Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tom Felton. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tom Felton. Pokaż wszystkie posty

sobota, 28 listopada 2015

~11. "...jest zbyt krótkie, by robić głupstwa."

"Pamiętaj - ze wszystkich rzeczy wiecznych, miłość trwa najkrócej." 
– Janusz Leon Wiśniewski




~~ Prue ~~

Na sylwestra zaprosiliśmy wszystkich naszych bliższych znajomych, z którymi zawsze utrzymywaliśmy lepszy kontakt. Zrobiliśmy wstępną listę, która po kilku minutach rozrosła się do kilkudziesięciu nazwisk. Każdy z nas, oprócz wspólnych kolegów, miało przyjaciół i znajomych, których pozostali albo w ogóle nie znali, albo znali tylko z widzenia. Te różnice wynikły głównie z tego, że Rosie mieszkała nadal w Londynie i po naszym wyjeździe, chcąc nie chcąc, zaczęła zadawać się z ludźmi, którzy ją otaczali. Znowu my, przebywając cały rok w Dundee poznaliśmy wiele osób tam, z którymi się zakolegowaliśmy. Staraliśmy się ograniczyć jakoś zaproszonych gości, ale ich ostateczna suma i tak mnie przerażała.
Oczywiście nie przyjechali wszyscy. Louis oraz Niall odmówili zaproszenia. Czułam, że nie będą chcieli spędzać całego wieczoru ze Zmiennokształtnymi, ale i tak wypadało ich zaprosić. Zwłaszcza Lou. Wraz z nim nie pojawiła się również Becky, która wolała tę noc spędzić z ukochanym. Tej decyzji również się nie dziwiłam. W końcu wkrótce znów zacznie się szkoła a oni będą mieli coraz mniej czasu tylko dla siebie. Zakładając oczywiście, że takowy w ogóle by znaleźli.
Ja oraz Rosalie stałyśmy przy wejściu i witałyśmy przybyłych gości jako gospodynie imprezy. Każdy gość dostał od nas drobny upominek w postaci dużego, słodkiego lizaka z doczepioną karteczką z datą imprezy oraz naszymi imionami, by każdy zapamiętał, gdzie się tego dnia bawił.
Jako pierwsi przybyli Alice i Damien. Mimo, że nie widzieliśmy się tylko kilka, może kilkanaście dni, stęskniłam się i musiałam ich mocno wyściskać, nim mogli przejść dalej. Rozglądali się dokoła, wchodząc do domu. Nigdy nie byli u mnie i mieli prawo poznać każdy kąt mojego mieszkania. Obiecałam sobie, że później pokażę Alice bliżej mój dom.
Kolejni goście to głównie koleżanki Rose, których zapamiętałam jedynie imiona, kiedy blondynka mi je przedstawiała. Bliźniaczki Liv i Carrie, rudowłosa Susan i długowłosa brunetka Katie. Wszystkie wydawały się miłe i sympatyczne. Dwie z nich przyprowadziły swoich chłopaków, których oczywiście poznałam, lecz imiona umknęły mi w tłumie wrażeń.
Kiedy pokazywałam Alice moją nową bransoletkę, którą dostałam pod choinkę, do drzwi znów ktoś zapukał. Otworzyłyśmy a w progu stała Bella, Jenn i Alex. W dłoni Alex trzymał jakiś alkohol, którym od razu zaopiekował się Chris.
Po jakimś czasie pojawił się również brat Chrisa - Jack. Zamieniłam z nim kilka słów na początku, ale niestety później inne obowiązki mnie wezwały i  już go nie widziałam.
Impreza powoli się rozwijała i szła w dobrym kierunku. Jako przykładna pani domu częstowałam gości wszystkimi smakołykami, jakie przygotowaliśmy. Było cudownie, wielu ludzi już zaczynało powoli kołysać się w rytm puszczonej muzyki, inni po prostu rozmawiali ze sobą, śmiali się z opowiedzianych przez Damiena żartów lub po prostu siedzieli na kanapie i obserwowali innych.
Wraz z Rosie byłam cały czas na nogach, przechadzając się pomiędzy gośćmi i sprawdzając, jak się miewają. Od czasu do czasu towarzyszył mi Chris, lecz później zniknął wraz z Tomem gdzieś w zakątkach domu.
– Widziałaś gdzieś chłopaków? – zapytałam blondynkę, kiedy spotkałyśmy się w kuchni. Nalewała właśnie nową porcję soku do dzbanka a ja przyszłam po kolejne ciasteczka. Dziewczyna pokręciła głową.
– Nie wydaje ci się, że oni coś knują? – powiedziała podejrzliwie, zatrzymując się na chwilę. Przyjrzała mi się uważnie. – Wiesz coś może? Tym razem to ja pokręciłam głową.
– Chris nie spowiada mi się ze wszystkiego, co robi, niestety. A może nawet i stety. Chyba nie chciałabym wiedzieć wszystkiego, co robi. – Uśmiechnęłam się do niej. – Ni przejmuj się, na pewno niedługo się dowiemy, co im w głowach siedzi. Długo tego przed nami nie ukryją.
– Pewnie masz rację. – Westchnęła.
– Jak zwykle! – Zaśmiałam się, potrząsając przy tym swoimi długimi włosami. Nie zdradziłam jej, o czym ostatnio rozmawiał ze mną Tom. Nie chciałam jej denerwować, a przecież to może wcale nie miało ze sobą nic wspólnego. Znając Rosie, zaczęłaby panikować z byle powodu, który w jakikolwiek sposób wiązałby się z chłopakiem. Taka już była. To, co stało się dawno temu, odbiło się na jej psychice i już dawno nie zaufała żadnemu chłopakowi tak bardzo, jak Tomowi. I to chyba szło w drugą stronę. W końcu on też swoje przeżył i stracił niemało.

~~ Chris ~~

– Jesteś pewien? – zapytałem go po raz tysięczny. – Na sto procent?
– Na dwieście – powiedział z przekonaniem i spojrzał na mnie. Szykowaliśmy fajerwerki, które, według tradycji, mieliśmy odpalić o północy. Co zbliżało się wielkimi krokami.
– Chciałem się tylko upewnić. – Wzruszyłem tylko ramionami. Nie miałem nic przeciwko temu, co chciał zrobić. Może nawet nie powinienem mówić mu, żeby się jeszcze zastanowił. Skoro podjął tak ważną decyzję, przemyślał ją wcześniej i zapewne już ma wszystko w głowie poukładane.
Tom uśmiechnął się do mnie serdecznie. Chyba rozumiał mój niepokój. Nie wiadomo kiedy, stał się moim najlepszym przyjacielem, z którym mogłem o wszystkim pogadać, który mnie rozumiał i wspierał, choć nie lubił wypowiadać się w kwestiach, których nie znał. Mimo wszystko starał się pomóc, więc i ja próbowałem mu w tamtej, ważnej dla niego chwili, odwdzięczyć się.
– Myślisz, że mógłbym coś zrobić? – zaproponowałem.
– Po prostu zajmij się fajerwerkami. Nic więcej mi nie trzeba. – Uśmiechnął się serdecznie i wyniósł pierwszą partię rac na zewnątrz. Podążyłem za nim a w mojej głowie rodził się plan idealny. I choć Tom nie mówił, by mu w czymś jeszcze pomóc, postanowiłem wziąć sprawy w swoje ręce i zaangażować w plan Prue. Oczywiście nic jej przedwcześnie nie mówiąc. Niech ma również niespodziankę. A Tom? Na pewno mi później za to podziękuje!

