Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dream. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dream. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 grudnia 2015

Miniaturka 2. "Gorzka przeszłość."


Rosalie Montgomery zawsze była silną dziewczyną. Wychowała się bez mamy, z ojcem, więc musiała sobie radzić sama z pewnymi sprawami. I choć tata zawsze próbował ją we wszystkim wspierać, to nie było to samo, co mama. Nie zastąpił stuprocentowo matczynej miłości i opieki, choć bardzo się starał.
Z Prue przyjaźniły się niemal od zawsze. Obie nie pamiętały, jak to było, kiedy jeszcze się nie znały. Doskonale znały jednak dzień, w którym się poznały. Prue była jeszcze małym dzieckiem, ale jej ojciec już z nimi nie mieszkał. Spacerowała z mamą po parku. Musiały być wakacje, bo już wtedy Rosie chodziła do przedszkola, ponieważ ojciec nie potrafił jednocześnie pracować i zajmować się nią oraz domem. Jednak tego dnia nie była w szkole. Tata zabrał ją na lody z budki, która codziennie o tej samej porze przyjeżdżała do parku. Wesoła muzyka grała z głośników samochodu, a kolejka głodnych na słodycze dzieci ustawiała się do okienka na kilometr. Wśród nich znalazły się również Rosie i Prue ze swoimi rodzicami. Nie wiedzieć dlaczego, ale pośród tylu dzieci, rówieśników obu dziewczynek, to właśnie na siebie spojrzały. Rose uśmiechnęła się do młodszej koleżanki i podała jej misia, który jej upadł, kiedy próbowała zlizać topiącego się loda z wafelka. Prue nieśmiało spojrzała na koleżankę i podziękowała cicho. Między mamą i tatą nawiązała się luźna rozmowa. Od słowa do słowa, umówili się jeszcze kilka razy, a kiedy rodzice popijali kawę, dzieci się bawiły ze sobą i poznawały. Po kilku latach zaprzyjaźniły i już nie potrafiły żyć bez siebie. Mogły zawsze na siebie liczyć. Nawet wtedy, kiedy rodzina i inni bliscy zawodzili. A taka sytuacja w życiu Rosie nie raz się zdarzyła.
Mama blondynki odeszła od rodziny, kiedy ta miała trzy lata. Umarła w samotności, nie chcąc narażać rodziny na smutek oraz patrzenie, jak kona w bólu. Jej tata zawsze mówił o niej dobrze, choć w głębi duszy czuł do niej żal, że nie została z nimi do końca. Nawet nie mógł się z nią pożegnać przed śmiercią.
Wtedy jednak dziewczyny się jeszcze nie znały, a Rosie nawet nie pamięta dokładnie swojej mamy. Gdzieś w pamięci zostały jej wspomnienia o jej gęstych blond włosach oraz długich nogach. Kiedy widziała ją na zdjęciach, zawsze zazdrościła jej urody i żałowała, że nie odziedziczyła po niej niczego więcej. Zmarła młodo i na zdjęciach zachowała się jej młodzieńczość.
Na pewnej imprezie poznała chłopaka. Był od niej starszy, miał z dwadzieścia lat, kiedy ona niedawno obchodziła swoje szesnaste urodziny. Świetnie się bawili, tańczyli, rozmawiali. Chłopak był niezwykle mądry, imponował Rosie. Miał motocykl, którym odwiózł później dziewczynę do domu. Żegnając się, wsunął swój numer telefonu do tylnej kieszeni jej spodni, kiedy całował ją w policzek. Zauroczona nim, godzinami opowiadała Prue, jaki jest kochany i słodki. Młodsza przyjaciółka starała się ją jakoś uczulić na niego, pokazać jego słabe strony, lecz zakochana nie widziała jego wad. Jedynie same superlatywy. Nie chciała nawet słuchać Prue, kiedy ta wspominała, jak widziała go palącego trawkę ich szkołą, kiedy czekał na Rosie przy swoim motorze. Była zbyt w niego wpatrzona.
Rose popadała w jego towarzystwo i choć starała się utrzymywać kontakt z pozostałymi przyjaciółmi, to i tak stał się nieco inny. Chłodniejszy. Odzywała się do nich inaczej, już nie z miłością w oczach lecz z odrobiną złości. Zaczęła wagarować, znikała na całe noce, by móc się z nim spotykać.
Któregoś dnia po prostu wróciła. Już bez chłopaka, bez motoru. Z podkrążonymi oczyma i podartymi rajstopami. Od kilku dni nie było z nią kontaktu i Prue zaczęła się martwić, a kiedy przyszła do niej, cała zapłakana, w żałosnym stanie, wiedziała, że zerwali. A raczej to on zerwał z nią.
– Co się stało? – zapytała z troską, kiedy już usiadły w pokoju brunetki z gorącą czekoladą w dłoniach.
– Ja... – Pociągnęła głośno nosem. – Powiedziałam mu dzisiaj... że jestem w ciąży... – wyszeptała. Prue musiała się bardzo pochylić, by cokolwiek usłyszeć z jej ust.
– Jesteś w ciąży? – zapytała przerażona. Dla Prue to było coś niezwykle odległego. Rosie tylko pokiwała delikatnie głową. – A on co na to? – Przejęła sprawy w swoje ręce. Blondynka nie była w stanie wiele zrobić, wiec Prue postanowiła jej jakoś pomóc.
– On powiedział... Stwierdził, że to na pewno nie jego dziecko i na pewno nie będzie się nim zajmował. – Zapłakała cicho. – Dodał też na koniec, że jeżeli zrobiłam sobie bachora, to sama go będę wychowywała. – Zaszlochała, ukrywając twarz w dłoniach.
– A to świnia... – szepnęła cicho brunetka. Przytuliła przyjaciółkę najmocniej jak tylko potrafiła. – Rozmawiałaś z tatą? Bał się o ciebie, dzwonił do nas po kilka razy dziennie i wypytywał o ciebie.
Rose pokręciła szybko głową, podnosząc wzrok na przyjaciółkę. W jej oczach odbił się strach i panika.
– Boję się  – przyznała cicho. – Co powie na marnotrawną córkę z brzuchem? – Załkała. 
– Na pewno okaże odrobinę więcej empatii niż twój pożal się Boże chłopak – zakpiła. 
– Przepraszam, ostatnio byłam fatalną siostrą – powiedziała Rose.
– Wiem o tym. – Zaśmiała się. – Ale i tak cię kocham i nie zamieniłabym cię na nikogo innego – szepnęła jej do ucha, przytulając ją mocno.
Razem poszły do domu blondynki, a kiedy Rose opowiadała ojcu, co się stało, przyjaciółka mocno trzymała ją za rękę, dodając tym gestem otuchy. Nie można powiedzieć, pan Montgomery nie był zadowolony. Mało który ojciec cieszyłby się, że jego nastoletnia córka zaszła w ciążę i to w dodatku z chłopakiem, który ją od razu zostawił. Jednak uśmiechnął się i odetchnął z ulgą, widząc ją całą i zdrową. Zapewnił również, że przecież jakoś sobie poradzą. Jak zwykle z resztą. Na koniec wpadli sobie w objęcia, a Rose przeprosiła tatę za wszystko.
Kolejne tygodnie mijały spokojnie. Rose wróciła do szkoły i nadrabiała zaległości. Prue starała się jej pomóc we wszystkim, w czym tylko mogła. David zaofiarował również swoją pomoc w domowych obowiązkach. Wszystko w końcu zaczęło układać się po ich myśli.
Prue widziała diametralne zmiany w zachowaniu Rose, zwłaszcza wobec płci przeciwnej. Do wielu chłopców odnosiła się z dystansem, nawet jej brata nieco odsunęła na moment. Dopiero po jakimś czasie wrócił do łask i dziewczyna czuła się przy nim bezpiecznie i komfortowo. Jednak poza nim, żaden chłopak nie mógł się do niej za bardzo zbliżyć. Już żadnemu nie chciała zaufać.
Tuż przed świętami Rose miała umówioną wizytę u lekarza. Czuła się świetnie, więc z uśmiechem na ustach, szła pod rękę z Prue. Minęło trochę czasu, i choć ból nie zniknął, to starała się o nim zapomnieć. Zapomnieć o chłopaku, o tym, jak ją potraktował. I działało za dnia i starała się wykorzystywać swój dobry humor, bo wiedziała, że już niedługo przyjdzie noc i kolejne koszmary. Poza tym dobry nastrój przyjaciółki działał na nią zaraźliwie i przy Prue nie potrafiła się smucić.
Ze swoim tatą miała się spotkać już u lekarza, jednak w ostatniej chwili zadzwonił do niej, że się nieco spóźni. Nie przejmowała się tym. Miała przy sobie swoją najlepszą przyjaciółkę i to jej wystarczyło.
Podekscytowana weszła do gabinetu. Jej ciążę od początku prowadziła miła kobieta, która przypadła jej do gustu już przy pierwszym spotkaniu. Przywitały się, lekarka zapytała o samopoczucie i to, jak jej minął ostatni czas. Rose chętnie opowiadała jej, co się z nią działo a potem role się odwróciły. W pewnym momencie kobieta skupiła się mocniej, przez kilka chwil spoglądała w monitor i w zamyśleniu zapisała coś w karcie pacjenta.
– Coś się stało? – zapytała podejrzliwie Rosie.
– Wytrzyj się. – Podała jej ręcznik. Dziewczyna posłusznie wykonała polecenie, po czym zasiadła naprzeciwko lekarki przed biurkiem.
– Przykro mi to mówić – zaczęła, a Rose coś ukłuło w piersi. Bała się dalszych słów. – Dziecko zmarło. Myślę, że to z powodu jakiegoś zakażenia, może bakterii. Tobie nic nie zrobiły, ponieważ masz wysoką odporność. Płód niestety takiej jeszcze nie miał.
Rosie patrzyła na nią i nie słyszała wielu słów. Dziecko umarło... Jej dzidziuś nie żyje. W oczach stanęły jej łzy. Zaczęła kręcić głową, nie mogąc uwierzyć w to, co przed chwilą oznajmiła jej kobieta.
Lekarka niespodziewanie wstała i wyszła z gabinetu. Po chwili weszła z powrotem a za nią Prue, która natychmiast podeszła do niej i przytuliła ją mocno.
– Będzie dobrze – szepnęła. – Chodźmy, twój tata czeka na dole. – Delikatnie ją pociągnęła. Rosie spojrzała na nią zapłakanymi oczami. Co prawda bała się, jak to będzie, kiedy w końcu urodzi, czy sobie poradzą, ale kiedy pogodziła się z myślą, że zostanie mamą, ucieszyła się z tego. Przywykła do tych myśli i teraz, kiedy dowiedziała się, że jednak nie będzie dziecka, poczuła pustkę. Ogromną pustkę. Tak, jakby kogoś jej znowu zabrano.
Potem jeszcze długo nie mogła się po tym pozbierać. Wiele się na jej głowę wtedy zwaliło i nie potrafiła sobie z tym poradzić. Opuściła się w nauce, więc miała jeszcze więcej kłopotów. A Prue i David jak zawsze trwali przy niej, mimo, że ona była często bierna na ich obecność.

~~*~~*~~*~~*~~

I znów przybywam ;) Jak tym razem miniaturka? Ostatnia Wam się chyba spodobała ;) Mam jeszcze pomysły na może dwie, które opublikuje razem z epilogiem ;)
Chciałabym Wam życzyć udanego Sylwestra, a w Nowym Roku mnóstwo zdrowia, żeby był lepszy, niż ten co się kończy. Miłości i szczęścia, bo to najważniejsze :) I tego, czego tylko sobie życzycie <3

poniedziałek, 21 grudnia 2015

Miniaturka 1. "Słów kilka o Ohrimach."


