostać się. Czy chciałam znów wrócić na ziemię? Z jednej strony jakaś część mnie nawet cieszyła się z takiego obrotu sprawy. Za bardzo tęskniłam za moimi przyjaciółmi, którzy tam pozostali. Pozostawała też kwestia ojca, którego dopiero co odnalazłam i jeszcze nie zdążyłam poznać. Z drugiej jednak czułam pewnego rodzaju pustkę, smutek związany z kolejną rozłąką z bratem, może nawet z tym wspaniałym miejscem. No bo kto by nie tęsknił za takimi widokami? Taką cudowną atmosferą? Musiałby być naprawdę nieczułym idiotą.
    Zerknęłam na mojego brata. Miał niesamowicie skupiony wyraz twarzy, że aż nie śmiałam mu przeszkadzać. Ciekawiło mnie, nad czym tak myślał. Może zastanawiał się, jakby się mnie tu pozbyć? Miałam nadzieję, że tak właśnie było, ponieważ bardzo chciałam pomóc przyjaciołom. A z tego, co opowiadał mi David, mogą wpaść w niezłe tarapaty.
    Przypatrywałam się chłopakowi jakiś czas zaciekawiona. Zaintrygowało mnie to, że w pewnym momencie zaczął ruszać ustami, jakby coś mówił. Nie potrafiłam rozróżnić słów, ponieważ wymawiał je zbyt cicho. Chyba wyczuł, że mu się przyglądam, bo podniósł na mnie wzrok i uśmiechnął się porozumiewawczo. Nie rozumiałam, co chciał mi w ten sposób przekazać. Może żebym się nie martwiła?
    Jego wzrok zaraz po tym przeniósł się na coś po mojej prawej stronie. David wstał z niesamowitą gracją i zwinnością, otrzepał dłońmi spodnie i zwrócił się twarzą w tamtą stronę. Poszłam śladami brata i już po paru chwilach oboje patrzyliśmy na drobną postać idącą w naszą stronę. Już z daleka zauważyłam, że to kobieta. Miała na sobie długą, białą suknię oraz niemalże białe włosy sięgające pośladków, które delikatny wiatr rozwiewał we wszystkie strony. Kiedy podeszła bliżej, dostrzegłam jej piękną twarz nie skrytą za kilogramami makijażu. Dama była stuprocentowo naturalna, bił od niej blask, ale nie potrafiłam go zidentyfikować. Uśmiechała się do nas serdecznie.
    Stanąwszy naprzeciwko nas, okazała się niesamowicie niziutka i drobniutka, chociaż ani ja, ani ona nie nosiłyśmy butów. Posiadała krągłą figurę, a mocno zarysowana, jakby jeszcze świeża blizna ciągnęła się od lewego ramienia i ukrywała się pod fałdami sukni na piersi.
    - Witajcie - odezwała się pierwsza melodyjnym głosem. David skłonił się nisko, pozdrawiając ją. Ja stałam natomiast osłupiała, nie wiedząc, jak się zachować. Spuściłam więc głowę, choć bardzo niechętnie, ponieważ trudno było oderwać od kobiety wzrok.
    - Nyks, dziękuję, że odpowiedziałaś na moją modlitwę - usłyszałam głos mojego brata i wszystko zrozumiałam. Te szepty pod nosem, jego postawa wobec nieznajomej. Wszystko w mgnieniu oka stało się jasne.
    - Każdy, kto o pomoc poprosi, zostanie wysłuchany, a ja postaram się ze wszystkich sił mu tę pomoc dostarczyć - odpowiedziała. - Czy wyjaśniłeś jej wszystko, jak cię prosiłam? - zapytała. Uniosłam delikatnie głowę, by móc widzieć choć odrobinę. Chłopak pokiwał gorliwie głową, uśmiechając się do bogini. - Bardzo dobrze się spisałeś - pochwaliła go, a on znów się skłonił, tym razem nieco płycej. - Prue - zwróciła się tym razem do mnie. Pod wpływem jej głosu po prostu musiałam podnieść na nią wzrok. Spojrzałam w jej zielone oczy i utonęłam w nich. Były niesamowite, pełne radości, mądrości, wiedzy. - Jesteś gotowa na powrót do domu?
    Nie miałam pojęcia, co mam odpowiedzieć. Nie dlatego, że zaniemówiłam, stojąc przed Nyks, jak to było chwilę temu. Po prostu nie czułam, że jestem gotowa na ten kolejny krok.
    Nyks, widząc moje rozterki, chwyciła mnie lekko za ramię i odciągnęła na bok. Na jej tak młodo wyglądającej twarzy, odbiły się lata jej doświadczenia.
    - Nie mam pojęcia, co teraz czujesz - nie ukrywała, nie kłamała, co mi się bardzo podobało, bo nie było obłudne i fałszywe. - Wiem, że zawsze wszyscy od ciebie oczekiwali dużo. Może nawet zbyt dużo, jak na tak młodą osobę. Ale popatrz. Dałaś radę. Odnalazłaś ojca, pokonałaś najgroźniejszego Wampira i przezwyciężyłaś śmierć. Jesteś wyjątkowa. A ja nie pozwolę ci zginąć w tym okrutnym świecie na dole. Zawsze przy tobie byłam i to nigdy się nie zmieni. Staram się czuwać nad każdym moim dzieckiem, ale ty jesteś jedyna w swoim rodzaju. I po twoich dokonaniach zasługujesz na odpoczynek. Ale zdecydowanie nie w mojej krainie. Jeszcze nie teraz. To nie twój czas. Tobie pisany jest inny, ciekawszy scenariusz. Na pocieszenie mogę ci dodać, że kiedyś na pewno się spotkamy - zapewniła na koniec, śmiejąc się.
    Nie wiedziałam, czy akurat to chciałam od niej usłyszeć. Nie byłam też pewna, czy zadziałało to na mnie jakoś motywująco czy może odwrotnie. Zdałam sobie jednak sprawę, że ktoś w końcu docenił to, co zrobiłam, że zobaczył trud, jaki włożyłam w zadania, przed którymi mnie los postawił. Zrobiło mi się niesamowicie miło, kiedy usłyszałam takie słowa z ust samej Nyks. One musiały coś znaczyć. W końcu była boginią.
    Łzy mi się w oczach zakręciły, więc kobieta uściskała mnie ze śmiechem jak kochająca matka. Brakowało mi takiej matczynej miłości w ciągu ostatniego roku. Każdy, nawet prawie dorosły człowiek potrzebuje czasami ramienia matki, na którym może się wypłakać lub po prostu wesprzeć w trudnej chwili. W tamtej chwili zapragnęłam odbudować swoje relacje z mamą i postanowiłam, że pierwsze, co zrobię po powrocie, to właśnie długa rozmowa z rodzicielką. Choćby się paliło i świat miałby się za moment skończyć, chciałam, by zakończył się, kiedy pogodzę się z mamą.
    - Czas już na ciebie - szepnęła mi do ucha. Odsunęłam się od niej i pokiwałam niezdarnie głową. Łzy już dawno poleciały mi po policzkach i nawet ich nie wycierałam, bo nie widziałam w tym sensu. Podeszłam szybko do Davida i przytuliłam się do niego mocno.
    - Pozdrów ode mnie rodziców. Powiedz tacie, że bardzo chciałbym go poznać - powiedział mi do ucha łamiącym się głosem. Skinęłam tylko głową, nie mogąc wydusić z siebie ani słowa. - Kocham cię. - Pocałował mnie w czoło, jak to zwykle robił, kiedy jeszcze żył. - Opiekuj się Becky. Zasługuje na szczęście - dodał na koniec i odwrócił się ode mnie, zapewne nie chcąc pokazywać mi swoich łez.
    - Chodźmy - odezwała się Nyks i pociągnęła mnie za rękę w swoim kierunku.
    - Do zobaczenia, David! - krzyknęłam, odwracając się ostatni raz. Pomachał do mnie na pożegnanie.