~~ Rose ~~

Tuż przed północą wyszliśmy wszyscy przed dom. Było strasznie mroźno, więc non stop przytulałam się do Toma, który wydawał się nieobecny. Próbowałam wciągnąć go w jakąś rozmowę, ale jedyne, co potrafił robić, to przytakiwać i mruczeć nic nieznaczące półsłówka. Nigdy nie był wielce wylewny, to fakt, ale zwykle starał się ze mną rozmawiać. Nie mogłam się nadziwić tej jego nagłej zmianie.
Staliśmy w dogodnym miejscu, by wszystko idealnie widzieć. Każdy z nas wziął sobie z domu kieliszek, niektórzy trzymali w dłoniach zamknięte jeszcze butelki z szampanem, które miały wystrzelić równo o północy wraz z fajerwerkami. Przed nami Chris układał ostatnie fajerwerki, kiedy zaczęło się odliczanie. Uśmiechałam się jak głupia, bo to był najlepszy moment całego sylwestra; okres pomiędzy starym a nowym rokiem działał na mnie energicznie. Zawsze wtedy dostawałam takiego kopniaka w tyłek i wiedziałam, że w przyszłym roku mogę zrobić wszystko i zaczynałam styczeń z dużą dawką energii, co było mi niezmiernie w życiu potrzebne. Bez niej nie osiągnęłabym niczego.
Kiedy tłum doszedł do piątki, poczułam, jak Tom wyrywa swoją rękę, na której się niemalże uwiesiłam, starając się ukryć przed kąśliwym mrozem. Spojrzałam na niego zdziwiona. Miał strasznie poważną minę i nie wiedziałam, co o całej tej sytuacji myśleć. Jego zachowanie śmierdziało na kilometr jakimś spiskiem, tylko jeszcze nie rozgryzłam, o co w tym wszystkim chodziło.
I kiedy wszyscy wykrzyknęli "Szczęśliwego Nowego Roku", kiedy w górę wystrzeliły kolorowe fajerwerki, kiedy szampan lał się strumieniami, przy swoim uchu usłyszałam najpiękniejsze słowa, jakie może zakochana kobieta usłyszeć od mężczyzny.
– Rosie, kocham cię. Czy zostaniesz moją żoną? – Nawet nie zauważyłam, kiedy stanął przede mną i zbliżył się do mnie. Wcisnął mi pierścionek do ręki, jakby bał się, że mu odmówię, albo że go nie zobaczę.
W pierwszym odruchu zaniemówiłam. Zastanawiałam się, czy to aby nie żart. Nawet delikatnie się uśmiechnęłam, lecz kiedy spojrzałam na jego minę, która starała mi się mówić "no powiedz coś wreszcie", zrozumiałam, że to były prawdziwe oświadczyny.
Ścisnęłam mocniej jego dłonie i delikatnie oddałam mu pierścionek. Zaskoczony, spojrzał mi prosto w oczy.
– Tom, kocham cię i chcę spędzić z tobą resztę swojego życia. Tak, zgadzam się zostać twoją żoną – odpowiedziałam mu cicho. Niemal poczułam, jak cały stres uchodzi z jego ciała. Uśmiechnął się serdecznie i pocałował najżarliwiej jak tylko potrafił. Potem pierścionek znalazł miejsce na moim palcu i go już nie opuszczał.

~~ Prue ~~

Kiedy Chris poprosił mnie, bym podczas wystrzeliwania fajerwerek nagrała Toma i Rosie, pomyślałam, że zwariował. No bo niby po co miałabym to robić?
Wszystko się wyjaśniło, kiedy już zaczęłam to robić i zorientowałam się, zapewne dużo szybciej niż Rosie, o co w tym wszystkim chodziło. Łezka mi się w oku zakręciła, myśląc o tym, że moja najlepsza przyjaciółka jest szczęśliwie zaręczona.
Stojąc tak i czekając, aż Chris skończy wypełniać swoje obowiązki, byśmy mogli już w spokoju i wspólnie wrócić do domu, zaczęłam zastanawiać się nad swoim życiem. Dotarło do mnie, że przecież to właśnie w Nowy Rok wszystko się zaczęło. Cała moja przygoda z magią. To wtedy usłyszałam pierwsze głosy w swojej głowie. Później pojechaliśmy do Dundee. Niewiele pamiętam z tamtego okresu, był zbyt zwariowany, ale jedno jest pewne; moje życie zmieniło się diametralnie. W końcu znalazłam swoje życie na ziemi, u boku fantastycznego faceta. W ciągu roku poznałam mnóstwo wspaniałych ludzi. Niestety z wieloma musiałam się również pożegnać. Do końca swojego życia nie zapomnę o moim braciszku, który oddał dla mnie życie ani o Liamie, który zginął, ratując mnie. Wszyscy się poświęcali, nawet mój tata, który przecież, żeby nas chronić, odszedł od nas. Postanowiłam nie zmarnować danego mi życia, ponieważ jest zbyt krótkie, by robić głupstwa. Jeszcze nie miałam pomysłu na to, co mogłabym robić, ale mam jeszcze chwilę, by się nad tym zastanowić.
W końcu jestem szczęśliwa, a to chyba jest w życiu najważniejsze i każdy do tego dąży, by móc spędzić życie u boku najbliższych mu osób.
– Dziękuję, że jesteś – szepnęłam Chrisowi na ucho, kiedy stanął obok mnie. Objął mnie w pasie ramieniem i razem oglądaliśmy końcówkę cudownych, kolorowych światełek, które rozświetliły nocne niebo.

~~*~~*~~*~~*~~

Hejoo! Wybaczcie, że mnie ostatnio nigdzie nie ma, ale jestem taka zabiegana, że masakra! Chyba jak każdy z Was. Doprawdy, nie mam pojęcia, gdzie my wszyscy się tak spieszymy, naprawdę :/ Ale cały czas nas coś goni i goni i nie znajdujemy czasu na przyjemności, pewne rzeczy odkładamy na później. Cóż, bywa i tak, zapewniam Was jedynie, że o nikim nie zapomniałam. Moje serduszko jest wielkie a pamięć dobra, więc wiecie <3
Rozdział krótki, wiem, nie bijcie! Ale rozpraszają mnie zawody w skokach, które nie chcą się odbywać, ale i tak jestem zawsze mega podekscytowana. ;) Nawet teraz jestem tutaj w przerwie, więc mam mało czasu :)
Mam nadzieję, że wszystko jest w porządku. Jeżeli tak to piszcie, a jeżeli nie to tym bardziej piszcie! Do zobaczenia! <3

wtorek, 10 listopada 2015

~10. "Tego nauczyło mnie całe życie..."

"Najtrudniej jest wykorzenić najstraszniejsze wspomnienia, 
przecież je zapamiętujemy najlepiej." - Suzanne Collins




