Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fire. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fire. Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 stycznia 2016

Epilog

Notka z dedykacją dla wszystkich, którzy przeczytali choć jeden post, skomentowali choć jednym komentarzem. Ale najbardziej dla tych najwytrwalszych <3

Jeżeli przeczytałeś, skomentuj. Dla Ciebie to tylko chwilka, dla mnie to ogromna radość i wiadomość o tym, ilu Was tak naprawdę jest <3


"Skoro nie można się cofnąć, trzeba znaleźć najlepszy sposób, by 
pójść naprzód." – Paulo Coelho


~~*~~*~~*~~*~~


~~ Bella ~~

Niestety, czas wolny się skończył i czas było wracać do szkoły. Chyba nikomu się to nie uśmiechało, zwłaszcza po tak cudownie spędzonym czasie. Wraz z Alexem i naszymi najbliższymi rodzinami świętowaliśmy Boże Narodzenie. Było fantastycznie. Atmosfera cały czas utrzymywała się na poziomie świątecznego podekscytowania, miłości i radości. Nikt z nikim się nie kłócił. No może z wyjątkiem mnie i Alexa, kiedy chłopak czymś mnie bardzo zdenerwował. Wtedy musiał dostać za swoje. Lecz poza tym? Pierwszy raz od dawna, czułam, że tak powinno być zawsze, nie tylko od święta.
Później spotkaliśmy się w szerszym gronie, bo Prue zaprosiła nas na sylwestra. I wtedy również wszystko odbywało się jak należy. Wybawiliśmy się, pośmialiśmy się, po prostu pobyliśmy razem ze znajomymi. Poznałam również kilka wspaniałych osób z Londynu. Oczywiście, korzystając z okazji, obejrzałam również to fantastyczne miasto. Razem z Prue poszłyśmy następnego dnia na spacer, a dziewczyna pokazywała mi co ciekawsze miejsca. Nawet nie wiedziałam, że moja przyjaciółka mieszkała wśród tylu intrygujących rzeczy. Mnóstwo kin, teatrów, sklepy na każdej ulicy, przytulne kawiarenki, hałaśliwe bary. Zupełnie inaczej, niż w mojej dzielnicy. Tam było spokojnie, a tutaj? Wielki świat w jednym miejscu.
Ale wszystko to się skończyło. Przerwa świąteczna dobiegła końca, więc wsiedliśmy do pociągu i ruszyliśmy na północ.
Siedzieliśmy wspólnie w przedziale. Ja razem z Alexem przy oknie, naprzeciwko nas Prue i Chris, których trudno było ostatnio rozdzielić. Trudno się dziwić, po tym, co się stało, sama nie chciałabym opuszczać ani na krok mojego chłopaka. Obok nas zajęła miejsce Becky i Jen oraz Tom, a obok przytulającej się pary, kolejna: Alice i Damien.
– Oddaj mi to, Damien, cholera! – wołała co jakiś czas do chłopaka, który trzymał w ręce zdjęcie z portfela Becky.
Damien jak zwykle opowiadał jakieś żarciki, z których dziewczyny się śmiały. Czasem im dokuczał, coś zabrał, byleby było śmiesznie. Alice próbowała go jakoś powstrzymać, ale nieudolnie. Za bardzo jej się to podobało, by zakazać mu to robić. Tom natomiast siedział w kącie i próbował skupić się na czytaniu jakiejś książki, ale wątpiłam, by w takim hałasie udało mu się cokolwiek zrozumieć. Chociaż, z jego fotograficzną pamięcią nigdy nic nie wiadomo. 
Ukradkiem przyglądałam się Prue i Chrisowi. Szeptali coś sobie do uszu. Przytuleni, czasami się pocałowali, czasem po prostu spoglądali sobie czule w oczy. Wyglądali razem wspaniale. Wiedziałam, że za kilkadziesiąt lat wszystko się zmieni, ale oni nadal będą w sobie tak samo zakochani w sobie jak teraz. A może nawet jeszcze bardziej.
I jak to w takich momentach bywa, nawiedziła mnie wizja. Cały obraz stał się czarno-biały, w ciemnej ramce.
Pierwsze, co zobaczyłam urząd, ubranych odświętnie ludzi a w centrum uwagi stała jedna para. Becky i Louis przysięgali sobie miłość, wierność i uczciwość małżeńską, a ich najbliżsi towarzyszyli im w tym ważnym dla nich dniu. Uśmiechnęłam się sama do siebie, czując ich szczęście.
Potem nastąpiła mgła i po chwili pojawiła się kolejna wizja. Na początku delikatnie się wystraszyłam, ponieważ nigdy nie miałam jednego widzenia za drugim. Uspokoiłam się, dopiero kiedy ujrzałam gorące słońce, nagrzaną plażę, wysokie palmy a w ich cieniu łuk udekorowany zielonym pnączem i białymi kwiatami. Do łuku prowadził biały dywan obsypany czerwonymi płatkami róż. Po jednej i po drugiej stronie w równych odległościach stały krzesła. Miejsce zapełniało się ludźmi, którzy rozmawiali ze sobą z przejęciem i podekscytowaniem. Zauważyłam Becky pod rękę z Louisem.
– Chodźmy, bo zajmą nam wszystkie najlepsze miejsca – pośpieszyła męża brunetka. Przed nimi dreptał mały chłopczyk w ciemnych loczkach.
Chloe ma mieć brata? Zastanawiałam się nad tym chwilę, nie na tyle długo jednak, by się upewnić. Moją uwagę przykuło coś innego. Kiedy wszyscy zajęli swoje miejsca, ostatnie szepty ucichły, gdzieś z boku delikatnie zaczęła grać muzyka. Wszyscy jak na komendę wstali i odwrócili się do tyłu. Również to zrobiłam, by nie być jedyną.
Na początku jej nie poznałam. Włosy lekkimi falami spływały jej na ramiona, cudowny makijaż podkreślał jej urodę. Biała sukienka opływała idealne wręcz ciało dziewczyny, a w biżuterii odbijały się promienie słoneczne. W dłoniach niosła malutki bukiecik a obok niej szedł jej wymarzony, trzymając ją pod rękę. Prue i Chris w dniu swojego ślubu wyglądali jak miliarderzy z najromantyczniejszego filmu, jaki kiedykolwiek powstał w Hollywood.
Wolnym krokiem podeszli do ojca dziewczyny, który podczas przemarszu zdążył stanąć pod łukiem. To on, wedle tradycji Zmiennokształtnych miał udzielić im ślubu.
Kiedy stanęli już obok niego, muzyka ucichła a goście usiedli z powrotem na swoich miejscach. Każdy podziwiał wystrój miejsca, skrojony garnitur pana młodego a przede wszystkim sukienkę panny młodej. Bez ramiączek, gorset z delikatnej koronki a reszta luzem puszczona aż do ziemi. Dodatkowo zawiązana biała wstążeczka ukazywała jej talię.
– Witam was, moi drodzy najbliżsi przyjaciele i rodzina tej oto pary młodej. Zebraliśmy się dzisiaj tutaj, by połączyć tych dwoje węzłem małżeńskim – rozpoczął Derek Carter. Wiele mówił tego dnia, dużo informacji wleciało mi jednym a wyleciało drugim uchem. Zafascynowana całą sytuacją nie potrafiłam się skupić, choć bardzo chciałam, ponieważ tradycyjne śluby Zmiennokształtnych zdarzają się niezwykle rzadko, ponieważ wielu młodych w tych czasach decyduje się na świecki ślub a nie zawierzenie swojego prywatnego życia Nyks. A jest to piękna ceremonia.
Małżonkowie przed ślubem powinni przyszykować sobie przysięgę, którą wypowiedzą swojej drugiej połówce tego dnia. Zwykle to są piękne słowa o miłości, o tym, żeby trwać przy sobie na dobre i na złe aż do końca, o wierności i uczciwości. I tym razem młoda para zadziwiła wszystkich zebranych.
– Obiecuję cię kochać aż po kres swojego życia i o jeden dzień dłużej – wypowiedział Chris, trzymając delikatnie dłoń dziewczyny i spoglądając jej prosto w oczy.
– Obiecuję już nigdy cię nie zostawić aż do końca mojego życia i o jeden dzień dłużej – zawtórowała mu Prue. Łzy wzruszenia pojawiły mi się pod powiekami. To było coś oryginalnego i cudownego jednocześnie. Zwykłe słowa, dla nich na pewno wiele znaczą.
Na koniec wymienili się złotymi obrączkami i pocałowali namiętnie. Kiedyś zamiast obrączek były to ręcznie robione naszyjniki, ale okazało się, że niektóre z nich za bardzo rzucały się w oczy i niewygodnie się je nosiło. Obrączki były standardową formą, która identyfikowała małżonków wśród społeczeństwa.
Bardzo chciałam zobaczyć całą ceremonię powierzenia życia Nyks, jednak wizja znów się zamazała. Tym razem trafiłam do szpitala. Wszędzie pełno zabieganych ludzi. W kącie dopiero dostrzegam znajome twarze Chrisa i Alice. Wydaje mi się, że są delikatnie starsi, ale to może być tylko złudzenie mojej wizji. Dyskutują o czymś zawzięcie. Widać, jak chłopak jest zdenerwowany, ciągle zaciska dłonie w pięści.
– Niedługo się skończy – uspokajała go blondynka. Poklepała go delikatnie po ramieniu. Nagle drzwi naprzeciwko otworzyły się, a spojrzenia wszystkich skierowały się w tamtą stronę. Wyszedł z nich zmęczony lekarz, który wycierał ręce w ręcznik papierowy. Chris szybko wstał i podszedł do niego.
– I co? – zapytał, wyczekując odpowiedzi.
– Chłopczyk. – Uśmiechnął się do chłopaka. Wyciągnął do niego rękę, którą Chris w oszołomieniu uścisnął. – Gratuluję, został pan ojcem.
– Tak! – Zapiszczała Alice, skacząc na blondyna i całując go w policzek.
– Może pan wejść do żony – pozwolił mu lekarz, wskazując ręką drogę. Alice powiedziała cicho, że poczeka tam, na korytarzu.
Kiedy wizja już dobiegła końca, nie pojawiła się kolejna. W oszołomieniu siedziałam i spoglądałam na wesołą parę naprzeciwko mnie. Uśmiech nie schodził mi z ust. Tyle cudownych rzeczy wydarzy się już niedługo. Nie mogąc w to uwierzyć, musiałam chwilę posiedzieć i przetrawić wszystkie informacje.
– Wszystko gra? – usłyszałam obok siebie zaniepokojony głos Alexa. Chyba tylko on dostrzegł moje wyłączenie się z towarzystwa.
– Tak, wszystko w porządku – zapewniłam go, mając nadzieję, że nie będzie dręczył mnie kolejnymi pytaniami.
– Co widziałaś? – Chciał jednak wiedzieć.
Na szczęście w tej chwili milczenia zobaczyłam jeszcze jedną, króciutką wizję przyszłości. A może teraźniejszości? Widziałam tłum zebrany wokół stosu, na którym paliły się zioła wokół jakiegoś małego stworzonka, podobnego do zająca. Nie byłam pewna, co widziałam, ale moja intuicja podpowiadała mi jedno.
– Ohrimowie znaleźli sobie nową ofiarę. Tym razem w ogniu skończył zając upolowany w lesie – powiedziałam, całując go delikatnie w policzek. Bardzo chciałam, by moje wizje się spełniły, lecz nie miałam stuprocentowej pewności, że tak właśnie będzie. Mimo wszystko miałam nadzieję, że wszystko w końcu zacznie się układać. Przecież po każdej burzy wstaje słońce, prawda?

~~*~~*~~*~~*~~

Jejku, wiecie, że to już ostatni post tego opowiadania? Mam ochotę wymyślić kolejną przygodę dla Prue i Chrisa, ale nie wiem, czy jeszcze zdołam. Ciągnąc to opowiadanie stałoby się jak "Moda na sukces", choć trudno mi się pożegnać z bohaterami i zakończyć coś, co prowadziłam trzy lata. Trzy okrągłe lata, ponieważ w czwartek minął ten trzeci rok.
Jestem dumna, wiecie? Z Was, z siebie, z tego opowiadania również, ponieważ, mimo tych wszystkich wpadek przy jego pisaniu, podoba mi się. I wydaje mi się, że jeżeli je poprawię, dopracuję wcześniejsze rozdziały, popracuję nad bohaterami to będzie podobało mi się jeszcze bardziej.
W tym miejscu chciałabym wszystkim podziękować. Najbardziej oczywiście tym, którzy komentowali lub którzy osobiście mówili mi, co sądzą o rozdziale. Tym, których nie widać, a są, czyli wszystkim moim znajomym i przyjaciołom, których zanudzałam opowiadaniem o bohaterach czy o jakimś wydarzeniu. Za cierpliwość do mnie i do moich pomysłów.
Dziękuję Wam wszystkim, bo bez Was nie byłoby mnie tutaj <3 Jestem Wam wdzięczna za Waszą obecność, jakakolwiek by ona nie była.
Chciałam na koniec dodać jeszcze jakąś miniaturkę, ale nie miałam na nią pomysłu. Ale jeżeli wy, chcielibyście dowiedzieć się czegoś więcej, piszcie śmiało, na pewno się nad tym zastanowię. A tymczasem za jakiś czas na pewno zabiorę się za poprawę tego bloga.
Kto wie, może wrócę na tego bloga z jakimś innym opowiadaniem? Lubię powracać z nowościami ;) Na razie chce się jednak skupić na "Polowaniu..." i przy okazji bardzo Was tam serdecznie zapraszam. Byłoby mi bardzo miło, gdybyście rzucili na nie okiem i wypowiedzieli się na jego temat :) Dla mnie każde zdanie się liczy :)
Znowu się rozpisałam, a miało być krótko, wybaczcie mi! <3 Po prostu strasznie dziwnie mi się do Was pisze z myślą, że to może już ostatni raz. Dlatego zachęcam do poczytania moich innych opowiadań, jeżeli tylko podoba Wam się to, co robię ;) Tutaj macie link do miejsc, gdzie możecie mnie znaleźć ;) Jakbyście chcieli :)
Mam nadzieję do zobaczenia! <33

poniedziałek, 21 grudnia 2015

Miniaturka 1. "Słów kilka o Ohrimach."


