Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rose. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rose. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 grudnia 2015

Miniaturka 2. "Gorzka przeszłość."


Rosalie Montgomery zawsze była silną dziewczyną. Wychowała się bez mamy, z ojcem, więc musiała sobie radzić sama z pewnymi sprawami. I choć tata zawsze próbował ją we wszystkim wspierać, to nie było to samo, co mama. Nie zastąpił stuprocentowo matczynej miłości i opieki, choć bardzo się starał.
Z Prue przyjaźniły się niemal od zawsze. Obie nie pamiętały, jak to było, kiedy jeszcze się nie znały. Doskonale znały jednak dzień, w którym się poznały. Prue była jeszcze małym dzieckiem, ale jej ojciec już z nimi nie mieszkał. Spacerowała z mamą po parku. Musiały być wakacje, bo już wtedy Rosie chodziła do przedszkola, ponieważ ojciec nie potrafił jednocześnie pracować i zajmować się nią oraz domem. Jednak tego dnia nie była w szkole. Tata zabrał ją na lody z budki, która codziennie o tej samej porze przyjeżdżała do parku. Wesoła muzyka grała z głośników samochodu, a kolejka głodnych na słodycze dzieci ustawiała się do okienka na kilometr. Wśród nich znalazły się również Rosie i Prue ze swoimi rodzicami. Nie wiedzieć dlaczego, ale pośród tylu dzieci, rówieśników obu dziewczynek, to właśnie na siebie spojrzały. Rose uśmiechnęła się do młodszej koleżanki i podała jej misia, który jej upadł, kiedy próbowała zlizać topiącego się loda z wafelka. Prue nieśmiało spojrzała na koleżankę i podziękowała cicho. Między mamą i tatą nawiązała się luźna rozmowa. Od słowa do słowa, umówili się jeszcze kilka razy, a kiedy rodzice popijali kawę, dzieci się bawiły ze sobą i poznawały. Po kilku latach zaprzyjaźniły i już nie potrafiły żyć bez siebie. Mogły zawsze na siebie liczyć. Nawet wtedy, kiedy rodzina i inni bliscy zawodzili. A taka sytuacja w życiu Rosie nie raz się zdarzyła.
Mama blondynki odeszła od rodziny, kiedy ta miała trzy lata. Umarła w samotności, nie chcąc narażać rodziny na smutek oraz patrzenie, jak kona w bólu. Jej tata zawsze mówił o niej dobrze, choć w głębi duszy czuł do niej żal, że nie została z nimi do końca. Nawet nie mógł się z nią pożegnać przed śmiercią.
Wtedy jednak dziewczyny się jeszcze nie znały, a Rosie nawet nie pamięta dokładnie swojej mamy. Gdzieś w pamięci zostały jej wspomnienia o jej gęstych blond włosach oraz długich nogach. Kiedy widziała ją na zdjęciach, zawsze zazdrościła jej urody i żałowała, że nie odziedziczyła po niej niczego więcej. Zmarła młodo i na zdjęciach zachowała się jej młodzieńczość.
Na pewnej imprezie poznała chłopaka. Był od niej starszy, miał z dwadzieścia lat, kiedy ona niedawno obchodziła swoje szesnaste urodziny. Świetnie się bawili, tańczyli, rozmawiali. Chłopak był niezwykle mądry, imponował Rosie. Miał motocykl, którym odwiózł później dziewczynę do domu. Żegnając się, wsunął swój numer telefonu do tylnej kieszeni jej spodni, kiedy całował ją w policzek. Zauroczona nim, godzinami opowiadała Prue, jaki jest kochany i słodki. Młodsza przyjaciółka starała się ją jakoś uczulić na niego, pokazać jego słabe strony, lecz zakochana nie widziała jego wad. Jedynie same superlatywy. Nie chciała nawet słuchać Prue, kiedy ta wspominała, jak widziała go palącego trawkę ich szkołą, kiedy czekał na Rosie przy swoim motorze. Była zbyt w niego wpatrzona.
Rose popadała w jego towarzystwo i choć starała się utrzymywać kontakt z pozostałymi przyjaciółmi, to i tak stał się nieco inny. Chłodniejszy. Odzywała się do nich inaczej, już nie z miłością w oczach lecz z odrobiną złości. Zaczęła wagarować, znikała na całe noce, by móc się z nim spotykać.
Któregoś dnia po prostu wróciła. Już bez chłopaka, bez motoru. Z podkrążonymi oczyma i podartymi rajstopami. Od kilku dni nie było z nią kontaktu i Prue zaczęła się martwić, a kiedy przyszła do niej, cała zapłakana, w żałosnym stanie, wiedziała, że zerwali. A raczej to on zerwał z nią.
– Co się stało? – zapytała z troską, kiedy już usiadły w pokoju brunetki z gorącą czekoladą w dłoniach.
– Ja... – Pociągnęła głośno nosem. – Powiedziałam mu dzisiaj... że jestem w ciąży... – wyszeptała. Prue musiała się bardzo pochylić, by cokolwiek usłyszeć z jej ust.
– Jesteś w ciąży? – zapytała przerażona. Dla Prue to było coś niezwykle odległego. Rosie tylko pokiwała delikatnie głową. – A on co na to? – Przejęła sprawy w swoje ręce. Blondynka nie była w stanie wiele zrobić, wiec Prue postanowiła jej jakoś pomóc.
– On powiedział... Stwierdził, że to na pewno nie jego dziecko i na pewno nie będzie się nim zajmował. – Zapłakała cicho. – Dodał też na koniec, że jeżeli zrobiłam sobie bachora, to sama go będę wychowywała. – Zaszlochała, ukrywając twarz w dłoniach.
– A to świnia... – szepnęła cicho brunetka. Przytuliła przyjaciółkę najmocniej jak tylko potrafiła. – Rozmawiałaś z tatą? Bał się o ciebie, dzwonił do nas po kilka razy dziennie i wypytywał o ciebie.
Rose pokręciła szybko głową, podnosząc wzrok na przyjaciółkę. W jej oczach odbił się strach i panika.
– Boję się  – przyznała cicho. – Co powie na marnotrawną córkę z brzuchem? – Załkała. 
– Na pewno okaże odrobinę więcej empatii niż twój pożal się Boże chłopak – zakpiła. 
– Przepraszam, ostatnio byłam fatalną siostrą – powiedziała Rose.
– Wiem o tym. – Zaśmiała się. – Ale i tak cię kocham i nie zamieniłabym cię na nikogo innego – szepnęła jej do ucha, przytulając ją mocno.
Razem poszły do domu blondynki, a kiedy Rose opowiadała ojcu, co się stało, przyjaciółka mocno trzymała ją za rękę, dodając tym gestem otuchy. Nie można powiedzieć, pan Montgomery nie był zadowolony. Mało który ojciec cieszyłby się, że jego nastoletnia córka zaszła w ciążę i to w dodatku z chłopakiem, który ją od razu zostawił. Jednak uśmiechnął się i odetchnął z ulgą, widząc ją całą i zdrową. Zapewnił również, że przecież jakoś sobie poradzą. Jak zwykle z resztą. Na koniec wpadli sobie w objęcia, a Rose przeprosiła tatę za wszystko.
Kolejne tygodnie mijały spokojnie. Rose wróciła do szkoły i nadrabiała zaległości. Prue starała się jej pomóc we wszystkim, w czym tylko mogła. David zaofiarował również swoją pomoc w domowych obowiązkach. Wszystko w końcu zaczęło układać się po ich myśli.
Prue widziała diametralne zmiany w zachowaniu Rose, zwłaszcza wobec płci przeciwnej. Do wielu chłopców odnosiła się z dystansem, nawet jej brata nieco odsunęła na moment. Dopiero po jakimś czasie wrócił do łask i dziewczyna czuła się przy nim bezpiecznie i komfortowo. Jednak poza nim, żaden chłopak nie mógł się do niej za bardzo zbliżyć. Już żadnemu nie chciała zaufać.
Tuż przed świętami Rose miała umówioną wizytę u lekarza. Czuła się świetnie, więc z uśmiechem na ustach, szła pod rękę z Prue. Minęło trochę czasu, i choć ból nie zniknął, to starała się o nim zapomnieć. Zapomnieć o chłopaku, o tym, jak ją potraktował. I działało za dnia i starała się wykorzystywać swój dobry humor, bo wiedziała, że już niedługo przyjdzie noc i kolejne koszmary. Poza tym dobry nastrój przyjaciółki działał na nią zaraźliwie i przy Prue nie potrafiła się smucić.
Ze swoim tatą miała się spotkać już u lekarza, jednak w ostatniej chwili zadzwonił do niej, że się nieco spóźni. Nie przejmowała się tym. Miała przy sobie swoją najlepszą przyjaciółkę i to jej wystarczyło.
Podekscytowana weszła do gabinetu. Jej ciążę od początku prowadziła miła kobieta, która przypadła jej do gustu już przy pierwszym spotkaniu. Przywitały się, lekarka zapytała o samopoczucie i to, jak jej minął ostatni czas. Rose chętnie opowiadała jej, co się z nią działo a potem role się odwróciły. W pewnym momencie kobieta skupiła się mocniej, przez kilka chwil spoglądała w monitor i w zamyśleniu zapisała coś w karcie pacjenta.
– Coś się stało? – zapytała podejrzliwie Rosie.
– Wytrzyj się. – Podała jej ręcznik. Dziewczyna posłusznie wykonała polecenie, po czym zasiadła naprzeciwko lekarki przed biurkiem.
– Przykro mi to mówić – zaczęła, a Rose coś ukłuło w piersi. Bała się dalszych słów. – Dziecko zmarło. Myślę, że to z powodu jakiegoś zakażenia, może bakterii. Tobie nic nie zrobiły, ponieważ masz wysoką odporność. Płód niestety takiej jeszcze nie miał.
Rosie patrzyła na nią i nie słyszała wielu słów. Dziecko umarło... Jej dzidziuś nie żyje. W oczach stanęły jej łzy. Zaczęła kręcić głową, nie mogąc uwierzyć w to, co przed chwilą oznajmiła jej kobieta.
Lekarka niespodziewanie wstała i wyszła z gabinetu. Po chwili weszła z powrotem a za nią Prue, która natychmiast podeszła do niej i przytuliła ją mocno.
– Będzie dobrze – szepnęła. – Chodźmy, twój tata czeka na dole. – Delikatnie ją pociągnęła. Rosie spojrzała na nią zapłakanymi oczami. Co prawda bała się, jak to będzie, kiedy w końcu urodzi, czy sobie poradzą, ale kiedy pogodziła się z myślą, że zostanie mamą, ucieszyła się z tego. Przywykła do tych myśli i teraz, kiedy dowiedziała się, że jednak nie będzie dziecka, poczuła pustkę. Ogromną pustkę. Tak, jakby kogoś jej znowu zabrano.
Potem jeszcze długo nie mogła się po tym pozbierać. Wiele się na jej głowę wtedy zwaliło i nie potrafiła sobie z tym poradzić. Opuściła się w nauce, więc miała jeszcze więcej kłopotów. A Prue i David jak zawsze trwali przy niej, mimo, że ona była często bierna na ich obecność.