Mężczyźni, którzy byli zaangażowani w pościg za zbiegłymi, wrócili do wioski zdenerwowani. Klęli w swoim ojczystym języku, a trzeba Wam wiedzieć, że mieli dosyć sporo niecenzuralnych słów. Nie mogli uwierzyć, że wykiwała ich dwójka młodzików. Ich, doświadczonych wojowników i mężczyzn.
Merrin czekał niecierpliwie, jak na szpilkach, chcąc dowiedzieć się, jak poszły im łowy. Zobaczywszy markotne miny towarzyszy, od razu wiedział, co usłyszy.
– Uciekli. – Westchnął Silas. Wódz trzasnął całą pięścią w stół, wstając z drewnianego krzesła. Myślał gorączkowo o ofierze, jaką mieli złożyć tego dnia bogom. Przez wariacje, jakie zadziały się na stosie, nic nie dali bogom i teraz oni będą źli na całą wioskę. Lękał się gniewu bogów, zwłaszcza jednego. Według ich wierzeń  Amandla, najważniejszy bóg, który sprawował władzę właśnie nad głównymi organami władzy, oraz sprawował pieczę nad pozostałymi bożkami, był najgroźniejszy. Często popadał w szał, co objawiało się częstymi suszami lub całodobowymi opadami deszczu. Zjawiska atmosferyczne miał pod swoją opieką i mógł im rozkazywać.
Merrin wolał nie myśleć, jaka kara ich spotka, za takie przewinienie. Jeszcze nigdy nie zdarzyło im się nie złożyć ofiary na czas. Próbował wymyślić, co mogliby podarować bogom w zamian, by ich choć trochę udobruchać, ale niestety, posiadali mało zapasów.
– Wodzu – odezwał się grzecznie i cicho Silas. Merrin spojrzał na niego. Już zapomniał, że byli razem z nim. – Może byśmy... Przynieśli coś z lasu? Może uda nam się coś znaleźć? – zapytał. Najwidoczniej ich myśli krążyły wokół tego samego tematu.
Przywódca zastanowił się przez chwilę. Nie podobało mu się, że to nie on wpadł na ten pomysł. Wolał sam wszystko zorganizować, ale wiedział, że jeżeli nic nie zrobią, na pewno narażą się a gniew bogów. Jeżeli coś im podarują, może okazać się, że się tak bardzo nie wściekną.
– A więc idźcie i poszukajcie w lesie najlepszych ziół i mięsiwa. Może zdołacie jeszcze coś upolować – powiedział to takim tonem, jakby to wszystko to był jego pomysł. Jeszcze kiedy mówił, wskazał im drzwi.
– Tak jest, wodzu! – odkrzyknęli chórem wszyscy zebrani i wyszli.
Zostawili Merrina ze swymi myślami. Przeklinał w duchu dwójkę cudzoziemców, którzy mieli mu przysporzyć chwały wśród bogów a narobili tylko wielkiego bałaganu.
Nie dosyć, że musiałem ich wyżywić, to jeszcze znaleźć pracę oraz na koniec uciekli i nie dali mi żadnego pożytku z siebie, warknął w myślach. Teraz jeszcze szukaj nowej ofiary!
Nie mógł tego przeboleć. Nie potrafił się pogodzić z porażką. Bardzo chciał, by w końcu wszystko wyszło na jego. Miał nadzieję, że chociaż ofiara wyjdzie. Jeżeli nie, to oznaczało koniec jego. Koniec jego rządów, może nawet koniec życia.
Zaczął powoli przechadzać się w tę i z powrotem po pomieszczeniu, chcąc zabić czas oczekiwania na swoich poddanych. Zastanawiał się, jak dawno już wyruszyli i ile czasu im zajmie powrót. Już miał nawet wyjść z domu i rozejrzeć się po wiosce, kiedy znów ktoś do niego zawitał. Tym razem był to jego syn, Kartik.
– Ojcze, wiem, że robisz wszystko dla dobra całej wioski, ale mam jedno pytanie, jako twój następca – odezwał się szybko, jakby spodziewał się, że Merrin mu przeszkodzi w wypowiedzi.
– Słucham cię, synu. – Westchnął przeciągle. Dobrze wiedział, że Kartkik jest naprawdę uparty i zrobiłby wszystko, żeby dowiedzieć się tego, czego chciał się dowiedzieć, przychodząc tutaj.
– Dlaczego zamierzałeś spalić naszych przyjaciół? – zapytał wprost.
– Oni nie mogli być waszymi przyjaciółmi! – Zaśmiał się w głos. – Znaliście się raptem parę dni, może tydzień. Nie poznaliście się dostatecznie, żeby nazywać ich swoimi przyjaciółmi – krzyknął zdenerwowany.
– Ale to byli jednak goście! – zezłościł się. – Poza tym, zawsze do tej pory wystarczała ofiara z jednego zwierzęcia oraz roślin. I nagle musieliśmy bogom podarować dwóch ludzi? – Tym razem to Kartik się zaśmiał.
– Jak śmiesz podważać moje decyzje? – Stanął przed chłopakiem. Niby syn był wyższy, ale czując respekt przed ojcem, a przede wszystkim wodzem, skurczył się w sobie.
– Po prostu czuję, że gdybyś ich oddał bogom, byliby źli. Jeszcze bardziej, niżbyś już nic im nie podarował – szepnął Kartik, spuszczając wzrok. Chciał już wyjść, ale sumienie  kazało mu wszystko wyjaśnić ojcu.
– Sumienie? – prychnął Merrin. – W podejmowaniu decyzji masz się kierować rozumem i dobrem swojego ludu a nie tym, co ci sumienie podyktuje! – Zawołał, ośmieszając chłopaka. – Odejdź, rozmowa skończona – warknął.
Kartik wyszedł, zatrzaskując drzwi. Z jednej strony bardzo się bał przejęcia władzy, jaka będzie mu przysługiwać po śmierci ojca. Z drugiej jednak wolałby już być wodzem, byleby tylko nie słuchać tyrad Merrina i jego jakże wspaniałych i cudownych pomysłów. Miał nadzieję, że bogowie go wspomogą, kiedy będzie musiał sam podjąć pierwszą decyzję, by wybrał dobrze. Mimo przestróg czy jakichkolwiek nauk ojca, zawsze, przy jakimkolwiek wyborze słuchał swojego wewnętrznego głosu oraz Felicity. Bardzo się ze sobą zżyli i już nie wyobraża sobie życia bez niej u swego boku. Mimo, że małżeństwo było ustawione, byli szczęśliwym i zgranym małżeństwem jakiego ze świecą po całym świecie szukać.
Uśmiechnął się na samo wspomnienie żony. Czekała na niego w domu z ciepłym posiłkiem. Była smutna, ponieważ Chloe odeszła bez pożegnania. A dziewczyna bardzo umilała dzień Felicity. Nie czułą się samotna, zawsze razem wypełniały swoje obowiązki. Wśród mieszkanek Ohr nie miała dziewczyny, z którą utrzymywałaby tak bliski kontakt. Z resztą, każda inna miała już swoją rodzinę, którą musiała się zajmować od rana do samego wieczora, a czasami nawet i w nocy.
Kartik, wchodząc do domu, powitał swoją żonę. Streścił jej rozmowę z ojcem. Dziewczyna przejęła się tym nie na żarty i starała się pocieszyć jakoś męża, ale bezskutecznie.
Kiedy zasiedli do kolacji, przyszli do nich ludzie wodza, którzy oznajmili, że wszyscy mają się zebrać wokół stosu.
Felicity spojrzała na Kartika zdezorientowana. Ten tylko wzruszył ramionami.
– Najwidoczniej znaleźli nową ofiarę – wyjaśnił, pociągając żonę za rękę w kierunku wyjścia.

~~*~~*~~*~~*~~

Hello, it's me! W końcu pojawiam się z taką drobną miniaturką. Mam nadzieję, że Wam się spodoba. Miała być nieco inna, ale wyszła taka i jest taka, po prostu ;)
Z racji tego, że chyba nic nie dodam do świąt, to chciałabym Wam złożyć najserdeczniejsze życzenia na te zbliżające się Święta Bożego Narodzenia! Dużo uśmiechu na ustach, miło spędzonych, w rodzinnym gronie świąt. Fajnych prezentów pod choinką, zdrowia i miłości <3
Mam nadzieję dodać coś do końca roku, może kolejną miniaturkę a epilog na początku kolejnego roku? Może w urodzinki bloga? Co wy na to? :)
Pozdrawiam Was cieplutko, bo zimno <3

wtorek, 13 października 2015

~8. "Od kiedy to karzemy kogoś za pochodzenie?"

"Do sądu nie idzie się po sprawiedliwość, ale po wyrok."



~~ Louis ~~

Najbardziej szkoda mi było Becky. Musiała bardzo przeżyć to, co się ze mną działo. W chwili rozstania widziałem łzy w jej oczach. Strach czułem poprzez nasze Skojarzenie przez cały czas. Obawiała się o mnie. O to, co mi zrobią, o to, jak ta cała sprawa się dalej potoczy.
Sam nie bałem się niczego. Już nie obchodziło mnie to, co ze mną zrobią. Całe życie myślałem, że robię wszystko dobrze, służąc Stylesowi. Potem, kiedy poznałem, jacy są naprawdę Zmiennokształtni i zdradziłem "swoich" na ich rzecz, przeczuwałem, że prędzej czy później, któraś ze stron mnie dopadnie. Raczej sądziłem, że to będą Wampiry, ale nie dziwiłem się, że Derek również chce sprawiedliwości. Sam bym tak uczynił na ich miejscu. W końcu swoje zrobiłem i powinienem odpokutować. Tylko czy kara będzie sprawiedliwa?
Nie mogłem im niczego zarzucić. Jak na "więźnia" traktowali mnie niezwykle łagodnie. Zamknęli mnie w jakimś pomieszczeniu, do którego wstawili nawet wygodne łóżko, biurko, krzesło i lampkę. Na półce wiszącej nad łóżkiem ustawiono kilka książek, ale nie zwracałem na nie uwagi. Po prostu położyłem się i leżałem, rozmyślając. Nie miałem na co narzekać, ponieważ wieczorem przynieśli mi jedzenie. Co prawda ludzkie, ale sam fakt, że pomyśleli o mnie, podnosił mnie na duchu. Może nie będzie tak bardzo źle jak mi się wydawało?
Cały czas myślami byłem przy Becky. Próbowałem dowiedzieć się, co się z nią działo, czy ją już przesłuchiwali, czy jej także groziło jakieś niebezpieczeństwo. Wątpiłem, że zrobią swojemu jakąś krzywdę, ale w mojej sytuacji musiałem brać pod uwagę wszystkie opcje. Non stop zapewniałem ją w swoich myślach, że nic mi nie jest, żeby się o mnie nie martwiła, że sobie poradzę. Ale ona i tak się obawiała. Szukała mnie, choć nic z tego nie wyszło.
Miałem tylko nadzieję, że jeżeli nie wyjdę z tego cało, Becky nie załamie się tak jak po stracie Davida. Winiłbym się do końca swojego marnego życia, a jeżeli później również potrafiłbym to wspominać, to na całą wieczność. I choć nie było mnie przy niej, kiedy umarł brat Prue, mogłem sobie wyobrazić co choć w części przeżywała.
Spędziłem w więzieniu kilka godzin; nie wiem, ile dokładnie, ponieważ straciłem rachubę czasu, choć zdawałem sobie sprawę, że zapadł już zmierzch. Mniej więcej w tym czasie własnie przynieśli mi posiłek. Nie musiałem długo czekać na kolejną wizytę. Tym razem był to Derek w towarzystwie wielu Zmiennokształtnych, którzy robili za obstawę.
– Zabieramy cię na przesłuchanie – oznajmił dyrektor, spoglądając mi prosto w oczy. Następnie skinął w kierunku dwóch mężczyzn, którzy stali przy samych drzwiach. Związali mi dłonie i poprowadzili w tylko im znanym kierunku.
Na dworze nie było ciemno, zimno również nie; mimo to zadrżałem. Już za chwilę miały przesądzić się losy o moim dalszym życiu a ja nie miałem nic na swoją obronę. Bardzo chciałbym powiedzieć im wszystkim, że żałuję, ale czy to coś da? Nie uwierzą mi. Sam bym sobie przecież nie uwierzył.
Przeszliśmy kawałek przez plac, minęliśmy wielkie wejście główne, zgadywałem, że to właśnie tam mieściła się szkoła. Weszliśmy przez jakieś boczne wejście do nieoświetlonego pomieszczenia. Moje oczy momentalnie się przyzwyczaiły, lecz równie szybko zapalono światło, więc przeciwnik mnie zdekoncentrował i przez dobrą chwilę nie widziałem praktycznie niczego. Dopiero później mogłem spokojnie dostrzec długi stół naprzeciwko drzwi, za którym już zasiadali jacyś Zmiennokształtni. Mnie usadzono naprzeciwko nich przy jednym z niskich stolików. Ala salę sądową urządzono w mniejszej z sal; w kącie nadal stał stojak na mapy a za plecami Dereka wisiała tablica.
Oprócz dyrektora nikogo nie rozpoznałem. Kojarzyłem jedną czy dwie twarze, ale nie potrafiłem przypisać im imion czy choćby stanowisk, jakie obejmowali w stadzie. Byli po prostu ludźmi, którzy przyszli mnie osądzić, całkowicie mnie nie znając.

~~ Becky ~~

Nie wiedziałam, co o tym wszystkim myśleć. Najpierw mój brat dołącza do zespołu Dereka, który ma za zadanie skazanie mojego ukochanego. Następnie zamykają Louisa gdzieś, nie mam pojęcia gdzie i nie dają mi z nim porozmawiać. Nawet Filip zachowuje się inaczej. Przez całą drogę do szkoły próbowałam mu wytłumaczyć, że Lou jest niewinny, że go kocham, że nic nie zrobił, ale on mnie jakby w ogóle nie słuchał. Przytakiwał tylko, a potem palnął mi wykład o tym, jakie to Wampiry są niebezpieczne. Nim ugryzłam się w język, odgryzłam mu się, że on również w połowie jest Wampirem. Nic na to nie odpowiedział, nastroszył się jedynie i odburknął coś niezrozumiale. Nie zamierzałam go ranić, ale to on pierwszy zaczął i nie mogłam pozwolić mu na to, by źle rozpatrywał sytuacje. Dobrze wiedziałam, że się o mnie martwił, ale nie miał prawa dyktować mi, co mam robić,  a czego nie i z kim.
Kiedy już wróciliśmy do szkoły, nie odzywałam się do niego całkowicie. Wolałam przeczekać ten czas, kiedy musiał wszystko przemyśleć, nawet jeżeli tego nie robił. Wkurzył mnie swoim postępowaniem oraz tym, że nie dał sobie wytłumaczyć niczego. Jakby zamknął się w sobie z jakiegoś powodu. Nigdy taki nie był, więc nie rozumiałam tej nagłej przemiany. Miałam tylko nadzieję, że w końcu mu przejdzie i zrozumie, dlaczego zrobiłam tak a nie inaczej.
Próbowałam go znaleźć, ale moje starania zeszły na panewce. Cały czas starałam się mieć z nim kontakt, więc nie mogłam się na niczym innym skupić. Kiedy ktoś do mnie coś mówił, prosiłam, by powtarzał kilka razy, bym w końcu mogła go zrozumieć.  Tak samo było w momencie, kiedy Shane wyciągnął nas z salonu, chcąc coś pokazać. W pierwszej chwili pomyślałam, może nawet łudziłam się, że przez przypadek znalazł Louisa, ale po chwili dotarło do mnie, że to raczej niemożliwe. Wszedłszy do kostnicy, również nie połączyłam od razu faktów. W ogóle już miałam się zapytać, po co on nas tam przyprowadził, ale na szczęście w porę odezwał się Chris, pytając go o to, gdzie Prue. I już wtedy zrozumiałam, że moja przyjaciółka zniknęła, choć przecież jeszcze nie tak dawno leżała martwa na stole.
Wróciliśmy do salonu pogrążeni w ciszy. Nikt się nie odzywał, ja nadal próbowałam połączyć się z Louisem, wywiedzieć, gdzie się znajdował. Na próżno. Nawet nie wiedziałam, czy trzymali go na terenie szkoły czy już po za nim. Kompletnie nic! Louis nie dopuszczał mnie do tych części jego myśli, żebym go nie szukała.