~~ Shane ~~

    Przez cały dzień coś nie dawało mi spokoju. Chodziłem podenerwowany i nie mogłem na niczym skupić myśli, choć bardzo tego potrzebowałem, by zrozumieć, dlaczego tak mi się dzieje. Chloe patrzyła na mnie niepewnie, kiedy bębniłem palcami w stół lub kiedy podrygiwałem nogą. Na pewno bardzo chciała mi pomóc, lecz nie wiedziała, jak. Ja również.
    W końcu z braku pomysłów postanowiłem odwiedzić Prue. Żaden pomysł, jak sprowadzić ją z powrotem stamtąd, gdzie się znajdowała, nie przychodził mi do głowy. Byłem w kropce. Wiedziałem, że muszę coś zrobić, ponieważ ceremonia pogrzebowa miała odbyć się już jutro. Przez głowę przeszła mi nawet myśl, by ukraść ciało i schować je w jakimś bezpiecznym miejscu, lecz to byłoby głupie.
    Usiadłem obok niej i chwyciłem ją za rękę. Już przyzwyczaiłem się do jej zimna. Pierwszy raz, kiedy ją dotknąłem, odskoczyłem od razu. Chłód, który od niej bił sprawiał, że momentalnie zamarzałem. Dziwiło mnie to, ponieważ jako Zmiennokształtny nie powinienem tak bardzo odczuwać niższej temperatury. A jednak.
    - Cześć, mamo - odezwałem się do niej, po raz pierwszy odkąd się tu zjawiłem, mówiąc do niej w ten sposób. Ciężko mi było, nie tylko dlatego, że leżała obok mnie nieżywa. Chodziło również o jej wygląd. Mogłaby uchodzić za moją dziewczynę czy siostrę a nie za matkę! Mimo że wiedziałem, że to dlatego, że przenieśliśmy się w czasie, nadal, po tylu miesiącach, nie potrafiłem się przyzwyczaić. Myśląc o mamie, przed oczami widziałem kobietę dorosłą, dochodzącą do czterdziestki a nie osiemnastolatkę, która nawet nie wie, że ma, lub raczej będzie miała syna.
    Zamknąłem oczy, mając nadzieję, że jej obecność pozwoli mi na skupienie się. I na początku to działało. Udało mi się uspokoić swoje nerwy i zacząłem zastanawiać się, skąd u mnie od rana takie podenerwowanie. Lecz nie dane mi było posiedzieć w absolutnej ciszy. Już po chwili usłyszałem dziwne, ciche, stłumione uderzenie. Najpierw jedno, po jakimś czasie drugie. A potem jeszcze jedno, szybciej niż poprzednie. Częstotliwość uderzeń narastała, a ja nie potrafiłem zidentyfikować źródła hałasu, co mnie jeszcze bardziej wkurzyło.
    Dźwięk wydawał się znajomy i to mi nie dawało spokoju. Wstałem i puściłem dłoń dziewczyny, przeszedłem się od ściany do ściany, lecz hałas pozostawał. Wróciwszy na swoje miejsce, chwyciłem z powrotem rękę Prue i doznałem szoku. Była ciepła! Dotknąłem jej twarzy, która delikatnie nabrała rumieńców, których wcześniej nie zauważyłem. Przytknąłem ucho do jej klatki piersiowej, by upewnić się, że nadzieja, która zrodziła się w mojej głowie, nie była płonną.
    Usłyszałem jej mocne bicie serca, które już od jakiegoś czasu próbowało mi powiedzieć, że dziewczyna do nas wraca. Nie mogąc się powstrzymać, skakałem jak głupi ze szczęścia w miejscu i krzyczałem.
    - Zaraz wracam. Tylko nigdzie mi nie odchodź! - zastrzegłem, nachylając się ku niej, kiedy już się opanowałem.
    Wybiegłem z kostnicy, ciesząc się jak wariat. Pragnąłem podzielić się tą jakże wspaniałą nowiną z pozostałymi. Znalazłem ich w salonie, oglądających jakiś film. Spojrzeli na mnie dziwnie, kiedy wparowałem z prędkością światła do pokoju.
    - Musicie to zobaczyć! - zawołałem, próbując złapać oddech i ponaglając ich. Nie chcieli mnie słuchać, dopiero po paru chwilach namów udało mi się ściągnąć ich z kanapy. Pociągnąłem Becky i Alice za sobą a chłopcy poszli za mną.
    Zaprowadziłem ich do kostnicy, przepuściłem ich, by weszli pierwsi, a kiedy i ja stanąłem przy łóżku, okazało się, że posłanie było puste. Zdezorientowany spojrzałem po twarzach pozostałych. Wszyscy wyglądali na równie zaskoczonych co ja.
    - Gdzie ona jest? - zapytał podejrzliwie Chris, patrząc mi prosto w oczy.
    - Też chciałbym wiedzieć - mruknąłem, siadając na miejscu, na którym jeszcze przed chwilą budziła się do życia Prue.


~~*~~*~~*~~*~~

    Hejo! Spodziewaliście się czegokolwiek, co zawarłam w tym rozdziale? Czy może jednak Was czymś zaskoczyłam. Jestem niezmiernie ciekawa Waszych opinii! ;)
    Ostatnio sporo mam na głowie; trzy zbliżające się wielkimi krokami konkursy, mnóstwo kartkówek, prawie codziennie po dwie co najmniej, dodatkowo mamy nakręcić reklamę, która ma zachęcić uczniów do przyjścia do technikum, więc szykuje się parę zarwanych nocy, by wszystko przygotować. No poza tym zostałam przewodniczącą klasy a co za tym idzie organizuję wycieczkę klasową, a raczej staram się coś wymyślić, by każdy był zadowolony, a jak wiecie, zadowolić 30 osób na raz to ciężka sprawa :D
    No nie marudzę Wam więcej, życzę natomiast, byście mieli mnie obowiązków ode mnie! Oj tak <3

piątek, 28 sierpnia 2015

~5. "...jak ja mam wrócić?"

Kiedy wymawiam słowo Przyszłość,
pierwsza sylaba odchodzi już do przeszłości.
Kiedy wymawiam słowo Cisza,
niszczę ją.
Kiedy wymawiam słowo Nic,
stwarzam coś, co nie mieści się w żadnym niebycie. 
- Wisława Szymborska