~~*~~*~~*~~*~~

I znów przybywam ;) Jak tym razem miniaturka? Ostatnia Wam się chyba spodobała ;) Mam jeszcze pomysły na może dwie, które opublikuje razem z epilogiem ;)
Chciałabym Wam życzyć udanego Sylwestra, a w Nowym Roku mnóstwo zdrowia, żeby był lepszy, niż ten co się kończy. Miłości i szczęścia, bo to najważniejsze :) I tego, czego tylko sobie życzycie <3

sobota, 28 listopada 2015

~11. "...jest zbyt krótkie, by robić głupstwa."

"Pamiętaj - ze wszystkich rzeczy wiecznych, miłość trwa najkrócej." 
– Janusz Leon Wiśniewski




~~ Prue ~~

Na sylwestra zaprosiliśmy wszystkich naszych bliższych znajomych, z którymi zawsze utrzymywaliśmy lepszy kontakt. Zrobiliśmy wstępną listę, która po kilku minutach rozrosła się do kilkudziesięciu nazwisk. Każdy z nas, oprócz wspólnych kolegów, miało przyjaciół i znajomych, których pozostali albo w ogóle nie znali, albo znali tylko z widzenia. Te różnice wynikły głównie z tego, że Rosie mieszkała nadal w Londynie i po naszym wyjeździe, chcąc nie chcąc, zaczęła zadawać się z ludźmi, którzy ją otaczali. Znowu my, przebywając cały rok w Dundee poznaliśmy wiele osób tam, z którymi się zakolegowaliśmy. Staraliśmy się ograniczyć jakoś zaproszonych gości, ale ich ostateczna suma i tak mnie przerażała.
Oczywiście nie przyjechali wszyscy. Louis oraz Niall odmówili zaproszenia. Czułam, że nie będą chcieli spędzać całego wieczoru ze Zmiennokształtnymi, ale i tak wypadało ich zaprosić. Zwłaszcza Lou. Wraz z nim nie pojawiła się również Becky, która wolała tę noc spędzić z ukochanym. Tej decyzji również się nie dziwiłam. W końcu wkrótce znów zacznie się szkoła a oni będą mieli coraz mniej czasu tylko dla siebie. Zakładając oczywiście, że takowy w ogóle by znaleźli.
Ja oraz Rosalie stałyśmy przy wejściu i witałyśmy przybyłych gości jako gospodynie imprezy. Każdy gość dostał od nas drobny upominek w postaci dużego, słodkiego lizaka z doczepioną karteczką z datą imprezy oraz naszymi imionami, by każdy zapamiętał, gdzie się tego dnia bawił.
Jako pierwsi przybyli Alice i Damien. Mimo, że nie widzieliśmy się tylko kilka, może kilkanaście dni, stęskniłam się i musiałam ich mocno wyściskać, nim mogli przejść dalej. Rozglądali się dokoła, wchodząc do domu. Nigdy nie byli u mnie i mieli prawo poznać każdy kąt mojego mieszkania. Obiecałam sobie, że później pokażę Alice bliżej mój dom.
Kolejni goście to głównie koleżanki Rose, których zapamiętałam jedynie imiona, kiedy blondynka mi je przedstawiała. Bliźniaczki Liv i Carrie, rudowłosa Susan i długowłosa brunetka Katie. Wszystkie wydawały się miłe i sympatyczne. Dwie z nich przyprowadziły swoich chłopaków, których oczywiście poznałam, lecz imiona umknęły mi w tłumie wrażeń.
Kiedy pokazywałam Alice moją nową bransoletkę, którą dostałam pod choinkę, do drzwi znów ktoś zapukał. Otworzyłyśmy a w progu stała Bella, Jenn i Alex. W dłoni Alex trzymał jakiś alkohol, którym od razu zaopiekował się Chris.
Po jakimś czasie pojawił się również brat Chrisa - Jack. Zamieniłam z nim kilka słów na początku, ale niestety później inne obowiązki mnie wezwały i  już go nie widziałam.
Impreza powoli się rozwijała i szła w dobrym kierunku. Jako przykładna pani domu częstowałam gości wszystkimi smakołykami, jakie przygotowaliśmy. Było cudownie, wielu ludzi już zaczynało powoli kołysać się w rytm puszczonej muzyki, inni po prostu rozmawiali ze sobą, śmiali się z opowiedzianych przez Damiena żartów lub po prostu siedzieli na kanapie i obserwowali innych.
Wraz z Rosie byłam cały czas na nogach, przechadzając się pomiędzy gośćmi i sprawdzając, jak się miewają. Od czasu do czasu towarzyszył mi Chris, lecz później zniknął wraz z Tomem gdzieś w zakątkach domu.
– Widziałaś gdzieś chłopaków? – zapytałam blondynkę, kiedy spotkałyśmy się w kuchni. Nalewała właśnie nową porcję soku do dzbanka a ja przyszłam po kolejne ciasteczka. Dziewczyna pokręciła głową.
– Nie wydaje ci się, że oni coś knują? – powiedziała podejrzliwie, zatrzymując się na chwilę. Przyjrzała mi się uważnie. – Wiesz coś może? Tym razem to ja pokręciłam głową.
– Chris nie spowiada mi się ze wszystkiego, co robi, niestety. A może nawet i stety. Chyba nie chciałabym wiedzieć wszystkiego, co robi. – Uśmiechnęłam się do niej. – Ni przejmuj się, na pewno niedługo się dowiemy, co im w głowach siedzi. Długo tego przed nami nie ukryją.
– Pewnie masz rację. – Westchnęła.
– Jak zwykle! – Zaśmiałam się, potrząsając przy tym swoimi długimi włosami. Nie zdradziłam jej, o czym ostatnio rozmawiał ze mną Tom. Nie chciałam jej denerwować, a przecież to może wcale nie miało ze sobą nic wspólnego. Znając Rosie, zaczęłaby panikować z byle powodu, który w jakikolwiek sposób wiązałby się z chłopakiem. Taka już była. To, co stało się dawno temu, odbiło się na jej psychice i już dawno nie zaufała żadnemu chłopakowi tak bardzo, jak Tomowi. I to chyba szło w drugą stronę. W końcu on też swoje przeżył i stracił niemało.

~~ Chris ~~

– Jesteś pewien? – zapytałem go po raz tysięczny. – Na sto procent?
– Na dwieście – powiedział z przekonaniem i spojrzał na mnie. Szykowaliśmy fajerwerki, które, według tradycji, mieliśmy odpalić o północy. Co zbliżało się wielkimi krokami.
– Chciałem się tylko upewnić. – Wzruszyłem tylko ramionami. Nie miałem nic przeciwko temu, co chciał zrobić. Może nawet nie powinienem mówić mu, żeby się jeszcze zastanowił. Skoro podjął tak ważną decyzję, przemyślał ją wcześniej i zapewne już ma wszystko w głowie poukładane.
Tom uśmiechnął się do mnie serdecznie. Chyba rozumiał mój niepokój. Nie wiadomo kiedy, stał się moim najlepszym przyjacielem, z którym mogłem o wszystkim pogadać, który mnie rozumiał i wspierał, choć nie lubił wypowiadać się w kwestiach, których nie znał. Mimo wszystko starał się pomóc, więc i ja próbowałem mu w tamtej, ważnej dla niego chwili, odwdzięczyć się.
– Myślisz, że mógłbym coś zrobić? – zaproponowałem.
– Po prostu zajmij się fajerwerkami. Nic więcej mi nie trzeba. – Uśmiechnął się serdecznie i wyniósł pierwszą partię rac na zewnątrz. Podążyłem za nim a w mojej głowie rodził się plan idealny. I choć Tom nie mówił, by mu w czymś jeszcze pomóc, postanowiłem wziąć sprawy w swoje ręce i zaangażować w plan Prue. Oczywiście nic jej przedwcześnie nie mówiąc. Niech ma również niespodziankę. A Tom? Na pewno mi później za to podziękuje!

~~ Rose ~~

Tuż przed północą wyszliśmy wszyscy przed dom. Było strasznie mroźno, więc non stop przytulałam się do Toma, który wydawał się nieobecny. Próbowałam wciągnąć go w jakąś rozmowę, ale jedyne, co potrafił robić, to przytakiwać i mruczeć nic nieznaczące półsłówka. Nigdy nie był wielce wylewny, to fakt, ale zwykle starał się ze mną rozmawiać. Nie mogłam się nadziwić tej jego nagłej zmianie.
Staliśmy w dogodnym miejscu, by wszystko idealnie widzieć. Każdy z nas wziął sobie z domu kieliszek, niektórzy trzymali w dłoniach zamknięte jeszcze butelki z szampanem, które miały wystrzelić równo o północy wraz z fajerwerkami. Przed nami Chris układał ostatnie fajerwerki, kiedy zaczęło się odliczanie. Uśmiechałam się jak głupia, bo to był najlepszy moment całego sylwestra; okres pomiędzy starym a nowym rokiem działał na mnie energicznie. Zawsze wtedy dostawałam takiego kopniaka w tyłek i wiedziałam, że w przyszłym roku mogę zrobić wszystko i zaczynałam styczeń z dużą dawką energii, co było mi niezmiernie w życiu potrzebne. Bez niej nie osiągnęłabym niczego.
Kiedy tłum doszedł do piątki, poczułam, jak Tom wyrywa swoją rękę, na której się niemalże uwiesiłam, starając się ukryć przed kąśliwym mrozem. Spojrzałam na niego zdziwiona. Miał strasznie poważną minę i nie wiedziałam, co o całej tej sytuacji myśleć. Jego zachowanie śmierdziało na kilometr jakimś spiskiem, tylko jeszcze nie rozgryzłam, o co w tym wszystkim chodziło.
I kiedy wszyscy wykrzyknęli "Szczęśliwego Nowego Roku", kiedy w górę wystrzeliły kolorowe fajerwerki, kiedy szampan lał się strumieniami, przy swoim uchu usłyszałam najpiękniejsze słowa, jakie może zakochana kobieta usłyszeć od mężczyzny.
– Rosie, kocham cię. Czy zostaniesz moją żoną? – Nawet nie zauważyłam, kiedy stanął przede mną i zbliżył się do mnie. Wcisnął mi pierścionek do ręki, jakby bał się, że mu odmówię, albo że go nie zobaczę.
W pierwszym odruchu zaniemówiłam. Zastanawiałam się, czy to aby nie żart. Nawet delikatnie się uśmiechnęłam, lecz kiedy spojrzałam na jego minę, która starała mi się mówić "no powiedz coś wreszcie", zrozumiałam, że to były prawdziwe oświadczyny.
Ścisnęłam mocniej jego dłonie i delikatnie oddałam mu pierścionek. Zaskoczony, spojrzał mi prosto w oczy.
– Tom, kocham cię i chcę spędzić z tobą resztę swojego życia. Tak, zgadzam się zostać twoją żoną – odpowiedziałam mu cicho. Niemal poczułam, jak cały stres uchodzi z jego ciała. Uśmiechnął się serdecznie i pocałował najżarliwiej jak tylko potrafił. Potem pierścionek znalazł miejsce na moim palcu i go już nie opuszczał.