~~ Prue ~~

Bałam się powrotu do domu. Nie byłam pewna, czego konkretnie, ale na samo wspomnienie domu, skręcało mnie w brzuchu. Szukałam przyczyn w stracie brata i tym, że odkąd umarł, nie pojawiłam się ani razu w miejscu, z którym wiązało się przecież tyle wspólnych wspomnień. Może to chodziło o moją mamę, z którą nie rozmawiałam od tak dawna. Może bałam się jej reakcji na mój powrót. A może po prostu było mi przykro z powodu tego, że nie przyjechała, kiedy dowiedziała się, że umarłam, że odnalazłam ojca. Nawet na pogrzeb mojego brata się przecież nie pofatygowała. To właśnie te niewiadome mobilizowały mnie do tego, by odwiedzić swój dawny dom.
Okazja nadarzyła się nawet bardzo szybko. W końcu w święta szkoła zostaje zamykana i wszyscy wyjeżdżają do swoich rodzin. To jedyna szansa dla wszystkich uczniów i nauczycieli, by pobyć choć chwilę z najbliższymi. Dwa tygodnie to dość dużo, by móc sobie wszystko wyjaśnić.
Miałam ogromne wsparcie w Chrisie. Cieszyłam się ogromnie, że los postawił go na mojej drodze w odpowiednim momencie. Gdyby nie on, wiele rzeczy, które mnie spotkały, nie miałyby miejsca. Nie wiem, gdzie byłabym, gdyby nie on i to, że zawsze przy mnie był, choć nie zawsze okazywał wsparcie.
Tym razem było jednak inaczej. Znał całą sytuację i zgadzał się ze mną, że powinnam wyjaśnić z mamą parę spraw i że przerwa świąteczna to najlepszy czas na to.
Tata również starał się jak tylko mógł. Kiedy już pozałatwiał wszystkie sprawy w szkole i te niecierpiące zwłoki w stadzie, wyjechał do Londynu, by tam porozmawiać z mamą, przygotować ją na mój powrót.
Wiele razy korciło mnie, by zapytać go przez telefon, jak zareagowała mama na jego powrót, na wieść o tym, że żyję, że mam się dobrze. Przecież powinna się cieszyć. Zawsze miałyśmy dobry kontakt ze sobą. A teraz? Co się zepsuło?
Ostatni dzień w szkole mijał na pożegnaniach, składaniu sobie życzeń oraz zadawaniu pracy na czas wolny między świętami a sylwestrem. Wszędzie porozwieszane były ozdoby, choć przecież nikt nie zostawał na święta w szkole. Wystrój był na potrzeby tylko tego dnia, żebyśmy poczuli, że w szkole również obchodzi się święta jak w domu, że może być równie fajnie jak w rodzinnym gronie. Ja właśnie tak się czułam od samego początku. Od pierwszego dnia otaczała mnie rodzina, przyjaciele i znajomi. I choć nie wszyscy są ze mną nadal fizycznie, to wiem, że David świętuje w otoczeniu innych, gdzieś w krainie Nyks, która nie dostała jeszcze żadnej formalnej nazwy.
Pakowanie również nie zajęło dużo czasu. Od razu po szkole władowałyśmy najpotrzebniejsze rzeczy do toreb i zniosłyśmy je przed internat, by później załadować do autobusu, który odwoził uczniów na dworzec.
Odwróciłam się w stronę budynku szkoły, by po raz ostatni w tym roku popatrzeć na otulony śniegiem dach.
– Będzie mi tego brakowało. – Westchnęłam. Damien spojrzał na mnie jak na wariatkę. – No co? – zapytałam. – To dla mnie prawie drugi dom – usprawiedliwiłam się. Chris ścisnął mocniej moją dłoń, której nie puszczał odkąd włożył nasze walizki do autokaru. Wracał ze mną. Mój tata osobiście zaprosił go do nas na świąteczną kolację jak i na całą świąteczną przerwę. Oficjalnie dał mu jeszcze jedną szansę, jeśli chodzi o wybór stada. Tym razem Chris bez żalu zgodził się zostać z nami. Już nie był samotnym wilkiem. Miał prawdziwą, wilczą rodzinę, bo tą ludzką posiadał odkąd zaczęliśmy się przyjaźnić.
– A ja tam się cieszę, że wyjeżdżamy – powiedziała Becky. – W końcu znowu spotkam się z moimi rodzicami. Tak dawno ich nie widziałam! – pożaliła się. Uśmiechnęłyśmy się z Alice porozumiewawczo. Chłopcy, widząc nasze miny, roześmiali się, a zdezorientowana Becky obraziła za to, że nie chcieliśmy jej powiedzieć, dlaczego nam tak wesoło. Po chwili jej jednak przeszło.
– Hej! Idziecie? – usłyszałam głos Belli dochodzący z autobusu. Stała na schodach, machając do nas. – Zajęłam nam wszystkim miejsca!
– Jasne, już idziemy! – odkrzyknął jej Chris. Wszyscy oprócz mnie ruszyli w stronę pojazdu. Mój chłopak spojrzał na mnie pytająco. – Gotowa? – zapytał. Chyba wiedział, jak się czułam. Sam przecież musiał mieć obawy zawsze, kiedy wracał do domu.
Pokiwałam delikatnie głową i usiadłam na siedzeniu przed Bellą. Uśmiechnęłam się do niej między siedzeniami.
Podróż minęła nam spokojnie. Najpierw ja, Chris i inni, którzy zmierzali do Londynu, wysiedli na dworcu kolejowym, by poczekać na pociąg. Reszta wybierała się w dalszą podróż na lotnisko, a potem gdzie ich serce kierowało. Również Tom jechał z nami. Trochę mnie zaskoczył, a kiedy dowiedziałam się, że Rose sama zaprosiła go do siebie, jeszcze bardziej nie mogłam w to uwierzyć.
Z pociągu nie pamiętałam wiele. Chyba zasnęłam, ponieważ pierwsze, co pamiętam to wieczorne światła na dworcu w Londynie i tłumy ludzi wysiadających z naszego pociągu. Nie spieszyliśmy się. Tata obiecał, że nas odbierze, więc nie musieliśmy walczyć o taksówkę, o którą zapewne byłoby trudno.
Stali oboje z moją najlepszą przyjaciółką przy wyjściu głównym. Pomachałam im, gdy tylko ich zobaczyłam. Zrobili to samo. Uśmiechnięciu od ucha do ucha pobiegli do nas i wyściskali, jakbyśmy nie widzieli się z co najmniej dwa lata, a przecież Rose wyjechała wraz z moim tatą miesiąc temu z Dundee.
– Rosie, przyjechałaś tutaj dlatego, że przyjechałam ja czy dlatego, że wraz ze mną jest też Tom? Przyznawaj mi się tutaj zaraz! – odezwałam się groźnie, idąc w stronę zaparkowanego auta.
– No wiesz... – zaczęła, wkładając moją torbę do bagażnika. – Gdybyś przyjechała sama, cieszyłabym się, jasne, że tak. Ale jeżeli z tobą przybył też Tom, to jak myślisz, z czego bardziej się ucieszyłam?
– No jasne, że ze mnie! – odpowiedzieliśmy oboje z Tomem. Całe towarzystwo wybuchnęło śmiechem na środku parkingu.