Mężczyźni, którzy byli zaangażowani w pościg za zbiegłymi, wrócili do wioski zdenerwowani. Klęli w swoim ojczystym języku, a trzeba Wam wiedzieć, że mieli dosyć sporo niecenzuralnych słów. Nie mogli uwierzyć, że wykiwała ich dwójka młodzików. Ich, doświadczonych wojowników i mężczyzn.
Merrin czekał niecierpliwie, jak na szpilkach, chcąc dowiedzieć się, jak poszły im łowy. Zobaczywszy markotne miny towarzyszy, od razu wiedział, co usłyszy.
– Uciekli. – Westchnął Silas. Wódz trzasnął całą pięścią w stół, wstając z drewnianego krzesła. Myślał gorączkowo o ofierze, jaką mieli złożyć tego dnia bogom. Przez wariacje, jakie zadziały się na stosie, nic nie dali bogom i teraz oni będą źli na całą wioskę. Lękał się gniewu bogów, zwłaszcza jednego. Według ich wierzeń  Amandla, najważniejszy bóg, który sprawował władzę właśnie nad głównymi organami władzy, oraz sprawował pieczę nad pozostałymi bożkami, był najgroźniejszy. Często popadał w szał, co objawiało się częstymi suszami lub całodobowymi opadami deszczu. Zjawiska atmosferyczne miał pod swoją opieką i mógł im rozkazywać.
Merrin wolał nie myśleć, jaka kara ich spotka, za takie przewinienie. Jeszcze nigdy nie zdarzyło im się nie złożyć ofiary na czas. Próbował wymyślić, co mogliby podarować bogom w zamian, by ich choć trochę udobruchać, ale niestety, posiadali mało zapasów.
– Wodzu – odezwał się grzecznie i cicho Silas. Merrin spojrzał na niego. Już zapomniał, że byli razem z nim. – Może byśmy... Przynieśli coś z lasu? Może uda nam się coś znaleźć? – zapytał. Najwidoczniej ich myśli krążyły wokół tego samego tematu.
Przywódca zastanowił się przez chwilę. Nie podobało mu się, że to nie on wpadł na ten pomysł. Wolał sam wszystko zorganizować, ale wiedział, że jeżeli nic nie zrobią, na pewno narażą się a gniew bogów. Jeżeli coś im podarują, może okazać się, że się tak bardzo nie wściekną.
– A więc idźcie i poszukajcie w lesie najlepszych ziół i mięsiwa. Może zdołacie jeszcze coś upolować – powiedział to takim tonem, jakby to wszystko to był jego pomysł. Jeszcze kiedy mówił, wskazał im drzwi.
– Tak jest, wodzu! – odkrzyknęli chórem wszyscy zebrani i wyszli.
Zostawili Merrina ze swymi myślami. Przeklinał w duchu dwójkę cudzoziemców, którzy mieli mu przysporzyć chwały wśród bogów a narobili tylko wielkiego bałaganu.
Nie dosyć, że musiałem ich wyżywić, to jeszcze znaleźć pracę oraz na koniec uciekli i nie dali mi żadnego pożytku z siebie, warknął w myślach. Teraz jeszcze szukaj nowej ofiary!
Nie mógł tego przeboleć. Nie potrafił się pogodzić z porażką. Bardzo chciał, by w końcu wszystko wyszło na jego. Miał nadzieję, że chociaż ofiara wyjdzie. Jeżeli nie, to oznaczało koniec jego. Koniec jego rządów, może nawet koniec życia.
Zaczął powoli przechadzać się w tę i z powrotem po pomieszczeniu, chcąc zabić czas oczekiwania na swoich poddanych. Zastanawiał się, jak dawno już wyruszyli i ile czasu im zajmie powrót. Już miał nawet wyjść z domu i rozejrzeć się po wiosce, kiedy znów ktoś do niego zawitał. Tym razem był to jego syn, Kartik.
– Ojcze, wiem, że robisz wszystko dla dobra całej wioski, ale mam jedno pytanie, jako twój następca – odezwał się szybko, jakby spodziewał się, że Merrin mu przeszkodzi w wypowiedzi.
– Słucham cię, synu. – Westchnął przeciągle. Dobrze wiedział, że Kartkik jest naprawdę uparty i zrobiłby wszystko, żeby dowiedzieć się tego, czego chciał się dowiedzieć, przychodząc tutaj.
– Dlaczego zamierzałeś spalić naszych przyjaciół? – zapytał wprost.
– Oni nie mogli być waszymi przyjaciółmi! – Zaśmiał się w głos. – Znaliście się raptem parę dni, może tydzień. Nie poznaliście się dostatecznie, żeby nazywać ich swoimi przyjaciółmi – krzyknął zdenerwowany.
– Ale to byli jednak goście! – zezłościł się. – Poza tym, zawsze do tej pory wystarczała ofiara z jednego zwierzęcia oraz roślin. I nagle musieliśmy bogom podarować dwóch ludzi? – Tym razem to Kartik się zaśmiał.
– Jak śmiesz podważać moje decyzje? – Stanął przed chłopakiem. Niby syn był wyższy, ale czując respekt przed ojcem, a przede wszystkim wodzem, skurczył się w sobie.
– Po prostu czuję, że gdybyś ich oddał bogom, byliby źli. Jeszcze bardziej, niżbyś już nic im nie podarował – szepnął Kartik, spuszczając wzrok. Chciał już wyjść, ale sumienie  kazało mu wszystko wyjaśnić ojcu.
– Sumienie? – prychnął Merrin. – W podejmowaniu decyzji masz się kierować rozumem i dobrem swojego ludu a nie tym, co ci sumienie podyktuje! – Zawołał, ośmieszając chłopaka. – Odejdź, rozmowa skończona – warknął.
Kartik wyszedł, zatrzaskując drzwi. Z jednej strony bardzo się bał przejęcia władzy, jaka będzie mu przysługiwać po śmierci ojca. Z drugiej jednak wolałby już być wodzem, byleby tylko nie słuchać tyrad Merrina i jego jakże wspaniałych i cudownych pomysłów. Miał nadzieję, że bogowie go wspomogą, kiedy będzie musiał sam podjąć pierwszą decyzję, by wybrał dobrze. Mimo przestróg czy jakichkolwiek nauk ojca, zawsze, przy jakimkolwiek wyborze słuchał swojego wewnętrznego głosu oraz Felicity. Bardzo się ze sobą zżyli i już nie wyobraża sobie życia bez niej u swego boku. Mimo, że małżeństwo było ustawione, byli szczęśliwym i zgranym małżeństwem jakiego ze świecą po całym świecie szukać.
Uśmiechnął się na samo wspomnienie żony. Czekała na niego w domu z ciepłym posiłkiem. Była smutna, ponieważ Chloe odeszła bez pożegnania. A dziewczyna bardzo umilała dzień Felicity. Nie czułą się samotna, zawsze razem wypełniały swoje obowiązki. Wśród mieszkanek Ohr nie miała dziewczyny, z którą utrzymywałaby tak bliski kontakt. Z resztą, każda inna miała już swoją rodzinę, którą musiała się zajmować od rana do samego wieczora, a czasami nawet i w nocy.
Kartik, wchodząc do domu, powitał swoją żonę. Streścił jej rozmowę z ojcem. Dziewczyna przejęła się tym nie na żarty i starała się pocieszyć jakoś męża, ale bezskutecznie.
Kiedy zasiedli do kolacji, przyszli do nich ludzie wodza, którzy oznajmili, że wszyscy mają się zebrać wokół stosu.
Felicity spojrzała na Kartika zdezorientowana. Ten tylko wzruszył ramionami.
– Najwidoczniej znaleźli nową ofiarę – wyjaśnił, pociągając żonę za rękę w kierunku wyjścia.

~~*~~*~~*~~*~~

Hello, it's me! W końcu pojawiam się z taką drobną miniaturką. Mam nadzieję, że Wam się spodoba. Miała być nieco inna, ale wyszła taka i jest taka, po prostu ;)
Z racji tego, że chyba nic nie dodam do świąt, to chciałabym Wam złożyć najserdeczniejsze życzenia na te zbliżające się Święta Bożego Narodzenia! Dużo uśmiechu na ustach, miło spędzonych, w rodzinnym gronie świąt. Fajnych prezentów pod choinką, zdrowia i miłości <3
Mam nadzieję dodać coś do końca roku, może kolejną miniaturkę a epilog na początku kolejnego roku? Może w urodzinki bloga? Co wy na to? :)
Pozdrawiam Was cieplutko, bo zimno <3

sobota, 24 października 2015

~9. "...i nie opuścić jej, aż do śmierci."

"Mógłbym przesiedzieć sto lat w więzieniu, gdybym tylko wiedział, że w końcu się zobaczymy." - C.J. Daugherty, "Niezłomni"



~~ Chris ~~


Shane jeszcze w kostnicy wyjaśnił nam, że Prue się wybudzała. Moje serce biło jak oszalałe. Z jednej strony bardzo się cieszyłem, że wracała w końcu do nas. Z drugiej jednak okropnie się martwiłem i denerwowałem. Gdzie ona, do cholery, polazła? Dlaczego nie poczekała? Co było tak ważne, że naraziła się, wychodząc z pomieszczenia?
Nie potrafiłem odnaleźć odpowiedzi na te wszystkie pytania, które kotłowały się zapewne nie tylko w mojej głowie. Widziałem na twarzach pozostałych, że również główkują nad rozwiązaniem tej zagadki. Żadne z nas jednak nie było na tyle inteligentne, by zrozumieć Prue i jej zamiary.
Powlokłem się za wszystkimi w kierunku internatu. W połowie drogi skręciłem jednak w lewo i udałem się do stajni. Łudziłem się, że przerażona swoim powrotem do życia Prue, zaszyje się w jakimś przytulnym miejscu, do którego lubiła wracać. A stajnia była właśnie takim miejscem. Zawsze, kiedy musiała coś przemyśleć, coś ją zdenerwowało, wystraszyło, zaszywała się wśród koni. Dokładnie tak jak Filip.
Przekraczając próg, wstrzymałem oddech a serce podskoczyło mi do góry. Żyłem tą nadzieją przez całą drogę i kiedy okazało się, że dziewczyny tam nie było, zawiodłem się. Zwiodłem się głównie na sobie, ale odrobinę też na Prue. Pomyślałem, że mogła się przecież schować w jakimś znanym mi miejscu a nie bawić się w chowanego i uciekać przede mną.
W następnej kolejności, zbeształem się za te myśli.
– Głupek – warknąłem. Koń z najbliższego boksu wyjrzał zza drewnianego ogrodzenia i spojrzał na mnie zaciekawiony. Zastrzygł uszami i parsknął. – Nie było jej tutaj, prawda? – zapytałem zwierzęcia. Oczywiście mi nie odpowiedział, więc wyszedłem ze stajni, po tym, jak koń, zamiast mną, znów na powrót zainteresował się sianem.
Z tego wszystkiego przegapiłem kolację, ale miałem nadzieję, że w stołówce w internacie znajdę coś wartego uwagi. Skierowałem tam swoje kroki i już po chwili siedziałem przed telewizorem z talerzem kanapek. Przełączałem co chwila na nowy kanał pilotem, ponieważ nic nie zwróciło mojej uwagi. Próbowałem się skupić na czymkolwiek innymi niż moja ukochana. Nie potrafiłem. Ciągle miałem ją przed oczami. Pragnąłem ją przytulić, pocałować, usłyszeć jej głos, poczuć jej dotyk na swoim ciele, mieć już do końca życia blisko siebie i nie opuścić jej, aż do śmierci.
Alex wpadł do salonu, kiedy jadłem ostatnią kanapkę. O mało co się nie udławiłem i już zamierzałem mu to wytknąć, jednak nie pozwolił mi cokolwiek powiedzieć.
– W końcu cię znalazłem, stary! – zawołał, łapiąc szybko oddech. – Chodź, nie mamy czasu!
Pociągnął mnie za sobą, przez co upuściłem kanapkę na podłogę. Nie zdążyłem zawołać, że powinien to najpierw posprzątać, a już biegłem za chłopakiem w kierunku szkoły. Pytałem go kilkakrotnie, o co chodziło. Przeczuwałem, że o Prue. Tylko co takiego musiało się stać, że Alex mi nic nie mówił i tak bardzo się spieszyliśmy? Przez głowę przeszły mi najczarniejsze scenariusze, a nie miałem siły zastanowić się, że przecież najgorsze już się stało i właśnie miała do mnie powrócić.
Wpadliśmy do skrzydła szpitalnego z impetem, przez co spojrzenia wszystkich zgromadzonych zwróciły się w naszym kierunku. Byli tam niemalże wszyscy, którzy mieli coś do powiedzenia w szkole. Nie widziałem tylko mojej Prue.
– Gdzie ona jest? – zawołałem, podbiegając do Dereka. Miał zmartwioną minę co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że coś się stało. Kiedy podszedłem do łóżka, wokół którego się wszyscy zebrali, parę mniej ważnych osób, których nawiasem mówiąc, nie znałem, odsunęło się, ukazując mi ukochaną.
Leżała przykryta kołdrą do brzucha. ręce złożone na brzuchu, twarz spokojna i uśmiechnięta. Patrzyła na mnie z wielką miłością wypisaną na twarzy. Usiadłem obok niej i złapałem ją delikatnie za jedną dłoń, nie wiedząc, czy nie zrobię jej dotykiem krzywdy. Prue ścisnęła mocno moją rękę. Nie spodziewałem się po niej takiej siły. Zwłaszcza, że z jakiegoś powodu, znajdowała się w szpitalu pod obserwacją Nancy.
– Co się stało? Gdzie się podziewałaś? – zapytałem. – Shane był przy tobie, kiedy się budziłaś. Pobiegł po nas a kiedy wróciliśmy, ciebie już nie było.
– To dłuższa historia – powiedziała cicho, dotykając dłonią mojego policzka. – Jezu, jak dobrze cię w końcu widzieć! Nawet nie wiesz, jak się stęskniłam! – szepnęła i pocałowała mnie lekko w usta.
Oszołomiony, nie miałem pojęcia, co o tym wszystkim myśleć. Przyglądałem się jej, doszukując się jakichkolwiek zmian, lecz żadnych nie potrafiłem dostrzec. Może się w ogóle nie zmieniła? A może zmiana miała polegać na psychice?
– Ale dlaczego jesteś w szpitalu? Coś musiało się stać – zaoponowałem.
– Ojej, no bo zemdlałam, ponieważ za szybko wstałam i przez to, że się zmęczyłam biegiem. Nic wielkiego. – Wzruszyła ramionami, lekceważąc wszystko. Spojrzałem na Nancy, chcąc się upewnić, że to, co mówiła dziewczyna, to prawda. Kobieta skinęła głową.
– Zostanie u nas na obserwacji. Chcę się upewnić, że wszystko z nią w porządku. To prawdziwy cud, że do nas wróciła! – zawołała z uśmiechem na ustach. Również się uśmiechnąłem, oddychając z ulgą. Kamień spadł mi z serca.
– Hej – powiedziałem cicho, nachylając się ku niej. Kątem oka zauważyłem, że wszyscy nagle się ulotnili. Zostaliśmy w końcu sami.