~~ Louis ~~

Przesłuchanie rozpoczęło się punktualnie o dwudziestej. Na początku kazano mi się przedstawić, powiedzieć coś o sobie, głównie interesował ich status krwi, rodzina, najbliżsi. Zadawali mało pytań, nie chcieli znać przecież całego mojego życia. Chodziło im głównie o poznanie mnie.
Dopiero z czasem przeszli do pytań trudniejszych. Kazali na przykład opisać dzień, w którym poznałem Stylesa.  Pytali o niego, o zlecenia, jakie musieliśmy wykonywać. Odpowiadałem bez zahamowań, zdając sobie sprawę, że i tak już o wszystkim wiedzą, pragną tylko, bym wszystko potwierdził.
– A jak poznałeś Rebbecę Tonkin? – W końcu padło pytanie, którego się obawiałem. Wszyscy ludzie przede mnie wpatrywali się we mnie, notując coś, cokolwiek zauważyli czy jeżeli powiedziałem coś, co szczególnie ich zainteresowało.
– Poznaliśmy się przez Liama. On... On przyjaźnił się z Prue i od słowa do słowa wyszło na to, że na siebie wpadliśmy w Manchesterze. Ja... kiedy ją zobaczyłem wtedy, podczas bitwy w lesie... Poczułem coś. Sam nie wiem, co to było... Mogłem ją zabić, ale nie zrobiłem tego. Spoglądając jej w oczy, przeszła mi ochota na wypełnianie poleceń Stylesa, na zabijanie niewinnych ludzi tylko po to, by się pożywić. Dostrzegłem w Zmiennokształtnych dobro, swego rodzaju sympatię. Zobaczyłem wady bycia Wampirem i zalety życia takiego, jakie wiódł Liam już od jakiegoś czasu. Chciałem stać się lepszy i dzięki Becky w końcu mi się to udało. Nie żałuję, że się poznaliśmy, że spędziliśmy razem cudowne chwile. Mam tylko nadzieję, że przeze mnie nie będzie cierpiała. Tego bym sobie w życiu nie wybaczył. – Nie miałem pojęcia, dlaczego to mówiłem, ale nie potrafiłem przestać. Czułem potrzebę wyrzucenia z siebie wszystkiego, co ostatnimi czasy leżało mi na sercu.
Wszyscy zebrani patrzyli na mnie zdziwieni. Nie spodziewali się po mnie takich wyznań? Uważali, że skoro jestem Wampirem, to nie potrafię czuć, współczuć, kochać? Skoro tak, to bardzo dobrze, że się przed nimi tak otworzyłem. Może w końcu dostrzegą kogoś więcej niż tylko maszynę do zabijania.
Po moich słowach nastała chwila ciszy. Derek spojrzał najpierw w jedną stronę, kiwając głową, następnie w drugą. Dopiero kiedy uzyskał zgodę już wszystkich zebranych, zerknął na mnie.
–  Musimy się naradzić – oznajmił chłodno. Mnie wyprowadzono a rada rozpoczęła swoje obrady.
Straż nie spuszczała mnie z oka nawet na moment. Wszelki mój ruch był odnotowywany, jakby sądzili, że mógłbym uciec. Irytowały mnie ich ciągłe spojrzenia, ale cóż mogłem poradzić?
Na szczęście rada nie kazała mi długo czekać na wyrok. Znów zająłem swoje miejsce, tym razem nie pozwolono mi już usiąść, musiałem stać. Derek również wstał, trzymając w ręku podkładkę, z której zapewne miał odczytać wyrok. Zacisnąłem mocno pięści, uniosłem wysoko głowę, chcąc stawić temu czoła. Tylko na moment przymknąłem powieki, czekając w napięciu.
– Louisa Tomlinsona uznaje się winnego zarzucanych mu czynów... – padły pierwsze słowa, które przerwało wtargnięcie kogoś do sali. Wszyscy jak na komendę spojrzeli w tamtą stronę. Derek już chciał nakrzyczeć na przybysza za to, że zakłóca sąd, lecz powstrzymał się, widząc, kto wszedł.
– Zdążyłam? - zapytała Prue, odgarniając swoje włosy z policzka. Widać było, że biegła, oddychała szybko, serce również pracowało na najszybszych obrotach. Rozejrzała się dokoła i chyba jej ulżyło, widząc mnie. – Część, Louis, cześć, tato. Widzę, że się już poznaliście – powiedziała kąśliwie.
Nikt nie odpowiedział. Każdy patrzył na nią jak na dziwadło. W końcu chyba po części nim była, prawda? Przecież jeszcze nie tak dawno wszyscy przeżywali żałobę po jej śmierci, jej ojciec chciał się na mnie zemścić za to, co zrobił Styles.
– Widzę, że zdążyłam. Chciałabym więc zabrać głos w sprawie Louisa – oznajmiła poważnie, tonem, jakby się znała na prawie.
– Ale... Przecież ty... – odzyskał głos Derek. – Prue, kochanie, to ty? – zapytał.
– Oczywiście, że ja, tato. Ale porozmawiamy o tym kiedy indziej. Będzie na to czas. Teraz jestem tutaj po to, by powiedzieć ci, że nie możesz go ukarać. W ogóle nie możesz tak bezprawnie urządzać sądów. Sprawy powinny być rozstrzygane z odpowiednią procedurą, przecież wiesz, znasz się dużo lepiej ode mnie na prawie Zmiennokształtnych.
– Ale przecież to Wampir... – zaczął protestować.
– Tato – postawiła sprawę jasno. – Znam kilka Wampirów... Znałam... Którzy byli wspaniali. Mój przyjaciel, jeden z wierniejszych, był Wampirem. Louis również jest moim kolegą. To chłopak Becky. On nie zrobił nic złego. Od kiedy to karzemy kogoś za pochodzenie? Wiesz, kiedy poznałam Liama, poczułam się z nimi w pewien sposób powiązana. W końcu oba nasze gatunki są nadnaturalne i my wszyscy nie powinniśmy używać swoich mocy przeciwko sobie. Musimy się wspierać, a to najlepszy moment, by zacząć to robić, ponieważ Styles nie żyje. Nie po to umarł David, Liam, nawet ja na chwilę, byśmy teraz się nawzajem wykończyli – zakończyła. Łzy pojawiły się w jej oczach, kiedy wspominała swoich bliskich zmarłych. Mnie również coś tknęło, słysząc o Liamie, widząc Prue całą i żywą.
Zerknąłem na Dereka. Patrzył cały czas na córkę. Widać było, że hamuje się, by nie rzucić się na nią i nie przytulić do siebie. Nie dziwiłem mu się. W końcu nie codziennie człowiek dowiaduje się, że jego dziecko jednak nie umarło.
– Tato – szepnęła, podchodząc do niego. Mijając mnie, ścisnęła na moment moją dłoń. Była ciepła, co tylko potwierdziło to, że żyje.
Kiedy Pure podeszła do ojca, ten już darł papier, z którego odczytywał wyrok. Pozostała część rady spoglądała na niego zaskoczona, zapewne nie wiedząc, co o tym wszystkim myśleć.
– Niewinny – dodał na koniec i przytulił Prue, która zaśmiała się serdecznie. Mnie kamień spadł z serca. W końcu wiedziałem, na czym stałem.
Nie wiedziałem, co ze sobą począć. Nie chciałem przeszkadzać radującym się z powrotu Prue, więc pragnąłem wymknąć się cichaczem. Straż mi jednak w tym przeszkodziła i zastawiła drzwi. Nie miałem więc innego wyjścia jak usiąść na krześle i czekać, aż reszta przypomni sobie o mnie.
– Prue! – zawołał nagle Derek przerażony. Zerknąłem w jego stronę i zobaczyłem bezwładne ciało dziewczyny w jego ramionach. Ruda kobieta już była przy nich i badała Prue. Przerażony, podbiegłem, by zobaczyć, co się stało.

~~*~~*~~*~~*~~

Wybaczcie ogromne spóźnienie, ale szkoła daje mi ostatnio w kość. Cały czas coś, a jak wróciłam w weekend to praktycznie cały przespałam ;) Ale rozdział już jest, mam nadzieję, że się podoba ;) A co tam u Was? Chwalcie się <3

sobota, 26 września 2015

~7."Każdy, kto o pomoc poprosi, zostanie wysłuchany"

"To jeszcze nie koniec. Jeszcze nie. Nie możemy się poddać."
 - "Niezłomni" C. J. Daugherty 



~~ Prue ~~

    Siedziałam z Davidem na pomoście w ciszy. Oboje wpatrywaliśmy się w taflę spokojnego jeziora. Próbowałam zrozumieć całą sytuację, w której się znaleźliśmy, ale nie szło mi to zbyt dobrze. Utknęliśmy już na początku. Ani ja, ani mój brat nie wiedzieliśmy, jak dalej postąpić, co zrobić. Żadne rozwiązanie nie przychodziło nam do głowy. W końcu Nyks nie powiedziała wprost, jak mam się wydostać z Przedsionka.
    No właśnie! Wydostać się. Czy chciałam znów wrócić na ziemię? Z jednej strony jakaś część mnie nawet cieszyła się z takiego obrotu sprawy. Za bardzo tęskniłam za moimi przyjaciółmi, którzy tam pozostali. Pozostawała też kwestia ojca, którego dopiero co odnalazłam i jeszcze nie zdążyłam poznać. Z drugiej jednak czułam pewnego rodzaju pustkę, smutek związany z kolejną rozłąką z bratem, może nawet z tym wspaniałym miejscem. No bo kto by nie tęsknił za takimi widokami? Taką cudowną atmosferą? Musiałby być naprawdę nieczułym idiotą.
    Zerknęłam na mojego brata. Miał niesamowicie skupiony wyraz twarzy, że aż nie śmiałam mu przeszkadzać. Ciekawiło mnie, nad czym tak myślał. Może zastanawiał się, jakby się mnie tu pozbyć? Miałam nadzieję, że tak właśnie było, ponieważ bardzo chciałam pomóc przyjaciołom. A z tego, co opowiadał mi David, mogą wpaść w niezłe tarapaty.
    Przypatrywałam się chłopakowi jakiś czas zaciekawiona. Zaintrygowało mnie to, że w pewnym momencie zaczął ruszać ustami, jakby coś mówił. Nie potrafiłam rozróżnić słów, ponieważ wymawiał je zbyt cicho. Chyba wyczuł, że mu się przyglądam, bo podniósł na mnie wzrok i uśmiechnął się porozumiewawczo. Nie rozumiałam, co chciał mi w ten sposób przekazać. Może żebym się nie martwiła?
    Jego wzrok zaraz po tym przeniósł się na coś po mojej prawej stronie. David wstał z niesamowitą gracją i zwinnością, otrzepał dłońmi spodnie i zwrócił się twarzą w tamtą stronę. Poszłam śladami brata i już po paru chwilach oboje patrzyliśmy na drobną postać idącą w naszą stronę. Już z daleka zauważyłam, że to kobieta. Miała na sobie długą, białą suknię oraz niemalże białe włosy sięgające pośladków, które delikatny wiatr rozwiewał we wszystkie strony. Kiedy podeszła bliżej, dostrzegłam jej piękną twarz nie skrytą za kilogramami makijażu. Dama była stuprocentowo naturalna, bił od niej blask, ale nie potrafiłam go zidentyfikować. Uśmiechała się do nas serdecznie.
    Stanąwszy naprzeciwko nas, okazała się niesamowicie niziutka i drobniutka, chociaż ani ja, ani ona nie nosiłyśmy butów. Posiadała krągłą figurę, a mocno zarysowana, jakby jeszcze świeża blizna ciągnęła się od lewego ramienia i ukrywała się pod fałdami sukni na piersi.
    - Witajcie - odezwała się pierwsza melodyjnym głosem. David skłonił się nisko, pozdrawiając ją. Ja stałam natomiast osłupiała, nie wiedząc, jak się zachować. Spuściłam więc głowę, choć bardzo niechętnie, ponieważ trudno było oderwać od kobiety wzrok.
    - Nyks, dziękuję, że odpowiedziałaś na moją modlitwę - usłyszałam głos mojego brata i wszystko zrozumiałam. Te szepty pod nosem, jego postawa wobec nieznajomej. Wszystko w mgnieniu oka stało się jasne.
    - Każdy, kto o pomoc poprosi, zostanie wysłuchany, a ja postaram się ze wszystkich sił mu tę pomoc dostarczyć - odpowiedziała. - Czy wyjaśniłeś jej wszystko, jak cię prosiłam? - zapytała. Uniosłam delikatnie głowę, by móc widzieć choć odrobinę. Chłopak pokiwał gorliwie głową, uśmiechając się do bogini. - Bardzo dobrze się spisałeś - pochwaliła go, a on znów się skłonił, tym razem nieco płycej. - Prue - zwróciła się tym razem do mnie. Pod wpływem jej głosu po prostu musiałam podnieść na nią wzrok. Spojrzałam w jej zielone oczy i utonęłam w nich. Były niesamowite, pełne radości, mądrości, wiedzy. - Jesteś gotowa na powrót do domu?
    Nie miałam pojęcia, co mam odpowiedzieć. Nie dlatego, że zaniemówiłam, stojąc przed Nyks, jak to było chwilę temu. Po prostu nie czułam, że jestem gotowa na ten kolejny krok.
    Nyks, widząc moje rozterki, chwyciła mnie lekko za ramię i odciągnęła na bok. Na jej tak młodo wyglądającej twarzy, odbiły się lata jej doświadczenia.
    - Nie mam pojęcia, co teraz czujesz - nie ukrywała, nie kłamała, co mi się bardzo podobało, bo nie było obłudne i fałszywe. - Wiem, że zawsze wszyscy od ciebie oczekiwali dużo. Może nawet zbyt dużo, jak na tak młodą osobę. Ale popatrz. Dałaś radę. Odnalazłaś ojca, pokonałaś najgroźniejszego Wampira i przezwyciężyłaś śmierć. Jesteś wyjątkowa. A ja nie pozwolę ci zginąć w tym okrutnym świecie na dole. Zawsze przy tobie byłam i to nigdy się nie zmieni. Staram się czuwać nad każdym moim dzieckiem, ale ty jesteś jedyna w swoim rodzaju. I po twoich dokonaniach zasługujesz na odpoczynek. Ale zdecydowanie nie w mojej krainie. Jeszcze nie teraz. To nie twój czas. Tobie pisany jest inny, ciekawszy scenariusz. Na pocieszenie mogę ci dodać, że kiedyś na pewno się spotkamy - zapewniła na koniec, śmiejąc się.
    Nie wiedziałam, czy akurat to chciałam od niej usłyszeć. Nie byłam też pewna, czy zadziałało to na mnie jakoś motywująco czy może odwrotnie. Zdałam sobie jednak sprawę, że ktoś w końcu docenił to, co zrobiłam, że zobaczył trud, jaki włożyłam w zadania, przed którymi mnie los postawił. Zrobiło mi się niesamowicie miło, kiedy usłyszałam takie słowa z ust samej Nyks. One musiały coś znaczyć. W końcu była boginią.
    Łzy mi się w oczach zakręciły, więc kobieta uściskała mnie ze śmiechem jak kochająca matka. Brakowało mi takiej matczynej miłości w ciągu ostatniego roku. Każdy, nawet prawie dorosły człowiek potrzebuje czasami ramienia matki, na którym może się wypłakać lub po prostu wesprzeć w trudnej chwili. W tamtej chwili zapragnęłam odbudować swoje relacje z mamą i postanowiłam, że pierwsze, co zrobię po powrocie, to właśnie długa rozmowa z rodzicielką. Choćby się paliło i świat miałby się za moment skończyć, chciałam, by zakończył się, kiedy pogodzę się z mamą.
    - Czas już na ciebie - szepnęła mi do ucha. Odsunęłam się od niej i pokiwałam niezdarnie głową. Łzy już dawno poleciały mi po policzkach i nawet ich nie wycierałam, bo nie widziałam w tym sensu. Podeszłam szybko do Davida i przytuliłam się do niego mocno.
    - Pozdrów ode mnie rodziców. Powiedz tacie, że bardzo chciałbym go poznać - powiedział mi do ucha łamiącym się głosem. Skinęłam tylko głową, nie mogąc wydusić z siebie ani słowa. - Kocham cię. - Pocałował mnie w czoło, jak to zwykle robił, kiedy jeszcze żył. - Opiekuj się Becky. Zasługuje na szczęście - dodał na koniec i odwrócił się ode mnie, zapewne nie chcąc pokazywać mi swoich łez.
    - Chodźmy - odezwała się Nyks i pociągnęła mnie za rękę w swoim kierunku.
    - Do zobaczenia, David! - krzyknęłam, odwracając się ostatni raz. Pomachał do mnie na pożegnanie.