~~ Prue ~~

Kiedy Chris poprosił mnie, bym podczas wystrzeliwania fajerwerek nagrała Toma i Rosie, pomyślałam, że zwariował. No bo niby po co miałabym to robić?
Wszystko się wyjaśniło, kiedy już zaczęłam to robić i zorientowałam się, zapewne dużo szybciej niż Rosie, o co w tym wszystkim chodziło. Łezka mi się w oku zakręciła, myśląc o tym, że moja najlepsza przyjaciółka jest szczęśliwie zaręczona.
Stojąc tak i czekając, aż Chris skończy wypełniać swoje obowiązki, byśmy mogli już w spokoju i wspólnie wrócić do domu, zaczęłam zastanawiać się nad swoim życiem. Dotarło do mnie, że przecież to właśnie w Nowy Rok wszystko się zaczęło. Cała moja przygoda z magią. To wtedy usłyszałam pierwsze głosy w swojej głowie. Później pojechaliśmy do Dundee. Niewiele pamiętam z tamtego okresu, był zbyt zwariowany, ale jedno jest pewne; moje życie zmieniło się diametralnie. W końcu znalazłam swoje życie na ziemi, u boku fantastycznego faceta. W ciągu roku poznałam mnóstwo wspaniałych ludzi. Niestety z wieloma musiałam się również pożegnać. Do końca swojego życia nie zapomnę o moim braciszku, który oddał dla mnie życie ani o Liamie, który zginął, ratując mnie. Wszyscy się poświęcali, nawet mój tata, który przecież, żeby nas chronić, odszedł od nas. Postanowiłam nie zmarnować danego mi życia, ponieważ jest zbyt krótkie, by robić głupstwa. Jeszcze nie miałam pomysłu na to, co mogłabym robić, ale mam jeszcze chwilę, by się nad tym zastanowić.
W końcu jestem szczęśliwa, a to chyba jest w życiu najważniejsze i każdy do tego dąży, by móc spędzić życie u boku najbliższych mu osób.
– Dziękuję, że jesteś – szepnęłam Chrisowi na ucho, kiedy stanął obok mnie. Objął mnie w pasie ramieniem i razem oglądaliśmy końcówkę cudownych, kolorowych światełek, które rozświetliły nocne niebo.

~~*~~*~~*~~*~~

Hejoo! Wybaczcie, że mnie ostatnio nigdzie nie ma, ale jestem taka zabiegana, że masakra! Chyba jak każdy z Was. Doprawdy, nie mam pojęcia, gdzie my wszyscy się tak spieszymy, naprawdę :/ Ale cały czas nas coś goni i goni i nie znajdujemy czasu na przyjemności, pewne rzeczy odkładamy na później. Cóż, bywa i tak, zapewniam Was jedynie, że o nikim nie zapomniałam. Moje serduszko jest wielkie a pamięć dobra, więc wiecie <3
Rozdział krótki, wiem, nie bijcie! Ale rozpraszają mnie zawody w skokach, które nie chcą się odbywać, ale i tak jestem zawsze mega podekscytowana. ;) Nawet teraz jestem tutaj w przerwie, więc mam mało czasu :)
Mam nadzieję, że wszystko jest w porządku. Jeżeli tak to piszcie, a jeżeli nie to tym bardziej piszcie! Do zobaczenia! <3

piątek, 14 sierpnia 2015

~4. "Jedynie w oczach dostrzegłem jego ogromny ból."

"Przeznaczenie każdego zmienia się wraz z jego wyborami." - Kristin Cast




~~ Alice ~~

    Właśnie dobiegały końca dzisiejsze lekcje. Frekwencja tego dnia nie bardzo spodobała się nauczycielom, lecz niewiele zdawali się zauważać. Co prawda pan Collins, który niekoniecznie nas lubił, pewnie za ten incydent w jego pracowni, marudził pół lekcji, że większość klasy olała jego zajęcia. Nikomu się nie dziwiłam. Sama wolałabym zostać pod ciepłą kołdrą, zwłaszcza, kiedy na dworze panowała tak okropna pogoda. Ale pokój przypominał mi o Prue, tam nadal leżały jej rzeczy, tam nadal stało puste łóżko, które pościeliła, zanim ruszyła pomóc ojcu. Niczego nie ruszałyśmy od tamtego dnia.
    Nie potrafiłam znieść tej ciszy, która panowała przez cały czas w pokoju. Po tym, jak wszyscy dowiedzieli się, kim był chłopak Becky, ona również stała się małomówna, choć to kompletnie do niej niepodobne. Dlatego z dwojga złego wolałam pojawić się na lekcjach, zająć czymś głowę, mieć co robić, by nie wspominać przyjaciółki.
    Damien pierwszy opuścił salę po naszej ostatniej tego dnia lekcji. Szepnął mi do ucha, że spotkamy się później, po czym zniknął. Zdziwiona, śledziłam go, dopóki nie wyszedł za drzwi. Nawet nie zauważyłam, kiedy do mojego stolika podeszła Becky.
    - Nadal jest wkurzony? - zapytała, pomagając mi się spakować.
    - Chyba przejął rasistowskie poglądy od Chrisa. Nie przejmuj się nim, przejdzie mu. Jak chcesz, mogę z nim porozmawiać - zasugerowałam.
    - Tak, tylko że Chris nie skreślił mnie całkowicie po tym, jak się dowiedział - westchnęła. - Mogłabyś? Starałam się zamienić słowo z Filipem przed zajęciami, ale mnie, no cóż, nie bójmy się tego słowa, olał.
    - Jasne, czemu nie. - Wzruszyłam ramionami. - Chodźmy, bo zjedzą nam cały obiad, jeśli się nie pospieszymy.
    Na stołówce, przy naszym stałym stoliku, zastałyśmy już Damiena i Chrisa. W całkowitej ciszy jedli swoje porcje. Kiedy do nich dołączyłyśmy, uśmiechnęłam się do chłopców. Damien przywitał mnie i zrobił dla mnie miejsce obok siebie. Na Becky, niestety, nawet nie spojrzał. Zaproponowałam, byśmy udali się po obiedzie gdzieś razem. Niemal od razu się zgodził, zapewne nie zdając sobie sprawy, że zamierzałam z nim poruszyć drażliwy temat.
    Po posiłku wyszliśmy na zewnątrz. Zanosiło się na burzę, czułam w powietrzu zapach deszczu, same chmury mówiły wszystko. Wiatr zerwał się już podczas przedostatniej przerwy między zajęciami, lecz nie przegonił ciemnych obłoków. Wręcz przeciwnie, sprowadził ich jeszcze więcej. Mimo pogody, szliśmy dalej. Chłopak poprowadził mnie do zacisznego miejsca, gdzie mogliśmy spokojnie porozmawiać. Usiedliśmy na ławce otoczonej drzewami za boiskiem wielofunkcyjnym. Z chodnika byliśmy nie do dostrzeżenia. Tylko gdyby ktoś chciał skorzystać z boiska, zauważyłby nas. Ale komu przyszłoby do głowy, by wychodzić na dwór i trenować, kiedy lada chwila mogła rozpętać się burza? No właściwie nikt.
    Usiedliśmy naprzeciwko siebie. Spojrzeliśmy sobie w oczy. Nie miałam pojęcia, jak zacząć rozmowę, więc wcale się nie odezwałam. Damien, z nieco łobuzerskim uśmiechem, pochylił się i musnął swoimi wargami moje usta. Przymknęłam na chwilę powieki, by rozkoszować się tą chwilą. Dawno nie spędziliśmy czasu sam na sam. Zawsze coś było ważniejsze. I nie przeczę, wojna z Wampirami, pomoc przyjaciołom a już zwłaszcza śmierć przyjaciółki, wydawała się ponad to. Ale cóż, dla mnie Damien był równie ważny co pozostali. I czułam, że go odrobinę zaniedbałam ostatnimi czasy.
    - Słuchaj, musimy porozmawiać - szepnęłam, przerywając pocałunek. Odsunęłam się od chłopaka delikatnie. Damien jęknął niezadowolony, ale nie protestował. - Później możemy robić, co będziesz chciał, ale najpierw musisz mnie wysłuchać - powiedziałam. Spojrzał na mnie zaciekawiony. - Chciałam... - Przełknęłam ślinę, bo nagle w moim gardle pojawiła się gula, która uniemożliwiła mi mówienie. - Chciałam z tobą pogadać na temat Becky... - Od razu zamierzał mi przerwać, lecz mu na to nie pozwoliłam. - Wiem, że razem z Filipem się o nią martwicie i to nawet jest fajne, ale nie możecie kogoś niańczyć, jeśli ten ktoś tego nie chce. Musisz zrozumieć, że Becky i tak zrobi to, co będzie uważała za słuszne. Naszym zadaniem jest być przy niej i ją wspierać a nie się obrażać i strzelać fochy, bo nas nie posłuchała. Mną ta wiadomość również wstrząsnęła, ale potem, kiedy zobaczyłam, jak Louis i Becky na siebie patrzą... Oni się naprawdę kochają... - dodałam po chwili zastanowienia.
    Widziałam, jak jego myśli w głowie się kotłują. Trochę już go znałam i wiedziałam, kiedy tak się działo. Marszczył przy tym brwi a na czole pojawiały mu się zmarszczki. Do tego zacisnął usta w wąską kreskę i zmrużył oczy.
    - To nadal nie zmienia faktu, że jest Wampirem. A słyszałaś, co Derek zamierza z nimi zrobić? - zapytał. - Może i się zmienił, może i na lepsze. Nie twierdzę, że nie. Ale dyrektor nie będzie taki łaskawy. Kiedy się dowie, zrobi wszystko, by go ukarać. Z resztą, chyba się mu nie dziwisz?
    - Ale to nie fair, żeby skazywać kogoś za coś czego nie zrobił! - zawołałam. - A poza tym odbiegamy od tematu.
    - Może masz rację. Może za ostro zareagowałem. Przeproszę Becky, kiedy tylko się spotkamy, może tak być? - zaproponował.
    - Byłoby fajnie - powiedziałam i mocno go przytuliłam. - Dziękuję. Teraz niepotrzebne nam kłótnie. Powinniśmy być wszyscy dla siebie oparciem a nie utrapieniem - szepnęłam, ale chłopak z pewnością mnie usłyszał.