~~ Prue ~~

Odkąd wróciłam, żadne z moich znajomych nie opuszczało mnie ani na krok. Staraliśmy nadrobić stracony czas. Nie było go wiele, zaledwie kilka dób, lecz to i tak za wiele. Zwłaszcza, że ani ja, ani oni nie wiedzieli do końca, czy wrócę. Becky i Louis milion razy dziękowali mi za interwencję. Nie widziałam w tym nic szczególnego, po prostu postąpiłam zgodnie z sumieniem i uchroniłam mojego ojca od ogromnego błędu. Na pewno w przyszłości żałowałby tak pochopnie podjętej decyzji. Sam o tym wspominał, kiedy rozmawialiśmy. Starał się znaleźć dla mnie jak najwięcej czasu w ciągu dnia, choć było to bardzo trudne. Organizował konkurs na dyrektora szkoły i przeglądanie podań kandydatów zajmowało mu wiele czasu. Czasami starałam się mu w tym pomóc, ale kompletnie się na tym nie znałam, więc niewiele mu ta moja pomoc pomogła.
Z nikim nie rozmawiałam o tym, co zdarzyło się Tam. Moi przyjaciele bardzo nalegali, Nancy również była ciekawa, lecz nie uległam. Pragnęłam zachować wspomnienia dla siebie. To było coś zbyt intymnego, osobistego, by komukolwiek o tym opowiadać. Może kiedyś ktoś się dowie ode mnie, co robiłam po śmierci, ale z pewnością nie w najbliższej przyszłości. Jedyne, co zrobiłam, to opisałam całe spotkanie z bratem i Nyks w pamiętniku, by nigdy o nim nie zapomnieć.
Znów w szkole wytykali mnie palcami, obgadywali za plecami, jak to było na początku roku, kiedy wszyscy już wiedzieli, że jestem córką Dereka Cartera. W końcu każdy się do tego przyzwyczaił i znów pojawił się powód, by mieli mnie za kogoś innego. Nie przeszkadzało mi to. Wiedziałam, że nie robią tego złośliwie, po prostu są pod wrażeniem, ciekawi tego, jak udało mi się oszukać śmierć. Uśmiechałam się do każdego, kto na mnie zerknął w ten zaintrygowany sposób.
Najwięcej czasu spędzałam z Chrisem. Zaszywaliśmy się czasami na całe dnie z dala od całego świata, głusi na telefony, na wszystko inne. Liczyliśmy się tylko my.
Oczywiście nie obyło się bez wyrzutów Rose, która na koniec naszej rozmowy rozpłakała się jak małe dziecko i przytuliła do mnie mocno. Cieszyłam się, że w końcu nie muszę przed nią nikogo udawać, że zaakceptowała nas wszystkich takimi, jakimi jesteśmy. Strasznie mi jej brakowało, ponieważ zawsze była takim punktem stałym w moim życiu. To zawsze na niej mogłam polegać, ze wszystkiego się wyżalić, była człowiekiem i w pewien sposób łączyła mnie z moim starym życiem. Nasza przyjaźń to najlepsze, co mnie w życiu spotkało.
Przyszedł też w moim życiu moment smutny. Któregoś dnia Shane i Chloe oznajmili, że muszą już wracać do siebie. Tyle czasu z nimi spędziłam, że zapomniałam, że przybyli z przyszłości. Traktowałam ich jak jednych z nas.
– Będę tęskniła – wyżaliłam się na pożegnanie, kiedy portal na strychu już był otwarty. Chris uświadomił mnie, że Shane to nasz syn. Jakoś nie mogłam sobie tego wyobrazić. Nie mieściło mi się to w głowie.
– My też – zapewniła Chloe. – Dziękujemy wam za wszystko – dodała, przytulając się do mnie. Pocałowałam ją delikatnie w policzek.
– Uważajcie na siebie – zastrzegłam.
– Już w twoim głowie wykształca się matczyna nuta – burknął Shane. – Myślałem, że to pojawiło się dopiero po moich narodzinach a tu proszę – westchnął teatralnie.
– Och, mój drogi – wtrąciła się Rose. – Gdybyś ty ją słyszał z jakiś rok temu, kiedy jeszcze nie wiedziała, że jest dziwnym czworonogiem. Wtedy to dopiero matczyła Davidowi i Chrisowi. – Zaśmialiśmy się wszyscy.
– Mam nadzieję, że tym razem traficie do swojego świata – powiedziała już całkiem poważnie Becky.
– Chyba limit pomyłek już wykorzystaliśmy, nie uważasz? – zapytał Damien. Obok niego stała Alice, która uśmiechnęła się z żartu ukochanego, po czym podeszła do Chloe i uścisnęła ją serdecznie.
Chris objął mnie ramieniem, kiedy zauważył łzy gromadzące się w moich oczach. Pożegnawszy się już z każdym, Chloe i Shane złapali się za ręce i zniknęli w portalu, który się od razu zamknął.

~~ Chris ~~

Stałem na plaży, fale słonego morza z hukiem wpływały na wybrzeże. Zastanawiając się, co ja robiłem na plaży, ruszyłem wzdłuż morza w poszukiwaniu odpowiedzi.
Pojawiła się szybciej, niż mogłem przypuszczać. Wiedziałem, że to niemożliwe, ale wyłoniła się jakby z wody, ponieważ wcześniej nigdzie jej nie widziałem, ale kiedy na nią spojrzałem, ona już stała po kostki w morzu. Zbliżyłem się do niej. Jej blond włosy rozwiewał na wszystkie strony wiatr. Zachwyciłem się jej urodą. Była piękna. Nie tak, jak dziewczyny, które spotykałem na swojej drodze, ale jak bogini. Emanował od niej spokój.
– Witaj, Chris. Długo kazałeś na siebie czekać – odezwała się. Wyglądała na młodą, ale coś w jej głosie mówiło mi, że to tylko pozory.
– Przepraszam – szepnąłem. Machnęła niedbale ręką.
– Najważniejsze, że w końcu się spotkaliśmy. Wiesz, dlaczego tu jesteśmy? – Szybko zaprzeczyłem ruchem głowy, więc od razu kontynuowała. – Chcę, byś uświadomił sobie, jak bardzo Prue jest wyjątkowa. Zdajesz sobie z tego sprawę?
– Tak – odpowiedziałem nieco drżącym głosem.
– Pamiętaj, że ona ci ufa jak nikomu innemu. Opiekuj się nią, ponieważ David już nie może. Jej brat jest teraz ze mną i to ty musisz przejąć również jego rolę. Obiecaj mi, że przy tobie nic jej się nie stanie, że nie będę musiała znów interweniować w wasze życie – odezwała się nieco groźniej.
– Obiecuję – powiedziałem poważnie, zdając sobie sprawę, kto przede mną stał. Nyks we własnej osobie nawiedziła mnie we śnie, by upewnić się, że Prue będzie ze mną dobrze. – Będę strzegł jej jak oka w głowie. Kocham ją i nie pozwolę, by stała jej się jakakolwiek krzywda. Już nigdy więcej!

~~*~~*~~*~~*~~

Siemson! Jejku, ale zabiegany tydzień! I kolejny również się taki zapowiadaaa! ;( Byle przeżyć do kolejnego piątku! <3
Jak tam rozdział? Taki trochę chyba miłosny, nie? Jeszcze raz powtarzam, że zbliżamy się do końca, żeby przy epilogu nie było niespodzianek :D Przy okazji, jeżeli komuś zatęskniłoby się za moim twórstwem, serdecznie zapraszam na "Polowanie na magię!". Co prawda troszkę początek zawaliłam, ale mam nadzieję się podnieść i coś niecoś poprawić w późniejszych rozdziałach <3
No to do kolejnegooo! Jeżeli dotrwam w szkole ;) Paa <3

sobota, 18 kwietnia 2015

*37. "Pamiętaj, Prue jest moja!"

Dla wszystkich ludzi, którzy sprawiają, że każdy dzień staje się piękniejszy od poprzedniego <3



"Czasem nie chodzi o to, żeby wygrać, lecz o to, żeby się nie poddać." - Lidia Helena Zelman


~~*~~*~~*~~*~~

~~ Stark ~~

    Siedziałem w swoim gabinecie i przeglądałem szkolne papiery, które od dawna zalegały na moim biurku. Ostatnio moją głowę zaprzątały inne problemy i nie potrafiłem skupić się na papierkowej robocie. A tej z każdą chwilą przybywało. Wszystkie raporty, sprawozdania, protokoły kumulowały się w teczkach i prosiły o przeczytanie. Aż w końcu było ich tak dużo, że nie potrafiłem między nimi niczego znaleźć, więc postanowiłem poświęcić jedno popołudnie na uporządkowanie ich.
    Właśnie zamierzałem odłożyć część dokumentów, z którymi się już zapoznałem, gdy usłyszałem kroki i cichą rozmowę na korytarzu. Niemal od razu rozpoznałem głos Prue, lecz nie potrafiłem zidentyfikować drugiego, męskiego, niskiego głosu.
    Zastali mnie, gdy zabierałem się do kolejnej grupy papierów. Postanowiłem nie przejmować się gośćmi, dopóki nie zapukają do gabinetu. Przecież istniała możliwość, że nie wybrali się do mnie. Jak się po chwili okazało, weszli jednak do mojego pokoju. Najpierw dziewczyna.
    - Witaj, Stark - przywitała się uprzejmie, choć wydawało mi się, że dostrzegłem nutę niechęci do mojej osoby. Może dlatego, że nie zatrzymałem Chrisa w stadzie?
    - Dzień dobry. Co cię do mnie sprowadza? - zapytałem, wskazując jej rękę fotel przed moim biurkiem i zachęcając, by usiadła. Prue została jednak w progu.
    - Przyprowadziłam gościa. Chciałby z tobą koniecznie porozmawiać - wyjaśniła. Przesunęła się delikatnie w prawo, by mężczyzna, dotąd kryjący się na korytarzu, mógł swobodnie wejść do gabinetu. Ujrzałem wysokiego, postawnego faceta, w którym od razu rozpoznałem Dereka Cartera.
    W pierwszej chwili zaniemówiłem. Przetarłem oczy pięściami, sądząc, że mam omamy. Gdy jednak nie zniknął, przeraziłem się. Skąd on się wziął? Przecież miał nie żyć od kilkunastu lat! Czego teraz będzie ode mnie chciał? Przez te wszystkie lata trochę grzechów się uzbierało na moim koncie. Bałem się, że wszystkie mi wytknie, pozbawi posady, przejmie dowództwo w stadzie i zostanę z niczym.
    Derek uśmiechnął się jednak do mnie serdecznie, podszedł do biurka i usiadł na fotelu, nie czekając, aż mu to zaproponuję. Oszołomiony, nie miałem pojęcia, od czego zacząć; zaproponować mu coś do picia, czy od razu przejść do rzeczy? Ciągle wpatrywałem się w niego z niedowierzaniem i niemałym lękiem w oczach.
    Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że nadal stojąc, robię z siebie głupka. Usiadłem więc pospiesznie za biurkiem, odgarnąłem resztę papierów na bok i spojrzałem mu prosto w oczy, po raz pierwszy odkąd wszedł do tego pokoju. Były niesamowicie błękitne, lecz dojrzałem w nich pewien ciemny błysk. Zdawały się przewiercać mnie na wylot. Wydawało mi się, że już wszystko wie, że zna moje najskrytsze sekrety. Pytanie tylko: skąd?