~~ Shane ~~

    Przez cały dzień coś nie dawało mi spokoju. Chodziłem podenerwowany i nie mogłem na niczym skupić myśli, choć bardzo tego potrzebowałem, by zrozumieć, dlaczego tak mi się dzieje. Chloe patrzyła na mnie niepewnie, kiedy bębniłem palcami w stół lub kiedy podrygiwałem nogą. Na pewno bardzo chciała mi pomóc, lecz nie wiedziała, jak. Ja również.
    W końcu z braku pomysłów postanowiłem odwiedzić Prue. Żaden pomysł, jak sprowadzić ją z powrotem stamtąd, gdzie się znajdowała, nie przychodził mi do głowy. Byłem w kropce. Wiedziałem, że muszę coś zrobić, ponieważ ceremonia pogrzebowa miała odbyć się już jutro. Przez głowę przeszła mi nawet myśl, by ukraść ciało i schować je w jakimś bezpiecznym miejscu, lecz to byłoby głupie.
    Usiadłem obok niej i chwyciłem ją za rękę. Już przyzwyczaiłem się do jej zimna. Pierwszy raz, kiedy ją dotknąłem, odskoczyłem od razu. Chłód, który od niej bił sprawiał, że momentalnie zamarzałem. Dziwiło mnie to, ponieważ jako Zmiennokształtny nie powinienem tak bardzo odczuwać niższej temperatury. A jednak.
    - Cześć, mamo - odezwałem się do niej, po raz pierwszy odkąd się tu zjawiłem, mówiąc do niej w ten sposób. Ciężko mi było, nie tylko dlatego, że leżała obok mnie nieżywa. Chodziło również o jej wygląd. Mogłaby uchodzić za moją dziewczynę czy siostrę a nie za matkę! Mimo że wiedziałem, że to dlatego, że przenieśliśmy się w czasie, nadal, po tylu miesiącach, nie potrafiłem się przyzwyczaić. Myśląc o mamie, przed oczami widziałem kobietę dorosłą, dochodzącą do czterdziestki a nie osiemnastolatkę, która nawet nie wie, że ma, lub raczej będzie miała syna.
    Zamknąłem oczy, mając nadzieję, że jej obecność pozwoli mi na skupienie się. I na początku to działało. Udało mi się uspokoić swoje nerwy i zacząłem zastanawiać się, skąd u mnie od rana takie podenerwowanie. Lecz nie dane mi było posiedzieć w absolutnej ciszy. Już po chwili usłyszałem dziwne, ciche, stłumione uderzenie. Najpierw jedno, po jakimś czasie drugie. A potem jeszcze jedno, szybciej niż poprzednie. Częstotliwość uderzeń narastała, a ja nie potrafiłem zidentyfikować źródła hałasu, co mnie jeszcze bardziej wkurzyło.
    Dźwięk wydawał się znajomy i to mi nie dawało spokoju. Wstałem i puściłem dłoń dziewczyny, przeszedłem się od ściany do ściany, lecz hałas pozostawał. Wróciwszy na swoje miejsce, chwyciłem z powrotem rękę Prue i doznałem szoku. Była ciepła! Dotknąłem jej twarzy, która delikatnie nabrała rumieńców, których wcześniej nie zauważyłem. Przytknąłem ucho do jej klatki piersiowej, by upewnić się, że nadzieja, która zrodziła się w mojej głowie, nie była płonną.
    Usłyszałem jej mocne bicie serca, które już od jakiegoś czasu próbowało mi powiedzieć, że dziewczyna do nas wraca. Nie mogąc się powstrzymać, skakałem jak głupi ze szczęścia w miejscu i krzyczałem.
    - Zaraz wracam. Tylko nigdzie mi nie odchodź! - zastrzegłem, nachylając się ku niej, kiedy już się opanowałem.
    Wybiegłem z kostnicy, ciesząc się jak wariat. Pragnąłem podzielić się tą jakże wspaniałą nowiną z pozostałymi. Znalazłem ich w salonie, oglądających jakiś film. Spojrzeli na mnie dziwnie, kiedy wparowałem z prędkością światła do pokoju.
    - Musicie to zobaczyć! - zawołałem, próbując złapać oddech i ponaglając ich. Nie chcieli mnie słuchać, dopiero po paru chwilach namów udało mi się ściągnąć ich z kanapy. Pociągnąłem Becky i Alice za sobą a chłopcy poszli za mną.
    Zaprowadziłem ich do kostnicy, przepuściłem ich, by weszli pierwsi, a kiedy i ja stanąłem przy łóżku, okazało się, że posłanie było puste. Zdezorientowany spojrzałem po twarzach pozostałych. Wszyscy wyglądali na równie zaskoczonych co ja.
    - Gdzie ona jest? - zapytał podejrzliwie Chris, patrząc mi prosto w oczy.
    - Też chciałbym wiedzieć - mruknąłem, siadając na miejscu, na którym jeszcze przed chwilą budziła się do życia Prue.


~~*~~*~~*~~*~~

    Hejo! Spodziewaliście się czegokolwiek, co zawarłam w tym rozdziale? Czy może jednak Was czymś zaskoczyłam. Jestem niezmiernie ciekawa Waszych opinii! ;)
    Ostatnio sporo mam na głowie; trzy zbliżające się wielkimi krokami konkursy, mnóstwo kartkówek, prawie codziennie po dwie co najmniej, dodatkowo mamy nakręcić reklamę, która ma zachęcić uczniów do przyjścia do technikum, więc szykuje się parę zarwanych nocy, by wszystko przygotować. No poza tym zostałam przewodniczącą klasy a co za tym idzie organizuję wycieczkę klasową, a raczej staram się coś wymyślić, by każdy był zadowolony, a jak wiecie, zadowolić 30 osób na raz to ciężka sprawa :D
    No nie marudzę Wam więcej, życzę natomiast, byście mieli mnie obowiązków ode mnie! Oj tak <3

piątek, 28 sierpnia 2015

~5. "...jak ja mam wrócić?"

Kiedy wymawiam słowo Przyszłość,
pierwsza sylaba odchodzi już do przeszłości.
Kiedy wymawiam słowo Cisza,
niszczę ją.
Kiedy wymawiam słowo Nic,
stwarzam coś, co nie mieści się w żadnym niebycie. 
- Wisława Szymborska




~~ Bella ~~

   Siedziałam wieczorem w bibliotece i kończyłam swoją pracę domową na jutrzejszy dzień. Nie była ciężka, ale robiłam ją przez dobrych kilka godzin, ponieważ nie potrafiłam się na niej skupić. Czytałam kilka razy polecenie, potem pisałam parę zdań, zamyślałam się, a kiedy w końcu wróciłam na ziemię, wszystko zaczynałam od początku. Doprowadzało mnie to do szału, lecz nie umiałam nad tym zapanować. Myśli same uciekały mi do tragicznych wydarzeń sprzed kilkudziesięciu godzin.
    Alex obiecał, że jak tylko upora się z własnymi lekcjami, przyjdzie do mnie. Jak na razie siedziałam sama w cichym i najdalszym zakątku biblioteki, który już dawno temu sobie upodobałam. Lubiłam przychodzić i siadać właśnie tam, przy stoliku pomiędzy ostatnimi rzędami półek. Na przeciwko znajdowało się okno, delikatnie zasłonięte przez szafę, ale i tak widziałam pochmurne niebo.
    Stolik był nieduży, ale spokojnie zmieściłaby się koło mnie jeszcze jedna osoba, która odrabiałaby lekcje. Miałam ten luksus, że mogłam się rozłożyć na całym biurku oraz zająć drugie krzesło i nie ściskać się ze wszystkimi książkami, których potrzebowałam do napisania odpowiedzi na temat zadany przez nauczycielkę. Niewielka lampka oświetlała cały stolik oraz kawałek ściany. Reszta biblioteki pogrążona była w półmroku. Jedynie przy biurku bibliotekarki oraz przy tych stolikach, które stały niedaleko niej, świeciły nieco mocniejsze oraz większe światła, tym samym rozpraszając mrok.
    Chłopak mnie nie zaskoczył. Słyszałam jego kroki oraz bicie serca już z daleka. Nie wiedziałam, dlaczego tak się działo, ale pasowało mi to. Odkąd wróciliśmy do szkoły, odkąd wyznaliśmy sobie miłość, staliśmy się dla siebie jeszcze bardziej bliscy niż wcześniej. I to jakoś oddziaływało na mój instynkt, może na moją moc. Nie byłam tego pewna. Wiedziałam jednak, że od tamtej pory zawsze wiedziałam, kiedy Alex był niedaleko mnie.
    Pocałował mnie na powitanie a potem zrzucił moją torbę i parę książek, które na niej leżały, na ziemię po czym sam usiadł na krześle. Zajrzał mi przez ramię, w jakim punkcie swojej pracy domowej utknęłam i westchnął przeciągle.
    - Ile ci to jeszcze zajmie? - zapytał, opierając się wygodnie o oparcie krzesła.
    - Czy ja wiem... - Wzruszyłam ramionami, przeglądając notatki. Przetarłam oczy, by móc lepiej widzieć oraz odgonić senność. Nie mogłam teraz sobie pozwolić na chwilę słabości, choć byłam już trochę zmęczona. - Jeszcze chwilę i powinnam skoczyć. - Zerknęłam na Alexa i uśmiechnęłam się delikatnie. Chłopak zerknął na zegarek.
    - Masz dokładnie trzynaście minut i dwadzieścia dwie, jeden sekund - odliczał, wpatrując się w zegarek, który nosił na nadgarstku.
    - Nie przeszkadzaj mi jeszcze przez moment to zdążymy spokojnie na kolację - powiedziałam tylko i zabrałam się do pracy. Chłopak tymczasem posłusznie oddalił się od stolika i zajął się przeglądaniem książek, które stały na najbliższym regale.
    Zaczynałam pisać podsumowanie, kiedy przed oczami pojawiła się delikatna mgła. Mrugnęłam kilka razy, sądząc na początku, że to ze zmęczenia. Jednak nawet przetarcie pięściami nie pomogło. Wtedy już upewniłam się, że to coś, co przychodzi w najmniej oczekiwanych momentach. Jęknęłam cicho a długopis wypadł mi z ręki i poturlał się pod stół. Usłyszałam ciche kroki Alexa, ale nie zauważyłam już jego twarzy, gdy pochylił się nade mną, by zobaczyć, co się stało. Przed moimi oczami ukazała się ogromna polana, na której bujnie rosła trawa przemieszana z ziołami oraz kolorowo kwitnącymi kwiatami. Słońce oświetlało całą łąkę. W oddali dostrzegłam las, lecz nie zainteresowałam się nim ani trochę. Moją uwagę przykuło jezioro, więc to tam skierowałam swoje kroki. Kiedy byłam już nieco bliżej, zobaczyłam drewniany pomost, a na nim dwie osoby. Nie rozpoznałam ich od razu, choć wydawały mi się znajome. Dopiero kiedy usłyszałam głos dziewczyny, przystanęłam, zdziwiona, zbyta z tropu.
    - Pięknie tutaj - szepnęła rozmarzonym głosem, rozglądając się dokoła. Bose nogi moczyła w wodzie, co jakiś czas huśtając nimi i wprawiając wodę w delikatni ruch. Odgarnęła długie włosy do tyłu i odchyliła lekko głowę.
    - Prue? - szepnęłam. Miałam ochotę podbiec do niej i uściskać ją, nawet zrobiłam kilka chwiejnych kroków, lecz po chwili dotarło do mnie, że to tylko moja wizja, że oni mnie nie zobaczą.
    - Tak - odpowiedział jej chłopak. David nie wydawał się zachwycony pięknem tego miejsca. Zachowywał się, jakby gdzieś mu się spieszyło. Siedział obok siostry jak na szpilkach, rozglądając się nerwowo to tu to tam.
    - Mieszkasz tutaj? Gdzieś w pobliżu? - zainteresowała się, zerkając na blondyna. Tymczasem ja stanęłam za nimi i przysłuchiwałam się tej rozmowie, nie bardzo wiedząc, dlaczego taka wizja mnie nawiedziła.
    - Nie. Mieszkam u Nyks, tam jest jeszcze piękniej niż tutaj. Tam jest ogromne miasto, choć nie takie jak na ziemi. Nie ma tam samych murów. Tam przeważają rośliny, drzewa, kolorowe kwiaty, dużo domów jest z drewna lub kamieni, które są jasne i nie ponure jak beton. Tam jest całkiem inaczej niż tutaj. Mówiłem ci, jesteśmy w Przedsionku, a jak sama nazwa mówi, to dopiero początek drogi - wyjaśnił.
    - Tam, to znaczy gdzie? - zapytała, ciekawa wszystkiego.
    - No już mówiłem, w mieście Nyks. Tak to między sobą nazywamy, bo nikt nigdy tego miejsca nie nazwał. - Wzruszył ramionami.
    - My?
    - Wszyscy inni zmarli - odpowiedział, spuszczając głowę.
    - Już nie mogę się doczekać, aż tam dotrę - westchnęła. - Kiedy tam pójdziemy? - zapytała ożywiona.
    - Prue, słuchaj - powiedział poważnie. Dziewczyna spojrzała na niego zaciekawiona, z uśmiechem a ustach. - Ty... Ty nie możesz iść dalej. Nyks... ona kazała mi cię zawrócić. Wyjaśnić... Cholera, to nie jest twoje przeznaczenie być tutaj! - zawołał.
    - Ale David? - pisnęła cicho. - Przecież tutaj jestem...
    - Ale musisz wrócić. Musisz wrócić i zapobiec rzezi, która niedługo nastąpi - powiedział smutno.
    - Jakiej rzezi? - spytała szeptem.
    - Nasz ojciec kazał pojmać i stawić przed sąd wszystkie Wampiry, co do jednego. Jest strasznie zły za to, co nam się przydarzyło. Chce się zemścić za naszą śmierć. Pragnie złapać wszystkich i ich zabić. A ja boję się o Becky. Nie mam pojęcia, jak przeżyje śmierć kolejnej, tak bliskiej dla niej osoby. Jeżeli Derek dowie się, że chodzi z Wampirem, nie dosyć, że jego zabiją, ona również może mieć kłopoty...
    Obie słuchałyśmy wyznań Davida z niemałym przejęciem. Chłonęłam każdą informację, ponieważ wszystko wydawało mi się ważne na wagę złota. Becky i Louis są w ogromnym niebezpieczeństwie - zakodowałam pierwszą wiadomość. Prue musi wrócić na ziemię, by im dopomóż - druga wiadomość.
    Potrząsnęłam głową i spojrzałam na koleżankę i jej brata. Zaraz że co? Czy on przed chwilą powiedział, że Prue wróci? Że znów będzie z nami chodziła na zajęcia, że w końcu wszyscy będą szczęśliwi?
    - Ale David, jak ja mam wrócić? - zadała najważniejsze pytanie. Chłopak zwiesił ramiona, odnalazł dłonią jakiś kamyk i rzucił nim w jezioro.
     - Właśnie w tym tkwi problem, że nie mam zielonego pojęcia - szepnął zmęczony.
    Ostatni raz spojrzałam na tę dwójkę. Łza w oku mi się zakręciła, więc przymknęłam powieki. Kiedy je znów uchyliłam, dostrzegłam stojącego nade mną Alexa.
    - Wszystko w porządku? - zapytał z przejęciem. Pokiwałam delikatnie głową.
    - Muszę spotkać się z Becky, Chrisem i pozostałymi - oświadczyłam, zbierając w pośpiechu swoje rzeczy.
    - Ale co się stało? - zawołał chłopak, pomagając mi.
    - Chodź, nie marudź - powiedziałam, pociągając go za sobą.
    Modliłam się, by cała paczka jadła jeszcze wspólnie kolację. Zwykle tak robili, więc miałam nadzieję, że i tego wieczoru zasiedli do posiłku wspólnie. Wpadłszy do stołówki, od razu ruszyłam w stronę ich stolika. Wszyscy podnieśli na mnie wzrok zaintrygowani. Opadłam na najbliższe krzesełko i przez moment czekałam, aż unormuję oddech. Potem zaczęłam opowiadać swoją wizję. Im dalej brnęłam w historię, tym więcej uśmiechu pojawiało się na twarzach zebranych.
    - A nie mówiłem? - zawołał Shane, jeszcze zanim dobrnęłam do końca opowieści.
    - Czyli... czyli to prawda? - zapytał Chris. W jego oczach dostrzegłam łzy przemieszane z niedowierzaniem, ale i nadzieją, wiarą na powrót ukochanej. Pokiwałam tylko głową, ponieważ sam jego widok spowodował, że się wzruszyłam. On naprawdę kochał Prue. - Przepraszam - szepnął tylko, wstał od stołu i wyszedł. Wszyscy spoglądaliśmy za nim, jednak nikt tego nie skomentował. Każdy z nas wiedział, że chłopak musiał wszystko sam sobie poukładać i zmierzyć się z tym w pojedynkę.
    Wśród całego tego zamieszania zapomniałam o czymś, co okazało się być później kluczowe. Kiedy w końcu sobie o tym przypomniałam, było o wiele za późno, by naprawić mój błąd.