– Brakowało mi tego. – Westchnęłam, dziękując Nyks, że moje myśli zostały na chwilę oderwane od już niedalekiego spotkania z mamą. – Boże, tato, dałeś jej prowadzić auto? – zawołałam oburzona, kiedy zobaczyłam, jak moja przyjaciółka zasiada na fotelu kierowcy.
– Wiesz kochanie, dawno nie jeździłem, poza tym wiele się w Londynie zmieniło, muszę do tego powoli przywyknąć. A Rose radzi sobie znakomicie – odpowiedział, chwaląc blondynkę. Niedowierzałam. Moja przyjaciółka nie mogła poprawnie jeździć. To po prostu nie mieściło się w głowie. Zawsze była trochę fajtłopowata. Nawet jeżeli chodziło o prowadzenie roweru.
Okazało się jednak, że Rosie świetnie panuje nad samochodem, zna się na rzeczy, wszystko robi płynnie a nam, jako pasażerom, przyjemnie się jechało. Nawet na moment znów zapomniałam o mamie. Jedynie dom, który wyłonił się zza któregoś z kolei zakrętu, brutalnie sprowadził mnie na ziemię.
Na trzęsących się nogach wysiadłam z samochodu. Tata i Rosie pomogli nam z torbami, więc szybko się z nimi uporaliśmy. Nim się obejrzałam, już stałam na progu, a Derek otwierał przede mną drzwi.
– Nie ma jak w domu! – zawołał zadowolony. Bardzo się starał, by mój powrót był naturalną rzeczą. Jakby nic, co do tej pory się wydarzyło, nie miało miejsca.
Byłam chyba za bardzo przejęta całą sytuacją, ponieważ w pierwszej chwili nie poczułam cudownego zapachu, który unosił się w całym domu. Dopiero kiedy Chris głośno zawołał do bliżej nieokreślonej osoby, pytając, co tak ładnie pachnie, zaciągnęłam się i już wiedziałam.
– Naleśniki – szepnęłam. Ulubione danie moje, Davida i mamy. Zwsze, kiedy byliśmy wszyscy w domu, robiliśmy razem naleśniki.
Rosie wiedziała, co oznaczały, dlatego od razu do mnie podeszła i ścisnęła moje ramię, chcąc pokazać mi swoje wsparcie. Byłam jej za to wdzięczna. Czułam jak moje nogi miękną, kiedy z kuchni do salonu, w którym jak do tej pory staliśmy, weszła mama. Zniknęły cienie pod oczami od przepracowania. Zamiast nich pojawił się wyrazisty makijaż, który podkreślał jej cudowne oczy. Ubrana w zwiewną sukienkę, która podkreślała jej figurę, wyglądała na o wiele młodszą niż w rzeczywistości była. Tryskała energią, choć w oczach widziałam smutek. Ogromny żal i ból, który starała się chować przed nami po odejściu ojca.
W pierwszym momencie myślałam, że się rozpłacze. Widziałam, jak w jej oczach gromadzą się łzy. Kiedy się jednak odezwała, nie usłyszałam już żadnego załamania. Była wyłącznie szczęśliwa kobieta.
– Tak się cieszę, że w końcu jesteście! Prue, Chris, rozbierajcie się! – zawołała. Podeszła do mnie i uściskała serdecznie. Zaskoczyła mnie. Nie spodziewałam się tego. W ogóle nie miałam pojęcia, czego oczekiwać, ale z pewnością nie takiej reakcji. – Rosie, może przedstawisz mnie swojemu koledze? – zaproponowała.
– To jest Tom, Tom poznaj mamę Prue, Ivonne. – Podali sobie grzecznie dłonie na powitanie.
– Może zostaniecie na kolację? – zaoferowała.
– Dziękujemy, ale obiecałam tacie, że wrócimy jak najszybciej – powiedziała z pewnym żalem w głowie blondynka.
– Szkoda! Ale wpadniecie któregoś dnia, mam nadzieję? – Chciała się upewnić.
– Jeszcze będzie miała nas pani dość! – zapewniła Rose, wychodząc z domu.
– No to co? Myjcie ręce, zaraz zasiadamy do stołu! – rozporządziła mama i zniknęła w kuchni. Spojrzałam zdezorientowana na tatę.
– Odkąd wróciłem, tak się zachowuje. – Wzruszył ramionami jakby chciał powiedzieć, że metamorfoza mojej rodzicielki to absolutnie nie jego wina.
Oszołomiona zjadłam kolację i przysłuchiwałam się rozmowie, jaką prowadzili domownicy. Próbowali mnie w nią wciągnąć, ale byłam zbyt pochłonięta własnymi myślami, by zajmować się rozmową z innymi. Nie chcąc psuć nikomu nastroju, odczekałam, aż każdy zje i dopiero kiedy siedzieliśmy w salonie przed telewizorem, wypaliłam prosto z mostu.
– Mamo, może powiesz mi teraz, dlaczego nie przyjechałaś na pogrzeb Davida? Dlaczego nas nie odwiedziłaś? Dlaczego nawet nie zadzwoniłaś, kiedy to wszystko się wydarzyło?
Zaskoczyłam ją. Widziałam w jej oczach smutek i ból i już przestraszyłam się, że może wypowiedziałam się zbyt ostro. Ale nie, musiałam być twarda, chcąc wyciągnąć coś z mojej mamy. Tego nauczyło mnie całe życie z nią. Po dobroci niczego złego sama nie powiedziała.
– Ja wiem, że powinnam... że powinnam zrobić cokolwiek... Wiem, że masz do mnie o to żal i nawet się temu nie dziwię, sama byłabym wściekła. – Próbowała patrzeć mi prosto w oczy, ale często, chyba nieświadomie, pochylała głowę do przodu i uciekała wzrokiem w podłogę. – Przepraszam cię, nie powinnam się tak zachowywać. Jestem twoją matką i to we mnie masz mieć oparcie, a ja użalałam się nad sobą i nie wzięłam pod uwagę tego, że tobie może być równie ciężko co mnie.
– Nie chcę przeprosin, choć to miłe, że przyznajesz się do winy. Ja po prostu chciałam się dowiedzieć, dlaczego – szepnęłam. Czułam łzy napływające do oczu. Nie zamierzałam płakać, to byłoby głupie, ale takie wyznania, jakkolwiek banalne by nie były, zawsze sprawiały, że się wzruszałam.
– Nie chciałam przeżywać tego jeszcze raz. Pragnęłam zapamiętać Davida, ciebie jako osoby uśmiechnięte, pełne życia, szczęśliwe. Gdybym zobaczyła was elegancko ubranych, leżących w trumnie... nie potrafiłabym... Przepraszam. – Nie przygotowałam się na taką odpowiedź. Gdzieś w podświadomości ciągle wyobrażałam sobie, że jej wytłumaczenie będzie miało coś bardziej... Sama nie wiedziałam, czego się spodziewać.
Podeszłam do mamy i przytuliłam ją, ponieważ po wyznaniu, rozpłakała się na dobre. Nie byłam już na nią zła. Może jeszcze nie tak dawno czułam żal do mojej rodzicielki, tak jak to było, kiedy nie powiedziała mi, że byłam Zmiennokształtnym. Po tym, jak mi wszystko wyjaśniła, cała złość odeszła bezpowrotnie.
– Kocham cię, wiesz? – szepnęłam jej na ucho. Uśmiechnęła się do mnie przez łzy i pocałowała delikatnie w czoło.