~~ Alice ~~

    Szykowało się kolejne starcie. Tego byliśmy wszyscy pewni. Wampiry tak łatwo nie odpuszczą, będą walczyły do końca.
    Starałam się o tym tak nie myśleć, przygotowując się do ataku. Co chwila słyszałam komunikaty o zagrożeniu, płynące z szkolnego radia, ale próbowałam skupić się na czymś innym. Zastanawiałam się na przykład, gdzie znajdowali się Prue, Chris i Filip i czy zdążą wrócić przed rozpoczęciem walk. Czy udało im się odmienić jej ojca?
    W międzyczasie ściągnęłam marynarkę i mieniłam buty na wygodne czarne trampki. Razem z Becky miałyśmy za zadanie rozgłosić alarm tam, gdzie nie dosięgały głośniki radia. Przebiegłyśmy cicho i ostrożnie do stajni, ale na szczęście nikogo tam nie było. Następnie udałyśmy się do bramy wejściowej, by upewnić się, że została dokładnie zamknięta.
    Nauczyciele i uczniowie starszych klas rzucali różne czary ochronne na szkołę, lecz to chyba niewiele pomoże. Skoro Wampiry przedostały się już do lasu w pobliże naszego terenu, nic ich nie powstrzyma. Ale może choć trochę opóźni atak i da nam kilka dodatkowych minut na zorganizowanie obrony.
    W całym tym zamieszaniu tylko raz dostrzegłam Damiena, gdy razem z innymi stawiał mur obronny od strony lasu. Pragnęłam być z nim, w tych ostatnich minutach ciszy przed burzą, ale każdy z nas miał swoją pracę, od której nie mógł się oderwać, choćby nie wiem co. Wszystko, co robiliśmy, było ważne, każdy, nawet najdrobniejszy szczegół mógł przesądzić o naszym losie.
    W pewnym momencie, ktoś zauważył, że Stark nie stawił się przed szkołą, by pomagać jej bronić. Niektórzy zaczęli szeptać, że nie zależy już mu na nas, że uciekł, gdy tylko usłyszał pierwsze alarmy. Któryś z nauczycieli przekonywał o jego lojalności, inny wręcz zażądał, by ktoś po niego poszedł. Zgłosiłam się na ochotnika, ponieważ i tak nie miałam jak na razie nic do roboty i tylko zawadzałam tym, co starali się jak tylko mogli, by nasza obrona okazała się mocniejsza od Wampirów i ich ataku.
    Biegiem pokonałam odległość dzielącą główny budynek szkoły od tego, gdzie znajdowały się sypialnie nauczycieli oraz gabinet dyrektora. Mijałam wielu ludzi, głównie spieszyli się w przeciwnym kierunku niż ja. W mgnieniu oka pokonałam schody i stanęłam przed drzwiami biura Starka w momencie, gdy ktoś je otworzył. Sądząc, że to sam dyrektor, w końcu pofatyguje się nam pomóc, od razu zaczęłam krzyczeć, że dobrze, że już idzie, bo niedługo się zacznie. Jednak gdy spojrzałam na osobę, która wyłoniła się z pokoju, zaniemówiłam. Dziewczyna od razu wykorzystała sytuację i zasypała mnie milionami pytań.
    - Prue? - spytałam po chwili, nie odpowiadając wcześniej  na ani jedno zadane pytanie. - Już wróciliście? Co z twoim tatą? Gdzie reszta? Tak się o was martwiłam! - zawołałam i przytuliłam ją bardzo mocno, nie pozwalając jej dojść do słowa. Na moment zapomniałam o grożącym nam niebezpieczeństwie.
    - Wszystko w porządku, właśnie odprowadzałam tatę do Starka, bo chciał z nim porozmawiać. A chłopcy powinni już tutaj być. Wysłałam ich nieco wcześniej niż sama wystartowałam - usłyszałam w jej głosie nutkę strachu i zdziwienia.
    - Na pewno już są. Pewnie w tym całym bałaganie ich nie dostrzegłam - zapewniłam.
    - No właśnie, co się dzieje? Zaczęłaś coś opowiadać a potem nagle zamilkłaś - odezwała się Prue.
    - Opowiem ci po drodze. A teraz chodźmy, znajdziemy chłopaków - postanowiłam i pociągnęłam przyjaciółkę za rękę.
    Idąc na dwór, opowiedziałam jej pokrótce, jak Shane zauważył przedzierający się na nasz teren pocisk Wampirów, jak wszyscy szybko zareagowali na alarm, o tym, że teraz każdy szykuje się do walki. Prue wydała się zszokowana wiadomościami, ale zasmuciła się również, słysząc je.
    - To wszystko moja wina - przyznała. - To mnie chce dorwać Styles, nikogo innego. - Westchnęła.
    - Nawet jeśli tak jest, to każdy, podkreślam, każdy będzie chciał cię obronić, bo wszyscy wiemy, że jeśli to ty z nim wygrasz, już nikogo nie skrzywdzą Wampiry - zapewniłam. Nie starałam się kłamać, bo wiedziałam, co o tym wszystkim myśli Prue i że nie zmienię jej nastawienia. Pragnęłam jej jedynie pokazać, że będziemy za nią stać murem, mimo wszystko.
    - Dziękuję, jesteś najlepszą przyjaciółką - szepnęła tylko.

~~ Chris ~~

    - Gdzie my do jasnej cholery jesteśmy? - zawołałem, rozglądając się dookoła. Niczego nie widziałem, co mnie niemiłosiernie wkurzało, bo zawsze, ale to zawsze polegałem na swoich zmysłach. Wytężyłem słuch, lecz jedyne, co zdołałem zarejestrować to ciche tykanie zegara i delikatne dzwonienie, gdzieś w oddali, jakby czymś zagłuszone.
    - Uspokój się, jesteśmy w moim pokoju. Posłuchaj mnie, zabrałem cię tutaj, bo czuję, że coś się dzieje na dole. Powinniśmy się najpierw dowiedzieć, o co chodzi, nie uważasz? - zapytał rozsądnie. Pokiwałem głową, choć nie byłem pewny, czy zauważył ten gest. - Zadzwonię do Becky - zaproponował. Zobaczyłem blask ekranu, gdy wybierał numer siostry. Potem już tylko stałem i czekałem, aż odbierze. Ale jej telefon pozostawał głuchy. Zdziwiony Filip rozłączył się i spojrzał na mnie. W świetle padającym z wyświetlacza dostrzegłem jego zmartwienie na twarzy. Obawiał się czegoś najgorszego. Serce zabiło mi szybciej. Miałem nadzieję, że Prue jeszcze do szkoły nie dotarła.
    Usłyszawszy dźwięk swojego telefonu, zamarłem na moment. W ułamku sekundy zreflektowałem się jednak i odebrałem w mgnieniu oka. Zanim zobaczyłem na wyświetlacz, wiedziałem, kto dzwonił.
    - Prue, gdzie jesteś? - zapytałem od razu. Przechadzałem się po pokoju ze zdenerwowania.
    - W szkole, właśnie znalazłam Alice i wszystko mi opowiedziała. Wampiry prawie trafiły Shane'a i Chloe, gdy byli na spacerze. Cała szkoła oszalała i przygotowuje się do napaści - zrelacjonowała szybko. - A wy gdzie jesteście? - zapytała po chwili.
    - W pokoju Filipa. Już do ciebie idę - zawołałem. - Spotkamy się przed biblioteką, okej? - zaproponowałem. Gdy usłyszałem jej zgodę, rozłączyłem się. Filip już otwierał drzwi. Wyszliśmy z pomieszczenia i skierowaliśmy się w stronę biblioteki.

~~ Zayn ~~

    - Harry, bariera została przebita - odezwałem się, gdy tylko dostałem potwierdzenie udanej akcji. - Co teraz? Wszyscy czekają na rozkazy.
    - Ustawić się w gotowości na skraju lasu, tak by dać im znać, że jesteśmy gotowi, ale macie się nie wychylać! - warknął.
    Stał nieco z tyłu i przyglądał się naszym poczynaniom. Wszystkie Wampiry, które zdołał zgromadzić, krzątały się wokół terenu Zmiennokształtnych, próbując swoimi mocami przedostać się na pole wroga. Zajęło nam to dość dużo czasu, bo i przeszkoda okazała się niezwykle trudna. Ale udało się, w końcu mogliśmy swobodnie przejść na ich ziemię.
    - Tak jest. - Zasalutowałem mu jak prawdziwy żołnierz i odszedłem na chwilę, by wypełnić jego polecenia. Wampiry już po chwili stały, gotowe do ataku w kilku zwartych szeregach, wzdłuż linii drzew. Sprawdziłem dokładnie, czy nigdzie nie było żadnej, źle ustawionej osoby i dopiero wtedy wróciłem do Stylesa. Ten nadal stał w tej samej pozycji, w jakiej go zostawiłem - w cieniu zielonych drzew.
    - Wszystko dopięte na ostatni guzik - oznajmiłem, pozwalając sobie na delikatny uśmiech. Harry spojrzał na mnie i skinął głową na znak, że przyjął moje słowa. Już miałem odejść, bo sądziłem, że się nie odezwie, gdy wypowiedział bardzo cichym głosem dwa zdania.
    - A więc do ataku - rozkazał. - Pamiętaj, Prue jest moja! - zastrzegł, spoglądając na mnie z mściwością w oczach. Przeraziłem się go nie pierwszy raz w życiu. Ale tym razem w jego spojrzeniu dostrzegłem szaleństwo obłąkanego ćpuna a nie normalnego Wampira, chcącego pomścić śmierć ojca.
    - Tak jest! - odezwałem się tylko. - Do ataku! - przekazałem rozkaz pozostałym.

~~ Prue ~~

    Spieszyłam się na spotkanie z Chrisem. Tak bardzo chciałam go zobaczyć! Nie widzieliśmy się góra pół godziny, ale gdy dowiedziałam się, że Alice go nigdzie nie widziała, zaczęłam wymyślać różne niestworzone historie i przestraszyłam się. Bałam się, że mogłam go stracić!
    Gdy tylko go ujrzałam, pobiegłam do niego i wpadłam mu w ramiona. Jemu też ulżyło, gdy mnie zobaczył; wyczułam jak jego ciało odpręża się pod wpływem mojego dotyku. To samo działo się ze mną, kiedy znajdował się bardzo blisko mnie.
    - Kocham cię - szepnęliśmy niemal w tym samym momencie. Zaśmialiśmy się oboje, po czym spojrzeliśmy na uśmiechniętych Filipa i Alice. - To co, pora uratować ten beznadziejny świat, nie uważacie? - zapytał Chris.
    - My razem? Zawsze i wszędzie - potwierdziłam.
    - Bo razem jest zawsze zabawniej - wtrącił się Filip. Parsknęłam śmiechem, lecz już po chwili spoważniałam. Musieliśmy iść im pomóc.
    Pod głównym budynkiem zjawiliśmy się idealnie na czas. Właśnie swój marsz w naszą stronę rozpoczęły Wampiry z Malikiem na czele. Wypatrywałam wśród nich mojego największego wroga, lecz nie potrafiłam go dostrzec. Zapewne ukrył się gdzieś między nimi, by później, w najmniej oczekiwanym momencie wychylić się i mnie dopaść.
    Rozejrzałam się dokoła. Każdy z broniących trzymał w jednej ręce osikowy kołek natomiast drugą przygotowywał się do ataku swoim darem. Ja nawet nie rozglądałam się za wolnym kołkiem, ponieważ wiedziałam, że moja moc koncentruje siłę w obu dłoniach i gdybym jedną miała zajętą, wybuch nie byłby wystarczająco silny, by unicestwić Wampira.
    Jeszcze raz spojrzałam na Pijwy. Większość z nich posiadała coś srebrnego - nóż czy byle wisiorek lub bransoletkę. Zdawali sobie sprawę, że tylko tak mogli nas zabić, nie wliczając swoich supermocy. Wzdrygnęłam się, widząc odbijający się blask zachodzącego słońca w ostrzu srebrnego noża, którym wymachiwał Zayn. Doskonale pamiętałam palący ból, gdy mała drobinka srebra dostała się do mojego brzucha. Co by było, gdyby ktoś zanurzyłby cały nóż w ciele Zmiennokształtnego? Wolałam sobie nawet tego nie wyobrażać.
    Szybko do nas dotarli i niemal w mgnieniu oka zburzyli mur. Lecące odłamki kamieni, zmiażdżyły niektóre Wampiry, które znalazły się najbliżej. Ale było ich tak niewielu, tylko garstka. Pozostali zaatakowali.
    Zareagowaliśmy od razu. Każdy ze Zmiennokształtnych uaktywnił swoją moc; ja zamroziłam kilku na przodzie, dzięki czemu ktoś inny mógł przebić ich nieżyjące od dawna serca kołkami, Chris wysłał ich wysoko w powietrze i roztrzaskał ich głowy o ściany szkoły, Filip i inni rzucali kulami, tak samo jak Wampiry. Lecz znów tylko nieliczni ucierpieli. Większość z atakujących w porę utworzyła pole ochronne, od którego odbiły się nasze moce.
    W pewnym momencie zauważyłam, jak na prawo ode mnie rozległy się okrzyki zdziwienia, bólu i radości jednocześnie. Spojrzałam kątem oka właśnie tam, jednocześnie starając się panować nad sytuacją u siebie. Dostrzegłam Becky całą stojącą w ogniu i rozsyłającą swój żywioł na prawo i lewo. Uśmiechnęłam się uradowana, że jej moc nabiera takiej siły. Byłam z niej niesamowicie dumna!
    Wokół mnie panowało istne piekło. Czułam się, jakbym znalazła się w środku jakiejś trąby powietrznej. Cały czasu huczało, grzmiało, żywioły kontrolowane przez moich bliskich szalały, latały kule energii, Alex przygważdżał do murów Wampiry pędami mocnych roślin a później dobijał je kołkami. Wszędzie wyczuwałam magię. I to było piękne, choć straszne. Ale piękne.
    W pewnym momencie dostrzegłam Stylesa gdzieś pomiędzy Wampirami. Zaczęłam się ku niemu przedzierać, wołać za nim. Lecz on szedł dalej w swoją stronę. Jakby specjalnie chciał wywieść mnie poza zasięg osób, które potrafiłyby mi pomóc. Nie przejmowałam się tym. Dalej brnęłam za nim.
    - Styles! - zawołałam jeszcze głośniej niż do tej pory. Zatrzymał się. Staliśmy oddaleni od siebie kilka metrów. Zostawiłam za sobą cały bałagan. Byłam tylko ja i on. Mój zabójca.