~~ Bella ~~

   Siedziałam wieczorem w bibliotece i kończyłam swoją pracę domową na jutrzejszy dzień. Nie była ciężka, ale robiłam ją przez dobrych kilka godzin, ponieważ nie potrafiłam się na niej skupić. Czytałam kilka razy polecenie, potem pisałam parę zdań, zamyślałam się, a kiedy w końcu wróciłam na ziemię, wszystko zaczynałam od początku. Doprowadzało mnie to do szału, lecz nie umiałam nad tym zapanować. Myśli same uciekały mi do tragicznych wydarzeń sprzed kilkudziesięciu godzin.
    Alex obiecał, że jak tylko upora się z własnymi lekcjami, przyjdzie do mnie. Jak na razie siedziałam sama w cichym i najdalszym zakątku biblioteki, który już dawno temu sobie upodobałam. Lubiłam przychodzić i siadać właśnie tam, przy stoliku pomiędzy ostatnimi rzędami półek. Na przeciwko znajdowało się okno, delikatnie zasłonięte przez szafę, ale i tak widziałam pochmurne niebo.
    Stolik był nieduży, ale spokojnie zmieściłaby się koło mnie jeszcze jedna osoba, która odrabiałaby lekcje. Miałam ten luksus, że mogłam się rozłożyć na całym biurku oraz zająć drugie krzesło i nie ściskać się ze wszystkimi książkami, których potrzebowałam do napisania odpowiedzi na temat zadany przez nauczycielkę. Niewielka lampka oświetlała cały stolik oraz kawałek ściany. Reszta biblioteki pogrążona była w półmroku. Jedynie przy biurku bibliotekarki oraz przy tych stolikach, które stały niedaleko niej, świeciły nieco mocniejsze oraz większe światła, tym samym rozpraszając mrok.
    Chłopak mnie nie zaskoczył. Słyszałam jego kroki oraz bicie serca już z daleka. Nie wiedziałam, dlaczego tak się działo, ale pasowało mi to. Odkąd wróciliśmy do szkoły, odkąd wyznaliśmy sobie miłość, staliśmy się dla siebie jeszcze bardziej bliscy niż wcześniej. I to jakoś oddziaływało na mój instynkt, może na moją moc. Nie byłam tego pewna. Wiedziałam jednak, że od tamtej pory zawsze wiedziałam, kiedy Alex był niedaleko mnie.
    Pocałował mnie na powitanie a potem zrzucił moją torbę i parę książek, które na niej leżały, na ziemię po czym sam usiadł na krześle. Zajrzał mi przez ramię, w jakim punkcie swojej pracy domowej utknęłam i westchnął przeciągle.
    - Ile ci to jeszcze zajmie? - zapytał, opierając się wygodnie o oparcie krzesła.
    - Czy ja wiem... - Wzruszyłam ramionami, przeglądając notatki. Przetarłam oczy, by móc lepiej widzieć oraz odgonić senność. Nie mogłam teraz sobie pozwolić na chwilę słabości, choć byłam już trochę zmęczona. - Jeszcze chwilę i powinnam skoczyć. - Zerknęłam na Alexa i uśmiechnęłam się delikatnie. Chłopak zerknął na zegarek.
    - Masz dokładnie trzynaście minut i dwadzieścia dwie, jeden sekund - odliczał, wpatrując się w zegarek, który nosił na nadgarstku.
    - Nie przeszkadzaj mi jeszcze przez moment to zdążymy spokojnie na kolację - powiedziałam tylko i zabrałam się do pracy. Chłopak tymczasem posłusznie oddalił się od stolika i zajął się przeglądaniem książek, które stały na najbliższym regale.
    Zaczynałam pisać podsumowanie, kiedy przed oczami pojawiła się delikatna mgła. Mrugnęłam kilka razy, sądząc na początku, że to ze zmęczenia. Jednak nawet przetarcie pięściami nie pomogło. Wtedy już upewniłam się, że to coś, co przychodzi w najmniej oczekiwanych momentach. Jęknęłam cicho a długopis wypadł mi z ręki i poturlał się pod stół. Usłyszałam ciche kroki Alexa, ale nie zauważyłam już jego twarzy, gdy pochylił się nade mną, by zobaczyć, co się stało. Przed moimi oczami ukazała się ogromna polana, na której bujnie rosła trawa przemieszana z ziołami oraz kolorowo kwitnącymi kwiatami. Słońce oświetlało całą łąkę. W oddali dostrzegłam las, lecz nie zainteresowałam się nim ani trochę. Moją uwagę przykuło jezioro, więc to tam skierowałam swoje kroki. Kiedy byłam już nieco bliżej, zobaczyłam drewniany pomost, a na nim dwie osoby. Nie rozpoznałam ich od razu, choć wydawały mi się znajome. Dopiero kiedy usłyszałam głos dziewczyny, przystanęłam, zdziwiona, zbyta z tropu.
    - Pięknie tutaj - szepnęła rozmarzonym głosem, rozglądając się dokoła. Bose nogi moczyła w wodzie, co jakiś czas huśtając nimi i wprawiając wodę w delikatni ruch. Odgarnęła długie włosy do tyłu i odchyliła lekko głowę.
    - Prue? - szepnęłam. Miałam ochotę podbiec do niej i uściskać ją, nawet zrobiłam kilka chwiejnych kroków, lecz po chwili dotarło do mnie, że to tylko moja wizja, że oni mnie nie zobaczą.
    - Tak - odpowiedział jej chłopak. David nie wydawał się zachwycony pięknem tego miejsca. Zachowywał się, jakby gdzieś mu się spieszyło. Siedział obok siostry jak na szpilkach, rozglądając się nerwowo to tu to tam.
    - Mieszkasz tutaj? Gdzieś w pobliżu? - zainteresowała się, zerkając na blondyna. Tymczasem ja stanęłam za nimi i przysłuchiwałam się tej rozmowie, nie bardzo wiedząc, dlaczego taka wizja mnie nawiedziła.
    - Nie. Mieszkam u Nyks, tam jest jeszcze piękniej niż tutaj. Tam jest ogromne miasto, choć nie takie jak na ziemi. Nie ma tam samych murów. Tam przeważają rośliny, drzewa, kolorowe kwiaty, dużo domów jest z drewna lub kamieni, które są jasne i nie ponure jak beton. Tam jest całkiem inaczej niż tutaj. Mówiłem ci, jesteśmy w Przedsionku, a jak sama nazwa mówi, to dopiero początek drogi - wyjaśnił.
    - Tam, to znaczy gdzie? - zapytała, ciekawa wszystkiego.
    - No już mówiłem, w mieście Nyks. Tak to między sobą nazywamy, bo nikt nigdy tego miejsca nie nazwał. - Wzruszył ramionami.
    - My?
    - Wszyscy inni zmarli - odpowiedział, spuszczając głowę.
    - Już nie mogę się doczekać, aż tam dotrę - westchnęła. - Kiedy tam pójdziemy? - zapytała ożywiona.
    - Prue, słuchaj - powiedział poważnie. Dziewczyna spojrzała na niego zaciekawiona, z uśmiechem a ustach. - Ty... Ty nie możesz iść dalej. Nyks... ona kazała mi cię zawrócić. Wyjaśnić... Cholera, to nie jest twoje przeznaczenie być tutaj! - zawołał.
    - Ale David? - pisnęła cicho. - Przecież tutaj jestem...
    - Ale musisz wrócić. Musisz wrócić i zapobiec rzezi, która niedługo nastąpi - powiedział smutno.
    - Jakiej rzezi? - spytała szeptem.
    - Nasz ojciec kazał pojmać i stawić przed sąd wszystkie Wampiry, co do jednego. Jest strasznie zły za to, co nam się przydarzyło. Chce się zemścić za naszą śmierć. Pragnie złapać wszystkich i ich zabić. A ja boję się o Becky. Nie mam pojęcia, jak przeżyje śmierć kolejnej, tak bliskiej dla niej osoby. Jeżeli Derek dowie się, że chodzi z Wampirem, nie dosyć, że jego zabiją, ona również może mieć kłopoty...
    Obie słuchałyśmy wyznań Davida z niemałym przejęciem. Chłonęłam każdą informację, ponieważ wszystko wydawało mi się ważne na wagę złota. Becky i Louis są w ogromnym niebezpieczeństwie - zakodowałam pierwszą wiadomość. Prue musi wrócić na ziemię, by im dopomóż - druga wiadomość.
    Potrząsnęłam głową i spojrzałam na koleżankę i jej brata. Zaraz że co? Czy on przed chwilą powiedział, że Prue wróci? Że znów będzie z nami chodziła na zajęcia, że w końcu wszyscy będą szczęśliwi?
    - Ale David, jak ja mam wrócić? - zadała najważniejsze pytanie. Chłopak zwiesił ramiona, odnalazł dłonią jakiś kamyk i rzucił nim w jezioro.
     - Właśnie w tym tkwi problem, że nie mam zielonego pojęcia - szepnął zmęczony.
    Ostatni raz spojrzałam na tę dwójkę. Łza w oku mi się zakręciła, więc przymknęłam powieki. Kiedy je znów uchyliłam, dostrzegłam stojącego nade mną Alexa.
    - Wszystko w porządku? - zapytał z przejęciem. Pokiwałam delikatnie głową.
    - Muszę spotkać się z Becky, Chrisem i pozostałymi - oświadczyłam, zbierając w pośpiechu swoje rzeczy.
    - Ale co się stało? - zawołał chłopak, pomagając mi.
    - Chodź, nie marudź - powiedziałam, pociągając go za sobą.
    Modliłam się, by cała paczka jadła jeszcze wspólnie kolację. Zwykle tak robili, więc miałam nadzieję, że i tego wieczoru zasiedli do posiłku wspólnie. Wpadłszy do stołówki, od razu ruszyłam w stronę ich stolika. Wszyscy podnieśli na mnie wzrok zaintrygowani. Opadłam na najbliższe krzesełko i przez moment czekałam, aż unormuję oddech. Potem zaczęłam opowiadać swoją wizję. Im dalej brnęłam w historię, tym więcej uśmiechu pojawiało się na twarzach zebranych.
    - A nie mówiłem? - zawołał Shane, jeszcze zanim dobrnęłam do końca opowieści.
    - Czyli... czyli to prawda? - zapytał Chris. W jego oczach dostrzegłam łzy przemieszane z niedowierzaniem, ale i nadzieją, wiarą na powrót ukochanej. Pokiwałam tylko głową, ponieważ sam jego widok spowodował, że się wzruszyłam. On naprawdę kochał Prue. - Przepraszam - szepnął tylko, wstał od stołu i wyszedł. Wszyscy spoglądaliśmy za nim, jednak nikt tego nie skomentował. Każdy z nas wiedział, że chłopak musiał wszystko sam sobie poukładać i zmierzyć się z tym w pojedynkę.
    Wśród całego tego zamieszania zapomniałam o czymś, co okazało się być później kluczowe. Kiedy w końcu sobie o tym przypomniałam, było o wiele za późno, by naprawić mój błąd.