***

Święta minęły w miłej, rodzinnej atmosferze. Wszyscy byli szczęśliwi. Nawet Chris się rozchmurzył, co w jego sytuacji oznaczało zapomnienie o swojej ludzkiej rodzinie, a zwłaszcza o ojcu, ponieważ jego mama i Jack wpadli do nas w Pierwszy Dzień Świąt. Widziałam, że wizyta wiele znaczyła dla mojego chłopaka. Mogli w końcu ze sobą porozmawiać i wyjaśnić jak ja i moja mama.
Podczas wszystkich przygotowań, potem wśród świętowania, ja i Chris znaleźliśmy kilka chwil tylko dla siebie. Zaszywaliśmy się w moim pokoju, zakopywaliśmy w kołdrze i cieszyliśmy się sobą. Wtedy wiedziałam, że wszystko u mnie było na swoim miejscu, że w końcu mam prawdziwą rodzinę, że mam kogo kochać i jestem kochana.
Na sylwestra zaprosiłam do siebie wszystkich moich znajomych. Impreza miała się równać tej, którą przeżyłam rok temu, kiedy dowiedziałam się, kim tak naprawdę byłam. Chciałam, by każdy czuł się wyjątkowo i dobrze - jak w swoim domu. Przez cały tydzień razem z Rose, Tomem i Chrisem staraliśmy się zrobić wszystko, by wyszło idealnie. Układaliśmy menu, wieszaliśmy lampki i inne ozdoby. Chowaliśmy najcenniejsze i kruche rzeczy, by nie uległy zniszczeniu.
– Jejku, ale się zmęczyłam! – zawołała Rose, kładąc się na kanapę. Właśnie kończyliśmy zakładanie lampek nad wejściem. Chris zaczął już powoli sprzątać cały salon, kiedy rozplątywaliśmy sznur kolorowych lampek.
– Nie marudź, sama mnie namawiałaś do zrobienia całej tej imprezy – powiedziałam, całując ją delikatnie w policzek.
– Nie sądziłam, że zwalisz na mnie większość obowiązków! – zawołała, wodząc za mną wzrokiem. Przeszłam do kuchni, gdzie Chris położył naczynia, z których jedliśmy nasz obiad. Cały czas kontrolowałam sytuację w salonie.
– Myślałaś, że sama się ze wszystkim uporam? Zwłaszcza, że to był twój pomysł? – Zaśmiałam się serdecznie.
– Jasne, że nie, ale nie sądziłam, że będzie aż tyle roboty! A przecież jeszcze nie zaczęliśmy szykować jedzenia – jęknęła, kuląc się na kanapie. – Tom! Ja już nie mam siły. Nic już dzisiaj nie zrobię.
– Pomogę im jeszcze w kuchni i możemy wrócić do domu, co? – zaproponował. Rose coś mruknęła pod nosem, kiedy blondyn przyniósł ostatnie dwa kubki do zmywania. – Pomóc ci w czymś jeszcze? – zapytał, spoglądając na wyciągnięte zza kanapy nogi blondynki. Uśmiechnęłam się pod nosem.
– Nie, możecie już iść – powiedziałam, płucząc naczynia. Widocznie chłopak mnie nie słuchał, bo spojrzał na mnie zdezorientowany z niemym pytaniem w oczach. – Kochasz ją, prawda? – Uśmiechnęłam się szeroko. Oparłam się o blat szafki, wycierając mokre ręce w ściereczkę. Tom spojrzał najpierw na nią, później na mnie i zaśmiał się.
– No – przyznał nieco zmieszany swoim wyznaniem.
– To widać – przyznałam. – Cieszę się, w końcu wszystko zaczęło się układać.
– Myślisz... – zaczął jeszcze bardziej zmieszany.  – Myślisz, że chciałaby zostać ze mną... no wiesz, na zawsze? – zapytał w końcu. Przejechał dłonią po swoich jasnych włosach.
– Oh... – Nie wiedziałam, co mu odpowiedzieć. Czy Rose była gotowa na coś tak poważnego? Z jednej strony zawsze stroniła od płci przeciwnej odkąd pewne wydarzenia miały miejsce. Z drugiej, Tom to nie każdy inny facet. Tom to Tom. – Myślę, że ona sama może tego jeszcze nie wiedzieć – starałam się wybrnąć jakoś ładnie z tej sytuacji. – Kocha cię, a to chyba powinno ci wystarczyć, prawda?
Nic więcej nie odpowiedział. Pokiwał zamyślony głową i wyszedł z kuchni, mijając się na progu z Chrisem.

~~*~~*~~*~~*~~

Hej, strasznie Was przepraszam, że rozdział nie pojawił się na czas, tak samo jak na moim drugim blogu, jeżeli ktoś czyta. Postaram się do weekendu ogarnąć rozdział na "Polowanie...". A na Wasze blogi, jeżeli mam zaległości, wpadnę jutro, w końcu jest wolne. Oczywiście w przerwie od nauki matmy, bo w czwartek sprawdzian :/
Mam nadzieję, że rozdział odpowiedniej długości oraz, że was nie zanudził  ;)
Pozdrawiam cieplutko!
Zuza <3

piątek, 14 sierpnia 2015

~4. "Jedynie w oczach dostrzegłem jego ogromny ból."

"Przeznaczenie każdego zmienia się wraz z jego wyborami." - Kristin Cast




~~ Alice ~~

    Właśnie dobiegały końca dzisiejsze lekcje. Frekwencja tego dnia nie bardzo spodobała się nauczycielom, lecz niewiele zdawali się zauważać. Co prawda pan Collins, który niekoniecznie nas lubił, pewnie za ten incydent w jego pracowni, marudził pół lekcji, że większość klasy olała jego zajęcia. Nikomu się nie dziwiłam. Sama wolałabym zostać pod ciepłą kołdrą, zwłaszcza, kiedy na dworze panowała tak okropna pogoda. Ale pokój przypominał mi o Prue, tam nadal leżały jej rzeczy, tam nadal stało puste łóżko, które pościeliła, zanim ruszyła pomóc ojcu. Niczego nie ruszałyśmy od tamtego dnia.
    Nie potrafiłam znieść tej ciszy, która panowała przez cały czas w pokoju. Po tym, jak wszyscy dowiedzieli się, kim był chłopak Becky, ona również stała się małomówna, choć to kompletnie do niej niepodobne. Dlatego z dwojga złego wolałam pojawić się na lekcjach, zająć czymś głowę, mieć co robić, by nie wspominać przyjaciółki.
    Damien pierwszy opuścił salę po naszej ostatniej tego dnia lekcji. Szepnął mi do ucha, że spotkamy się później, po czym zniknął. Zdziwiona, śledziłam go, dopóki nie wyszedł za drzwi. Nawet nie zauważyłam, kiedy do mojego stolika podeszła Becky.
    - Nadal jest wkurzony? - zapytała, pomagając mi się spakować.
    - Chyba przejął rasistowskie poglądy od Chrisa. Nie przejmuj się nim, przejdzie mu. Jak chcesz, mogę z nim porozmawiać - zasugerowałam.
    - Tak, tylko że Chris nie skreślił mnie całkowicie po tym, jak się dowiedział - westchnęła. - Mogłabyś? Starałam się zamienić słowo z Filipem przed zajęciami, ale mnie, no cóż, nie bójmy się tego słowa, olał.
    - Jasne, czemu nie. - Wzruszyłam ramionami. - Chodźmy, bo zjedzą nam cały obiad, jeśli się nie pospieszymy.
    Na stołówce, przy naszym stałym stoliku, zastałyśmy już Damiena i Chrisa. W całkowitej ciszy jedli swoje porcje. Kiedy do nich dołączyłyśmy, uśmiechnęłam się do chłopców. Damien przywitał mnie i zrobił dla mnie miejsce obok siebie. Na Becky, niestety, nawet nie spojrzał. Zaproponowałam, byśmy udali się po obiedzie gdzieś razem. Niemal od razu się zgodził, zapewne nie zdając sobie sprawy, że zamierzałam z nim poruszyć drażliwy temat.
    Po posiłku wyszliśmy na zewnątrz. Zanosiło się na burzę, czułam w powietrzu zapach deszczu, same chmury mówiły wszystko. Wiatr zerwał się już podczas przedostatniej przerwy między zajęciami, lecz nie przegonił ciemnych obłoków. Wręcz przeciwnie, sprowadził ich jeszcze więcej. Mimo pogody, szliśmy dalej. Chłopak poprowadził mnie do zacisznego miejsca, gdzie mogliśmy spokojnie porozmawiać. Usiedliśmy na ławce otoczonej drzewami za boiskiem wielofunkcyjnym. Z chodnika byliśmy nie do dostrzeżenia. Tylko gdyby ktoś chciał skorzystać z boiska, zauważyłby nas. Ale komu przyszłoby do głowy, by wychodzić na dwór i trenować, kiedy lada chwila mogła rozpętać się burza? No właściwie nikt.
    Usiedliśmy naprzeciwko siebie. Spojrzeliśmy sobie w oczy. Nie miałam pojęcia, jak zacząć rozmowę, więc wcale się nie odezwałam. Damien, z nieco łobuzerskim uśmiechem, pochylił się i musnął swoimi wargami moje usta. Przymknęłam na chwilę powieki, by rozkoszować się tą chwilą. Dawno nie spędziliśmy czasu sam na sam. Zawsze coś było ważniejsze. I nie przeczę, wojna z Wampirami, pomoc przyjaciołom a już zwłaszcza śmierć przyjaciółki, wydawała się ponad to. Ale cóż, dla mnie Damien był równie ważny co pozostali. I czułam, że go odrobinę zaniedbałam ostatnimi czasy.
    - Słuchaj, musimy porozmawiać - szepnęłam, przerywając pocałunek. Odsunęłam się od chłopaka delikatnie. Damien jęknął niezadowolony, ale nie protestował. - Później możemy robić, co będziesz chciał, ale najpierw musisz mnie wysłuchać - powiedziałam. Spojrzał na mnie zaciekawiony. - Chciałam... - Przełknęłam ślinę, bo nagle w moim gardle pojawiła się gula, która uniemożliwiła mi mówienie. - Chciałam z tobą pogadać na temat Becky... - Od razu zamierzał mi przerwać, lecz mu na to nie pozwoliłam. - Wiem, że razem z Filipem się o nią martwicie i to nawet jest fajne, ale nie możecie kogoś niańczyć, jeśli ten ktoś tego nie chce. Musisz zrozumieć, że Becky i tak zrobi to, co będzie uważała za słuszne. Naszym zadaniem jest być przy niej i ją wspierać a nie się obrażać i strzelać fochy, bo nas nie posłuchała. Mną ta wiadomość również wstrząsnęła, ale potem, kiedy zobaczyłam, jak Louis i Becky na siebie patrzą... Oni się naprawdę kochają... - dodałam po chwili zastanowienia.
    Widziałam, jak jego myśli w głowie się kotłują. Trochę już go znałam i wiedziałam, kiedy tak się działo. Marszczył przy tym brwi a na czole pojawiały mu się zmarszczki. Do tego zacisnął usta w wąską kreskę i zmrużył oczy.
    - To nadal nie zmienia faktu, że jest Wampirem. A słyszałaś, co Derek zamierza z nimi zrobić? - zapytał. - Może i się zmienił, może i na lepsze. Nie twierdzę, że nie. Ale dyrektor nie będzie taki łaskawy. Kiedy się dowie, zrobi wszystko, by go ukarać. Z resztą, chyba się mu nie dziwisz?
    - Ale to nie fair, żeby skazywać kogoś za coś czego nie zrobił! - zawołałam. - A poza tym odbiegamy od tematu.
    - Może masz rację. Może za ostro zareagowałem. Przeproszę Becky, kiedy tylko się spotkamy, może tak być? - zaproponował.
    - Byłoby fajnie - powiedziałam i mocno go przytuliłam. - Dziękuję. Teraz niepotrzebne nam kłótnie. Powinniśmy być wszyscy dla siebie oparciem a nie utrapieniem - szepnęłam, ale chłopak z pewnością mnie usłyszał.