~~*~~*~~*~~*~~

    Hej, witam Was serdecznie pod koniec wakacji <3 Kurczę, rozdział chyba nieco krótszy, ale nie chciałam już niczego innego w nim opisywać.
    Jak tam przygotowania do roku szkolnego? Ja kompletnie tego nie czuję, nie wyobrażam sobie tego, że już niedługo, już tuż tuż, będę w szkole O.o Mam jedynie nadzieję, że mój plan lekcji pozwoli mi na pisanie nowych rozdziałów :D

piątek, 19 czerwca 2015

Prolog

Dziękuję wszystkim, którzy doczekali ze mną tej chwili ;) Mam nadzieję, że nowa cześć przypadnie Wam do gustu ;) 


"To, co za nami i to, co przed nami,ma niewielkie znaczenie w porównaniu z tym, co jest w nas..."- Olivier Wendell Holmes



~~*~~*~~*~~*~~


~~ Shane ~~

    W salonie panowała kompletna cisza, nie licząc oczywiście cicho grającego telewizora, w którym podawano najświeższe wiadomości. Nikt od kilku godzin nie wypowiedział ani słowa. Becky i Alice, skulone siedziały tuż obok siebie. Chloe opierała głowę na moim ramieniu, bojąc się zapewne, że niedługo i ja zniknę. Oczywiście i ja na początku miałem takie obawy, ale gdy mijały kolejne godziny, odkąd walka się zakończyła, a ciało Prue zabrali, by je oczyścić i stosownie ubrać, dotarło do mnie, że nigdzie się stąd nie wybiorę. Nie dlatego, że nie chcę, raczej, ponieważ to nie jest moim przeznaczeniem. Miałem zostać na miejscu, ponieważ... Ponieważ moi rodzice nie umarli w bitwie, nadal żyją i mają się dobrze, choć żadne z nich na pewno o tym nie wie.
    Oczywiście nadawanie wiadomości zaczęto od najbardziej szokującej informacji - Liam Payne oraz Harry Styles, członkowie zespołu One Direction, zginęli w niewyjaśnionych okolicznościach. Cały świat opłakiwał kogoś, kto na to nie zasłużył oraz kogoś niezwykle odważnego. Większość z nich nawet pewnie ich nie znało; ot zwykłe fanki. Gdy gdzieś tam, na zewnątrz opłakiwano gwiazdy, my mieliśmy swoją własną tragedię.
    Gdy dziennikarka w telewizji zaczęła przeprowadzać wywiady, pytając rozżalone młode dziewczyny o to, jak się czują, po tym, jak dowiedziały się o śmierci ich idoli, Chris poruszył się pierwszy raz od paru godzin. Zerknął spode łba na odbiornik i skrzywił się. Zamknął oczy a dłonie przytkał do uszu, zatykając je.
    - Wyłącz to! - wrzasnął. W jego krzyku usłyszałem wszystkie emocje, jakie w nim siedziały od tych kilku godzin - ból, żal, rozpacz, smutek, rozżalenie, bezradność, miłość... Nie odzywając się, spełniłem jego prośbę. Rozumiałem, dlaczego nie mógł tego słuchać. To Harry był sprawcą całej tragedii a robili z niego superbohatera, którym z pewnością nie był.
    - Chris, musisz się uspokoić - podjąłem próbę wytłumaczenia mu tego, co ja z tego wywnioskowałem. - Nie jesteś sobą...
    - To kim jestem? - zapytał, spoglądając na mnie nienawistnym wzrokiem. Przerwał mi, ale nie przejąłem się tym zbytnio. Starałem się zapanować nad swoimi emocjami, bo wiedziałem, że jemu jest trudno, niewyobrażalnie trudno.
    - Wiem, że jesteś smutny, bo... - urwałem, zdając sobie sprawy, że nie miałem pojęcia, jakiego słowa użyć, by zabrzmiało to jak pocieszenie a nie jak współczucie mu. - Ale da się to wszystko odkręcić - dodałem po chwili, wahając się. Bałem się, że się myliłem, że zrobię mu niepotrzebną nadzieję.
    - Da się odkręcić? Śmierć? - zaśmiał mi się szyderczo prosto w twarz. - Czy ty w ogóle słyszysz, co mówisz? - zadrwił. Spojrzenia wszystkich skierowały się na naszą małą scenkę. Słuchali uważnie, wyrwani z otępiającego bólu. Nie patrzyłem na nich, ponieważ samo wpatrywanie się w rozsypanego Chrisa, przynosiło nie do zniesienia emocje.
    - Nie śmierć - zaprzeczyłem, jakby to było coś oczywistego. Z resztą, czy to nie było? - Ale to, co się stało... - Starałem się dobrać odpowiednie słowa, lecz mi to zdecydowanie nie wychodziło.
    - Kpisz sobie ze mnie? - zdenerwował się jeszcze bardziej. Wstał i podszedł do mnie. Widziałem złość, objawiającą się w jego niebieskich oczach, które z każdym momentem przybierały złotawy odcień. Zadrżał a ręce zwinął w pięści. Czułem jego przyspieszony oddech na swoim policzku. Mimo jego bliskości, jego dominacji nade mną, nie wycofałem się, brnąłem w wyjaśnienia dalej.
    - Nie, jasne, że nie - powiedziałem szybko, jakby się usprawiedliwiając. - Po prostu wiem lepiej od ciebie, co tak naprawdę się wydarzyło. A przynajmniej tak mi się wydaje... - dodałem w myślach ostatnie zdanie.
    - A niby skąd to możesz wiedzieć, co? - zadrwił.
    - Bo jestem twoim synem, do cholery! - zawołałem, tracąc już całkowicie nerwy. Dopiero, gdy usłyszałem za sobą zduszone westchnienie zdziwienia, dotarło do mnie, co takiego zrobiłem. Zdemaskowałem się...

~~*~~*~~*~~*~~

    Witam, wiem, że prolog krótki i pewnie wszyscy się już domyślali tego, co jest w nim zawarte, ale jakoś musiałam zacząć :D Mam nadzieję, że przeżyjecie ze mną jeszcze tę jedną część ;) <3

sobota, 18 kwietnia 2015

*37. "Pamiętaj, Prue jest moja!"

Dla wszystkich ludzi, którzy sprawiają, że każdy dzień staje się piękniejszy od poprzedniego <3



"Czasem nie chodzi o to, żeby wygrać, lecz o to, żeby się nie poddać." - Lidia Helena Zelman


~~*~~*~~*~~*~~

~~ Stark ~~

    Siedziałem w swoim gabinecie i przeglądałem szkolne papiery, które od dawna zalegały na moim biurku. Ostatnio moją głowę zaprzątały inne problemy i nie potrafiłem skupić się na papierkowej robocie. A tej z każdą chwilą przybywało. Wszystkie raporty, sprawozdania, protokoły kumulowały się w teczkach i prosiły o przeczytanie. Aż w końcu było ich tak dużo, że nie potrafiłem między nimi niczego znaleźć, więc postanowiłem poświęcić jedno popołudnie na uporządkowanie ich.
    Właśnie zamierzałem odłożyć część dokumentów, z którymi się już zapoznałem, gdy usłyszałem kroki i cichą rozmowę na korytarzu. Niemal od razu rozpoznałem głos Prue, lecz nie potrafiłem zidentyfikować drugiego, męskiego, niskiego głosu.
    Zastali mnie, gdy zabierałem się do kolejnej grupy papierów. Postanowiłem nie przejmować się gośćmi, dopóki nie zapukają do gabinetu. Przecież istniała możliwość, że nie wybrali się do mnie. Jak się po chwili okazało, weszli jednak do mojego pokoju. Najpierw dziewczyna.
    - Witaj, Stark - przywitała się uprzejmie, choć wydawało mi się, że dostrzegłem nutę niechęci do mojej osoby. Może dlatego, że nie zatrzymałem Chrisa w stadzie?
    - Dzień dobry. Co cię do mnie sprowadza? - zapytałem, wskazując jej rękę fotel przed moim biurkiem i zachęcając, by usiadła. Prue została jednak w progu.
    - Przyprowadziłam gościa. Chciałby z tobą koniecznie porozmawiać - wyjaśniła. Przesunęła się delikatnie w prawo, by mężczyzna, dotąd kryjący się na korytarzu, mógł swobodnie wejść do gabinetu. Ujrzałem wysokiego, postawnego faceta, w którym od razu rozpoznałem Dereka Cartera.
    W pierwszej chwili zaniemówiłem. Przetarłem oczy pięściami, sądząc, że mam omamy. Gdy jednak nie zniknął, przeraziłem się. Skąd on się wziął? Przecież miał nie żyć od kilkunastu lat! Czego teraz będzie ode mnie chciał? Przez te wszystkie lata trochę grzechów się uzbierało na moim koncie. Bałem się, że wszystkie mi wytknie, pozbawi posady, przejmie dowództwo w stadzie i zostanę z niczym.
    Derek uśmiechnął się jednak do mnie serdecznie, podszedł do biurka i usiadł na fotelu, nie czekając, aż mu to zaproponuję. Oszołomiony, nie miałem pojęcia, od czego zacząć; zaproponować mu coś do picia, czy od razu przejść do rzeczy? Ciągle wpatrywałem się w niego z niedowierzaniem i niemałym lękiem w oczach.
    Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że nadal stojąc, robię z siebie głupka. Usiadłem więc pospiesznie za biurkiem, odgarnąłem resztę papierów na bok i spojrzałem mu prosto w oczy, po raz pierwszy odkąd wszedł do tego pokoju. Były niesamowicie błękitne, lecz dojrzałem w nich pewien ciemny błysk. Zdawały się przewiercać mnie na wylot. Wydawało mi się, że już wszystko wie, że zna moje najskrytsze sekrety. Pytanie tylko: skąd?