~~*~~*~~*~~*~~

    Hej, witam Was serdecznie pod koniec wakacji <3 Kurczę, rozdział chyba nieco krótszy, ale nie chciałam już niczego innego w nim opisywać.
    Jak tam przygotowania do roku szkolnego? Ja kompletnie tego nie czuję, nie wyobrażam sobie tego, że już niedługo, już tuż tuż, będę w szkole O.o Mam jedynie nadzieję, że mój plan lekcji pozwoli mi na pisanie nowych rozdziałów :D

piątek, 31 lipca 2015

~3. "...to nie sen, lecz koszmarna rzeczywistość."

Kto z miłości jeszcze nie umarł nie potrafi żyć.
Moje serce kiedyś złamane mocniej kocha dziś. - Monika Brodka



~~ Chris ~~

    Nie potrafiłem znaleźć sobie miejsca. Gdy tylko gdzieś na moment usiadłem, od razu musiałem wstać i ruszyć dalej. Nie mogłem spędzić choćby minuty w jednym miejscu. Musiałem coś robić, lecz w tej sytuacji nie miałem nic do robienia. I to mnie denerwowało, ponieważ sądziłem, łudziłem się, że kiedy znajdę sobie zajęcie, nie będę miał czasu na myślenie o Prue. O jej ciele, które leżało teraz obmyte z krwi w tej przeklętej kostnicy. Już ją ubrali w sukienkę. Gotowa była, by zakopać ją w ziemi. Ale nie robili tego. Ciągle coś zostało niegotowe.
    Podobno człowiekowi jest lepiej, kiedy pożegna się z ukochaną osobą. Kiedy zobaczy jego pogrzeb, wtedy dociera do niego, że to już koniec pewnego rozdziału. Więc z jednej strony bardzo chciałbym mieć wszystko za sobą. Z drugiej jednak przychodziła do mnie myśl, że to tylko koszmar, z którego niebawem się obudzę i będę mógł znów przytulić dziewczynę do siebie, poczuć jej ciepłe ciało tuż przy swoim. Ale z każdą chwilą docierała do mnie straszliwa prawda. Że to nie sen, lecz koszmarna rzeczywistość.
    Z racji tego, że nie wiedziałem już, gdzie się podziać, postanowiłem pójść na spacer. Szedłem tam, gdzie mnie nogi poniosły. Nie zwracałem uwagi na otoczenie, nie oglądałem się dokoła. Moje myśli krążyły cały czas wokół Prue. Nie potrafiąc zmierzyć się z widokiem jej bladego ciała, które leżało gdzieś tam, przyszykowane do pogrzebu, szukałem w pamięci innych, wesołych chwil. A przecież było ich mnóstwo. Więc to na nich się skupiłem. Chciałem zapamiętać ją właśnie taką - uśmiechniętą, pełną życia, mądrą, wesołą, kochaną.
    Nie zorientowałem się, gdzie jestem, dopóki głosy, które usłyszałem, nie przywróciły mnie z powrotem na ziemię. Rozejrzałem się dokoła. Niedaleko znajdowała się brama główna. To właśnie zza niej słychać było głosy. I to znajome głosy, lecz nie potrafiłem ich dopasować do osoby. Podszedłem bliżej. Skrzywiłem się, kiedy do moich uszu dotarł dźwięk szeleszczących pod moimi stopami liści. Nie zatrzymałem się jednak. Brnąłem dalej aż w końcu zobaczyłem niecodzienny widok. I absolutnie nie tego się spodziewałem.
    Za bramą stała Becky obejmująca Wampira. A obok niej wpatrująca się we mnie Alice. Nie wiedziałem, co robić. W pierwszym odruchu zamierzałem rzucić się na Pijawkę, lecz zrezygnowałem z tego zamiaru. Nie miałem pewności, dlaczego. Może nie chciałem skrzywdzić Becky albo Alice a przy ataku mógłbym to zrobić? Zrobiłem więc najbardziej tchórzowską rzecz na świecie. Po prostu uciekłem.