~~ Shane ~~

    Po południu wszyscy skryliśmy się przed burzą w salonie w internacie dziewcząt. Wokół nas panowała atmosfera gorsza, niż na pogrzebie. Chris siedział najdalej od nas wszystkich, Tom w ogóle się nie pojawił, wmawiając, że źle się czuje. Tak naprawdę wszyscy już wiedzieli, że przyjechała Rose i że się pokłócili. Tylko nikt nie domyślał się, o co im poszło.
    Chloe spoglądała co jakiś czas na mnie. Wydawało mi się, że chciała mi coś tym spojrzeniem przekazać, lecz nie potrafiłem odgadnąć, co. Alice, Damien i Becky rozmawiali przyciszonym głosami o Prue. Wspominali wesołe chwile, które zapamiętali z jej udziałem. Kiedy Alice powiedziała o tym, że przyjaciółka zawsze umiała ich wysłuchać i starała się im pomóc, nie wytrzymałem i znów podniosłem głos na nich wszystkich.
    - Czy wy naprawdę tego nie rozumiecie? Cholera, nie zamierzałem wam tego mówić, ale widzę, że nie ma innego wyjścia, byście wzięli się w garść! Jestem synem Chrisa, to już wiecie. Ale nie wiecie, że moją mamą jest Prue. Na początku przeraziłem się, że zniknę zaraz po jej śmierci, ale skoro się tak nie stało to musi to coś oznaczać. A mnie przychodzi do głowy tylko jedno rozwiązanie. Że Prue wróci do nas cała i zdrowa, tylko musimy dać jej trochę czasu - zakończyłem nieco ciszej niżby wypadało. Zerknąłem na Alice, która nagle dostała olśnienia.
    - No tak! - Zaśmiała się. - Dlaczego ja wcześniej na to nie wpadłam? Przecież mówiliście mi o tym! Ale ja byłam głupia. Przecież to jasne, że skoro ty nadal tu jesteś, to Prue w przyszłości żyje!
    - Co ty bredzisz? - zdziwił się Damien.
    - A to, że nie możemy się załamywać! Kurczę, dzięki temu, co powiedział Shane, czuję, jakby mi odjęto z dwadzieścia lat! - Znów się zaśmiała. - Ona żyje! - szepnęła, pochylając się ku chłopakowi.
    - I ty mu wierzysz? - zapytał Chris, pierwszy raz wtrącając się do rozmowy. Zerknął na mnie ukradkiem.
    - No jasne, że tak! - żachnęła się. - Od początku wiedziałam, kim tak naprawdę są, nigdy nie miałam co do tego wątpliwości! Shane jest tak do was podobny! A skoro nadal tutaj jest z nami to oznacza tylko jedno! Pomyśl logicznie! - Próbowała go przekonać. Była naprawdę podekscytowana swoim odkryciem.
    - Dla mnie liczą się fakty. A faktem jest, że Prue leży teraz martwa w kostnicy i niedługo odbędzie się jej pogrzeb! - zawołał, pokazując palcem bliżej nieokreślony cel. Wstał, nie oglądając się już na nikogo, wyszedł.
    Dobrze go rozumiałem. Nie chciał wzbudzać w sobie nadziei, która by go zabiła, gdyby okazała się złudną. Ale czy chociaż raz nie mógłby mnie posłuchać? Zawsze musiał być taki uparty i stawiać na swoim.
    Westchnąłem przeciągle i spojrzałem na wszystkich po kolei. Oczywiście Alice uśmiechała się do mnie, Chloe w pewnym momencie złapała mnie za rękę, więc teraz ściskałem ją, by dodać sobie otuchy. Wydawało mi się, że Becky przekonuje się do tego, co powiedziałem. Jedyne Damien siedział nieco podejrzliwy.
    - Dlaczego wcześniej nam o tym nie powiedziałeś? - zapytał po chwili.
    - A jak byś zareagował, gdybym powiedział ci, że w przyszłości masz trójkę dzieci, nawet spoko pracę, a kiedy byliśmy młodsi, przyjeżdżaliśmy do ciebie na wakacje?
    Zaniemówił. Wpatrywał się we mnie w osłupieniu. Oczywiście, że nie powiedziałem mu całej prawdy, to z pewnością miałoby wpływ na naszą przyszłość, a nie chciałem jej aż tak zmieniać. Pragnąłem jednak, by uświadomił sobie, że czasami może i fajnie jest dowiedzieć się o tym, co cię czeka, ale nie zawsze to muszą być wesołe rzeczy. Nie zamierzałem go dołować, więc wspomniałem tylko o przyjemnych rzeczach, ale wydawało mi się, że poskutkowało.
    - Czy to prawda? - zapytał po chwili, nadal rozmyślając nad swoją przyszłością.
    - Jasne, że nie! - żachnąłem się. - Oczywiście, nie wszystko. Nie mogę zdradzać ci takich rzeczy! Ale gdybyś się dowiedział, że twoi rodzice zginą właśnie w tym wypadku, na pewno zrobiłbyś coś, by temu zapobiec. A czasami pewne wydarzenia muszą mieć miejsce, inaczej nie ukształtują nas takiego, jakim jesteśmy...
    Damien spuścił tylko głowę, przygarbił się nieco. Mimo wielu lat, które minęły od śmierci jego rodziców, blizna nadal straszliwie bolała. Alice szybko go przytuliła i zaczęła mu coś szeptać na ucho. Po pewnym czasie znów się wyprostował i przywołał na usta uśmiech. Jedynie w oczach dostrzegłem jego ogromny ból.