~~ Shane ~~

    Po południu wszyscy skryliśmy się przed burzą w salonie w internacie dziewcząt. Wokół nas panowała atmosfera gorsza, niż na pogrzebie. Chris siedział najdalej od nas wszystkich, Tom w ogóle się nie pojawił, wmawiając, że źle się czuje. Tak naprawdę wszyscy już wiedzieli, że przyjechała Rose i że się pokłócili. Tylko nikt nie domyślał się, o co im poszło.
    Chloe spoglądała co jakiś czas na mnie. Wydawało mi się, że chciała mi coś tym spojrzeniem przekazać, lecz nie potrafiłem odgadnąć, co. Alice, Damien i Becky rozmawiali przyciszonym głosami o Prue. Wspominali wesołe chwile, które zapamiętali z jej udziałem. Kiedy Alice powiedziała o tym, że przyjaciółka zawsze umiała ich wysłuchać i starała się im pomóc, nie wytrzymałem i znów podniosłem głos na nich wszystkich.
    - Czy wy naprawdę tego nie rozumiecie? Cholera, nie zamierzałem wam tego mówić, ale widzę, że nie ma innego wyjścia, byście wzięli się w garść! Jestem synem Chrisa, to już wiecie. Ale nie wiecie, że moją mamą jest Prue. Na początku przeraziłem się, że zniknę zaraz po jej śmierci, ale skoro się tak nie stało to musi to coś oznaczać. A mnie przychodzi do głowy tylko jedno rozwiązanie. Że Prue wróci do nas cała i zdrowa, tylko musimy dać jej trochę czasu - zakończyłem nieco ciszej niżby wypadało. Zerknąłem na Alice, która nagle dostała olśnienia.
    - No tak! - Zaśmiała się. - Dlaczego ja wcześniej na to nie wpadłam? Przecież mówiliście mi o tym! Ale ja byłam głupia. Przecież to jasne, że skoro ty nadal tu jesteś, to Prue w przyszłości żyje!
    - Co ty bredzisz? - zdziwił się Damien.
    - A to, że nie możemy się załamywać! Kurczę, dzięki temu, co powiedział Shane, czuję, jakby mi odjęto z dwadzieścia lat! - Znów się zaśmiała. - Ona żyje! - szepnęła, pochylając się ku chłopakowi.
    - I ty mu wierzysz? - zapytał Chris, pierwszy raz wtrącając się do rozmowy. Zerknął na mnie ukradkiem.
    - No jasne, że tak! - żachnęła się. - Od początku wiedziałam, kim tak naprawdę są, nigdy nie miałam co do tego wątpliwości! Shane jest tak do was podobny! A skoro nadal tutaj jest z nami to oznacza tylko jedno! Pomyśl logicznie! - Próbowała go przekonać. Była naprawdę podekscytowana swoim odkryciem.
    - Dla mnie liczą się fakty. A faktem jest, że Prue leży teraz martwa w kostnicy i niedługo odbędzie się jej pogrzeb! - zawołał, pokazując palcem bliżej nieokreślony cel. Wstał, nie oglądając się już na nikogo, wyszedł.
    Dobrze go rozumiałem. Nie chciał wzbudzać w sobie nadziei, która by go zabiła, gdyby okazała się złudną. Ale czy chociaż raz nie mógłby mnie posłuchać? Zawsze musiał być taki uparty i stawiać na swoim.
    Westchnąłem przeciągle i spojrzałem na wszystkich po kolei. Oczywiście Alice uśmiechała się do mnie, Chloe w pewnym momencie złapała mnie za rękę, więc teraz ściskałem ją, by dodać sobie otuchy. Wydawało mi się, że Becky przekonuje się do tego, co powiedziałem. Jedyne Damien siedział nieco podejrzliwy.
    - Dlaczego wcześniej nam o tym nie powiedziałeś? - zapytał po chwili.
    - A jak byś zareagował, gdybym powiedział ci, że w przyszłości masz trójkę dzieci, nawet spoko pracę, a kiedy byliśmy młodsi, przyjeżdżaliśmy do ciebie na wakacje?
    Zaniemówił. Wpatrywał się we mnie w osłupieniu. Oczywiście, że nie powiedziałem mu całej prawdy, to z pewnością miałoby wpływ na naszą przyszłość, a nie chciałem jej aż tak zmieniać. Pragnąłem jednak, by uświadomił sobie, że czasami może i fajnie jest dowiedzieć się o tym, co cię czeka, ale nie zawsze to muszą być wesołe rzeczy. Nie zamierzałem go dołować, więc wspomniałem tylko o przyjemnych rzeczach, ale wydawało mi się, że poskutkowało.
    - Czy to prawda? - zapytał po chwili, nadal rozmyślając nad swoją przyszłością.
    - Jasne, że nie! - żachnąłem się. - Oczywiście, nie wszystko. Nie mogę zdradzać ci takich rzeczy! Ale gdybyś się dowiedział, że twoi rodzice zginą właśnie w tym wypadku, na pewno zrobiłbyś coś, by temu zapobiec. A czasami pewne wydarzenia muszą mieć miejsce, inaczej nie ukształtują nas takiego, jakim jesteśmy...
    Damien spuścił tylko głowę, przygarbił się nieco. Mimo wielu lat, które minęły od śmierci jego rodziców, blizna nadal straszliwie bolała. Alice szybko go przytuliła i zaczęła mu coś szeptać na ucho. Po pewnym czasie znów się wyprostował i przywołał na usta uśmiech. Jedynie w oczach dostrzegłem jego ogromny ból.

~~ Tom ~~

    Leżałem na łóżku i wpatrywałem się tępo w sufit. Myśli ciągle krążyły wokół Rose. Zastanawiałem się, dlaczego tak bardzo naciskałem? Przecież czułem, że nie była gotowa! Ale z drugiej strony, czy nadszedłby kiedykolwiek ten odpowiedni moment? Czy później zareagowałaby inaczej?
    Miałem tylko nadzieję, że mnie nie znienawidzi przez to wszystko. Przestraszyła się i wcale się jej nie dziwiłem. Byłem czymś, co mogło przerażać normalnych ludzi. Co ja mówię! Zmiennokształtni na pewno są straszni dla ludzi.
    - Ale Rosie mnie zna. Wie, że jestem inny. Po prostu musi to wszystko przemyśleć - mówiłem sam do siebie. - Obiecała, że zadzwoni.
    Lecz telefon pozostawał głuchy przez cały dzień. Powoli zacząłem tracić nadzieję, co chwila spoglądając na wyświetlacz i upewniając się, czy aby nic mi nie umknęło, żadna wiadomość. Niestety, nic się nie działo.
    Już miałem zejść na kolację, kiedy usłyszałem pukanie do drzwi. Podbiegłem do nich, by je otworzyć, zastanawiając się, kogo do mnie przywiało. Jeszcze zanim je uchyliłem, poczułem zapach człowieka i byłem niemalże pewny tego, kogo zastanę. Nie zdziwił mnie więc widok stojącej na progu Rosie, w której włosach dostrzegłem małe kropelki deszczu. Miała spuszczoną głowę, a kiedy na mnie spojrzała, zobaczyłem skruchę w jej oczach. Zaprosiłem ją szybko do pokoju. Dziewczyna weszła i stanęła zaraz za mną. Odwróciwszy się do niej, wiedziałem, dlaczego tutaj przyszła.
    - Przepraszam, że tak zareagowałam. Strasznie mi teraz głupio za moje zachowanie. Musisz jednak zrozumieć, że nie tyle co mnie zaskoczyłeś, to wystraszyłam się. Nigdy nawet nie przypuszczałam, nie myślałam, że magia i temu podobne rzeczy istnieją naprawdę. Chyba nikt normalny w to nie wierzy. - Zaśmiała się nieco nerwowo. - Chciałam, żebyś wiedział, że kocham cię takiego, jakim jesteś - wyszeptała. - Nawet z tymi twoimi super mocami. - Uśmiechnęła się delikatnie. Podszedłem do niej i przytuliłem najmocniej tak tylko mogłem. Kamień spadł mi z serca, kiedy usłyszałem jej wyznania.
    - Dziękuję - powiedziałem po chwili. - I przepraszam, że cię wystraszyłem. Naprawdę tego nie chciałem, ale nie mogłem już znieść tego, że muszę cię okłamywać. Gdzieś w głębi duszy wiedziałem, że jednak mnie nie zostawisz. - Pocałowałem ją.
    - Co nie zmienia faktu, że, mimo tego, że Prue nie żyje, nie mogę się na nią gniewać, że mi nie powiedziała tego wcześniej! - zawołała z uśmiechem lecz przez łzy.
    - Tak strasznie cię kocham! - szepnąłem jej do ucha po czym znów złączyłem nasze usta w namiętnym pocałunku.