~~ Becky ~~

    - Chris! - krzyknęłam za nim, lecz chyba już mnie nie usłyszał. Był za daleko. Przeraziłam się. A co, jeżeli powie wszystkim o mnie i Louisie? Oczywiście sama chciałam to zrobić, ale w odpowiednim momencie. A ten na pewno się do takich nie zaliczał. - Musimy iść. Muszę go dogonić zanim... - Nie dokończyłam. Przez gardło nie chciało mi przejść to, że Chris mógłby nas zdradzić.
    - Pójdę z tobą - zaofiarował chłopak. Spojrzałam na niego z uczuciem.
    - Kochanie, doceniam bardzo twoją propozycję, ale to pogorszyłoby jeszcze sprawę. Muszę sama z nim porozmawiać, wyjaśnić. Może uda mi się go przekonać...
    - Chodźmy, zanim będzie za późno! - ponagliła mnie Alice. Pocałowałam więc Louisa na pożegnanie i pognałam w kierunku, w którym zniknął Chris. A pobiegł do internatu.
    Kiedy wpadłyśmy do salonu, on właśnie podchodził do Damiena, Shane'a, Chloe, Belli i reszty naszych wspólnych znajomych. Podeszłam do niego i położyłam mu rękę na ramieniu. Odwrócił się w moją stronę. W jego spojrzeniu poczułam ból. Ogromny ból i poczucie zdrady.
    - Proszę cię - szepnęłam. Oczywiście zwróciliśmy uwagę naszych przyjaciół, ale nie obchodziło mnie to.
    - Czego ode mnie chcesz? - zawołał nieco zbyt głośno, bo kilka osób spoza naszej grupy, odwróciło na nas swój karcący wzrok.
    - Ja... Wiem, co widziałeś. Wiem, że widziałeś nas razem i wiem, że ci to z pewnością nie odpowiada, ale musisz wiedzieć... On się zmienił, Chris. Wiem, że myślisz, że wszystkie Wampiry są złe i wcale ci się nie dziwię, po tym co przeszedłeś... Ale naprawdę nie każdy jest taki jak wszyscy inni... Spójrz na mnie! - krzyknęłam na chłopaka, ponieważ uparcie spoglądał gdzieś poza moim ramieniem. Kiedy go zmusiłam do tego, by nasze oczy się skrzyżowały, dostrzegłam, że wcale nie chciał wyjawić wszystkim mojego sekretu. Chciał go zatrzymać dla siebie, choć nie miałam bladego pojęcia, dlaczego. To ja sama się zdekonspirowałam. Swoje wielkie z przerażenia oczy skierowałam w dół. Nie miałam pojęcia, co ze sobą zrobić. Pragnęłam zapaść się pod ziemię, by nie móc patrzeć na te zaciekawione spojrzenia kierowane w moją stronę.
    - O czym ty mówisz? - zapytał Damien, spoglądając to na mnie to na swojego przyjaciela. Kątem oka dostrzegłam, że tylko Chloe i Shane siedzieli spokojnie, jakby od początku wiedzieli o wszystkim. No tak, zapomniałam, że przybyli do nas z przyszłości...
    Poczułam, jak dłoń Alice zaciska się na mojej ręce. To dodało mi odrobinę otuchy. Uśmiechnęłam się do niej serdecznie i wzięłam głęboki wdech. Zaczęłam opowiadać im o Louisie. O tym, jak się spotkaliśmy pierwszy raz, jak się poznawaliśmy, jak dostrzegłam w nim mnóstwo dobra, jak współpracował z Liamem. Nikt mi nie przeszkadzał. Widziałam tylko różne emocje malujące się na ich twarzach. Niedowierzanie, złość, bezradność, frustracja...
    - Prue wiedziała - dodałam na koniec, patrząc prosto na Chrisa, który siedział przygarbiony na fotelu. - Domyśliła się niedawno. I całkowicie mnie poparła. Wiesz dlaczego? Bo wierzyła w prawdziwą miłość, w prawdziwą przyjaźń, w to, że człowiek, nawet Wampir, może się zmienić. A wszystko dzięki temu, że poznała wcześniej Liama. To on zapoczątkował tę przyjaźń, którą mam zamiar kontynuować. I nikt mi w tym nie przeszkodzi, bo kocham Louisa i zrobię to, co podyktuje mi serce. A wy zaakceptujecie ten związek, nie będziecie mieli wyboru! - Postawiłam sprawę jasno. Nie byłam pewna, czy nie zakończyłam zbyt ostro. Chciałam, by wiedzieli, że ten chłopak jest dla mnie bardzo ważny.
    Pierwszy wstał Damien. Spojrzał na mnie z wyrzutem i, nic nie mówiąc, opuścił salon. Serce mi się ściskało, widząc jak odchodzi. Ale to było nic, ponieważ potem podniósł się Filip. Z jego oczy nie potrafiłam nic wyczytać.
    - Braciszku... - zaczęłam, ale nie wiedziałam, co powiedzieć. Chłopak pokręcił głową.
    - Przepraszam, to dla mnie zbyt dużo - powiedział tylko. I on również mnie zostawił. Łzy zakręciły mi się w oczach. Przesłoniły mi widok, więc tylko dzięki słuchowi zdołałam dostrzec, że Shane i Chloe również wstali. Podeszli do mnie i stanęli naprzeciwko.
    - Musisz dać im czas. Pogodzą się z tym faktem i zaakceptują wszystko takim, jakie jest - odezwała się Chloe. - Wiem, co mówię - dodała ciszej a potem mnie przytuliła.

~~ Tom ~~

    Szedłem właśnie na zajęcia. Był pochmurny poranek; ciemne i gęste chmury przesłoniły dotąd wszędobylskie słońce. Pogoda jak zwykle odzwierciedlała nasze uczucia. Od kilkudziesięciu godzin cała szkoła była zdruzgotana, zmiażdżona wręcz śmiercią Prue. A burzowe chmury tylko zapowiadały, że już niedługo i one dołączą do jej rodziny i przyjaciół, by móc ją opłakiwać w ciszy i spokoju.
    Miałem właśnie skręcić w kierunku szkoły, kiedy usłyszałem za sobą wołanie. Odwróciłem się, by zobaczyć, kto krzyczał. Kiedy ją dostrzegłem, biegnącą w moim kierunku, nie mogłem uwierzyć.
    - Tom! Jak się cieszę, że cię widzę! Nie będę musiała cię szukać! - Wyrzuciła z siebie na jednym wydechu. Stanąwszy obok mnie złapała się za pierś i pochyliła się do przodu, by złapać oddech. - Matko! Ale się zmachałam - sapnęła.
    - Co ty tu robisz? - zawołałem. Rozejrzałem się dokoła. Pierwsze ciekawskie spojrzenia już na nas padły.
    - Jak to co? - obruszyła się. - Jak tylko dowiedziałam się, co się stało, od razu przyjechałam!
    Przyjrzałem się jej uważnie. Jasne, blond włosy rozwiał wiatr, rozrzucając je po całej okrągłej twarzy. Błyszczące oczy spoglądały na mnie. Zobaczyłem w nich ból, żal, ale i smutek orz zdeterminowanie. Od razu domyśliłem się, że wiedziała.
    - To nie był najlepszy pomysł - odezwałem się po chwili. - Nie powinno cię tu być!
    - Nie cieszysz się, że przyjechałam? - zapytała z wyrzutem. - Z resztą, to bez znaczenia! Jak mogłeś do mnie nie zadzwonić i nie powiedzieć mi co stało się z Prue? - zawołała. Zamachnęła się torebką i uderzyła mnie raz w ramię.
    - Rose, ja... Przepraszam - powiedziałem tylko, podszedłem do niej bliżej i przytuliłem  ją. A ogromny kokon złośliwości i siły pękł, ukazując bezsilność dziewczyny. Wypłakiwała się w moje ramię. Głaskałem ją delikatnie po plecach, które drżały. Pragnąłem coś dla niej zrobić, lecz nie widziałem nic, co mogłoby jej w tej chwili pomóc.
    Staliśmy tak dobrych kilka minut, dopóki Rose się nie uspokoiła. Wtedy wyciągnęła z torebki chusteczki, wydmuchała nos oraz wytarła oczy pozostałości łez. Chwyciłem ją za rękę, ponieważ chciałem z nią porozmawiać w  jakimś ustronnym miejscu. Pociągnąłem ją za sobą. Nie uszliśmy daleko. Po kilku krokach, zatrzymał nas niski głos naszego nowego dyrektora.
    - Tom, dlaczego nie jesteś na zajęciach? Zaczęły się pięć minut temu - odezwał się spokojnie. Odwróciliśmy się w jego stronę, a kiedy Rose zobaczyła Dereka, zachłysnęła się. - Kim jest ta młoda dama, która ci towarzyszy? - dodał, obrzucając ją badawczym spojrzeniem.
    - To jest Rose, przyjaciółka Prue, znały się jeszcze w Londynie... - wyjaśniłem od razu. - Rosie to jest nasz nowy dyrektor oraz ojciec Prue i Davida, Derek Carter - przedstawiłem. Dziewczyna z niedowierzaniem kręciła głową.
    - To niemożliwe - szepnęła, patrząc na twarz mężczyzny. - Prue zawsze opowiadała o panu jakby pani nie żył. Z resztą... Kurcze, jest pan tak podobny do Davida! - Załkała. Objąłem ją ramieniem, a moje spojrzenie bacznie obserwowało dyrektora. Na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że wzmianka o jego dzieciach nie zrobiła na nim żadnego znaczenia. Lecz gdzieś tam, w środku, serce ogromnie go bolało. Widziałem to w jego zaciśniętych wąsko ustach oraz pięściach.
    - Prue odnalazła go, zanim... No wiesz - rzekłem cicho. - Później ci to wytłumaczę - dodałem po chwili.
    - Tom, czy mógłbym zamienić z tobą dwa słowa? - zapytał uprzejmie Derek.
    - Oczywiście - odpowiedziałem od razu i odszedłem z nim na stronę. - Jeśli chodzi o jej przyjazd, ja naprawdę nie wiedziałem, że...
    - Jasne, przecież wiem. Martwi mnie jednak inna kwestia. Chodzi o to... Czy ona wie o nas? - Doraźnie zaakcentował ostatnie słowo.
    - Nie, oczywiście, że nie. Wszyscy staraliśmy się, by się przy niej nie wydać. - Zawahałem się na moment. - Ale wydaje mi się, że... Powinna wiedzieć. Bardzo kochała pańską córkę. Ma prawo dowiedzieć się, jak zginęła - wyrzuciłem w końcu z siebie to, co gryzło mnie od kilku minut.
    W pierwszym odruchu dyrektor zapewne od razu chciał wybić mi ten pomysł z głowy, lecz zastanowił się. I kiedy już myślałem, że w ogóle się nie odezwie, szepnął.
    - Może i masz rację - westchnął cicho. - Tylko... Czy udźwignie nasz sekret? Czy zdoła w to wszystko uwierzyć?
    - Tego się właśnie obawiam. Że jak tylko jej powiem, odwróci się ode mnie, wsiądzie w pierwszy pociąg i nigdy nie wróci - powiedziałem, spuszczając nisko głowę.