~~ Tom ~~

    Leżałem na łóżku i wpatrywałem się tępo w sufit. Myśli ciągle krążyły wokół Rose. Zastanawiałem się, dlaczego tak bardzo naciskałem? Przecież czułem, że nie była gotowa! Ale z drugiej strony, czy nadszedłby kiedykolwiek ten odpowiedni moment? Czy później zareagowałaby inaczej?
    Miałem tylko nadzieję, że mnie nie znienawidzi przez to wszystko. Przestraszyła się i wcale się jej nie dziwiłem. Byłem czymś, co mogło przerażać normalnych ludzi. Co ja mówię! Zmiennokształtni na pewno są straszni dla ludzi.
    - Ale Rosie mnie zna. Wie, że jestem inny. Po prostu musi to wszystko przemyśleć - mówiłem sam do siebie. - Obiecała, że zadzwoni.
    Lecz telefon pozostawał głuchy przez cały dzień. Powoli zacząłem tracić nadzieję, co chwila spoglądając na wyświetlacz i upewniając się, czy aby nic mi nie umknęło, żadna wiadomość. Niestety, nic się nie działo.
    Już miałem zejść na kolację, kiedy usłyszałem pukanie do drzwi. Podbiegłem do nich, by je otworzyć, zastanawiając się, kogo do mnie przywiało. Jeszcze zanim je uchyliłem, poczułem zapach człowieka i byłem niemalże pewny tego, kogo zastanę. Nie zdziwił mnie więc widok stojącej na progu Rosie, w której włosach dostrzegłem małe kropelki deszczu. Miała spuszczoną głowę, a kiedy na mnie spojrzała, zobaczyłem skruchę w jej oczach. Zaprosiłem ją szybko do pokoju. Dziewczyna weszła i stanęła zaraz za mną. Odwróciwszy się do niej, wiedziałem, dlaczego tutaj przyszła.
    - Przepraszam, że tak zareagowałam. Strasznie mi teraz głupio za moje zachowanie. Musisz jednak zrozumieć, że nie tyle co mnie zaskoczyłeś, to wystraszyłam się. Nigdy nawet nie przypuszczałam, nie myślałam, że magia i temu podobne rzeczy istnieją naprawdę. Chyba nikt normalny w to nie wierzy. - Zaśmiała się nieco nerwowo. - Chciałam, żebyś wiedział, że kocham cię takiego, jakim jesteś - wyszeptała. - Nawet z tymi twoimi super mocami. - Uśmiechnęła się delikatnie. Podszedłem do niej i przytuliłem najmocniej tak tylko mogłem. Kamień spadł mi z serca, kiedy usłyszałem jej wyznania.
    - Dziękuję - powiedziałem po chwili. - I przepraszam, że cię wystraszyłem. Naprawdę tego nie chciałem, ale nie mogłem już znieść tego, że muszę cię okłamywać. Gdzieś w głębi duszy wiedziałem, że jednak mnie nie zostawisz. - Pocałowałem ją.
    - Co nie zmienia faktu, że, mimo tego, że Prue nie żyje, nie mogę się na nią gniewać, że mi nie powiedziała tego wcześniej! - zawołała z uśmiechem lecz przez łzy.
    - Tak strasznie cię kocham! - szepnąłem jej do ucha po czym znów złączyłem nasze usta w namiętnym pocałunku.

~~*~~*~~*~~*~~

    Chciałabym podziękować Adzie Katarzynie za rady, którymi się ze mną podzieliła. W pewnych kwestiach nawet nie zdawałam sobie sprawy, że coś jest nie tak. Takie spojrzenie na rozdziały kogoś, kto nie miał z nimi styczności przy tworzeniu bardzo mi na pewno pomogą, jeśli będę chciała coś niecoś poprawić (a zapewne to się stanie, kiedy zakończę całość opowiadania i zasiądę nad tekstem, by poprawić go nie tylko z literówek czy gorszych powtórzeń, ale też i jeśli chodzi o fabułę). Szanuję każde zdanie i opinię, byleby była wypowiedziana w sposób kulturalny, a Ty to potrafisz ;)
    A ja jak zwykle mam mnóstwo zaległości u Was, za co Was przepraszam. Postaram się w najbliższym czasie wpaść i ponadrabiać choć odrobinkę <3

piątek, 31 lipca 2015

~3. "...to nie sen, lecz koszmarna rzeczywistość."

Kto z miłości jeszcze nie umarł nie potrafi żyć.
Moje serce kiedyś złamane mocniej kocha dziś. - Monika Brodka



~~ Chris ~~

    Nie potrafiłem znaleźć sobie miejsca. Gdy tylko gdzieś na moment usiadłem, od razu musiałem wstać i ruszyć dalej. Nie mogłem spędzić choćby minuty w jednym miejscu. Musiałem coś robić, lecz w tej sytuacji nie miałem nic do robienia. I to mnie denerwowało, ponieważ sądziłem, łudziłem się, że kiedy znajdę sobie zajęcie, nie będę miał czasu na myślenie o Prue. O jej ciele, które leżało teraz obmyte z krwi w tej przeklętej kostnicy. Już ją ubrali w sukienkę. Gotowa była, by zakopać ją w ziemi. Ale nie robili tego. Ciągle coś zostało niegotowe.
    Podobno człowiekowi jest lepiej, kiedy pożegna się z ukochaną osobą. Kiedy zobaczy jego pogrzeb, wtedy dociera do niego, że to już koniec pewnego rozdziału. Więc z jednej strony bardzo chciałbym mieć wszystko za sobą. Z drugiej jednak przychodziła do mnie myśl, że to tylko koszmar, z którego niebawem się obudzę i będę mógł znów przytulić dziewczynę do siebie, poczuć jej ciepłe ciało tuż przy swoim. Ale z każdą chwilą docierała do mnie straszliwa prawda. Że to nie sen, lecz koszmarna rzeczywistość.
    Z racji tego, że nie wiedziałem już, gdzie się podziać, postanowiłem pójść na spacer. Szedłem tam, gdzie mnie nogi poniosły. Nie zwracałem uwagi na otoczenie, nie oglądałem się dokoła. Moje myśli krążyły cały czas wokół Prue. Nie potrafiąc zmierzyć się z widokiem jej bladego ciała, które leżało gdzieś tam, przyszykowane do pogrzebu, szukałem w pamięci innych, wesołych chwil. A przecież było ich mnóstwo. Więc to na nich się skupiłem. Chciałem zapamiętać ją właśnie taką - uśmiechniętą, pełną życia, mądrą, wesołą, kochaną.
    Nie zorientowałem się, gdzie jestem, dopóki głosy, które usłyszałem, nie przywróciły mnie z powrotem na ziemię. Rozejrzałem się dokoła. Niedaleko znajdowała się brama główna. To właśnie zza niej słychać było głosy. I to znajome głosy, lecz nie potrafiłem ich dopasować do osoby. Podszedłem bliżej. Skrzywiłem się, kiedy do moich uszu dotarł dźwięk szeleszczących pod moimi stopami liści. Nie zatrzymałem się jednak. Brnąłem dalej aż w końcu zobaczyłem niecodzienny widok. I absolutnie nie tego się spodziewałem.
    Za bramą stała Becky obejmująca Wampira. A obok niej wpatrująca się we mnie Alice. Nie wiedziałem, co robić. W pierwszym odruchu zamierzałem rzucić się na Pijawkę, lecz zrezygnowałem z tego zamiaru. Nie miałem pewności, dlaczego. Może nie chciałem skrzywdzić Becky albo Alice a przy ataku mógłbym to zrobić? Zrobiłem więc najbardziej tchórzowską rzecz na świecie. Po prostu uciekłem.