~~*~~*~~*~~*~~

    Hej, dzisiaj króciutko, ponieważ się meeega spieszę ;) Na wasze blogi postaram się wejść jak najszybciej, bo wczoraj byłam na wycieczce we Wrocławiu i w kinie na "Szybkich i wściekłych" a dzisiaj lecę na urodzinki! <3 następnym razem pojawi się epilog drugiej części ;) 

sobota, 24 stycznia 2015

*31. "Dla nas najważniejsze było to, że się kochamy. "

Rozdział z dedykacją dla Seoanaa i Vivian. Dziękuję Wam za kolejne nominacje do LBA. To dla mnie wieeelkie wyróżnienie, że właśnie mnie wybrałyście *,* 



"W życiu nie ma sytuacji bez wyjścia. Wszystko można zmienić, naprawić. Wystarczy spróbować."


~~*~~*~~*~~*~~

~~ Becky ~~

    Nie miałam pojęcia, co powiedzieć mamie, dlatego zwlekałam z rozmową jak najdłużej. W końcu okazało się, że już nie mam czasu i zadzwonić powinnam od razu. Tym bardziej się przestraszyłam. Filip próbował mnie uspokoić, ale na niewiele się to zdawało.
    Tak właściwie to nie miałam pojęcia, czym się stresowałam. Gdzieś w głębi podświadomości siedział strach o to, że mama mnie nie zrozumie i wyśmieje, że pomyśli, że już mi całkiem odbiło. Ale oprócz tego? Nie miałam nic do stracenia.
    Usiadłam wraz z Filipem w stajni pośród zwierząt i wybrałam numer rodzicielki. Czekałam dosyć długo. Już myślałam, że nie odbierze i miałam się rozłączyć, gdy usłyszałam w słuchawce jej głos. Serce zabiło mi mocniej. Poczułam, jak mój brat ściska moją dłoń, chcąc dodać mi otuchy.
    - Cześć, mamo - przywitałam się. Wydawało mi się, że głos mi zadrżał, ale miałam nadzieję, że mama tego nie zauważyła.
    - Dzień dobry, córeńko! - zawołała uradowana. - Co u ciebie słychać? - zapytała. Nie wiedziałam, od czego zacząć. Kobieta wyczuła moje wahanie. - Stało się coś?  - zaniepokoiła się.
    - Poniekąd - zaczęłam ostrożnie. - Oczywiście nie chodzi o mnie. Nie bezpośrednio. Raczej o moich znajomych... Pomyślałam... Zastanawiałam się, czy nie mogłabyś nam pomóc.
    - Chyba nawet wiem, w jakiej sprawie - odezwała się.
    - Naprawdę? Skąd? - zdziwiła się.
    - Wczoraj wieczorem ktoś próbował się ze mną skontaktować. Jego duch, choć raczej powinnam powiedzieć, że jej, znajduje się w innym świecie, dlatego połączenie trwało krótko. Jedyne, co zdołałam ustalić to to, że jest w krainie, którą zwą Ohr. Niewiele o niej wiem, ale z tego, co wyczułam, wnioskuję, że dzieje się tam źle.
    - Bella miała wizję, jak mieszkańcy tamtego świata spalają ich na stosie. Dlatego właśnie dowiedzieliśmy się, że tam wylądowali. Mamy coraz mniej czasu na wydostanie ich stamtąd! Masz jakiś pomysł?
    - Oczywiście, że tak. Zamierzałam nawet dzisiaj do ciebie zadzwonić, by was o to zapytać, ale mnie ubiegłaś z telefonem. Teraz posłuchaj mnie uważnie. To bardzo ważne. Pamiętasz pierścionek z zielonym oczkiem, który przysłałam ci wraz z listem, zanim się poznałyśmy?
    Pokiwałam głową, ale gdy zorientowałam się, że przecież mama tego gestu nie zauważyła, odpowiedziałam jej cicho, że pamiętam.
    - Schowałam go do szkatułki na biżuterię - dodałam.
    - To dobrze. Będzie ci potrzebny. A oprócz niego szałwia, sosna i lawenda związane w jeden bukiecik, Filip powinien wiedzieć jak to zrobić, i oczywiście ustronne miejsce, spokój i świeca. Dobrze również byłoby, gdybyś znajdowała się jak najbliżej czterech żywiołów - powietrza, wody, ziemi i ognia. Chociaż to ostatnie będzie symbolizowała zapalona świeca.
    - I co mam wtedy zrobić? - zapytałam, skupiona, by niczego nie zapomnieć.
    - Wypowiedzieć zaklęcie komunikacji, nieco inne, niż to, które posłużyło twojej koleżance. Pomogę ci je ułożyć. Potem spalisz kartkę z zaklęciem w płomieniu świecy. Wtedy zacznie się najtrudniejsza i najbardziej niebezpieczna część.
    Zadrżałam, słysząc poważne słowa mamy. Starałam się nie okazywać przerażenia, które mną zawładnęło. Wiedziałam już wcześniej, że będzie trudno. Ale dopiero rozmowa z rodzicielką uzmysłowiła mi, jak bardzo będziemy musieli się narazić. Mimo niebezpieczeństwa nie mogłam się wycofać. Chloe i Shane ryzykowali życie, by uratować cały nasz świat. Teraz czas się im odwdzięczyć.
    - Słucham cię uważnie - powiedziałam tylko. Czułam, jak serce bije mi jak oszalałe.

~~ Prue ~~

    Wszyscy siedzieliśmy jak na szpilkach, czekając aż Becky skończy rozmawiać ze swoją mamą. Chcieliśmy już coś robić, działać, bo czekanie źle na nas wpływało. Tylko niepotrzebnie się martwiliśmy, zastanawialiśmy, co będzie, lub co by było, gdyby...
    Siedziałam oparta plecami o tors Chrisa. Chłopak obejmował mnie mocno w talii, jakby bał się, że gdzieś mu ucieknę. Nie miałam takiego zamiaru. Odkąd powiedziałam mu całą prawdę o poszukiwaniach ojca, było coraz lepiej. Co prawda blondyn już nie należał do tego samego stada co ja, ale nie przejmowaliśmy się ani ludźmi, ani tradycjami, ani zwyczajami a tym bardziej zakazami czy nakazami, które ustanowił Stark. Bo kto by się przejmował? Dla nas najważniejsze było to, że się kochamy.
    Rozejrzałam się dookoła. Alice rozmawiała cicho z Damienem i Tomem. Stali tuż pod oknem, za daleko, bym mogła usłyszeć choćby strzęp zdania. Miny mieli obojętne, ale wyczuwałam od nich zdenerwowanie.
    Na strychu, mimo później pory, było ciepło. Przez pootwierane okna wlatywał orzeźwiający wiatr, który rozwiewał włosy Alice. I choć w dzień pogoda znacznie się popsuła w porównaniu do poprzednich dni, to wieczorem znów się nieco ociepliło.
    Zastanawiałam się, jak to wszystko przebiegnie, gdy drzwi na strych się otworzyły. Serce zabiło mi nieco szybciej, bo w pierwszej chwili pomyślałam, że to Becky. Spojrzawszy na przybyłych, nadzieja ulotniła się. W progu stali Bella i Alex. Przywitali się z nami cicho i podeszli do mnie i Chrisa. Oboje usiedli po turecku na dywanie.
    - Jeszcze nie skończyli? - Chciała się upewnić. Pokręciłam tylko delikatnie głową. - Mogliby się pospieszyć. Mam złe przeczucia.
    - Co masz na myśli? Miałaś jakąś wizję? - zapytałam, spoglądając jej w oczy. Była naprawdę zmęczona i wystraszona.
    - Nie, ale po prostu czuję, że jeśli niedługo nie zaczniemy działać to nie zdążymy.
    Po jej złowróżbnych słowach zapanowała cisza. Nie potrafiłam wyobrazić sobie sytuacji, w której zawiedliśmy. Musieliśmy ich uratować. Nie było innego wyjścia.
    - Zadzwonię do Filipa i zapytam, kiedy skończą - zaproponował Alex.
    - Dobry pomysł - pochwaliłam. Podczas gdy Alex wybierał numer brata Becky, przypatrywałam się starej szafie, która stała naprzeciwko. Nie było w niej nic niezwykłego. Zrobiona z brązowego, mocnego drewna, porysana gdzieniegdzie. Na drzwiach nadal widziałam delikatne rzeźby przedstawiające kobietę zamieniającą się w zwierzę. Wokół klamki zauważyłam prawie całkiem zatarte ślady pazurów, które mogła zostawić tylko wściekła bestia. Wzdrygnęłam się, bo wyobraziłam sobie wielkiego ciemnego wilka, który próbuje dostać się do szafy, gdzie ukryła się jego ofiara.
    - Prue! - Głos Alexa wyrwał mnie z zamyślenia. Spojrzałam na niego, mrugając szybko kilka razy, by pozbyć się napływających do oczu łez. - Filip mówi, byśmy spotkali się za stajnią przy strumyku. Prosił, byśmy przynieśli świece. Wszystko w porządku? - zapytał, spoglądając mi w oczy.
    - Jasne, jasne, ja tylko... Nieważne... Jedna świeca wystarczy? - Chciałam się upewnić. Gdy chłopak pokiwał głową, pokazałam mu miejsce, gdzie powinien znaleźć nową świecę. Sama podeszłam do Toma, Alice i Damiena i wyjaśniłam im to, czego się dowiedziałam. Szybko wyszliśmy ze strychu i skierowaliśmy się nad potok.

~~ Narracja trzecioosobowa ~~

    Chloe od rana miała złe przeczucia. Gdy tylko otworzyła oczy, przeszedł po jej ciele dziwny dreszcz. Zastanawiając się, co to mogło oznaczać, ubrała się w swoją sukienkę i poszła do kuchni, gdzie czekała na nią niespodzianka i zarazem kolejny dowód na to, że coś było nie tak. Shane siedział przy stole, pijąc herbatę. Głowę trzymał nisko, jakby się czymś martwił.
    - Hej, co ty tu robisz? Nie powinieneś być w pracy? - zapytała go, wlewając do swojego kubka odrobinę wody.
    - Powinienem, ale gdy poszedłem do Kartika, ten powiedział mi, że jego ojciec ma dla mnie dzisiaj inne zadanie i żebym poczekał w domu, bo na pewno do mnie przyjdzie i mi o tym powie.
    - Nie wydaje mi się, żeby to było coś przyjemnego - zauważyła Chloe.
    - Też mi się tak wydaje. - Westchnął. - Słuchaj, a może by tak spróbować jeszcze raz, co? - zniżył głos do szeptu.
    - Oszalałeś? - zawołała przerażona. - Chcesz, żeby nas spalili na stosie za czarowanie? Przecież nie wiesz, jaki mają stosunek do tych, którzy władają magią. Żyją jak w średniowieczu to i może zabijają czarownice jak wtedy? Nie chcę ryzykować. Poza tym nie wiadomo, czy kolejnym razem nam się uda. A może powiodło się za pierwszym razem? Przecież tłumaczyłam ci, że kiedyś wyglądało to zupełnie inaczej, ale różnice mogą wynikać z tego, że znajdujemy się nie wiadomo gdzie. Moja intuicja podpowiada mi, że jednak zdołałam połączyć się choć na chwilę z mamą Becky - dodała,by dodać im otuchy. Nie wspomniała ani słówkiem o dręczącym ją niepokoju, ale wydawało jej się, że Shane również coś podobnego czuje. Może nie tak intensywnie jak ona, ale zdawał sobie sprawę, że już niedługo stanie się coś. Niekoniecznie coś dobrego dla nich.
    Siedzieli chwilę w ciszy, którą przerwało dopiero głośne pukanie do drzwi. Chociaż pukanie to w tym przypadku wielki eufemizm. Chloe, wyrwana z zamyślenia, podskoczyła na krzesełku, słysząc krzyki na zewnątrz. Shane spojrzał na nią z przerażeniem w oczach. Podszedł jednak do drzwi i otworzył je. Na zewnątrz stał Merrin wraz z Silasem i paru innymi mężczyznami. Dwóch najroślejszych trzymało długie, mocne powrozy w swoich wielkich dłoniach. Blondyn przełknął głośno ślinę. To, czego obawiali się najbardziej, w końcu nadeszło...