~~ Rose ~~

    Tom zrezygnował z zajęć. Sądziłam, że będzie miał przeze mnie kłopoty, lecz dyrektor tylko się uśmiechnął i odszedł. Nadal nie potrafiłam uwierzyć w to, że właśnie poznałam ojca mojej najlepszej przyjaciółki. Nadal nie mogłam uwierzyć w to, że moja najlepsza przyjaciółka nie żyje! Kiedy znów o tym pomyślałam, łzy ciurkiem wypłynęły z moich oczu, a Tom przytulił mnie mocno. Cicho zaproponował, że zaprowadzi mnie do niej. Bardzo tego chciałam. Zobaczyć ją ostatni raz.
    Leżała taka spokojna, odstrojona jak nigdy dotąd w ciemną suknię. Włosy miała idealnie ułożone; spływały jej delikatnymi falami na ramiona. U nasady dostrzegłam jaśniejsze odrosty. Już od bardzo dawna malowała je. Nigdy nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego to robiła. Miała przecież śliczne, ciemnoblond włosy.
    Na pożegnanie pocałowałam ją delikatnie w chłodny policzek. Pojedyncza łza została na jej skórze, by później spłynąć do warg i w nich zniknąć. Tom, który do tej pory trzymał się z tyłu, podszedł do mnie i wyprowadził z pomieszczenia. Obejmując mnie ramieniem, poprowadził do stajni. Tam, wśród koni usiedliśmy i mogliśmy poważnie porozmawiać. Pierwszą kwestią, która nie dawała mi spokoju, odkąd dowiedziałam się o śmierci Pure, było to, jak to się wszystko wydarzyło.
    - Jak to się stało? - szepnęłam, opierając głowę na jego ciepłym ramieniu. - To straszne. Najpierw David a potem, pół roku później ona... Ich matka chyba tego już nie przeżyje... Pamiętam, jak bardzo bolała ją strata syna. Powiedz mi, jak do tego doszło! - Spojrzałam na niego, uważnie mu się przyglądając. Na czole pojawiły się zmarszczki, które mnie zaniepokoiły. Walczył ze sobą, nie wiedział, czy powiedzieć mi prawdę. - Chcę znać wszystko. Nie ukrywaj niczego przede mną - poprosiłam.
    - Ona... Została zaatakowana - odezwał się. Ledwie go słyszałam.
    - Przez kogo? - zawołałam. Nie mogłam uwierzyć, że w tak dobrej szkole mogło wydarzyć się tyle nieszczęść.
    - To był ten sam człowiek, który zabił Davida... - powiedział. Patrzył przez siebie na ogrodzenie oraz snopek siana, który pod nim leżał.
    - Dlaczego zabił ich oboje? - Chciałam wiedzieć.
    - Ponieważ Derek kiedyś zabił jego ojca - wyznał.
    - To jakaś mafia? - powiedziałam pierwsze, co mi przyszło do głowy. Tylko takie, racjonalne wytłumaczenie przychodziło mi na myśl.
    - Niezupełnie, ale można to tak nazwać. Chciał się zemścić na ich rodzinie za to, że odebrano mu ojca... To bardziej zagmatwane niż można by przypuszczać - westchnął przeciągle. Zastanawiał się chwilę. Nie przeszkadzałam mu, bo widziałam, że to dla niego trudne. - Ufasz mi? - zapytał po jakimś czasie z nowym błyskiem w oku.
    - Taak - odpowiedziałam, przeciągając samogłoskę, niepewna, czego mam się spodziewać po chłopaku.
    - Chciałbym ci coś powiedzieć o sobie... Coś bardzo ważnego... Mam nadzieję, że mnie zrozumiesz... Albo przynajmniej postarasz się to zrobić...
    - Powiesz mi wreszcie? - zapytałam niemało już zaciekawiona ale i przestraszona. Chłopak stanął przede mną, zacisnął dłonie w pięści, przymknął oczy.
    - Jestem Zmiennokształtnym - szepnął skupiony.
    Na początku go nie zrozumiałam. Uniosłam brwi do góry, zaintrygowana bełkotem, który usłyszałam z jego ust. Kiedy powtórzył słowa już trochę raźniej, uśmiechnęłam się pobłażliwie. Chciałam do niego podejść i oznajmić, żeby przestał się wygłupiać, bo to nie moment na to, z tego gardła wydobył się dziwny dźwięk podobny do warknięcia wściekłego psa. Potem znów powtórzył, że był Zmiennokształtnym.
    - Kim? - Głos zadrżał mi z przerażenia.
    - Takim jakby Wilkołakiem z super mocami. Trochę jak z komiksu czy filmu fantasy. Chociaż jako zwierzę wyglądam ładniej - dodał. W głowie mi się nie mieściło to, co słyszałam. Mój chłopak był czymś... Czymś, o czym normalni ludzie wiedzą tylko z legend i powieści. Do tego ściągał z siebie wszystkie swoje ciuchy. Odwróciłam wzrok, choć kątem oka nadal go obserwowałam.
    - Tom, ja nie wiem... - Chciałam coś powiedzieć, lecz niby co? Nic racjonalnego nie przychodziło mi na myśl. Na moich oczach własnie przemieniał się w to coś...
    Po chwili stał przede mną wysoki na łapach lew z ogromną złotą grzywą wokół głowy. Zamerdał długim ogonem zakończonym pędzlem, potrząsnął ogromnym łbem. A w następnym momencie znów stał przede mną nagi Tom. Kiedy założył ubrania, podszedł do mnie, ukucnął naprzeciwko.
    - Proszę, nie bój się mnie. Mówiłaś, że mi ufasz... - zaczął.
    - Ale wtedy nie wiedziałam, kim jesteś, do cholery! - zawołałam, wyrażając tym całą swoją obawę, złość, przerażenie. - Co, może mi jeszcze powiesz, że Prue i cała reszta też taka jest, co? - Zaśmiałam się, lecz kiedy dostrzegłam jego grymas na twarzy, zrozumiałam, że trafiłam w dziesiątkę. - To niemożliwe... - szepnęłam, kręcąc głową. Wstałam i opuściłam stajnię. Próbował mnie zatrzymać, ale odepchnęłam jego rękę. - Zostaw mnie! Daj  mi święty spokój! - krzyknęłam, ledwo powstrzymując łzy. Pobiegłam przed siebie. Nie znałam dokładnie całego terenu, więc nie zdziwiłam się, że Tom raz dwa mnie dogonił.
    - Rose, przepraszam! - zawołał przerażony. Głos mu w pewnym momencie zadrżał. Stał nawet kilka kroków ode mnie; nie próbował już podejść bliżej. - Proszę, tylko nie płacz - szepnął. - Nie warto... Myślałem... Łudziłem się, że dasz radę to znieść. Prue w ciebie wierzyła. Miała nadzieję, że dowiesz się o nas dzięki naszej miłości. Ponieważ musisz wiedzieć, że tylko w takich wypadkach można komuś zdradzić naszą tajemnicę. Bardzo chciałem, żebyś wiedziała, ale bałem się o to, jak zareagujesz...
    - Tom - przerwałam mu. Spojrzał na mnie, w mgnieniu oka przestając mówić. - Muszę to przemyśleć. Potrzebuję czasu - szepnęłam. - Zadzwonię.
    Po tych słowach odwróciłam się od niego i odeszłam w kierunku bramy, którą w końcu dostrzegłam wśród drzew. Nie zerknęłam więcej na chłopaka. Czułam, że jeśli bym to zrobiła, przepadłabym.
~~*~~*~~*~~*~~