~~ Alice ~~

    Szykowało się kolejne starcie. Tego byliśmy wszyscy pewni. Wampiry tak łatwo nie odpuszczą, będą walczyły do końca.
    Starałam się o tym tak nie myśleć, przygotowując się do ataku. Co chwila słyszałam komunikaty o zagrożeniu, płynące z szkolnego radia, ale próbowałam skupić się na czymś innym. Zastanawiałam się na przykład, gdzie znajdowali się Prue, Chris i Filip i czy zdążą wrócić przed rozpoczęciem walk. Czy udało im się odmienić jej ojca?
    W międzyczasie ściągnęłam marynarkę i mieniłam buty na wygodne czarne trampki. Razem z Becky miałyśmy za zadanie rozgłosić alarm tam, gdzie nie dosięgały głośniki radia. Przebiegłyśmy cicho i ostrożnie do stajni, ale na szczęście nikogo tam nie było. Następnie udałyśmy się do bramy wejściowej, by upewnić się, że została dokładnie zamknięta.
    Nauczyciele i uczniowie starszych klas rzucali różne czary ochronne na szkołę, lecz to chyba niewiele pomoże. Skoro Wampiry przedostały się już do lasu w pobliże naszego terenu, nic ich nie powstrzyma. Ale może choć trochę opóźni atak i da nam kilka dodatkowych minut na zorganizowanie obrony.
    W całym tym zamieszaniu tylko raz dostrzegłam Damiena, gdy razem z innymi stawiał mur obronny od strony lasu. Pragnęłam być z nim, w tych ostatnich minutach ciszy przed burzą, ale każdy z nas miał swoją pracę, od której nie mógł się oderwać, choćby nie wiem co. Wszystko, co robiliśmy, było ważne, każdy, nawet najdrobniejszy szczegół mógł przesądzić o naszym losie.
    W pewnym momencie, ktoś zauważył, że Stark nie stawił się przed szkołą, by pomagać jej bronić. Niektórzy zaczęli szeptać, że nie zależy już mu na nas, że uciekł, gdy tylko usłyszał pierwsze alarmy. Któryś z nauczycieli przekonywał o jego lojalności, inny wręcz zażądał, by ktoś po niego poszedł. Zgłosiłam się na ochotnika, ponieważ i tak nie miałam jak na razie nic do roboty i tylko zawadzałam tym, co starali się jak tylko mogli, by nasza obrona okazała się mocniejsza od Wampirów i ich ataku.
    Biegiem pokonałam odległość dzielącą główny budynek szkoły od tego, gdzie znajdowały się sypialnie nauczycieli oraz gabinet dyrektora. Mijałam wielu ludzi, głównie spieszyli się w przeciwnym kierunku niż ja. W mgnieniu oka pokonałam schody i stanęłam przed drzwiami biura Starka w momencie, gdy ktoś je otworzył. Sądząc, że to sam dyrektor, w końcu pofatyguje się nam pomóc, od razu zaczęłam krzyczeć, że dobrze, że już idzie, bo niedługo się zacznie. Jednak gdy spojrzałam na osobę, która wyłoniła się z pokoju, zaniemówiłam. Dziewczyna od razu wykorzystała sytuację i zasypała mnie milionami pytań.
    - Prue? - spytałam po chwili, nie odpowiadając wcześniej  na ani jedno zadane pytanie. - Już wróciliście? Co z twoim tatą? Gdzie reszta? Tak się o was martwiłam! - zawołałam i przytuliłam ją bardzo mocno, nie pozwalając jej dojść do słowa. Na moment zapomniałam o grożącym nam niebezpieczeństwie.
    - Wszystko w porządku, właśnie odprowadzałam tatę do Starka, bo chciał z nim porozmawiać. A chłopcy powinni już tutaj być. Wysłałam ich nieco wcześniej niż sama wystartowałam - usłyszałam w jej głosie nutkę strachu i zdziwienia.
    - Na pewno już są. Pewnie w tym całym bałaganie ich nie dostrzegłam - zapewniłam.
    - No właśnie, co się dzieje? Zaczęłaś coś opowiadać a potem nagle zamilkłaś - odezwała się Prue.
    - Opowiem ci po drodze. A teraz chodźmy, znajdziemy chłopaków - postanowiłam i pociągnęłam przyjaciółkę za rękę.
    Idąc na dwór, opowiedziałam jej pokrótce, jak Shane zauważył przedzierający się na nasz teren pocisk Wampirów, jak wszyscy szybko zareagowali na alarm, o tym, że teraz każdy szykuje się do walki. Prue wydała się zszokowana wiadomościami, ale zasmuciła się również, słysząc je.
    - To wszystko moja wina - przyznała. - To mnie chce dorwać Styles, nikogo innego. - Westchnęła.
    - Nawet jeśli tak jest, to każdy, podkreślam, każdy będzie chciał cię obronić, bo wszyscy wiemy, że jeśli to ty z nim wygrasz, już nikogo nie skrzywdzą Wampiry - zapewniłam. Nie starałam się kłamać, bo wiedziałam, co o tym wszystkim myśli Prue i że nie zmienię jej nastawienia. Pragnęłam jej jedynie pokazać, że będziemy za nią stać murem, mimo wszystko.
    - Dziękuję, jesteś najlepszą przyjaciółką - szepnęła tylko.

~~ Chris ~~

    - Gdzie my do jasnej cholery jesteśmy? - zawołałem, rozglądając się dookoła. Niczego nie widziałem, co mnie niemiłosiernie wkurzało, bo zawsze, ale to zawsze polegałem na swoich zmysłach. Wytężyłem słuch, lecz jedyne, co zdołałem zarejestrować to ciche tykanie zegara i delikatne dzwonienie, gdzieś w oddali, jakby czymś zagłuszone.
    - Uspokój się, jesteśmy w moim pokoju. Posłuchaj mnie, zabrałem cię tutaj, bo czuję, że coś się dzieje na dole. Powinniśmy się najpierw dowiedzieć, o co chodzi, nie uważasz? - zapytał rozsądnie. Pokiwałem głową, choć nie byłem pewny, czy zauważył ten gest. - Zadzwonię do Becky - zaproponował. Zobaczyłem blask ekranu, gdy wybierał numer siostry. Potem już tylko stałem i czekałem, aż odbierze. Ale jej telefon pozostawał głuchy. Zdziwiony Filip rozłączył się i spojrzał na mnie. W świetle padającym z wyświetlacza dostrzegłem jego zmartwienie na twarzy. Obawiał się czegoś najgorszego. Serce zabiło mi szybciej. Miałem nadzieję, że Prue jeszcze do szkoły nie dotarła.
    Usłyszawszy dźwięk swojego telefonu, zamarłem na moment. W ułamku sekundy zreflektowałem się jednak i odebrałem w mgnieniu oka. Zanim zobaczyłem na wyświetlacz, wiedziałem, kto dzwonił.
    - Prue, gdzie jesteś? - zapytałem od razu. Przechadzałem się po pokoju ze zdenerwowania.
    - W szkole, właśnie znalazłam Alice i wszystko mi opowiedziała. Wampiry prawie trafiły Shane'a i Chloe, gdy byli na spacerze. Cała szkoła oszalała i przygotowuje się do napaści - zrelacjonowała szybko. - A wy gdzie jesteście? - zapytała po chwili.
    - W pokoju Filipa. Już do ciebie idę - zawołałem. - Spotkamy się przed biblioteką, okej? - zaproponowałem. Gdy usłyszałem jej zgodę, rozłączyłem się. Filip już otwierał drzwi. Wyszliśmy z pomieszczenia i skierowaliśmy się w stronę biblioteki.

~~ Zayn ~~

    - Harry, bariera została przebita - odezwałem się, gdy tylko dostałem potwierdzenie udanej akcji. - Co teraz? Wszyscy czekają na rozkazy.
    - Ustawić się w gotowości na skraju lasu, tak by dać im znać, że jesteśmy gotowi, ale macie się nie wychylać! - warknął.
    Stał nieco z tyłu i przyglądał się naszym poczynaniom. Wszystkie Wampiry, które zdołał zgromadzić, krzątały się wokół terenu Zmiennokształtnych, próbując swoimi mocami przedostać się na pole wroga. Zajęło nam to dość dużo czasu, bo i przeszkoda okazała się niezwykle trudna. Ale udało się, w końcu mogliśmy swobodnie przejść na ich ziemię.
    - Tak jest. - Zasalutowałem mu jak prawdziwy żołnierz i odszedłem na chwilę, by wypełnić jego polecenia. Wampiry już po chwili stały, gotowe do ataku w kilku zwartych szeregach, wzdłuż linii drzew. Sprawdziłem dokładnie, czy nigdzie nie było żadnej, źle ustawionej osoby i dopiero wtedy wróciłem do Stylesa. Ten nadal stał w tej samej pozycji, w jakiej go zostawiłem - w cieniu zielonych drzew.
    - Wszystko dopięte na ostatni guzik - oznajmiłem, pozwalając sobie na delikatny uśmiech. Harry spojrzał na mnie i skinął głową na znak, że przyjął moje słowa. Już miałem odejść, bo sądziłem, że się nie odezwie, gdy wypowiedział bardzo cichym głosem dwa zdania.
    - A więc do ataku - rozkazał. - Pamiętaj, Prue jest moja! - zastrzegł, spoglądając na mnie z mściwością w oczach. Przeraziłem się go nie pierwszy raz w życiu. Ale tym razem w jego spojrzeniu dostrzegłem szaleństwo obłąkanego ćpuna a nie normalnego Wampira, chcącego pomścić śmierć ojca.
    - Tak jest! - odezwałem się tylko. - Do ataku! - przekazałem rozkaz pozostałym.

~~ Prue ~~

    Spieszyłam się na spotkanie z Chrisem. Tak bardzo chciałam go zobaczyć! Nie widzieliśmy się góra pół godziny, ale gdy dowiedziałam się, że Alice go nigdzie nie widziała, zaczęłam wymyślać różne niestworzone historie i przestraszyłam się. Bałam się, że mogłam go stracić!
    Gdy tylko go ujrzałam, pobiegłam do niego i wpadłam mu w ramiona. Jemu też ulżyło, gdy mnie zobaczył; wyczułam jak jego ciało odpręża się pod wpływem mojego dotyku. To samo działo się ze mną, kiedy znajdował się bardzo blisko mnie.
    - Kocham cię - szepnęliśmy niemal w tym samym momencie. Zaśmialiśmy się oboje, po czym spojrzeliśmy na uśmiechniętych Filipa i Alice. - To co, pora uratować ten beznadziejny świat, nie uważacie? - zapytał Chris.
    - My razem? Zawsze i wszędzie - potwierdziłam.
    - Bo razem jest zawsze zabawniej - wtrącił się Filip. Parsknęłam śmiechem, lecz już po chwili spoważniałam. Musieliśmy iść im pomóc.
    Pod głównym budynkiem zjawiliśmy się idealnie na czas. Właśnie swój marsz w naszą stronę rozpoczęły Wampiry z Malikiem na czele. Wypatrywałam wśród nich mojego największego wroga, lecz nie potrafiłam go dostrzec. Zapewne ukrył się gdzieś między nimi, by później, w najmniej oczekiwanym momencie wychylić się i mnie dopaść.
    Rozejrzałam się dokoła. Każdy z broniących trzymał w jednej ręce osikowy kołek natomiast drugą przygotowywał się do ataku swoim darem. Ja nawet nie rozglądałam się za wolnym kołkiem, ponieważ wiedziałam, że moja moc koncentruje siłę w obu dłoniach i gdybym jedną miała zajętą, wybuch nie byłby wystarczająco silny, by unicestwić Wampira.
    Jeszcze raz spojrzałam na Pijwy. Większość z nich posiadała coś srebrnego - nóż czy byle wisiorek lub bransoletkę. Zdawali sobie sprawę, że tylko tak mogli nas zabić, nie wliczając swoich supermocy. Wzdrygnęłam się, widząc odbijający się blask zachodzącego słońca w ostrzu srebrnego noża, którym wymachiwał Zayn. Doskonale pamiętałam palący ból, gdy mała drobinka srebra dostała się do mojego brzucha. Co by było, gdyby ktoś zanurzyłby cały nóż w ciele Zmiennokształtnego? Wolałam sobie nawet tego nie wyobrażać.
    Szybko do nas dotarli i niemal w mgnieniu oka zburzyli mur. Lecące odłamki kamieni, zmiażdżyły niektóre Wampiry, które znalazły się najbliżej. Ale było ich tak niewielu, tylko garstka. Pozostali zaatakowali.
    Zareagowaliśmy od razu. Każdy ze Zmiennokształtnych uaktywnił swoją moc; ja zamroziłam kilku na przodzie, dzięki czemu ktoś inny mógł przebić ich nieżyjące od dawna serca kołkami, Chris wysłał ich wysoko w powietrze i roztrzaskał ich głowy o ściany szkoły, Filip i inni rzucali kulami, tak samo jak Wampiry. Lecz znów tylko nieliczni ucierpieli. Większość z atakujących w porę utworzyła pole ochronne, od którego odbiły się nasze moce.
    W pewnym momencie zauważyłam, jak na prawo ode mnie rozległy się okrzyki zdziwienia, bólu i radości jednocześnie. Spojrzałam kątem oka właśnie tam, jednocześnie starając się panować nad sytuacją u siebie. Dostrzegłam Becky całą stojącą w ogniu i rozsyłającą swój żywioł na prawo i lewo. Uśmiechnęłam się uradowana, że jej moc nabiera takiej siły. Byłam z niej niesamowicie dumna!
    Wokół mnie panowało istne piekło. Czułam się, jakbym znalazła się w środku jakiejś trąby powietrznej. Cały czasu huczało, grzmiało, żywioły kontrolowane przez moich bliskich szalały, latały kule energii, Alex przygważdżał do murów Wampiry pędami mocnych roślin a później dobijał je kołkami. Wszędzie wyczuwałam magię. I to było piękne, choć straszne. Ale piękne.
    W pewnym momencie dostrzegłam Stylesa gdzieś pomiędzy Wampirami. Zaczęłam się ku niemu przedzierać, wołać za nim. Lecz on szedł dalej w swoją stronę. Jakby specjalnie chciał wywieść mnie poza zasięg osób, które potrafiłyby mi pomóc. Nie przejmowałam się tym. Dalej brnęłam za nim.
    - Styles! - zawołałam jeszcze głośniej niż do tej pory. Zatrzymał się. Staliśmy oddaleni od siebie kilka metrów. Zostawiłam za sobą cały bałagan. Byłam tylko ja i on. Mój zabójca.