~~ Alex ~~

   Gdy tylko znalazłem świecę na wielkiej szafie, ruszyłem za wszystkimi. Gdyby ktoś patrzył na nas z okna w swoim pokoju, pewnie bardzo by się zdziwił. Musieliśmy wyglądać naprawdę dziwnie. Grupka składająca się z siedmiorga osób wędrowała sobie w piątek po północy przez szkolny plac, kierując się do stajni. Uśmiechnąłem się do swoich myśli. Tak, musieliśmy wyglądać choć trochę komicznie. Zwłaszcza ja z tą wielką świecą w ręce.
    Księżyc i gwiazdy świeciły jasno. Na niebie nie było ani jednej chmurki; wszystkie rozgonił mocny wiatr. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy po ominięciu stajni, były dwie postacie. Jedna klęczała na brzegu strumyka, którego szum usłyszałem kilka chwil wcześniej. Druga natomiast stała nieco dalej. Wyglądało to tak, jakby nie chciała przeszkadzać. Kiedy podeszliśmy nieco bliżej, zorientowałem się, że Becky siedziała na ziemi, a jej brat trzymał się na uboczu.
    - Już jesteśmy! - zawołała Alice. Filip szybko ją uciszył. Wyjaśnił szeptem, że nie powinniśmy dekoncentrować Becky, ponieważ musi się skupić na zadaniu, jakie miała za chwilę wykonać.
    Podczas gdy brunetka medytowała i prosiła Nyks o pomoc, Chris podpalił zapałkami świecę, którą postawiłem przed Becky. Dziewczyna po chwili podniosła na nas wzrok i odezwała się cicho.
    - Możemy zaczynać. Usiądźcie wokół mnie. - Zrobiliśmy, jak kazała. Filip zapalił bukiet ziół, który wcześniej leżał na ziemi. Po chwili zgasił ogień a z roślin zaczął ulatywać dym. - Dobrze -  powiedziała tylko. Wyjęła z kieszeni kartkę, z której przeczytała zaklęcie po czym spaliła je w płomieniu świecy. Zamknęła oczy. Przez moment nic się nie działo. Dopiero po chwili zauważyliśmy pierwsze oznaki tego, że zaklęcie zaczęło działać. Ciałem Becky coś szarpnęło. Najpierw do przodu, potem do tyłu. Z przerażeniem patrzyliśmy jak na jej twarzy pojawia się grymas bólu. Nikt z nas nie wiedział, co zrobić. Nie chcieliśmy przerwać połączenia, które nawiązała, więc mogliśmy tylko czekać.

~~ Becky ~~

    W pewnym momencie przestałam widzieć przyjaciół. Przeniosłam się do równoległego świata, w którym znajdowali się Shane i Chloe. Zobaczyłam ich jak szli prowadzeni przez dwóch osiłków ku wybudowanemu wielkiemu stosowi. Przestraszyłam się, bo w pierwszej chwili pomyślałam, że przybyłam za późno. Ale nie, jeszcze miałam czas. W mgnieniu oka podbiegłam do nich i obu mężczyzn powaliłam przy pomocy kul ognia. Usłyszałam westchnienia ulgi, zdziwienia i strachu. Zanim starszy facet zdążył zareagować, podbiegłam do Shane'a i Chloe i, wyczarowanym ogniem na czubku palca, przepaliłam ich więzy.
    - Szybko! Musimy się spieszyć. Nie wiem, jak długo utrzymam portal! - krzyknęłam. Widziałam, jak mnóstwo pytań ciśnie im się na usta, lecz powstrzymali się. Zdawali sobie sprawę, że jeśli nie wydostaniemy się stąd jak najszybciej, zginiemy.
    Pędem ruszyliśmy w stronę błękitnej poświaty, którą utworzyłam, gdy nawiązałam kontakt ze światem Ohr. Wbiegliśmy w nią, czując na karku oddech pogoni. Przez moment nic nie mogliśmy dostrzec z powodu mlecznej mgły. Po chwili usłyszałam trzask łamanej gałęzi. Serce zabiło mi szybciej, pomyślałam, że to na pewno mężczyźni z tamtej krainy chcieli nas dopaść. Przyspieszyliśmy, choć nie mieliśmy pojęcia, gdzie biegliśmy.


~~*~~*~~*~~*~~

    Hej, hej :) Co tam u Was? Jak półrocze? A Wasze oceny? Macie się czym chwalić czy raczej niekoniecznie? :D U mnie nawet okk ;) Myślałam, że będzie gorzej.
    Jak wrażenia po przeczytaniu rozdziału? Jestem tego ciekawa. Wydaje mi się, że nieco dłuższy niż ostatnim razem.
    No i oczywiście przybyła nam nowa czytelniczka ;) hej, hej jeszcze raz Vivian! ;)
    Zachęcam do oddawania głosów w ankiecie, to Was naprawdę nic nie kosztuje, a skoro już tutaj jesteście, to moglibyście pomóc mi w podjęciu ważnej decyzji odnoście tego bloga :
    Pozdrawiam Wass! ♥
    Ps. Miałam dzisiaj sprawdzić rozdział, bo wczoraj jak go kończyłam było parę minut przed północą, ale jestem tak padnięta, że to chyba nie ma sensu ;) Ale przeczytam jak tylko znajdę chwilę czasu :) prawdopodobnie we ferie będę wszystko poprawiała ;)

środa, 8 października 2014

*26. "Zrobimy to jutro?"

Dziękuję za wspaniałą zabawę! Było mega super, śmiesznie i zabawnie, i wszystko :D Pierwsza taka nasza impreza i zaliczam ją do jak najbardziej udanych <3 Dziękuję ♥



"Ocalałeś nie po to, aby żyć." - Zbigniew Herbert. 



~~*~~*~~*~~*~~


~~ Narracja trzecioosobowa ~~

    Kolejny dzień w dziwnej krainie mijał im spokojnie. Od rana oboje byli zajęci swoimi obowiązkami; Shane poszedł z Kartikiem do pracy, a Chloe pomagała Felicity w domu. Gdy po kolacji wrócili do swojej chatki, byli zmęczeni i jedyne, o czym marzyli to gorąca kąpiel i sen. Niestety, na kąpiel nie mogli liczyć, nie w tym świecie, gdzie ludzie oszczędzali na czym tylko się dało, nawet na opale i wodzie czy jedzeniu. Ale nawet o śnie mogli zapomnieć, przynajmniej na razie, bo obiecali sobie rano, że wieczorem usiądą razem przy stole i porozmawiają o ich położeniu i szansach na powrót do domu.
    Usiedli więc naprzeciwko siebie. Miny mieli niewesołe, ale chyba nikt, na ich miejscu, by się nie cieszył. Podpierając głowy rękami i mrugając szybko powiekami, patrzyli na siebie niemal nieprzytomnie. Żadne z nich nie miało ochoty pierwsze się odezwać.
    Shane wyciągnął przed siebie rękę i dotknął nią ciepłej i delikatnej dłoni Chloe. Dziewczyna wzdrygnęła się nieznacznie, bo gest zaskoczył ją. Spojrzała mu w oczy, starając się powstrzymać ziewnięcie. Zauważyła w jego tęczówkach zmęczenie połączone z determinacją. Jego słowa potwierdziły tylko to, że dziewczyna nie dostała sennych majaków.
   - Musimy się stąd wydostać, nie podoba mi się atmosfera tego miejsca. To nie jest normalne, że codziennie wieczorem jesteśmy tak zmęczeni, że nie mamy na nic siły. Tutaj jest coś nie tak, nie mam pojęcia co, ale najwyższy czas się dowiedzieć i temu czemuś przeciwstawić.
    Chloe pokiwała półprzytomnie głową. Zgadzała się z chłopakiem w stu, a nawet może i więcej, procentach, ale po prostu nie miała siły na choćby odrobinę wyraźniejszy gest. Przyglądając się uważnie twarzy Shane'a, zauważyła, że w jego oczach już nie widać takowego zmęczenia, które ją ogarniało. Wyglądało to tak, jakby otoczka, która spowijała go, powodując brak sił, stopniowo się ulatniała. Zdawało jej się, że czuł się dużo lepiej, po chwili nawet się do niej uśmiechnął, zaciskając jej mocniej palce na dłoni, by dodać jej otuchy.
    - Musisz uwierzyć, że to nie jest normalne - szepnął. - To tylko zły czar, który musisz przezwyciężyć. Mnie się to już udało. Teraz tylko ty. Pomogę ci, nie bój się. Po prostu mi zaufaj.
    - Ufam ci - powiedziała bez zastanowienia.
    - To dobrze, a teraz powtarzaj za mną. - Wziął głęboki wdech i kontynuował. - To się nie dzieje naprawdę. To nie jest normalne. To tylko magia, która zaraz przestanie działać.
    - To się nie dzieje naprawdę. To nie jest normalne. To tylko magia, która zaraz przestanie działać. - mówiła cicho i szybko.
    - I jeszcze raz. To się nie dzieje naprawdę... - poinstruował Shane. Dziewczyna powtórzyła zdania jeszcze kilka razy. Dopiero wtedy i z niej spłynęło zmęczenie przytłaczające jej barki. Zaczerpnęła głośno powietrza, które po chwili wypuściła z delikatnym świstem. - Udało się! - zawołał chłopak, wstając szybko z krzesła, które przewróciło się, powodując mnóstwo hałasu. Przeszedł naokoło stół i wziął w ramiona nieco zdziwioną Chloe. Jej krzesło również się przewróciło, gdy zakręcił nią wokół własnej osi. Po chwili wahania wtuliła się w niego, wdychając znajomy zapach jego ciała. Niekontrolowany chichot wymknął jej się z ust.
    - Co to było? - zapytała, gdy chłopak w końcu odstawił ją na miejsce. Postawili krzesła znów na swoim miejscu i usiedli na nich. Shane spojrzał na nią, uważnie jej się przyglądając. Chciał się upewnić, że cały czar prysł.
    - Najwidoczniej ktoś nie chce, żebyśmy się stąd wydostali - zauważył.
    - Ktoś, albo coś - zasugerowała Chloe, próbując sobie to wszystko poukładać w głowie.
    - Nie, to na pewno był człowiek - powiedział przekonany chłopak. - A raczej jego magia, ale na pewno czar rzucił człowiek. Nie ma nigdzie, nawet w innym wymiarze, tak potężnej magii, która utworzyłaby się bez pomocy czarodzieja. Pytanie tylko, kto jest na tyle zdolny i silny, by móc nas tak omamić?
    - Naprawdę myślisz, że ktoś tutaj ma magiczną moc? - zapytała z powątpiewaniem dziewczyna.
    - To inny wymiar, magiczna kraina, tutaj wszystko jest możliwe - odparł.
    - Więc pewnie domyślasz się, kim może być ta osoba? - powiedziała Chloe, próbując zastanowić się, na kogo mógłby stawiać Shane.
    - To chyba oczywiste, że chodzi o Merrina - odezwał się głośno.
    - Nie jestem tego taka pewna - powiedziała nieprzekonana.
    - No a kto, jak nie on? - zirytował się nieco Shane. - Przecież to chyba oczywiste. On jest tym całym ich wodzem, czy jak on się zwie w ich kulturze. To on nimi przewodzi, więc najbardziej prawdopodobne jest to, że to on będzie miał moc.
    - Myślisz? - Dziewczyna zaczęła dostrzegać prawidłowość rozumowania przyjaciela. - Jak się tak zastanowić, to możesz mieć rację - przyznała. Chłopak skinął głową i uśmiechnął się do niej. - To co w takim razie robimy?
    - Sam jeszcze nie wiem. Moglibyśmy spróbować skontaktować się z Becky. Chyba będziesz potrafiła to zrobić?
    - Ja tak, ale nie jestem pewna, czy Becky z tamtego okresu, do którego się przenieśliśmy, będzie umiała odebrać prawidłowo sygnał czy wiadomość. Z tego, co widziałam przy rzucaniu zaklęcia, miała niewielkie pojęcie o rodzinnej magii. Nie wydaje mi się, żeby od tamtej pory coś się pod tym względem zmieniło.
    - Kurde, faktycznie. Wyglądała na zdezorientowaną wtedy. Myślałem, że było to związane ze śmiercią Davida i naszym odejściem. Nie sądziłem, że jeszcze się niczego o waszej rodzinie nie dowiedziała - wyraził swoje niemałe zdziwienie. Oparł się wygodnie - na tyle, na ile to było możliwe - o drewniane oparcie krzesła i podrapał po głowie, zastanawiając się, co by w takie sytuacji zrobić. - A mogłabyś skontaktować się z jej mamą? Ona na pewno wiedziałaby, co zrobić. No i przez nią dotarlibyśmy do reszty. Gdybyśmy poprosili ją, by opowiedziała o wszystkim Prue, Becky czy Alice...
    - Mogę spróbować, ale nigdy czegoś takiego nie robiłam. Wcześniej wiązałam się tylko z mamą, a i to nie zawsze działało. - Posmutniała. Chciała być pomocna Shane'owi. Chłopak myślał za nich dwóch, więc ona pragnęła przynajmniej czynem mu to wszystko wynagrodzić.
    - Zadziała - powiedział chłopak z taką pasją, że i Chloe uwierzyła, że jej się uda nawiązać kontakt z mamą Becky. - Wierzę w ciebie - szepnął, nachylając się ku niej i patrząc prosto w oczy. Przez plecy dziewczyny przeszedł przyjemny dreszcz.
    - Okej, będę potrzebowała chwili ciszy i spokoju, paru ziół, przynajmniej dwie świece i kredę. Fajnie by było, gdybym miała też kryształy, pomogłyby mi utrzymać kontakt dłużej niż normalnie, ale w naszym przypadku nie zdobędziemy kryształów. Nie tutaj. - Westchnęła. - Zioła mogę jutro skombinować. Felicity mi pomoże. Gorzej będzie ze świecami... - zastanawiała się.
    - Popytam, może coś się wykombinuje, nie martw się. Ty zajmij się roślinami, a ja przyniosę świece - zaproponował. Dziewczyna kiwnęła głową na znak zgody. - Zrobimy to jutro?
    - Tak, im szybciej, tym lepiej. Wynośmy się stąd zanim stanie nam się coś złego, bo coś czuję, że im dłużej tu jesteśmy, tym bardziej coś nam zagraża. Nie mam pojęcia, czym miałoby być to zagrożenie, ale niewątpliwie się zbliża. Z każdym dniem jest coraz bliżej...
    - Mam nadzieję, że nasz plan wypali.
    - Musi. Inaczej zostaniemy tu na zawsze. A ja nie chcę się tutaj zestarzeć. - Wzdrygnęła się na samą myśl o pozostaniu w krainie Kartika i Felicity.
    - Razem damy radę - zapewnił ją, dotykając czule jej dłoni. Chloe delikatnie się zarumieniła, ale starała się nie okazać, jak duże zrobił na niej wrażenie jego dotyk. Uśmiechnęła się tylko szeroko, zaglądając przez chwilę w jego oczy. Potem spuściła wzrok na ich złączone ręce na stole. - Chyba powinniśmy się już położyć. Jutro wielki dzień, musimy być wypoczęci - odezwał się po chwili milczenia. Chloe kiwnęła tylko głową. Wstała szybko od stołu, podeszła do łóżka, gdzie ściągnęła swoją sukienkę i zamiast niej założyła cieniutką halkę do spania. Szybko położyła się na łóżku i przykryła szczelnie kołdrą. Nie lubiła zakładać swojej "pidżamy", bo odsłaniała więcej niżby chciała pokazać. Wstydziła się paradować półnago, zwłaszcza, że Shane, który jej się podobał, co chwila na nią spoglądał.
    Chwilę potem i chłopak położył się na łóżku. On nie miał problemu z nagością. Spał bez koszulki, jedynie w krótkich a la spodenkach. Wyciągnął się wygodnie na łóżku, spoglądając w sufit, jedną rękę trzymał zgiętą w łokciu pod głową, a druga leżała na jego brzuchu.
    - No to dobranoc - powiedziała pierwsza Chloe, przewracając się na bok, plecami do chłopaka. Ten spojrzał na nią z błądzącym w kącikach ust uśmiechem.
    - Dobranoc - szepnął, zapatrzony w burzę ciemnych włosów rozrzuconych na poduszce i nagich ramionach dziewczyny. Podniósł rękę, bo poczuł dziwną potrzebę odgarnięcia kosmyków z jej ciała, ale powstrzymał się w ostatniej chwili. Odłożył więc z powrotem rękę na brzuch i wpatrywał się zamyślony w sufit drewnianej chatki.