    Hej, jak tam wrażenia? Kurczę, znowu miałam świetny pomysł na końcową scenę i mam wrażenie, że ją kompletnie zawaliłam :/ No nic, może uda mi się coś z czasem w niej poprawić ;)
    A teraz opowiadajcie, jak tam wakacje? Ciepło, zimno? Pada czy raczej słońce? U mnie chłodno, choć w dzień na szczęście jest słoneczko ;)

piątek, 1 maja 2015

*EPILOG*

Notka dla wszystkich, którzy tutaj zaglądają, czytają, komentują, po prostu są ze mną ;) Strasznie dziękuję, za tą obecność przez te dwie części. To dla mnie bardzo ważne <3 Mam nadzieję, że wytrzymacie jeszcze do końca trzeciej? ;) 


"Śmierć to śmierć. Przestaje się żyć i umiera. Śmierć, czyli koniec wszystkiego. Człowiek przenosi się na tamten świat. Albo też pogrąża się w ostatecznym zapomnieniu, zależy, w co kto wierzy." - John Flanagan


~~*~~*~~*~~*~~

~~ Liam ~~

    Na miejscu pojawiłem się w momencie, gdy rozpętała się walka. Uważając, by nie oberwać, zacząłem przemieszczać się w stronę największego piekła. Cały czas rozglądałem się w poszukiwaniu jedynej interesującej mnie osoby. Prue. Gdzie jest Prue?
    Zauważyłem ją w tym całym zamieszaniu dopiero po jakimś czasie. Do tej pory powaliłem dwóch Wampirów - dawniej moich znajomych, dzisiaj wrogów. Nie byłem pewien, czy nie żyją, nie miałem czasu, by zatrzymać się przy nich o sekundę dłużej i to sprawdzić. Pędziłem dalej, przed siebie.
    Dotarłem do niej w momencie, gdy krzyczała coś, wpatrując się w dobrze znaną mi osobę. Harry Styles - najbardziej znienawidzony przeze mnie Wampir, jaki kiedykolwiek chodził po świecie. Widziałem malujący się na jego ustach uśmiech, szyderczo pokazywał swoje kły. Był niesamowicie pewny siebie i to mnie przerażało. Bałem się, że mimo wszystko, nie ujdziemy z tego starcia z życiem. A jednak byłem zdolny zaryzykować, byleby tylko ją uratować. Dla mnie była najważniejsza.
    Stanąłem między nimi w chwili, gdy miały paść pierwsze strzały.
    - Liam! - zawołała zza moich pleców Prue. - Co ty do jasnej cholery robisz? To jest moja wojna! Nie pozwalam ci się do niej wtrącać! - krzyczała, szarpiąc mnie za ramię. Nie zrobiło to na mnie wrażenia. Stałem uparcie w miejscu, wpatrując się w lodowate spojrzenie martwych oczu Stylesa.
    - Pożałujesz, że się w to wmieszałeś - syknął cicho, lecz usłyszałem do doskonale; dokładnie tak, jakby te słowa wykrzyczał.
    - Przekonamy się - odparłem, zaciskając ręce w pięści. Wiedziałem, że był ode mnie silniejszy. W końcu był Wampirem czystej krwi, mnie natomiast zmienił w niego, więc nie posiadałem tej naturalnej krzepy co on. Mimo to nie wycofałem się. Wręcz przeciwnie, przygotowałem się do ataku. Pochyliłem się delikatnie do przodu, obnażyłem zęby. A Styles po prostu stał i się uśmiechał, spoglądając mi w oczy, jakby chciał przewiercić moją duszę na wylot.
    Przejrzałem jego plan ułamek sekundy wcześniej, niż zaczął go wprowadzać w życie. Ten jeden, jedyny raz zerknął na Prue, która milimetr po milimetrze, delikatnie wychodziła zza moich pleców. I już wiedziałem, że to nie mnie miał pierwszego zaatakować tylko dziewczynę. Warknąłem złowrogo i, gdy wypuścił pierwszą kulę energii w naszą stronę, popchnąłem z całej siły Prue w bok. Odleciała dobrych kilka metrów dalej, zatrzymując się na drzewie. Uderzyła w nie z głuchym jęknięciem a potem opadła bezwładnie na ziemię. Amunicja Stylesa minęła mnie o milimetry. Nie dał się zaskoczyć. Już po chwili w moją stronę leciała kolejna kula energii. Rozzłoszczony tym, że pomieszałem mu szyki, zaczął się przemieszczać. Doskonale wiedziałem, dokąd chciał się udać. Pragnął wykończyć Prue, która nadal leżała na ziemi, nie okazując żadnych znaków życia. W którymś momencie doleciał do mnie zapach jej krwi. Bałem się, że zrobiłem jej krzywdę, chcąc ją ratować przed Stylesem. Jedyne, co teraz mogłem zrobić, to utrzymać go jak najdalej od dziewczyny, by ta mogła się pozbierać.
    - Jesteś żałosny - odparł pogardliwie. - Zawsze byłeś.
    - Na pewno nie tak bardzo jak ty - warknąłem, posyłając w jego kierunku kolejny pocisk. Zawczasu wytworzył tarczę, więc kula odbiła się od niej, tracąc swoją moc i znikając w powietrzu. Mogliśmy się tak bawić całymi godzinami, bo Styles nie pragnął mnie zabić. Przynajmniej nie teraz. Jego priorytet stanowiła Prue.
    Zaśmiał się szyderczo, wytwarzając i rzucając we mnie po kolei dwie kule, jedną większą od drugiej. Jednej uniknąłem, robiąc krok w bok, drugą natomiast wziąłem na swoją tarczę ochronną. Zachwiałem się pod siłą, z jaką pocisk we mnie uderzył. Nie przewróciłem się jednak, utrzymałem się na nogach.
    Niestety, Styles potrafił wykorzystać każdą sytuację, zwłaszcza, jeśli zwiastowała jego zwycięstwo. Już po chwili, gdy nie byłem jeszcze całkowicie gotowy na przyjęcie nowych amunicji, wystrzelił w moją stronę kolejne trzy kule. Jedna ominęła mnie. Jednak już druga i trzecia trafiły po kolei w moją klatkę piersiową. Otworzyłem szeroko oczy, niedowierzając w to, co się stało. Przez moment stałem jeszcze, lecz w ułamku sekundy nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Powieki opadły na oczy. Gruchnąłem bezwładnie na ziemię. Ostatnie, co usłyszałem to przerażający wrzask, który sprawił, że się uśmiechnąłem. Moja śmierć może nie pójdzie na marne. Gdy pomyślałem o Prue, zasnąłem z błąkającym uśmiechem na moich ustach. W końcu zasnąłem wiecznym snem. W końcu byłem spokojny.