~~*~~*~~*~~*~~

    Hej, dzisiaj króciutko, ponieważ się meeega spieszę ;) Na wasze blogi postaram się wejść jak najszybciej, bo wczoraj byłam na wycieczce we Wrocławiu i w kinie na "Szybkich i wściekłych" a dzisiaj lecę na urodzinki! <3 następnym razem pojawi się epilog drugiej części ;) 

sobota, 21 marca 2015

*35. "Od tamtej pory wszystko się zmieniło."

Dziękuję mojej wspaniałej W., która potrafi mnie zawsze rozśmieszyć i dzięki niej choć na moment potrafię zapomnieć o tym, jakie życie jest szare. Jesteś moją różową kredką :D I dziękuję Ci za to z całego serducha! <3



"Przyjaciele są jak ciche anioły, które podnoszą nas, kiedy nasze skrzydła zapominają, jak latać." - Antoine de Saint-Exupery


~~*~~*~~*~~*~~

~~ Prue ~~

    Nie odeszłam daleko. Usiadłam na jednej z ławek dostatecznie daleko, by nie słyszeć, o czym rozmawiali. Jednak i tak wyczuwałam jej emocje. Była zdenerwowana. Nie dziwiłam się. Sama również, nie miałabym pojęcia, jak zacząć taką rozmowę. Gdy tłumaczyła chłopakowi zawzięcie całą sytuację, non stop chodziła wzdłuż chodnika i co chwila wymachiwała ręką. Zawsze, gdy coś chciała dokładnie omówić, przedstawić komuś, gestykulowała. To było do niej tak podobne, że uśmiechnęłam się pod nosem sama do siebie. 
    Rozmowa trwała dosyć długo. Nie przerywałam im, bo zdawałam sobie sprawę, że powinni sobie wszystko wyjaśnić. Louis miał prawo wiedzieć o każdym szczególe. W końcu to on podejmował decyzję. Od niego zależało, czy mój ojciec zazna normalnego, ludzkiego życia. Więc wolałam nie naciskać. Choć pragnęłam, by zgodził się jak najszybciej. 
    Gdy skończyli, Becky podeszła do mnie. Jej wyraz twarzy nic mi nie mówił, ale wyczułam bijącą od niej radość. Nie chciałam wyprzedzać faktów, więc po prostu ją zapytałam. 
    - No i jak? 
    Chwilę milczała, jakby się ze mną droczyła. Napięłam niemal wszystkie mięśnie i ostatkiem woli powstrzymywałam się od rzucenia się na nią i wyduszenia z niej prawdy. Po chwili, która dla mnie trwałą wieczność, brunetka uśmiechnęła się do mnie serdecznie. 
    - Zgodził się, za chwilę powinien być w Dundee. Umówiłam się, że wyjdziemy do jego przed bramę - powiedziała. Nie mogąc uwierzyć, w to co słyszałam, uściskałam ją serdecznie. Miałam nadzieje, że Wampir nam pomoże, ale mimo wszystko starałam się zachować dystans. Nie przeżyłabym tak ogromnego zawodu, gdyby odmówił. 
    - Na co jeszcze czekamy? Idziemy? - zawołałam i już miałam pociągnąć Becky za sobą, gdy coś mnie zatrzymało. 
    - Prue! - usłyszałam swoje imię. Odwróciłam się i zobaczyłam zbiegającego po schodach Chrisa a za nim biegł Damien. Dopadli do nas w mgnieniu oka. - Tom mówi, że za chwilę trzeba dodać jad. - Odetchnął. 
    - Powiedz mu, że będziemy za góra pięć minut, okej? - odezwałam się. Złapałam Becky za rękę i ruszyłam do bramy. 
    - A wy dokąd? - krzyknął za nami Damien. 
    - Wyjaśnimy później, teraz nie ma czasu! - odkrzyknęła brunetka.  
    W paru krokach przemierzyłyśmy dystans dzielący nas od bramy. Wyszłyśmy za nią ostrożnie i rozejrzałyśmy się. Louisa nigdzie nie było widać. Oparłam się więc o mur, bo zapowiadało się, że musiałyśmy trochę poczekać. 
    Wampir wyłonił się nagle, zza zaparkowanego niedaleko busa. Nie straciłam orientacji, wiedziałam, że to właśnie tam się zjawi, lecz mimo wszystko się wzdrygnęłam. Poruszał się tak szybko i zwinnie! Jedyne, co go zdemaskowało, to zapach, który poczułam, gdy tylko pojawił się w okolicy. To dzięki niemu zorientowałam się, skąd przybędzie. Wstałam, otrzepując delikatnie plecy z kurzu. Nim zdążyłam choćby pomyśleć, jak go przywitać, Becky już rzuciła się na niego. Chłopak złapał ją w biegu, obrócił się wokół własnej osi i mocno przytulił. Gdy brunetka stanęła na ziemi, nadal się obejmowali. Widziałam wyraz twarzy Wampira. Miał przymknięte powieki, wydawał się zadowolony, wyglądał, jakby mu ulżyło, kiedy zobaczył dziewczynę całą i zdrową. Na koniec pocałowali się, a ja uciekłam od nich wzrokiem. Nie zamierzałam patrzeć na te czułości. To byłoby pogwałcenie praw do prywatności. 
    - Inaczej pachniesz - stwierdziła cicho Becky, podchodząc do mnie. Trzymali się za ręce, uśmiechnięci od ucha do ucha. Dziewczyna zmarszczyła delikatnie nos i wciągnęła głębiej powietrze. Oboje z Louisem zaśmialiśmy się serdecznie. Po przejściu przemiany robiliśmy się bardziej wrażliwi na zapach Wampirów. Co oczywiście mi nie pomogło na początku mojej znajomości z chłopakami, bo i tak się z nimi zakolegowałam. A przynajmniej z jednym z nich. 
    - To dlatego, że od czasu twojej przemiany się nie widzieliśmy - szepnął. - Od tamtej pory wszystko się zmieniło.
    Stanęli naprzeciwko mnie naprawdę szczęśliwi. Od dawna nie widziałam Becky tak radosnej, tak wesołej. Ta znajomość jak najbardziej jej służyła.
    - Cześć, dziękuję, że zgodziłeś się nam pomóc - przywitałam się z nim.
    - Nie ma sprawy. Czego się nie robi dla przyjaciół. - Wzruszył ramionami. I choć my nie byliśmy nawet dobrymi znajomymi, wiedziałam, że chodziło mu o to, że Becky to jego dziewczyna a ona przyjaźniła się ze mną. - Zrobiłbym wszystko, żeby Becky była szczęśliwa - odezwał się po chwili stanowczo. - To co, macie jakieś pudełko czy coś? - Rozejrzał się wokół, jakby oczywistym było, że znajdzie na ziemi pojemnik, w którym przechowamy jad. Od razu zrobiło mi się głupio, że wcześniej o tym nie pomyślałam. Tak bardzo zależało mi na czasie, że nie zorientowałam się, że jad trzeba jakoś przenieś. Widząc moje zmieszanie, uśmiechnął się tylko. - Tak właśnie myślałem. - Wyciągnął z kieszeni małą fiolkę, odkorkował ją i przyłożył do kła, który wydłużył się nieznacznie. Nie chcąc na to patrzeć, zerknęłam na dziewczynę. Przyglądała się Louisowi z zafascynowaniem. Dostrzegłam, jak zadrżała, gdy zobaczyła kieł. Tak jakby... Tak jakby poczuła go kiedyś na sobie...
    Chyba wyczuła, że się jej przyglądałam, bo odwróciła wzrok w moją stronę i spojrzała mi prosto w oczy. A gdy to zrobiła, róż wypłynął na jej policzki. I wtedy już wiedziałam, że byli ze sobą Skojarzeni. Już wszystko zaczęło się układać. To o nim Becky wspominała, gdy przechodziła przemianę. Wcześniej sądziłam, że bredziła, w końcu przemiana to straszny, nieunikniony proces. Wszystko mogło się wtedy wydarzyć. Ale nie, ona utrzymała świadomość do końca. Dzięki połączeniu, zdawała sobie sprawę, że Wampir odczuwał to, co ona, że palił się od wewnątrz, przez to, że jej moc się uaktywniła.
    Wszystko stało się jasne.

~~ Chris ~~

    Wpatrywałem się w sylwetki oddalających się dziewczyn. Nie miałem pojęcia, co o tym wszystkim myśleć. Z jednej strony pragnąłem, by Prue w końcu udało się przetransportować ojca, by zmienił się w swoją ludzką postać. Z drugiej jednak przeczuwałem, że nie obejdzie się bez pomocy Wampirów. A jedynym zaprzyjaźnionym Wampirem, którego w pierwszej kolejności Prue poprosi, będzie Liam. I on jej nie odmówi. Za bardzo mu na niej zależało... Więc będą mieli pretekst, by się spotkać.
    I znów jakiś cichy głosik gdzieś z tyłu głowy podpowiadał mi najgorsze scenariusze. Próbowałem nie zwariować, ale było to trudne. Tak, byłem zazdrosny, ponieważ zdawałem sobie sprawę, że Skojarzenie to naprawdę mocna więź. Poza tym Prue to naprawdę atrakcyjna dziewczyna. Ale mimo to wierzyłem w naszą miłość.
    - Stary, chodź. One zaraz przyjdą - zawołał Damien, klepiąc mnie dłonią w ramię. Posłuchałem go. Nie zamierzałem zostawać na dworze i czekać. To nie byłoby mądre.
    Wróciliśmy więc na strych, gdzie eliksir zdawał się niemal gotowy. Wystarczyło dodać ostatni składnik, którego na razie nie posiadaliśmy. Damien przekazał pozostałym, że dziewczyny wkrótce wrócą. Pozostało nam więc tylko czekać.

~~ Becky ~~

    - Jeszcze raz ci dziękuję, za wszystko! - powiedziała chyba już czwarty raz Prue, ściskając w dłonie fiolkę z jadem Louisa. Chłopak tylko zaśmiał się serdecznie. - Musimy już iść, na pewno się denerwują - stwierdziła, zerkając w moją stronę. Pokiwałam tylko głową a następnie spojrzałam w oczy mojego Wampira.
    - Uważaj na siebie - szepnął, obejmując mnie mocno ramionami. - Licho nie śpi. Zaatakuje w najmniej oczekiwanym momencie. Znam Stylesa od lat. Tak właśnie postąpi.
    Odsunęłam się od niego na chwilę i patrzyłam przez moment w twarz, marszcząc czoło. Zastanawiałam się, skąd może wiedzieć takie rzeczy, skoro już nie zadawał się z tymi złymi.
    - Po prostu tam, gdzie przebywam, gdzie żyję, krążą plotki. Właściwie to wszyscy mówią tylko o tym. Aż trudno uwierzyć, że do was jeszcze nic nie dotarło - odezwał się, gdy zorientował się w moich myślach.
    - Ty też na siebie uważaj - ostrzegłam.
    - Zawsze dla ciebie, skarbie - szepnął po czym namiętnie mnie pocałował. Czułam jego miłość, jego pożądanie, jego tęsknotę. Wszystkie skrywane uczucia. - Kocham cię.
    - Ja ciebie też kocham! - zawołałam, gdy odwrócił się i zniknął za białym busem.
    - Chodźmy - zaproponowała Prue, stając obok mnie i delikatnie ciągnąc ku bramie. Ruszyłam po dobrej chwili. Było mi trudno znów na długo rozstać się z Louisem z myślą, że praktycznie nikt o nas nie wie i nikt nie mógł się dowiedzieć.
    - Prue - zaczęłam ostrożnie, gdy mijałyśmy internat.
    - Tak?
    - Obiecasz mi coś?
    - Co? - zapytała.
    -Nie powiesz nikomu o nas? O mnie i Louisie? Dopóki sama nie będę na to gotowa?
    Milczała przez moment aż w końcu zgodziła się, twierdząc, że to moja sprawa i że nie powinna się do tego mieszać. Zasugerowała mi jednak, bym pospieszyła się z powiedzeniem reszcie prawdy. Z doświadczenia wiedziała, co mówiła.
    Wszyscy odetchnęli z ulgą, gdy w końcu zjawiłyśmy się na strychu. Prue podeszła do Toma i dolała do gotującej się mikstury jad Wampira. Filip przemieszał zawartość kociołka. Mieszanina zrobiła się nieco gęstsza, zmieniła kolor z zielonkawego na bardziej niebieskawy. Po chwili usłyszałam cichy wybuch i zauważyłam unoszący się znad kociołka szary dym.
    - Wszystko poszło zgodnie z planem - oznajmił Tom. - Jutro możecie ruszać.

~~*~~*~~*~~*~~

    Heej, co tam u Was? Też macie taki nawał sprawdzianów jak ja? Normalnie codziennie coś. A już nie daj Boże, jak masz jakieś zaległości lub coś do poprawy!! O.o Jestem tak zmęczona, że nie mam na nic ochoty, mimo, że pogoda jest tak obiecująca ;) Tylko ona podnosi mnie na duchu! :)
    No ale nic, piszcie, jak tam rozdział ;) 

niedziela, 8 marca 2015

*34. "Tylko ta myśl trzymała mnie wciąż na ziemi."