***

    Chloe siedziała jak na szpilkach, czekając na powrót Shane'a. Z pomocą Felicity zebrała wszystkie potrzebne jej zioła, które potem związała w bukiecik. Znalazły się w nim między innymi szałwia, sosna i lawenda. Teraz leżały na wyszorowanym rano stole.
    Dziewczyna przyszykowała już wszystko. Przedmioty, które mogłyby przeszkadzać, odsunęła na boki tak, że w pomieszczeniu znalazło się mnóstwo wolnej przestrzeni. Postanowiła, że razem z Shanem przesuną pod ścianę jeszcze stół. Sama nie dałaby sobie z nim rady, ponieważ był za ciężki.
    Na piecu w rogu kuchni stałął garnek pełen smakowitej potrawki, którą dziewczyny dzisiaj przyszykowały na kolację dla Shane'a i Kartika. Chloe wzięła trochę do domu, wymigując się błahostkami od wspólnej wieczerzy. Wolała od razu po jedzeniu zająć się rytuałem, a gdyby spędzili kolację u młodej pary, na pewno tak szybko by nie wyszli.
    Chloe tak bardzo się zamyśliła, że dopiero Shane, wchodząc do chatki, wytrącił ją z tego stanu względnej błogości.
    - Cześć! - zawołał od progu. Powiesił kurtkę na wieszaku przy drzwiach, ściągnął buty, by nie nabrudzić w całej kuchni i przeszedł dalej. Jeszcze trochę rozkojarzona brunetka spojrzała na przyjaciela, nie wiedząc, co zrobić. - Co jest do jedzenia? Jestem strasznie głodny! - jęknął, siadając przy stole. Dopiero wtedy Chloe zorientowała się, co musi zrobić. Pobiegła szybko do piecyka, z garnka nałożyła na dwie miseczki potrawki i jedną postawiła przed Shanem a drugą tam, gdzie miała siedzieć. Potem między nimi położyła pokrojony świeży chleb po czym usiadła, podając chłopakowi łyżkę.
    Zaczął jeść niemal od razu. Westchnął błogo, gdy napakował sobie pełną buzię mięsa i pieczywa. Dziewczyna pokręciła tylko głową, uśmiechając się nieznacznie. Również wzięła do ust pierwszy kęs chleba i łyżkę potrawki. Smakowała pysznie, zupełnie inaczej, niż wszystkie inne potrawy, które uchodziły za specjały kuchni tejże krainy. Była normalna, bez żadnych gadzich wydzielin czy zielonych glonów i mchów. Zwykła potrawka z freliwów i warzyw z dodatkiem ziół, które dziewczyny zebrały w lesie i na łące.
    Gdy skończyli, Chloe szybko posprzątała ze stołu, po czym przenieśli go nieco na bok. Wtedy pośrodku pomieszczenia zrobiło się mnóstwo wolnego miejsca.
    - Przyniosłeś świece? - zapytała, gdy położyła poduszkę na podłodze, gdzie miała usiąść w trakcie rytuału.
    - Jasne. Pikuś. Mam chyba z pięć, powinny być dobre, nie wiem, nie znam się na tych waszych obrzędach. - Wzruszył ramionami, wyciągając z torby pięć białych świec.
    - Idealnie - pochwaliła chłopaka, biorąc od niego świece i stawiając w odpowiednich miejscach - Na północy, południu, wschodzie i zachodzie, a jedną przy poduszce. Potem przyniosła bukiecik z ziół i palącą się szczapę z piecyka, którą zapaliła wszystkie knoty świec, a następnie i rośliny. Gdy tylko się zajęły ogniem, zdmuchnęła płomień, by zioła zaczęły się dymić. W powietrzu unosił się przyjemny zapach szałwii, sosny i lawendy, który oboje z lubością wdychali.
    Gdy dziewczyna miała już wszystko przy sobie, usiadła na poduszce w chmurze dymu. Wygładziła zmiętą kartkę, na której zapisała wcześniej wymyślone zaklęcie komunikacji. Z bijącym głośno i mocno sercem wypowiedziała wyraźnie słowa zaklęcia. Zamknęła oczy, by móc skupić się na magii. Po chwili poczuła na odsłoniętej skórze lodowaty powiew wiatru. Uniosła powieki i zobaczyła szalejący na wietrze płomyk świecy. Spojrzała przerażona na przyjaciela. To nie tak miało wyglądać. Coś poszło nie tak jak powinno.


~~*~~*~~*~~*~~

     Hej, miałam nie dodawać, ale ja miewam takie odpały. Postanowiłam dodać, ale co dalej to nie wiem. Prawie nikt nie zadeklarował się, że będzie czytał jak będę dodawała. No nic, nie będę tutaj znowu przetaczać mojej przemowy.
    Mam nadzieję, że podoba Wam się takie żerowanie, żerujcie dalej, śmiało.
    NO I ANKIETA! GŁOSUJCIE.

sobota, 30 sierpnia 2014

*24. "Chyba nie mogę powiedzieć nie, prawda?"

Ostatnio minęły dwa lata, odkąd zaczęłam blogować i chciałam podziękować wszystkim tym, którzy się do tego przyczynili. Te dwa lata odmieniły moje życie diametralnie! Nawet nie spodziewałam się, że tak bardzo. Ale wszystko zmieniło się na dobre. Były wzloty i upadki, ale życie na tym polega, nie? Raz na wozie, raz pod wozem. :) Dlatego dziękuję Wam za to, że byliście ze mną, znosiliście moje kaprysy, lepsze lub gorsze dni. No i oczywiście tradycyjnie dziękuję za pomoc, wsparcie, komentarze, tyle wyświetleń. Za porady, komplementy i po prostu to, że jesteście ze mną, Dziękuję z całego serca za te dwa lata. I mam nadzieję, że będą kolejne dwa, choć nigdy nic nie wiadomo. Ale bardzo chciałabym za dwa lata pisać podobne podziękowania skierowane do tych samych osób i do tych nowych, które jeszcze, mam nadzieję, przybędą ♥ Thanks! ;* 




Fajnie jest mieć nadzieję, nawet jeśli wiemy, że to co chcemy, jest niemożliwe, ale niefajnie jest się rozczarować. 