~~*~~*~~*~~*~~

    Chciałabym podziękować Adzie Katarzynie za rady, którymi się ze mną podzieliła. W pewnych kwestiach nawet nie zdawałam sobie sprawy, że coś jest nie tak. Takie spojrzenie na rozdziały kogoś, kto nie miał z nimi styczności przy tworzeniu bardzo mi na pewno pomogą, jeśli będę chciała coś niecoś poprawić (a zapewne to się stanie, kiedy zakończę całość opowiadania i zasiądę nad tekstem, by poprawić go nie tylko z literówek czy gorszych powtórzeń, ale też i jeśli chodzi o fabułę). Szanuję każde zdanie i opinię, byleby była wypowiedziana w sposób kulturalny, a Ty to potrafisz ;)
    A ja jak zwykle mam mnóstwo zaległości u Was, za co Was przepraszam. Postaram się w najbliższym czasie wpaść i ponadrabiać choć odrobinkę <3

piątek, 31 lipca 2015

~3. "...to nie sen, lecz koszmarna rzeczywistość."

Kto z miłości jeszcze nie umarł nie potrafi żyć.
Moje serce kiedyś złamane mocniej kocha dziś. - Monika Brodka



~~ Chris ~~

    Nie potrafiłem znaleźć sobie miejsca. Gdy tylko gdzieś na moment usiadłem, od razu musiałem wstać i ruszyć dalej. Nie mogłem spędzić choćby minuty w jednym miejscu. Musiałem coś robić, lecz w tej sytuacji nie miałem nic do robienia. I to mnie denerwowało, ponieważ sądziłem, łudziłem się, że kiedy znajdę sobie zajęcie, nie będę miał czasu na myślenie o Prue. O jej ciele, które leżało teraz obmyte z krwi w tej przeklętej kostnicy. Już ją ubrali w sukienkę. Gotowa była, by zakopać ją w ziemi. Ale nie robili tego. Ciągle coś zostało niegotowe.
    Podobno człowiekowi jest lepiej, kiedy pożegna się z ukochaną osobą. Kiedy zobaczy jego pogrzeb, wtedy dociera do niego, że to już koniec pewnego rozdziału. Więc z jednej strony bardzo chciałbym mieć wszystko za sobą. Z drugiej jednak przychodziła do mnie myśl, że to tylko koszmar, z którego niebawem się obudzę i będę mógł znów przytulić dziewczynę do siebie, poczuć jej ciepłe ciało tuż przy swoim. Ale z każdą chwilą docierała do mnie straszliwa prawda. Że to nie sen, lecz koszmarna rzeczywistość.
    Z racji tego, że nie wiedziałem już, gdzie się podziać, postanowiłem pójść na spacer. Szedłem tam, gdzie mnie nogi poniosły. Nie zwracałem uwagi na otoczenie, nie oglądałem się dokoła. Moje myśli krążyły cały czas wokół Prue. Nie potrafiąc zmierzyć się z widokiem jej bladego ciała, które leżało gdzieś tam, przyszykowane do pogrzebu, szukałem w pamięci innych, wesołych chwil. A przecież było ich mnóstwo. Więc to na nich się skupiłem. Chciałem zapamiętać ją właśnie taką - uśmiechniętą, pełną życia, mądrą, wesołą, kochaną.
    Nie zorientowałem się, gdzie jestem, dopóki głosy, które usłyszałem, nie przywróciły mnie z powrotem na ziemię. Rozejrzałem się dokoła. Niedaleko znajdowała się brama główna. To właśnie zza niej słychać było głosy. I to znajome głosy, lecz nie potrafiłem ich dopasować do osoby. Podszedłem bliżej. Skrzywiłem się, kiedy do moich uszu dotarł dźwięk szeleszczących pod moimi stopami liści. Nie zatrzymałem się jednak. Brnąłem dalej aż w końcu zobaczyłem niecodzienny widok. I absolutnie nie tego się spodziewałem.
    Za bramą stała Becky obejmująca Wampira. A obok niej wpatrująca się we mnie Alice. Nie wiedziałem, co robić. W pierwszym odruchu zamierzałem rzucić się na Pijawkę, lecz zrezygnowałem z tego zamiaru. Nie miałem pewności, dlaczego. Może nie chciałem skrzywdzić Becky albo Alice a przy ataku mógłbym to zrobić? Zrobiłem więc najbardziej tchórzowską rzecz na świecie. Po prostu uciekłem.

~~ Becky ~~

    - Chris! - krzyknęłam za nim, lecz chyba już mnie nie usłyszał. Był za daleko. Przeraziłam się. A co, jeżeli powie wszystkim o mnie i Louisie? Oczywiście sama chciałam to zrobić, ale w odpowiednim momencie. A ten na pewno się do takich nie zaliczał. - Musimy iść. Muszę go dogonić zanim... - Nie dokończyłam. Przez gardło nie chciało mi przejść to, że Chris mógłby nas zdradzić.
    - Pójdę z tobą - zaofiarował chłopak. Spojrzałam na niego z uczuciem.
    - Kochanie, doceniam bardzo twoją propozycję, ale to pogorszyłoby jeszcze sprawę. Muszę sama z nim porozmawiać, wyjaśnić. Może uda mi się go przekonać...
    - Chodźmy, zanim będzie za późno! - ponagliła mnie Alice. Pocałowałam więc Louisa na pożegnanie i pognałam w kierunku, w którym zniknął Chris. A pobiegł do internatu.
    Kiedy wpadłyśmy do salonu, on właśnie podchodził do Damiena, Shane'a, Chloe, Belli i reszty naszych wspólnych znajomych. Podeszłam do niego i położyłam mu rękę na ramieniu. Odwrócił się w moją stronę. W jego spojrzeniu poczułam ból. Ogromny ból i poczucie zdrady.
    - Proszę cię - szepnęłam. Oczywiście zwróciliśmy uwagę naszych przyjaciół, ale nie obchodziło mnie to.
    - Czego ode mnie chcesz? - zawołał nieco zbyt głośno, bo kilka osób spoza naszej grupy, odwróciło na nas swój karcący wzrok.
    - Ja... Wiem, co widziałeś. Wiem, że widziałeś nas razem i wiem, że ci to z pewnością nie odpowiada, ale musisz wiedzieć... On się zmienił, Chris. Wiem, że myślisz, że wszystkie Wampiry są złe i wcale ci się nie dziwię, po tym co przeszedłeś... Ale naprawdę nie każdy jest taki jak wszyscy inni... Spójrz na mnie! - krzyknęłam na chłopaka, ponieważ uparcie spoglądał gdzieś poza moim ramieniem. Kiedy go zmusiłam do tego, by nasze oczy się skrzyżowały, dostrzegłam, że wcale nie chciał wyjawić wszystkim mojego sekretu. Chciał go zatrzymać dla siebie, choć nie miałam bladego pojęcia, dlaczego. To ja sama się zdekonspirowałam. Swoje wielkie z przerażenia oczy skierowałam w dół. Nie miałam pojęcia, co ze sobą zrobić. Pragnęłam zapaść się pod ziemię, by nie móc patrzeć na te zaciekawione spojrzenia kierowane w moją stronę.
    - O czym ty mówisz? - zapytał Damien, spoglądając to na mnie to na swojego przyjaciela. Kątem oka dostrzegłam, że tylko Chloe i Shane siedzieli spokojnie, jakby od początku wiedzieli o wszystkim. No tak, zapomniałam, że przybyli do nas z przyszłości...
    Poczułam, jak dłoń Alice zaciska się na mojej ręce. To dodało mi odrobinę otuchy. Uśmiechnęłam się do niej serdecznie i wzięłam głęboki wdech. Zaczęłam opowiadać im o Louisie. O tym, jak się spotkaliśmy pierwszy raz, jak się poznawaliśmy, jak dostrzegłam w nim mnóstwo dobra, jak współpracował z Liamem. Nikt mi nie przeszkadzał. Widziałam tylko różne emocje malujące się na ich twarzach. Niedowierzanie, złość, bezradność, frustracja...
    - Prue wiedziała - dodałam na koniec, patrząc prosto na Chrisa, który siedział przygarbiony na fotelu. - Domyśliła się niedawno. I całkowicie mnie poparła. Wiesz dlaczego? Bo wierzyła w prawdziwą miłość, w prawdziwą przyjaźń, w to, że człowiek, nawet Wampir, może się zmienić. A wszystko dzięki temu, że poznała wcześniej Liama. To on zapoczątkował tę przyjaźń, którą mam zamiar kontynuować. I nikt mi w tym nie przeszkodzi, bo kocham Louisa i zrobię to, co podyktuje mi serce. A wy zaakceptujecie ten związek, nie będziecie mieli wyboru! - Postawiłam sprawę jasno. Nie byłam pewna, czy nie zakończyłam zbyt ostro. Chciałam, by wiedzieli, że ten chłopak jest dla mnie bardzo ważny.
    Pierwszy wstał Damien. Spojrzał na mnie z wyrzutem i, nic nie mówiąc, opuścił salon. Serce mi się ściskało, widząc jak odchodzi. Ale to było nic, ponieważ potem podniósł się Filip. Z jego oczy nie potrafiłam nic wyczytać.
    - Braciszku... - zaczęłam, ale nie wiedziałam, co powiedzieć. Chłopak pokręcił głową.
    - Przepraszam, to dla mnie zbyt dużo - powiedział tylko. I on również mnie zostawił. Łzy zakręciły mi się w oczach. Przesłoniły mi widok, więc tylko dzięki słuchowi zdołałam dostrzec, że Shane i Chloe również wstali. Podeszli do mnie i stanęli naprzeciwko.
    - Musisz dać im czas. Pogodzą się z tym faktem i zaakceptują wszystko takim, jakie jest - odezwała się Chloe. - Wiem, co mówię - dodała ciszej a potem mnie przytuliła.