Jeeeejku! Widzieliście statystyki? Ponad 20000 wejść! <3 Dziękuuuję baaardzo wszystkim, którzy kiedykolwiek tutaj zajrzeli, przypadkiem czy celowo - każdy przyczynił się do tego, że ta liczba jest tak ogromna ;) Rozdział specjalnie dla Was! <3



"W prawdziwej przyjaźni nie chodzi o to, żeby być nierozłącznym, tylko o to, żeby rozłąka nic nie zmieniała." 


~~*~~*~~*~~*~~

~~ Prue ~~

    Podzieliliśmy się zadaniami. Alex z Bellą mieli znaleźć książkę z przepisem. Alice i Becky poszły po kociołek, wagę i inne niezbędne do warzenia eliksiru sprzęty. Wraz z Chrisem zamierzaliśmy posprzątać na strychu, by zrobić w pomieszczeniu choć odrobinę więcej miejsca. Damien zaofiarował, że odszuka Toma i Filipa, bo wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że przydałby się ktoś, kto orientuje się, gdzie moglibyśmy znaleźć wszystkie potrzebne składniki, nie narażając się przy tym nauczycielom. Już raz się nam upiekło, nie chcieliśmy dopuścić do kolejnej takiej sytuacji, bo wtedy wszystko wyszłoby na jaw, a byłam niemal prawie pewna, że Stark nie ucieszyłby się na wiadomość, że odnalazłam ojca. Tom z kolei znał prawdopodobnie wszystkie rośliny i substancje, które mogłyby nam się przydać, więc warto byłoby skorzystać z jego wiedzy.
    Przesunięcia foteli, komody i sofy na strychu nie zajęło nam zbyt wiele czasu. Już po chwili było po wszystkim. Przez kilka dobrych minut czekaliśmy w zniecierpliwieniu na resztę. Nie mogłam się już doczekać tego, aż będę miała się czym zająć. Przez cały czas, kiedy nic nie robiłam, dużo myślałam. A te rozważania nie były dobre. Głównie przed oczami pojawiał mi się obraz mnie i znikającego gdzieś ojca nadal w postaci wilka. Spóźniłam się. On już przeniósł się w inne, bezpieczne miejsce; do czasu. Non stop powtarzałam sobie, że wszystko pójdzie dobrze, że wszystko się uda, że już niedługo tata będzie razem ze mną. Tylko ta myśl trzymała mnie wciąż na ziemi.
    Pierwsi pojawili się chłopcy. Nie musiałam im ponownie wyjaśniać całej sytuacji, bo Dan zdążył już im naświetlić wszystkie fakty. Cieszyłam się z takiego obrotu sprawy, bo nie uśmiechało mi się ponowne tłumaczenie problemu. Bez żadnych pytań zgodzili się nam pomóc w przygotowaniu eliksiru. Filip nie miał zbyt tęgiej miny, ale gdy go zapytałam, czy wszystko w porządku, odpowiedział twierdząco. Czułam, że skłamał, ale kim byłam, by drążyć z nim temat?
    Gdy przyszli już wszyscy, Alex otworzył książkę na odpowiedniej stronie i zaczął czytać listę składników. Większość z nich nawet ja potrafiłam rozpoznać. Wszystko było jak najbardziej w porządku. Do czasu, gdy Alex nie przeczytał ostatniego elementu mikstury. Na początku zawahał się przez moment.
    - Co jest? - zaniepokoiłam się.
    - Z tym składnikiem może być pewien kłopot - zaczął. Odwrócił książkę w moją stronę, tak, bym mogła swobodnie sama do niej zajrzeć.
    - Jad Wampira - szepnęłam, niedowierzając. Skąd mieliśmy go wziąć? Spanikowana spojrzałam po twarzach wszystkich zebranych. Tylko Filip nie wydawał się zaskoczony, raczej zasmucony tą wiadomością.
    - Właśnie tego się obawiałem - westchnął cicho. Zaczęłam gorączkowo szukać rozwiązania. Nie przychodził mi do głowy ani jeden pomysł.
    - A może ty byś nam pomógł? - zapytała nieśmiało Becky. - Jesteś w końcu Dhampirem. Czy twój jad nie wystarczyłby?
    - Obawiam się, że nie. Myrnin był naprawdę silnym Wampirem. Byle co nie zdoła odczarować tego, co zrobił. Potrzebny nam prawdziwy jad. Może się nawet okazać, że jedynym ratunkiem dla twojego ojca, Prue, jest ślina Stylesa. Lub kogoś, kogo przemienił - wyjaśnił. Po tych słowach zapadła głęboka cisza. Nikt nawet nie śmiał się odezwać, zakłócić tej idealnej ciszy, która już po sekundzie stała się dla mnie udręką.
    Niespodziewanie dotarło do mnie, kto mógłby nam pomóc. Poczułam jakieś dziwne ukłucie na szyi w miejscu, w którym ugryzł mnie Liam. Gdy się później nad tym zastanawiałam, doszłam do wniosku, że to sama Nyks dała mi podpowiedź, gdzie szukać pomocy. Liam. Liam był Wampirem, w dodatku to właśnie Harry Styles go w niego przemienił. Nadawał się wręcz idealnie. Tylko czy zechce mi pomóc?
    Dawno z nim nie rozmawiałam. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawy, że nawet nie powiedziałam mu, że odnalazłam ojca! Nie zdawał sobie sprawy, że już się nie narażałam, że Chris już o wszystkim wie, że każdy z moich przyjaciół znał już prawdę. Każdy, z wyjątkiem jego. Bo w jakiś sposób był moim przyjacielem. Tyle razy mogłam na niego liczyć! Wspierał mnie w trudnych chwilach. I jeśli teraz się nie odwróci ode mnie, byłby idealny! Zostawało tylko pytanie: czy nie zraniłam go na tyle, by przestał się do mnie odzywać? Czy dał sobie już spokój?
    - Muszę zadzwonić - powiedziałam dziwnym głosem, całkowicie do mnie niepodobnym. Wyszłam ze strychu na korytarz i usiadłam na najniższym ze schodków. Nie obchodziło mnie to, że zostawiłam na górze znajomych całkowicie zdezorientowanych. Miałam czas, by im wytłumaczyć wszystko po tym, jak rozmówię się z Liamem.
    Wybrałam numer Wampira i czekałam. Jeden sygnał, drugi. Przy piątym stwierdziłam już, że się na mnie całkowicie obraził i że już nigdy go nie zobaczę, nie porozmawiam z nim. Zamierzałam się rozłączyć, gdy usłyszałam nagle w słuchawce jego głos.
    - Halo?
    - Cześć, to ja, Prue! - zawołałam nieco zbyt głośno. Odetchnęłam z ulgą. A więc jest jeszcze nadzieja...
    - Fajnie, że dzwonisz - odpowiedział opryskliwie. Był zły. I to bardzo.
    - Przepraszam, że się nie odzywałam tak dawno, ale tyle się u mnie działo, że nawet nie zauważyłam, ile czasu minęło, odkąd ostatni raz zadzwoniłam do ciebie - szepnęłam skruszona. - Chciałam ci tylko powiedzieć, że znalazłam tatę.
    - Naprawdę? - Usłyszałam w jego głosie radość. Złość i smutek w jednej chwili wyparowały z naszej rozmowy. - To wspaniale! Jest już z tobą?
    - No niezupełnie. Tutaj mam mały problem. No i prośbę do ciebie... - zawahałam się na moment. Zastanawiałam się, jak mu powiedzieć to, co miałam do powiedzenia.
    - No to słucham, w czym mogę ci jeszcze pomóc? - zapytał.
    - Widzisz, chodzi o to, że mój tata jest w postaci wilka. I żeby go odczarować, potrzebny nam eliksir. Już mamy przepis i prawie wszystkie składniki. Za wyjątkiem jednego. Jadu Wampira. Filip mówi, że może być potrzebny nawet od samego Stylesa... Co o tym sądzisz?
    - Wydaje mi się, że każdy będzie dobry, byle by był od Wampira, nie jakiegoś mieszańca. Ale jeśli chcecie mieć pewność, że wszystko zadziała zgodnie z planem to możecie użyć jadu kogoś powiązanego z nim. Tylko skąd weźmiecie jad? - zastanowił się.
    - Właściwie to myślałam o tobie - odezwałam się niepewnie.
    - Och! No tak, faktycznie. Tylko, że ja... Nie mogę. Jestem teraz daleko od miejsca, z którego mógłbym się teleportować. Droga powrotna zajęłaby mi co najmniej jeden dzień. A tyle chyba nie chcecie czekać?
    - No chyba nie... Naprawdę wybrałeś się gdzieś tak daleko akurat dzisiaj? - westchnęłam zrezygnowana.
    - Przepraszam, bardzo chciałbym pomóc... - zawahał się. - Właściwie to wiem, kogo możecie poprosić. I jego jad może okazać się mocniejszy, w końcu jest Wampirem czystej krwi. - Wiedziałam, że wypowiadając te słowa, uśmiechnął się.
    - O kim mówisz? - zdziwiłam się.
    - No jak to o kim? O Louisie. Uważam, że gdyby Becky z nim porozmawiała, chętnie użyczyłby wam swojego jadu.
    - A co ma Becky wspólnego z twoim kumplem? - Jeszcze bardziej zgłupiałam.
    - No jak to co? - zapytał Liam, śmiejąc się ze mnie. - To ty nic nie wiesz? - zawołał z niedowierzaniem. gdy zorientował się, że nie byłam tak dobrze poinformowana jak on. - Powinnaś pogadać o tym z Becky. Już czas, by wyznała ci prawdę. Poproś ją o to, by pogadała z Louisem, na pewno nie odmówi. Muszę już kończyć. Do zobaczenia!
    - Czekaj! - Nie zdążyłam niczego dodać, bo chłopak się rozłączył. - O co mu do jasnej cholery chodziło? - zapytałam na głos, lecz odpowiedziała mi tylko głucha cisza.
    Powoli wróciłam na górę, gdzie przyjaciele wyczekiwali mnie ze zniecierpliwieniem. Gdy tylko przekroczyłam próg, zalała mnie fala pytań, odnośnie mojego nagłego telefonu. Nie odpowiedziałam na nie od razu. Pierwsze co zrobiłam, to podeszłam do Becky i spojrzałam jej prosto w oczy.
    - Mogłybyśmy porozmawiać? Na osobności? - zapytałam. Dziewczyna skinęła tylko delikatnie głową. - Możecie zacząć przyrządzać eliksir? Ja zajmę się ostatnim składnikiem.
    - Jasne - powiedział Chris. - Wszystko w porządku? - Zmartwił się, widząc mój jeszcze nieobecny wzrok. Pokiwałam głową.
    - Nie martw się, opowiem ci wszystko później - obiecałam po czym ponownie wyszłam ze strychu, tym razem prowadząc za sobą brunetkę. Zeszłyśmy po schodach i skierowałyśmy się ku frontowym drzwiom. Zatrzymałyśmy się dopiero pod drzewami, gdzie, miałam nadzieję, znajdziemy choć odrobinę prywatności.
    - O czym chciałaś ze mną porozmawiać? - spytała, widząc, że nie zamierzam zacząć.
    - Właśnie rozmawiałam z Liamem. Niestety, nie może nam pomóc, bo jest daleko stąd. Powiedział mi jednak bardzo interesującą rzecz. Czy wiesz może, czego się dowiedziałam?
    - Nie, no skąd - odparła. Widziałam malujący się na jej twarzy niepokój.
    - Powiedział mi, bym poprosiła cię, byś skontaktowała się z Louisem i że on nam może pomóc z tym jadem. Możesz mi powiedzieć, dlaczego Liam wie coś, czego ja się nawet nie domyślałam?
    - Prue... - Słyszałam jak serce jej przyspieszyło. - Ja...
    - Spotykasz się z nim, prawda? - przerwałam jej.
    - Po co w ogóle ta rozmowa, skoro widzę, że Liam ci wszystko wyśpiewał? - zdenerwowała się.
    - Niczego mi nie wyśpiewał. Nic mi nie powiedział, bo uważał, że to ty powinnaś mi o tym powiedzieć, jako moja przyjaciółka! Sama się domyśliłam. Po jego tonie, po twoim zachowaniu teraz i wcześniej. Przeczuwałam, że może kogoś poznałaś, ale nie sądziłam, że to coś aż tak poważnego. Dlaczego mi nic o tym nie powiedziałaś? Przecież wiesz, że ja akurat stosunek do Wampirów mam dobry. Przyjaźnię się z Liamem, to już chyba ci powinno wystarczyć.
    - Tu nie chodziło o to, że nie masz nic przeciwko Wampirom. Raczej bałam się twojej reakcji. No bo tak szybko zdążyłam się zadowolić po śmierci Davida? Nie miałam pojęcia, co byś sobie o mnie pomyślała. Może że go nie kochałam albo jeszcze coś gorszego...
    - Kochana - westchnęłam. - Naprawdę bałaś się tego, że pomyślę sobie, że nie kochałaś mojego brata? - zapytałam z lekkim politowaniem. Gdy potwierdziła, kontynuowałam. - Wiesz, to dowodzi tylko tego, że mi ni ufasz. Nie wiem, dlaczego, ale musisz wiedzieć, że można kochać więcej niż jedną osobę. Spójrz na Toma. Czy myślisz, że nie kochał Vivian? Albo że tylko udaje przed Rose? Nie. On obie je kocha, na swój sposób, ale jednak jest to prawdziwe uczucie. I wiesz co? Myślę, że David chciałby, byś była szczęśliwa. Nawet jeśli oznaczałoby to związanie się z Wampirem. - Uśmiechnęłam się szeroko.
    - Dziękuję - szepnęła. - I przepraszam. Teraz już wiem, że powinnam ci o wszystkim powiedzieć.
    Przytuliłyśmy się mocno na znak zgody. Potem szybko zmieniłam temat i delikatnie dałam jej znać, żeby zadzwoniła do Louisa. Zostawiłam ją samą, by mogła mu spokojnie o wszystkim opowiedzieć.
~~*~~*~~*~~*~~

    Hej, hej. Piszcie, co myślicie o rozdziale. Jestem naprawdę ciekawa!
    Z okazji Dnia Kobiet wszystkim kobitkom składam najserdeczniejsze życzenia! <3