~~*~~*~~*~~*~~

~~ Becky ~~


    Nancy zostawiła mnie w skrzydle szpitalnym przez całą niedzielę. Wyjść mogłam dopiero w poniedziałek w samo południe po masie badań i pytań. Dopiero, gdy lekarka upewniła się, że już doszłam do siebie, wypuściła mnie. 
    Czułam się słaba. Bardzo słaba. Ale nie na tyle wyczerpana, by całymi dniami leżeć na łóżku pod czujnym okiem pielęgniarek. Nudziło mi się ciągłe zadawanie pytań, opowiadanie ciągle tej samej historyjki, że czuję się dobrze. Ale miałam czas, by wszystko przemyśleć. Zdążyłam się zorientować w niewielu rzeczach, bo mało pamiętałam ze swojej przemiany. Tylko uspokajający głos Louisa gdzieś w moim umyśle, który mnie wspierał i mówił, że wszystko będzie okej. Dzięki naszej więzi dowiedziałam się, że przez moje moce zapalił się. Tak normalnie go zapaliłam. Choć nie było widać płomieni, to chłopak czuł je w sobie. Przeraziło mnie to nie na żarty, bo Wampira ogień mógł zabić. Louis jednak czuł się po tym dobrze. Znacznie lepiej niż ja. Gdy się skupiłam na nim, odczuwałam jego emocje. Martwił się o mnie. A on był zdrowy. 
    Oczy wróciły do swojej poprzedniej zielonej barwy kilka godzin po przemianie. Obudziwszy się w niedzielę rano, zobaczyłam siedzącą obok mnie Alice, która uśmiechnęła się i powiedziała:
    - Znów są szmaragdowe!
    Nie miałam pojęcia, o co jej chodziło, ale wytłumaczyła mi, widząc moją zdezorientowaną minę. Czyżby bali się, że czerwone oczy zostaną mi na zawsze? Miałabym tęczówki jak głodny Wampir, którzy szykuje się do ataku... 
    Nancy w niedzielne popołudnie przeprowadziła ze mną straszną rozmowę. Mówiła coś o tym, że nie chciałam się przemienić, że opierałam się naturze. Nie potrafiłam jej uwierzyć, ale po jakimś czasie przyznałam jej racje. Gdzieś we mnie głęboko, na dnie serca zachowałam żal do naszej wilczej strony, do magii, która się z tym związała. Nadal nie mogłam sobie poradzić ze śmiercią Davida, choć bardzo się starałam przyzwyczaić się do tej myśli, nie potrafiłam żyć, nie myśląc o jego bezwładnym ciele, zakrwawionej białej koszuli, pustych oczach. Przemiana to udowodniła. 
    Starałam się przywołać miłe i wesołe wspomnienia związane z moim byłym, by móc tylko je zachować, a te złe wyrzucić. Znalazłam ich dużo, ale nie potrafiłam pozbyć się pozostałych, które zalewały moją głowę, gdy tylko się nie kontrolowałam. Wszystko wróciło. Było tak, jak tuż po śmierci Davida. Coś odblokowało zaporę, którą zbudowałam, a za którą znajdowały się te wszystkie złe rzeczy. Potrzebowałam czasu, by odbudować mur i znów schować za nim smutne wspomnienia. 
    Przez cały kolejny tydzień dochodziłam do siebie, dużo odpoczywałam i jadłam zdecydowanie więcej. W piątek wieczorem czułam się już całkowicie zdrowa. Nic mnie nie bolało, nie słaniałam się na nogach przy każdym kroku i nabrałam kolorów na twarzy. Wróciłam do wersji przed przemianą tylko tej nieco przygaszonej i zmartwionej. I oczywiście z nowymi mocami. 
    Szłam między drzewami, oglądając się dokoła. Nadal nie mogłam wyjść z podziwu nad moim nowym wzrokiem, słuchem i węchem. Czułam, słyszałam i widziałam wszystko znacznie wyraźniej. Czułam się tak, jakbym wcześniej była ślepa, głucha i bezwonna i dopiero teraz otworzyła oczy, uczy i nos na świat. Zdążałam na moją pierwszą lekcję panowania nad mocą. Do tej pory uczyłam się tylko podnoszenia i opuszczania tarcz oraz empatii, która, nawiasem mówiąc, w ogóle mi nie wychodziła. Po prostu nie potrafiłam wyczuć tak jak Prue emocji innych. Taki już mój los. Ale nie przejmowałam się tym za bardzo. Starałam się skupić przed zajęciami. To było dla mnie najważniejsze. Nie chciałam, by kolejnym razem, gdy w jakiś sposób stracę panowanie nad sobą, ucierpiał Louis. Lub ktoś inny z mojego otoczenia.
    Weszłam do jednej z klas, gdzie czekał już na mnie mój nauczyciel. On również władał ogniem i Stark zaproponował, by pomógł mi choć na początku przyswoić swój żywioł. Ucieszyłam się z tych lekcji. I choć każdy Zmiennokształtny inaczej przejawiał swoją moc, to niektóre były do siebie podobne.
    Chłopak, a raczej mężczyzna okazał się przystojnym, wysokim brunetem o ciemnej karnacji. Gdy weszłam, podniósł na mnie swój wzrok i zobaczyłam niebieskie oczy, delikatny zarost na jego szczękach, uśmiechniętą twarz i białe zęby, których nie powstydziłaby się żadna gwiazda filmowa. Siedział na materacu, oparty o ścianę. Na sobie miał zwykły szary podkoszulek i czarne luźne dresy oraz czarne trampki.
    - Cześć, jestem Jesse Avery - przywitał się, wstając, gdy podeszłam nieco bliżej niego. - Stark poprosił mnie, bym pomógł ci z twoją nową mocą. - Uśmiechnął się serdecznie.
    - Tak, dziękuję. Nazywam się Becky - przedstawiłam się, ściskając jego wyciągniętą dłoń. - To od czego zaczynamy? - zainteresowałam się.
    - Na początek usiądźmy. - Wskazał materac, na którym siedział, kiedy przyszłam. Posłusznie spełniłam jego prośbę. Usiedliśmy naprzeciwko siebie, po dwóch stronach materaca. Jesse przyglądał mi się uważnie i w skupieniu. - Zaczniemy od czegoś łatwego. Najpierw musisz nauczyć si panować nad sobą. Byle stres czy zdenerwowane może wywołać pożar. A tego nie chcemy, prawda? - Potwierdziłam skinieniem głowy. - No dobrze. Teraz zamknij oczy i pozbądź się wszelkich myśli. - Przez chwilę patrzyłam, że sam robi to samo. - Becky - odezwał się cicho. Zamknęłam więc posłusznie oczy, zrelaksowałam się i starałam pozbyć wszystkich nawiedzających mój umysł myśli. Lecz nie było to takie proste. Gdy przestawałam o czymś myśleć, za chwilę jakieś wspomnienie zakłócało mój spokój i zaczynałam o nim rozmyślać.
    Siedzieliśmy tak dobre piętnaście minut, a ja nie potrafiłam się skoncentrować i rozluźnić, bo cały czas mnie coś dekoncentrowało. Irytowało mnie to, że nie potrafię choć na chwilę o wszystkim zapomnieć.
     - Chyba musimy wymyślić coś innego, bo widzę, że kiepsko ci to idzie - zauważył Jesse. Gdy otworzyłam oczy, on trzymał w ręce szklaną miskę, w której znajdował się kawałek papieru. Nawet nie zorientowałam się, kiedy wstał, by przynieść naczynie. - Patrz - szepnął cicho, koncentrując się na kartce wewnątrz miseczki. Nie miałam pojęcia, na co patrzeć. Czy na niego, czy na pojemnik, czy może jeszcze gdzie indziej? Moją uwagę przykuł jednak jego spokój, rozluźnione ręce, delikatnie trzymające miskę. Wyraz twarzy miał poważny i skupiony.
    I nagle kartka papieru stanęła w ogniu. Pomarańczowe języki oplatały białą powierzchnię, zmieniając jej kolor na czarny. Na koniec z papieru została odrobina popiołu na dnie miski. Ogień zniknął gdy tylko wypaliło się paliwo.
    Byłam pod wrażeniem. Nie mogłam ukryć, że bardzo mi zaimponował.
    - Pomyślałem, że skoro nie umiesz nie myśleć o niczym to musisz mieć jakiś przedmiot, na którym będziesz mogła skupić uwagę. Myślę, że coś takiego będzie bardziej okej dla ciebie - powiedział, podając mi miseczkę i nową kartkę papieru. Gdy na mnie spojrzał, zauważyłam znikające z jego tęczówek pomarańczowe nitki. - Słyszałem, że podczas przemiany zapaliły ci się ręce - zainteresował się.
     - Chyba każdy już o tym słyszał - mruknęłam pod nosem, wpatrując się w popiół.
    - Chodzi mi o to, że ja wzniecam ogień, patrząc na coś. Może ty musisz tego czegoś dotknąć? Albo na przykład tylko wycelować ręką - zastanawiał się. - Twoja moc, tak jak większości Zmiennokształtnych, koncentruje się w dłoniach. Dopiero po wielu latach niektórzy potrafią moc przenieść na inne części ciała.
    - Z tobą też tak było? - zapytałam.
    - Nie, moja moc od razu pochodziła z oczu. Pamiętam, jak pierwszy raz podpaliłem mojemu współlokatorowi pościel tylko dlatego, że zabrał moją ulubioną koszulkę. - Zaśmiał się, przypominając sobie czasy, kiedy jeszcze chodził do szkoły. Po chwili otrząsnął się i znów spojrzał na mnie przytomnym wzrokiem. - To jak, jesteś gotowa? Wiesz, co robić.
    - Chyba nie mogę powiedzieć nie, prawda? - odezwałam się cicho. Jesse uśmiechnął się tylko. - No to do roboty. - Westchnęłam. Zamknęłam na chwilę oczy, a gdy je otworzyłam, postawiłam przed sobą miseczkę z kartką w środku. Wyciągnęłam rękę w jej stronę. Skupiłam się tylko na niej, nie widziałam klasy, w której siedzieliśmy ani Jessego. Tylko moja ręka i miska z kawałkiem papieru. Nic więcej nie istniało.
    Poczułam przepływającą przez moją rękę moc po dobrych paru minutach. Myślałam, że niedługo opuszczę rękę, bo zaczęła mnie boleć, gdy nagle poczułam mrowienie w palcach i samotna iskierka wyleciała z mojego wskazującego palca i wylądowała w misce, wypalając swoim ciepłem dziurę w papierze. Na więcej nie miałam siły. Ręka opadła na kolana, wypuściłam głośno powietrze i zamknęłam oczy.
    - Bardzo dobrze - pochwalił mnie Jesse.
    - Jestem zmęczona. Nie wiedziałam, że magia zabiera tyle energii - powiedziałam, pocierając palcami skronie.
    - To normalne na początku. To duży wysiłek z twojej strony. Ale wkrótce wszystko powinno się unormować i zapalenie czegoś przyjdzie ci z łatwością.
    - To dobrze. Nie wiem, czy przeżyłabym, gdybym miała za każdym razem się tak męczyć.
    - Na dzisiaj to koniec. Cieszę się, że się poznaliśmy i że udało ci się przywołać choć tę małą iskierkę.
    - Ja też. Myślę, że następnym razem będzie lepiej. A właśnie, kiedy następny raz? - zainteresowałam się.
    - Za tydzień. Mam dużo pracy w tygodniu, a ty chyba powinnaś nabrać nowych sił na kolejną lekcję. Do zobaczenia w sobotę!
    - Cześć - pożegnałam się i wyszłam z klasy, pozostawiając Jessego samego na materacu.


~~ Prue ~~

    Stałam na skraju wielkiej przepaści, przede mną znajdował się wiszący most, wąski na jakiś metr i chyboczący się na wietrze. Szare skały, które mnie otaczały to wapienie, którymi szczycił się Park Narodowy Tsingy de Bemaraha. Mapa wskazywała to miejsce na Madagaskarze jako siedzibę kolejnego klanu Łowców. Liam teleportował się właśnie w to miejsce - na skraj wąwozu, w którym normalnie rosły różnego rodzaju wysokie drzewa.
    Słońce prażyło niemiłosiernie. Na wyprawę musiałam założyć odpowiednie buty, w których mogłabym chodzić po skałach i nie skręcić kostki. Były one strasznie grube i gorące, ale starałam się nie myśleć o uwięzionych w nich stopach, bo od razu robiło mi się ciepło.
    Zerknęłam na Liama, który stał tuż nad przepaścią i spoglądał w dół. Wcześniej sprawdził wytrzymałość mostu, po którym musieliśmy przejść, by przedostać się na drugą stronę. Most wydawał się stabilny i nie powinien runąć, gdy tylko byśmy na niego weszli, ale i tak się bałam. No bo nigdy nic nie wiadomo z takimi mostami. W każdej chwili mógł się zawalić, a ja umrzeć. Liam pewnie wyszedłby z upadku z paroma bliznami, które po chwili by się zagoiły, więc się nie miał czym przejmować. Nie to co ja, śmiertelna.
    - Powinniśmy ruszać - zauważył chłopak. - Idziesz pierwsza czy ja mam to zrobić?
    Przełknęłam głośno ślinę, posłałam mordercze spojrzenie w stronę mostu i ruszyłam powoli w jego kierunku.
    - No to idę - odezwałam się nieco drżącym głosem. Zrobiłam parę kroków do przodu. Złapałam się lin, które były na wyciągnięcie ręki i weszłam na pierwsze deski. Most zakołysał się. Stałam kila chwil, nie ruszając się, by most się ustabilizował i zrobiłam kolejne parę kroków. Poczułam, jak Liam wchodzi na pierwsze deseczki.
    - Spokojnie, jestem tuż za tobą - starał się mnie uspokoić. Oddychałam głęboko i nie patrzyłam w dół tylko przed siebie na odległy koniec mostu.
    Poruszając się powoli, krok za kroczkiem, w końcu stanęłam na wapiennej skale, spomiędzy której wyrastały gdzieniegdzie niskie krzaki. Usiadłam obok jednego, uważając, by nie zedrzeć sobie skóry. Nie chciałam, by Liam poczuł krew. Nie miałam pojęcia, jak by zareagował.
    Odpoczęłam chwilę, napiłam się wody, bo ze strachu zaschło mi w gardle. Potem ruszyliśmy dalej. Wspinaliśmy się na ostre skały po najbardziej dogodnych szlakach. Szliśmy długo, nim stanęliśmy przed lekko opadającym w dół stoku. W dolinie widziałam gęsty las, z których gdzieniegdzie wystrzelały w górę pojedyncze skały i przylegające do nich jeziora. Powietrze pachniało świeżością, było czyste, niezanieczyszczone.
    Zaczęliśmy schodzić po zboczu, gdy słońce delikatnie przechyliło się ku zachodowi. Były godziny popołudniowe, lecz nie miałam pojęcia, która dokładnie. Niespiesznie zeszliśmy ze szczytu i stanęliśmy na skraju wielkiej puszczy. Zdałam się na instynkty Liama. Skierowaliśmy się w prawą stronę, dokładnie ze wskazówkami mapy.

***

    Szybko dotarliśmy do wioski, która położona była niedaleko małego jeziorka, otoczonego ze wszystkich stron głazami i drzewami. Społeczność okazała się jeszcze mniejsza niż u poprzednich Łowców i mniej gościnna. Bali się niekoniecznie mnie, ale tego, że przyjaźniłam się z Wampirem - ich wrogiem numer jeden. Nie ugościli mnie tak jak poprzedni Łowcy. Na wejściu odpowiedzieli, że nie było u nich mojego ojca i że nie wiedzą, gdzie może być. Wszyscy spoglądali na mnie nieufnie, gdy próbowałam zapytać o coś więcej. Więc odpuściłam i uciekłam stamtąd do Liama.
    Byłam zła. Na Łowców, którzy tak mnie potraktowali, na siebie, bo gdzieś w głębi duszy miałam nadzieję na to, że może na Madagaskarze złapiemy trop ojca. Nie łudziłam się tym, że tak szybko go odnajdziemy, ale myślałam, że może coś wskaże nam drogę, którą powinniśmy podążać przy dalszych poszukiwaniach. Nic takiego jednak się nie stało.
    Liam, odczytując moje emocje dzięki Skojarzeniu, wiedział jak się czułam. Nie odzywałam się do niego, bo byłam pewna, że zaczęłabym krzyczeć i wszczęłabym kłótnię. A tego bardzo nie chciałam. Musiałam sobie poradzić sama ze swoimi uczuciami. I Wampir chyba to rozumiał, bo w drodze powrotnej nie zapytał mnie o nic.
    - Musimy jak najszybciej wyruszyć w kolejną podróż - zdecydowałam, gdy przeteleportowaliśmy się na tyły Common Grounds. Zmieniłam trekingowe buty na białe trampki za kostkę.
    - Nie powinniśmy tak często znikać. Raczej ty nie powinnaś. Ja jakoś się wytłumaczę przed Louisem i Niallem, ale tobie będzie coraz trudniej. Zaczną węszyć. A skoro nie zamierzasz im powiedzieć i chcesz dalej utrzymać to w tajemnicy to, według mnie, na razie powinniśmy odpuścić. Proponuję wybrać się co najmniej za dwa tygodnie. - Przyglądał mi się uważnie. Wiedziałam, co zauważył. Moją niecierpliwość, zdecydowanie i zdenerwowanie. Chciałam wyruszyć niemal od razu. To prawda, zdawałam sobie sprawy, że chłopak miał dużo racji, ale dla mnie najważniejsze było odnalezienie ojca, nie patrząc na konsekwencje. Postanowiłam jednak, że nie będę się upierać.
    Liam czuł moją walkę ze samą sobą. I gdy w końcu wygrała strona, której kibicował, uśmiechnął się.
    - Muszę już wracać - odparłam. - Nie chcę, by się o mnie martwili w szkole. To do zobaczenia! - pożegnałam się i odeszłam jak najszybciej od Liama. Nie chciałam, by zauważył, że próbowałam go oszukać.

Jesse
~~*~~*~~*~~*~~

    Cześć, cześć :) Macie rozdział :) Mam nadzieję, że jest okej. Nie potrafiłam kompletnie opisać kolejnej wyprawy Prue i Liama. Jakoś tego nie mogłam wyczuć. Mam nadzieję, że jednak Wam się spodoba :)
    Od poniedziałku już szkoła, niestety. Muszę Wam powiedzieć, że, choć będę się starała nadal dodawać posty co dwa tygodnie, to może być i tak, że się nie wyrobię. Wiecie, będę mieszkać w internacie i nie mam pojęcia, czy będę miała warunki do pisania w tygodniu. A weekend chciałabym też trochę odpocząć... Ale na pewno Was nie zostawię. To byłby dla mnie za duży ból :)
    Pozdrawiam Was serdecznie!
Zuza♥