~~ Tom ~~

    Szedłem właśnie na zajęcia. Był pochmurny poranek; ciemne i gęste chmury przesłoniły dotąd wszędobylskie słońce. Pogoda jak zwykle odzwierciedlała nasze uczucia. Od kilkudziesięciu godzin cała szkoła była zdruzgotana, zmiażdżona wręcz śmiercią Prue. A burzowe chmury tylko zapowiadały, że już niedługo i one dołączą do jej rodziny i przyjaciół, by móc ją opłakiwać w ciszy i spokoju.
    Miałem właśnie skręcić w kierunku szkoły, kiedy usłyszałem za sobą wołanie. Odwróciłem się, by zobaczyć, kto krzyczał. Kiedy ją dostrzegłem, biegnącą w moim kierunku, nie mogłem uwierzyć.
    - Tom! Jak się cieszę, że cię widzę! Nie będę musiała cię szukać! - Wyrzuciła z siebie na jednym wydechu. Stanąwszy obok mnie złapała się za pierś i pochyliła się do przodu, by złapać oddech. - Matko! Ale się zmachałam - sapnęła.
    - Co ty tu robisz? - zawołałem. Rozejrzałem się dokoła. Pierwsze ciekawskie spojrzenia już na nas padły.
    - Jak to co? - obruszyła się. - Jak tylko dowiedziałam się, co się stało, od razu przyjechałam!
    Przyjrzałem się jej uważnie. Jasne, blond włosy rozwiał wiatr, rozrzucając je po całej okrągłej twarzy. Błyszczące oczy spoglądały na mnie. Zobaczyłem w nich ból, żal, ale i smutek orz zdeterminowanie. Od razu domyśliłem się, że wiedziała.
    - To nie był najlepszy pomysł - odezwałem się po chwili. - Nie powinno cię tu być!
    - Nie cieszysz się, że przyjechałam? - zapytała z wyrzutem. - Z resztą, to bez znaczenia! Jak mogłeś do mnie nie zadzwonić i nie powiedzieć mi co stało się z Prue? - zawołała. Zamachnęła się torebką i uderzyła mnie raz w ramię.
    - Rose, ja... Przepraszam - powiedziałem tylko, podszedłem do niej bliżej i przytuliłem  ją. A ogromny kokon złośliwości i siły pękł, ukazując bezsilność dziewczyny. Wypłakiwała się w moje ramię. Głaskałem ją delikatnie po plecach, które drżały. Pragnąłem coś dla niej zrobić, lecz nie widziałem nic, co mogłoby jej w tej chwili pomóc.
    Staliśmy tak dobrych kilka minut, dopóki Rose się nie uspokoiła. Wtedy wyciągnęła z torebki chusteczki, wydmuchała nos oraz wytarła oczy pozostałości łez. Chwyciłem ją za rękę, ponieważ chciałem z nią porozmawiać w  jakimś ustronnym miejscu. Pociągnąłem ją za sobą. Nie uszliśmy daleko. Po kilku krokach, zatrzymał nas niski głos naszego nowego dyrektora.
    - Tom, dlaczego nie jesteś na zajęciach? Zaczęły się pięć minut temu - odezwał się spokojnie. Odwróciliśmy się w jego stronę, a kiedy Rose zobaczyła Dereka, zachłysnęła się. - Kim jest ta młoda dama, która ci towarzyszy? - dodał, obrzucając ją badawczym spojrzeniem.
    - To jest Rose, przyjaciółka Prue, znały się jeszcze w Londynie... - wyjaśniłem od razu. - Rosie to jest nasz nowy dyrektor oraz ojciec Prue i Davida, Derek Carter - przedstawiłem. Dziewczyna z niedowierzaniem kręciła głową.
    - To niemożliwe - szepnęła, patrząc na twarz mężczyzny. - Prue zawsze opowiadała o panu jakby pani nie żył. Z resztą... Kurcze, jest pan tak podobny do Davida! - Załkała. Objąłem ją ramieniem, a moje spojrzenie bacznie obserwowało dyrektora. Na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że wzmianka o jego dzieciach nie zrobiła na nim żadnego znaczenia. Lecz gdzieś tam, w środku, serce ogromnie go bolało. Widziałem to w jego zaciśniętych wąsko ustach oraz pięściach.
    - Prue odnalazła go, zanim... No wiesz - rzekłem cicho. - Później ci to wytłumaczę - dodałem po chwili.
    - Tom, czy mógłbym zamienić z tobą dwa słowa? - zapytał uprzejmie Derek.
    - Oczywiście - odpowiedziałem od razu i odszedłem z nim na stronę. - Jeśli chodzi o jej przyjazd, ja naprawdę nie wiedziałem, że...
    - Jasne, przecież wiem. Martwi mnie jednak inna kwestia. Chodzi o to... Czy ona wie o nas? - Doraźnie zaakcentował ostatnie słowo.
    - Nie, oczywiście, że nie. Wszyscy staraliśmy się, by się przy niej nie wydać. - Zawahałem się na moment. - Ale wydaje mi się, że... Powinna wiedzieć. Bardzo kochała pańską córkę. Ma prawo dowiedzieć się, jak zginęła - wyrzuciłem w końcu z siebie to, co gryzło mnie od kilku minut.
    W pierwszym odruchu dyrektor zapewne od razu chciał wybić mi ten pomysł z głowy, lecz zastanowił się. I kiedy już myślałem, że w ogóle się nie odezwie, szepnął.
    - Może i masz rację - westchnął cicho. - Tylko... Czy udźwignie nasz sekret? Czy zdoła w to wszystko uwierzyć?
    - Tego się właśnie obawiam. Że jak tylko jej powiem, odwróci się ode mnie, wsiądzie w pierwszy pociąg i nigdy nie wróci - powiedziałem, spuszczając nisko głowę.

~~ Rose ~~

    Tom zrezygnował z zajęć. Sądziłam, że będzie miał przeze mnie kłopoty, lecz dyrektor tylko się uśmiechnął i odszedł. Nadal nie potrafiłam uwierzyć w to, że właśnie poznałam ojca mojej najlepszej przyjaciółki. Nadal nie mogłam uwierzyć w to, że moja najlepsza przyjaciółka nie żyje! Kiedy znów o tym pomyślałam, łzy ciurkiem wypłynęły z moich oczu, a Tom przytulił mnie mocno. Cicho zaproponował, że zaprowadzi mnie do niej. Bardzo tego chciałam. Zobaczyć ją ostatni raz.
    Leżała taka spokojna, odstrojona jak nigdy dotąd w ciemną suknię. Włosy miała idealnie ułożone; spływały jej delikatnymi falami na ramiona. U nasady dostrzegłam jaśniejsze odrosty. Już od bardzo dawna malowała je. Nigdy nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego to robiła. Miała przecież śliczne, ciemnoblond włosy.
    Na pożegnanie pocałowałam ją delikatnie w chłodny policzek. Pojedyncza łza została na jej skórze, by później spłynąć do warg i w nich zniknąć. Tom, który do tej pory trzymał się z tyłu, podszedł do mnie i wyprowadził z pomieszczenia. Obejmując mnie ramieniem, poprowadził do stajni. Tam, wśród koni usiedliśmy i mogliśmy poważnie porozmawiać. Pierwszą kwestią, która nie dawała mi spokoju, odkąd dowiedziałam się o śmierci Pure, było to, jak to się wszystko wydarzyło.
    - Jak to się stało? - szepnęłam, opierając głowę na jego ciepłym ramieniu. - To straszne. Najpierw David a potem, pół roku później ona... Ich matka chyba tego już nie przeżyje... Pamiętam, jak bardzo bolała ją strata syna. Powiedz mi, jak do tego doszło! - Spojrzałam na niego, uważnie mu się przyglądając. Na czole pojawiły się zmarszczki, które mnie zaniepokoiły. Walczył ze sobą, nie wiedział, czy powiedzieć mi prawdę. - Chcę znać wszystko. Nie ukrywaj niczego przede mną - poprosiłam.
    - Ona... Została zaatakowana - odezwał się. Ledwie go słyszałam.
    - Przez kogo? - zawołałam. Nie mogłam uwierzyć, że w tak dobrej szkole mogło wydarzyć się tyle nieszczęść.
    - To był ten sam człowiek, który zabił Davida... - powiedział. Patrzył przez siebie na ogrodzenie oraz snopek siana, który pod nim leżał.
    - Dlaczego zabił ich oboje? - Chciałam wiedzieć.
    - Ponieważ Derek kiedyś zabił jego ojca - wyznał.
    - To jakaś mafia? - powiedziałam pierwsze, co mi przyszło do głowy. Tylko takie, racjonalne wytłumaczenie przychodziło mi na myśl.
    - Niezupełnie, ale można to tak nazwać. Chciał się zemścić na ich rodzinie za to, że odebrano mu ojca... To bardziej zagmatwane niż można by przypuszczać - westchnął przeciągle. Zastanawiał się chwilę. Nie przeszkadzałam mu, bo widziałam, że to dla niego trudne. - Ufasz mi? - zapytał po jakimś czasie z nowym błyskiem w oku.
    - Taak - odpowiedziałam, przeciągając samogłoskę, niepewna, czego mam się spodziewać po chłopaku.
    - Chciałbym ci coś powiedzieć o sobie... Coś bardzo ważnego... Mam nadzieję, że mnie zrozumiesz... Albo przynajmniej postarasz się to zrobić...
    - Powiesz mi wreszcie? - zapytałam niemało już zaciekawiona ale i przestraszona. Chłopak stanął przede mną, zacisnął dłonie w pięści, przymknął oczy.
    - Jestem Zmiennokształtnym - szepnął skupiony.
    Na początku go nie zrozumiałam. Uniosłam brwi do góry, zaintrygowana bełkotem, który usłyszałam z jego ust. Kiedy powtórzył słowa już trochę raźniej, uśmiechnęłam się pobłażliwie. Chciałam do niego podejść i oznajmić, żeby przestał się wygłupiać, bo to nie moment na to, z tego gardła wydobył się dziwny dźwięk podobny do warknięcia wściekłego psa. Potem znów powtórzył, że był Zmiennokształtnym.
    - Kim? - Głos zadrżał mi z przerażenia.
    - Takim jakby Wilkołakiem z super mocami. Trochę jak z komiksu czy filmu fantasy. Chociaż jako zwierzę wyglądam ładniej - dodał. W głowie mi się nie mieściło to, co słyszałam. Mój chłopak był czymś... Czymś, o czym normalni ludzie wiedzą tylko z legend i powieści. Do tego ściągał z siebie wszystkie swoje ciuchy. Odwróciłam wzrok, choć kątem oka nadal go obserwowałam.
    - Tom, ja nie wiem... - Chciałam coś powiedzieć, lecz niby co? Nic racjonalnego nie przychodziło mi na myśl. Na moich oczach własnie przemieniał się w to coś...
    Po chwili stał przede mną wysoki na łapach lew z ogromną złotą grzywą wokół głowy. Zamerdał długim ogonem zakończonym pędzlem, potrząsnął ogromnym łbem. A w następnym momencie znów stał przede mną nagi Tom. Kiedy założył ubrania, podszedł do mnie, ukucnął naprzeciwko.
    - Proszę, nie bój się mnie. Mówiłaś, że mi ufasz... - zaczął.
    - Ale wtedy nie wiedziałam, kim jesteś, do cholery! - zawołałam, wyrażając tym całą swoją obawę, złość, przerażenie. - Co, może mi jeszcze powiesz, że Prue i cała reszta też taka jest, co? - Zaśmiałam się, lecz kiedy dostrzegłam jego grymas na twarzy, zrozumiałam, że trafiłam w dziesiątkę. - To niemożliwe... - szepnęłam, kręcąc głową. Wstałam i opuściłam stajnię. Próbował mnie zatrzymać, ale odepchnęłam jego rękę. - Zostaw mnie! Daj  mi święty spokój! - krzyknęłam, ledwo powstrzymując łzy. Pobiegłam przed siebie. Nie znałam dokładnie całego terenu, więc nie zdziwiłam się, że Tom raz dwa mnie dogonił.
    - Rose, przepraszam! - zawołał przerażony. Głos mu w pewnym momencie zadrżał. Stał nawet kilka kroków ode mnie; nie próbował już podejść bliżej. - Proszę, tylko nie płacz - szepnął. - Nie warto... Myślałem... Łudziłem się, że dasz radę to znieść. Prue w ciebie wierzyła. Miała nadzieję, że dowiesz się o nas dzięki naszej miłości. Ponieważ musisz wiedzieć, że tylko w takich wypadkach można komuś zdradzić naszą tajemnicę. Bardzo chciałem, żebyś wiedziała, ale bałem się o to, jak zareagujesz...
    - Tom - przerwałam mu. Spojrzał na mnie, w mgnieniu oka przestając mówić. - Muszę to przemyśleć. Potrzebuję czasu - szepnęłam. - Zadzwonię.
    Po tych słowach odwróciłam się od niego i odeszłam w kierunku bramy, którą w końcu dostrzegłam wśród drzew. Nie zerknęłam więcej na chłopaka. Czułam, że jeśli bym to zrobiła, przepadłabym.
~~*~~*~~*~~*~~