~~ Prue ~~

    Głowa bolała mnie niemiłosiernie. Gdy podnosiłam się z ziemi, zakołowało mi się w niej i o mało co, znów się nie przewróciłam. Na szczęście podparłam się o drzewo i stanęłam na własnych nogach gotowa zmierzyć się z wszystkimi przeciwnościami, jakie na mnie czekały. Oprócz tej jednej, która mnie zaskoczyła.
     Podniósłszy wzrok, myślałam, że ujrzę nadal ze sobą walczące dwa Wampiry. Myliłam się. Widok, jaki zastałam, zmroził mi krew w żyłach i wydarł z gardła przeraźliwy krzyk. Zobaczyłam Liama opadającego na ziemię z osmoloną klatką piersiową - jedynym dowodem zbrodni. Gdy spojrzałam w oczy Stylesa, wiedziałam, że chłopak już nie żyje. Z moich oczu popłynęły łzy, które na ułamek sekundy przesłoniły mi widok na wszystko wokół. Zdałam sobie sprawę, że, gdy nie będę nic widziała, nie obronię się. Otarłam więc łzy z policzków i, nie oglądając się na leżącego Liama, podeszłam do Harry'ego.
    Pragnęłam jego śmierci. Chciałam, by poczuł to, co mój brat czy Liam, gdy ich mordował. Pragnęłam patrzeć na jego wykrzywione w grymas usta, z których powoli ciekła krew, plamiąc białą koszulkę szkarłatem. Uśmiechnęłam się do swoich myśli i spojrzałam prosto w jego szaleńcze oczy. W nich również widziałam rządzę mordu.
    Szykując się do ostatniego starcia, kątem oka zerknęłam w stronę przyjaciół, którzy walczyli za daleko mnie, by móc zainterweniować. Przynajmniej już nikt się nie wtrąci między mnie a jego. Byłam jedynie zła na siebie, bo przeze mnie oni znowu zmuszeni byli do walki z Wampirami. Nie widziałam jednak innego wyjścia.
    Mimo tego, że czułam, że wyjdą z tego cało, bałam się o nich. Bardziej niż o siebie, choć to ja miałam za chwilę umrzeć. Zdawałam sobie sprawę, że nie dam rady pokonać Stylesa. Jedyne, co mogłam zrobić, to pociągnąć go za sobą do grobu.
    To dziwne i pocieszające, że przed śmiercią niewiele się czuje. Tylko przyjemną pustkę, której nie chce się zapełnić.
    Zamierzałam atakować do utraty sił. Postanowiłam sobie kiedyś, że pomszczę śmierć brata i odnajdę ojca. Tata znaleziony, teraz tylko wystarczy zrobić wszystko, by pozbyć się Stylesa.
    Zaczerpnęłam głośno powietrza i wyrzuciłam przed siebie ręce. Styles wiedział, co chciałam zrobić i dlatego wytworzył tarczę, przez którą moja moc nie miała jak się przedostać. Spróbowałam jeszcze raz i jeszcze jeden. Nic. Wampir uśmiechał się głupkowato i niby od niechcenia sięgnął do pasa. W ułamku sekundy zauważyłam najpierw błysk ostrza, potem swoją jedyną szansę. Ostatni raz wyrzuciłam ręce w górę, bo, kiedy chłopak sięgnął po nóż, jego tarcza osłabła, nie widziałam tego, ale wyczułam. W tej samej chwili, w której użyłam swojej mocy, Harry rzucił we mnie nożem. Na początku nie poczułam nic. Potem, gdy moja moc ugodziła w jego klatkę piersiową, wszystko zamarło. Wampir rozleciał się na miliony kawałeczków, które na koniec zamieniły się w popiół. Ci, którzy zauważyli moje zwycięstwo, ryknęli z radości. Dodałam im tym aktem otuchy i nowej siły. Zobaczyłam, jak wiele Wampirów ginie, nie wiedząc, co zrobić po stracie przywódcy. Niektórzy zdążyli uciec, ale nie wiem, ilu ich było.
    Wszystko to zadziało się w ciągu sekundy, może dwóch. W ciągu następnej, zorientowałam się, że oberwałam. Ciepła krew spływała mi po brzuchu, już nie chcąc wsiąkać w bluzkę, która była już całkiem mokra i czerwona. Spojrzałam w dół z uśmiechem na twarzy. Dojrzałam wystającą z mojego brzucha rękojeść noża. Sięgnęłam prawą ręką i ostatkiem sił, wyciągnęłam je z ciała. Upadło z cichym brzdękiem na kamień.
    Jeśli to jest umieranie, to mogłabym umierać codziennie - zaśmiałam się w myślach. Nie czułam bólu, nie czułam strachu. Byłam wolna. Nareszcie wolna.
    Upadłam i już nie wstałam.
    - Dzień dobry, braciszku - szepnęłam, uśmiechając się do niego.

~~*~~*~~*~~*~~

    Hejka, jak tam majówka? Nie za fajna pogoda u mnie :/ Ale na szczęście jest epilog :D Jak Wam się podobał? Jak myślicie, co będzie dalej? ;) Chcecie trzecią cześć? ;) Piszcie, im więcej Was, tym większy uśmiech na mojej twarzy i więcej determinacji do pisania i zaskakiwania Was :D Jestem ciekawa wszystkiego, co myślicie, naprawdę ;)
    Jeśli są ze mną jacyś maturzyści, a podejrzewam, że są :D To życzę Wam powodzenia na maturze! <3 Oby te trzy czy cztery lata nie poszły na marne :D