    Hej, jak tam wrażenia? Kurczę, znowu miałam świetny pomysł na końcową scenę i mam wrażenie, że ją kompletnie zawaliłam :/ No nic, może uda mi się coś z czasem w niej poprawić ;)
    A teraz opowiadajcie, jak tam wakacje? Ciepło, zimno? Pada czy raczej słońce? U mnie chłodno, choć w dzień na szczęście jest słoneczko ;)

środa, 29 stycznia 2014

*10. part 2. "...Spojrzałem jej w oczy, nie przejmując się tym, że była człowiekiem..."

Już dawno sobie obiecałam, że ten rozdział będzie dla kogoś, kogo, w sumie, nie znoszę. Ale wiele mu zawdzięczam. Bo to dzięki mojemu byłemu jestem taka, a nie inna, silniejsza emocjonalnie. Wiem więcej i przeszłam więcej niż moje rówieśniczki. To dzięki niemu zaczęłam pisać. Teraz, z perspektywy czasu, widzę, jakie błędy popełniłam, ale chyba nie zmieniłabym pewnych decyzji. Bo gdybym je zmieniła, pewnie nie byłoby mnie tutaj. I choć wiem, że tego nie przeczytasz, choć Cię nienawidzę, to mój honor każe mi Ci podziękować. Za historię, która zapoczątkowała wszystkie moje opowiadania. 


"Miłość, co wprawia w ruch słońce i gwiazdy" - Dante Alighieri


~~*~~*~~*~~*~~

    Szłam ulicą pełną przechodniów. Nie zwracając na nich uwagi, brnęłam przez tłumy do kawiarni, w której miałam się spotkać z wyjątkową osobą. Na samą myśl na moich ustach zagościł uśmiech.
    Na parkingu stało mnóstwo samochodów osobowych i jeden autokar. Przyjechała jakaś wycieczka. Zapewne zatrzymała się tu przejazdem, bo co ciekawego - oprócz szkoły dla Zmiennokształtnych - było w Dundee?
    Zaciekawiona, zajrzałam do Common Grounds. Wszystkie stoliki były zajęte, a niektórzy klienci, jeszcze nieobsłużeni, stali przy barze. Rozejrzałam się wokół w poszukiwaniu znajomej twarzy, lecz nigdzie jej nie widziałam. Przecisnęłam się przez tłum i podeszłam do baru, bo stwierdziłam, że sama sobie nie poradzę. Spytałam barmana o poszukiwaną.
    - Siedzi przy stoliku tam. - Wskazał ręką ze ściereczką kąt pomieszczenia po jego lewej stronie.
    - Dzięki - odpowiedziałam i ruszyłam we wskazanym kierunku. Gdy dotarłam do stojących tam stolików, zamurowało mnie, a coś w mojej głowie zapaliło czerwone światełko. Nie jego się tu spodziewałam, nie w kawiarni! Co on tam robił? I to akurat w czerwcu?!
    Właściwie to odkąd pamiętam, byłam sentymentalna. Ta data dobrze utkwiła mi w pamięci. I choć chodziłam z Chrisem, to moja podświadomość sama wyciągnęła wspomnienia z zakamarków mojej głowy na światło dzienne. Nawet nie sądziłam, że mogły aż tyle przetrwać!
    To właśnie rok temu, 17. czerwca zaczęłam spotykać się z Michaelem. I choć to przeszłość i nie powinnam o tym myśleć, to jednak myślałam, bo, cholera, ja chyba na serio go kochałam. Może odrobinę, ale jednak. I teraz, w pierwszą rocznicę - choć skoro się rozstaliśmy to nie powinno się to liczyć - przyjechał tu sobie jak gdyby nigdy nic, usiadł tam, gdzie miała na mnie czekać pewna osoba, a uśmiech nie schodził mu z twarzy, gdy rozmawiał ze swoimi kumplami.
    - Prue! - pisnął czyjś wysoki głosik, który mnie ocucił. Rozejrzałam się dokoła, lecz nie dane mi było cokolwiek zobaczyć, ponieważ świat przesłoniły mi czyjeś blond włosy. - Och, kochanie, tak się cieszę, że cię w końcu widzę! - uśmiechnęłam się, czując na sobie spojrzenie wszystkich zebranych przy najbliższych stolikach. Dziewczyna cmoknęła mnie w policzek i poprowadziła do stolika, przy którym na mnie czekała. - Powiesz coś w końcu? - zaśmiała się, spoglądając na mnie.
    - Przepraszam, ja po prostu.... Tak się cieszę! nawet nie wiesz, jak bardzo!
    - Oj wiem. To super, że ten wasz dyrektor zgodził się, bym u was pobyła przez jakiś czas! - piszczała rozemocjonowana.
    - Ja też! - Zaśmiałyśmy się obie.
    Przyjrzałam jej się uważniej. Rose Mongomery. Moja najlepsza przyjaciółka od niepamiętnych czasów. Długie blond włosy, które przy odpowiednim oświetleniu wydawały się białe, okalały jej chudą, bladą twarzyczkę i falami spływały po ramionach i łopatkach. Mądre, niebieskie oczy pełne radości rozglądały się dokoła, oceniając wszystko. Mały, lekko zadarty nosek, różowe usta wygięte w szczerym uśmiechu i zęby białe i równe jak z reklamy pasty do zębów. Oto cała ona. Moja ukochana bratnia dusza, której nie widziałam od ponad sześciu miesięcy!
    Na sobie miała białą bluzkę na ramiączkach, krótką, czarną spódniczkę w kwiatowy, drobny wzorek i trampki. Na oparciu krzesła wisiał szary sweterek, a obok niej, na stoliku leżała mała torebka. Miała nienaganny makijaż, lekko falowane włosy, kilka bransoletek na nadgarstkach i pierścionki na palcach. Długie, idealnie przycięte paznokcie pomalowane na turkusowy kolor pasowały do jej osobowości. I wiedziałam, że były jej. Zawsze takie miała.
    Reasumując ani trochę się nie zmieniła. Gdy jej to powiedziałam, zaśmiała się.
    - A ty właśnie przeciwnie. Ledwie co cię poznałam. Wyglądasz na starszą niż na te pół roku przystało i mądrzejszą. I bardziej zmęczoną.
    - Nie tak dawno skończyliśmy zdawać egzaminy i nadal staram się odespać zarwane noce.
    - Tak, tak, tłumacz się tak sobie. Ja tu widzę inny powód. - Poruszyła brwiami. - Ale... Opowiadaj! Co tam u ciebie i Chrisa? - Spojrzała na mnie znacząco, a ja czułam, jak na moje policzki wpływają rumieńce. - Oho! Widzę, że jest co opowiadać. Może chodźmy na spacer? - zaproponowała. Zgodziłam się od razu, bo jakoś nie miałam ochoty zwierzać się jej z prywatnego życia, kiedy przy stoliku obok siedział Mike.
    Wstałyśmy, a chłopak zrobił to samo. Gdy chciałam go wyminąć, zastąpił mi drogę. Popatrzyłam na niego zdziwiona.
Mike
    - Poświęcisz mi minutę? Chciałbym z tobą porozmawiać - odezwał się zachrypniętym głosem.
    - Ale ja nie mam o czym z tobą gadać - odparłam, szukając wzrokiem torby Rose, żeby tylko czymś się zająć.
    - Proszę, tylko minuta! - Złapał mnie za nadgarstek.
    - Ja i tak właściwie miałam iść do łazienki - mruknęła Rose, zostawiając mnie samą. Małpa!
    Niechętnie usiadłam z chłopakiem na krzesełkach, które przed chwilą zajmowałam z blondynką. Czekałam aż zacznie rozmowę, lecz nie zanosiło się na to.
    - Jak tam twoje dziecko? - zagadnęłam niby od niechcenia. Tak naprawdę miałam go serdecznie dosyć.
    - Co? - zapytał głupkowato, spoglądając mi prosto w oczy.
    - To, że nie mieszkam w Londynie, nie znaczy, że nie wiem, co się tam dzieje.
    - Och - wyrwało mu się. Dopiero teraz skojarzył! To do niego podobne. - To nie jest...
    - Wiesz, daruj sobie tłumaczenia. Gadaj, co miałeś gadać.
    - Ja... Chciałem cię przeprosić. Zachowałem się jak ostatnia świnia, wiem to. - Wyjął zza pleców piękną, czerwoną różę i wręczył mi ją. - Dzisiaj jest 17. czerwca i choć nie jesteśmy razem, to chciałbym, żebyś wiedziała, że te pół roku, kiedy byliśmy razem, były najszczęśliwszym okresem w moim życiu - wyszeptał na końcu.
    Wzruszyłabym się, gdybym nie była tak na niego zła. Ale różę przyjęłam. Nie chciałam, by się obraził, czy coś. A znając jego, tak się właśnie mogło stać. Raz był miły i czuły, raz wściekły i zaborczy.
    Nie miałam pojęcia, co powiedzieć, na szczęście nie musiałam.
    - Pójdę już. Do zobaczenia - zawahał się, a potem wstał, odwrócił się i wyszedł, niemalże wybiegł.
    Siedziałam tak, dopóki Rose nie wróciła z łazienki i nie potrząsnęła mną. Nie zadawała pytań i byłam jej wdzięczna. Najpierw sama musiałam to wszystko przetrawić.
    - Tak właściwie, to czym przyjechałaś i skąd się tu wziął Mike ze swoimi kumplami? - zapytałam, chwytając torbę blondynki i wychodząc z kawiarni.
    - Och, ich wychowawca organizował wyjazd nad jakieś jezioro, gdzieś niedaleko. Spytałam, czy mogliby mnie tu podwieźć, a on się zgodził. Musiałam mu jednak powiedzieć, po co się tutaj wybieram i chyba wtedy Mike podsłuchał, że opowiadam o tobie - skrzywiła się. - Przepraszam - powiedziała szczerze. - Nie wiedziałam, że będzie chciał z tobą gadać. Myślałam, że skończyliście ze sobą.
    - I skończyliśmy - potwierdziłam, ale nie rozwijałam tematu.
    - No to opowiadaj, co tam u ciebie? - Byłam jej wdzięczna, że zmieniła temat.
    - Po staremu - odparłam wymijająco.
    - Nigdy nie umiałaś kłamać. - Pokręciła głową z dezaprobatą. - Macie tam w ogóle jakichś przystojniaków? - spytała. Stroniła od poważniejszych związków, ale to ona i nie mogła przegapić szansy na jakiś flirt. Zwłaszcza, że mogła się już z tą osobą nie spotkać. Bo niby kiedy miałaby jeszcze mnie odwiedzić?
    - Kilku by się znalazło, ale akurat pech chciał, że większość uczniów wyjechała i zostało chyba tylko trzech chłopaków, w tym jeden zajęty.
    - Och - zasmuciła się Rose. - Szkoda. Ale to nic! Liczy się to, że w końcu będę mogła spędzić z tobą trochę czasu! - Zaśmiałyśmy się. - A jak się miewa David? - zapytała nieśmiało.
    - To ty nic nie wiesz? - zdziwiłam się. Na wzmiankę o bracie głos odmówił mi posłuszeństwa. Do oczu napłynęły łzy. Starałam się nie reagować tak emocjonalnie, gdy ktoś wspominał Davida, ale nie potrafiłam. Bardzo mi go brakowało!
    - Co się stało? - wystraszyła się, widząc moją reakcję.
    - On.... - chlipnęłam. - Nie żyje! - Z oczu popłynęły mi łzy, których starałam się nie uronić. - Przepraszam. Miałam nie płakać. - Uśmiechnęłam się blado. Dziewczyna przytuliłam mnie mocno.
    - Czemu nic mi nie powiedziałaś? - Wzruszyłam tylko ramionami. Otarłam łzy z policzków.
    - Ale... David trafił do pięknego miejsca.... Na pewno mu tam dobrze i niedługo się tam z nim spotkamy - wyjaśniłam, osuszając twarz. Rose tylko pokiwała głową.
    - Czy... Czy mogłabym zobaczyć jego grób? - zapytała cicho.
    - Pewnie, ale potem. Najpierw spacer.
    Było miło, choć już nie tak wesoło jak na początku. Rose opowiadała o swoim życiu w Londynie, swoich sprawach, by choć na chwilę odciągnąć myśli od śmierci Davida. Mówiła o Jamesie, o innych osobach z mojej byłej szkoły. Nie wspominała tylko o Michaelu, którego różę nadal trzymałam w ręce i o mojej mamie. Nie miałam siły o nią pytać. Bałam się odpowiedzi. Bo co, jeśli okazałoby się, że mama chodzi załamana, cały czas płacze? Choć z drugiej strony może dowiedziałabym się czegoś dobrego? Wolałam jednak nie ryzykować. Przynajmniej nie na spacerze.
    I tak, pochłonięte rozmowami o niczym, doszłyśmy do szkolnej bramy. Zaczęłam oprowadzać Rose po terenie szkolnym. Pokazywałam jej różne miejsca. na koniec weszłyśmy do internatu i zaprowadziłam przyjaciółkę do kuchni. Przygotowałyśmy sobie parę kanapek i sok do picia. Wzięłyśmy wszystko i poszłyśmy do mojego pokoju.
    Po drodze modliłam się, by Chris był ubrany, a najlepiej, by w ogóle go tam nie było.
    Otworzyłam delikatnie drzwi i zajrzałam do środka, wstrzymując oddech. Moje serce było nienaturalnie szybko. Gdyby chłopak był w środku, spaliłabym się ze wstydu. Co z tego, że Rose znała nas od tak dawna! I tak byłoby mi głupio.
    Na szczęście nikogo w środku nie było. Na szafce przy moim łóżku, o dziwo zasłanym idealnie, leżała zgięta na pół karteczka. Wzięłam ją do ręki i rozłożyłam.

"Gdy przyjdziesz, zadzwoń. Będę z Tomem"

    Uśmiechnęłam się i zaczęłam szukać telefonu. gdy go już znalazłam w czeluściach mojej głębokiej torby, wybrałam numer Chrisa. Odebrał prawie natychmiast jakby czekał na mój telefon.
    - Wróciłaś już? - zapytał bez przywitania.
    - Może jakieś "cześć kochanie, jak się masz?"? - wytknęłam mu.
    - A weź! Stęskniłem się - pożalił się.
    - Co robicie? - spytałam, nie zwracając uwagi na jego żale.
    - Siedzimy i oglądamy mecz.
    - W pokoju czy salonie?
    - W salonie, bo nikogo nie ma.
    - Okey. To za chwilę przyjdę i przyprowadzę niespodziankę. - Uśmiechnęłam się do Rose. - Jedliście coś?
    - Tak, obiad.
    - Dobra, to najpierw zjem. Pa.
    - Cześć!
    Rozłączyłam się. Usiadłam na łóżku, biorąc jedną kanapkę i szklankę z sokiem.
    - Kto jest z Chrisem? - zainteresowała się Rose.
    - A taki jeden! - Machnęłam ręką. Chciałam nie tylko chłopakowi sprawić niespodziankę.
    - Chłopak? - Pokiwałam głową. - Ładny? - Zaśmiałam się. Wzruszyłam ramionami, ale w końcu musiałam przyznać, że Tom był przystojny. - No to chodźmy!
    - Czekaj! Daj człowiekowi zjeść! - zawołałam, gdy pociągnęła mnie za rękę. W ostatniej chwili złapałam karton soku i talerz z kanapkami. Wybiegłam z pokoju za zaintrygowaną i uśmiechniętą przyjaciółką.
    Już po chwili stałyśmy w progu salonu chłopców. Blondynka dyszała lekko ze zmęczenia. gdy już unormowała oddech, śmiało weszła do pokoju. rozejrzała się i pomachała do chłopców, którzy nie potrafili ukryć swojego zdziwienia. Oboje podnieśli się ze swoich miejsc. Chris, nadal niedowierzając, podbiegł do dziewczyny.
    - Co ty tu robisz?
    - Stoję! - Zaśmiała się, cmokając jego policzek.
    - Właśnie widzę.
    - Niespodzianka! - uśmiechnęłam się, wychylając głowę zza pleców blondynki.
    - Bardzo miła niespodzianka - odparł Chris. Podeszliśmy do stolika, przy którym Tom nadal stał, wpatrując się w moją przyjaciółkę. Gdy ich przedstawiłam, podali sobie ręce, a ich spojrzenia się spotkały. W tamtej chwili wiedziałam, że coś było na rzeczy.

~~ Tom ~~

    - Ty to też czujesz? - zapytałem Chrisa, wciągając głośno powietrze.
    - Człowiek - mruknął blondyn i spojrzał na drzwi.
    Również powędrowałem tam swoim wzrokiem. W progu stała średniego wzrostu blondynka, uśmiechnięta od ucha do ucha. Pomachała do nas i jednym ruchem głowy odgarnęła włosy sprzed twarzy. Ten gest przypomniał mi kogoś, a im bardziej przyglądałem się dziewczynie, tym więcej podobieństw zauważałem między nimi. Między tą nieznajomą, a Vivian. Ona też tak robiła, gdy włosy ją denerwowały, wchodząc do oczu, czy ust. Obie miały błękitne oczy ciekawe świata. Sylwetka i, o ironią, głos przywołały miłe wspomnienia.
    Patrzyłem na dziewczynę, nie mogąc pojąć, jak dwie osoby mogą być tak podobne, a jednocześnie tak różne od siebie. Gdy uścisnęła moją dłoń, wiedziałem, że poczuła to, co ja. Przyjemne mrowienie w palcach. Spojrzałem jej w oczy, nie przejmując się tym, że była człowiekiem.


~~*~~*~~*~~*~~

Hej :) Macie rozdział wcześniej niż planowałam, ale na następny pewnie będziecie musieli trochę poczekać. W końcu znalazłam jakiś sposób na Toma, choć to jeszcze chyba nie do końca wszystko. To będzie temat, który pojawił się w wielu opowiadaniach,a le jeszcze nie u mnie i dlatego postanowiłam coś takiego napisać. Z resztą przekonacie się sami za parę rozdziałów :)
Tych, którzy lubią - mniej lub bardziej - skoki narciarskie, skoczków i różne takie (;D) zapraszam na bloga mojej przyjaciółki. Dopiero zaczęła i pewnie nie pogniewałaby się, gdybyście tam zajrzeli.
http://gdybym-miala-skrzydla.blogspot.com/  
No i oczywiście dziękuję kochanej seoanaa za nominację! ;*
Do zobaczyska!
Zuza♥