~~ Becky ~~

    - Chris! - krzyknęłam za nim, lecz chyba już mnie nie usłyszał. Był za daleko. Przeraziłam się. A co, jeżeli powie wszystkim o mnie i Louisie? Oczywiście sama chciałam to zrobić, ale w odpowiednim momencie. A ten na pewno się do takich nie zaliczał. - Musimy iść. Muszę go dogonić zanim... - Nie dokończyłam. Przez gardło nie chciało mi przejść to, że Chris mógłby nas zdradzić.
    - Pójdę z tobą - zaofiarował chłopak. Spojrzałam na niego z uczuciem.
    - Kochanie, doceniam bardzo twoją propozycję, ale to pogorszyłoby jeszcze sprawę. Muszę sama z nim porozmawiać, wyjaśnić. Może uda mi się go przekonać...
    - Chodźmy, zanim będzie za późno! - ponagliła mnie Alice. Pocałowałam więc Louisa na pożegnanie i pognałam w kierunku, w którym zniknął Chris. A pobiegł do internatu.
    Kiedy wpadłyśmy do salonu, on właśnie podchodził do Damiena, Shane'a, Chloe, Belli i reszty naszych wspólnych znajomych. Podeszłam do niego i położyłam mu rękę na ramieniu. Odwrócił się w moją stronę. W jego spojrzeniu poczułam ból. Ogromny ból i poczucie zdrady.
    - Proszę cię - szepnęłam. Oczywiście zwróciliśmy uwagę naszych przyjaciół, ale nie obchodziło mnie to.
    - Czego ode mnie chcesz? - zawołał nieco zbyt głośno, bo kilka osób spoza naszej grupy, odwróciło na nas swój karcący wzrok.
    - Ja... Wiem, co widziałeś. Wiem, że widziałeś nas razem i wiem, że ci to z pewnością nie odpowiada, ale musisz wiedzieć... On się zmienił, Chris. Wiem, że myślisz, że wszystkie Wampiry są złe i wcale ci się nie dziwię, po tym co przeszedłeś... Ale naprawdę nie każdy jest taki jak wszyscy inni... Spójrz na mnie! - krzyknęłam na chłopaka, ponieważ uparcie spoglądał gdzieś poza moim ramieniem. Kiedy go zmusiłam do tego, by nasze oczy się skrzyżowały, dostrzegłam, że wcale nie chciał wyjawić wszystkim mojego sekretu. Chciał go zatrzymać dla siebie, choć nie miałam bladego pojęcia, dlaczego. To ja sama się zdekonspirowałam. Swoje wielkie z przerażenia oczy skierowałam w dół. Nie miałam pojęcia, co ze sobą zrobić. Pragnęłam zapaść się pod ziemię, by nie móc patrzeć na te zaciekawione spojrzenia kierowane w moją stronę.
    - O czym ty mówisz? - zapytał Damien, spoglądając to na mnie to na swojego przyjaciela. Kątem oka dostrzegłam, że tylko Chloe i Shane siedzieli spokojnie, jakby od początku wiedzieli o wszystkim. No tak, zapomniałam, że przybyli do nas z przyszłości...
    Poczułam, jak dłoń Alice zaciska się na mojej ręce. To dodało mi odrobinę otuchy. Uśmiechnęłam się do niej serdecznie i wzięłam głęboki wdech. Zaczęłam opowiadać im o Louisie. O tym, jak się spotkaliśmy pierwszy raz, jak się poznawaliśmy, jak dostrzegłam w nim mnóstwo dobra, jak współpracował z Liamem. Nikt mi nie przeszkadzał. Widziałam tylko różne emocje malujące się na ich twarzach. Niedowierzanie, złość, bezradność, frustracja...
    - Prue wiedziała - dodałam na koniec, patrząc prosto na Chrisa, który siedział przygarbiony na fotelu. - Domyśliła się niedawno. I całkowicie mnie poparła. Wiesz dlaczego? Bo wierzyła w prawdziwą miłość, w prawdziwą przyjaźń, w to, że człowiek, nawet Wampir, może się zmienić. A wszystko dzięki temu, że poznała wcześniej Liama. To on zapoczątkował tę przyjaźń, którą mam zamiar kontynuować. I nikt mi w tym nie przeszkodzi, bo kocham Louisa i zrobię to, co podyktuje mi serce. A wy zaakceptujecie ten związek, nie będziecie mieli wyboru! - Postawiłam sprawę jasno. Nie byłam pewna, czy nie zakończyłam zbyt ostro. Chciałam, by wiedzieli, że ten chłopak jest dla mnie bardzo ważny.
    Pierwszy wstał Damien. Spojrzał na mnie z wyrzutem i, nic nie mówiąc, opuścił salon. Serce mi się ściskało, widząc jak odchodzi. Ale to było nic, ponieważ potem podniósł się Filip. Z jego oczy nie potrafiłam nic wyczytać.
    - Braciszku... - zaczęłam, ale nie wiedziałam, co powiedzieć. Chłopak pokręcił głową.
    - Przepraszam, to dla mnie zbyt dużo - powiedział tylko. I on również mnie zostawił. Łzy zakręciły mi się w oczach. Przesłoniły mi widok, więc tylko dzięki słuchowi zdołałam dostrzec, że Shane i Chloe również wstali. Podeszli do mnie i stanęli naprzeciwko.
    - Musisz dać im czas. Pogodzą się z tym faktem i zaakceptują wszystko takim, jakie jest - odezwała się Chloe. - Wiem, co mówię - dodała ciszej a potem mnie przytuliła.

~~ Tom ~~

    Szedłem właśnie na zajęcia. Był pochmurny poranek; ciemne i gęste chmury przesłoniły dotąd wszędobylskie słońce. Pogoda jak zwykle odzwierciedlała nasze uczucia. Od kilkudziesięciu godzin cała szkoła była zdruzgotana, zmiażdżona wręcz śmiercią Prue. A burzowe chmury tylko zapowiadały, że już niedługo i one dołączą do jej rodziny i przyjaciół, by móc ją opłakiwać w ciszy i spokoju.
    Miałem właśnie skręcić w kierunku szkoły, kiedy usłyszałem za sobą wołanie. Odwróciłem się, by zobaczyć, kto krzyczał. Kiedy ją dostrzegłem, biegnącą w moim kierunku, nie mogłem uwierzyć.
    - Tom! Jak się cieszę, że cię widzę! Nie będę musiała cię szukać! - Wyrzuciła z siebie na jednym wydechu. Stanąwszy obok mnie złapała się za pierś i pochyliła się do przodu, by złapać oddech. - Matko! Ale się zmachałam - sapnęła.
    - Co ty tu robisz? - zawołałem. Rozejrzałem się dokoła. Pierwsze ciekawskie spojrzenia już na nas padły.
    - Jak to co? - obruszyła się. - Jak tylko dowiedziałam się, co się stało, od razu przyjechałam!
    Przyjrzałem się jej uważnie. Jasne, blond włosy rozwiał wiatr, rozrzucając je po całej okrągłej twarzy. Błyszczące oczy spoglądały na mnie. Zobaczyłem w nich ból, żal, ale i smutek orz zdeterminowanie. Od razu domyśliłem się, że wiedziała.
    - To nie był najlepszy pomysł - odezwałem się po chwili. - Nie powinno cię tu być!
    - Nie cieszysz się, że przyjechałam? - zapytała z wyrzutem. - Z resztą, to bez znaczenia! Jak mogłeś do mnie nie zadzwonić i nie powiedzieć mi co stało się z Prue? - zawołała. Zamachnęła się torebką i uderzyła mnie raz w ramię.
    - Rose, ja... Przepraszam - powiedziałem tylko, podszedłem do niej bliżej i przytuliłem  ją. A ogromny kokon złośliwości i siły pękł, ukazując bezsilność dziewczyny. Wypłakiwała się w moje ramię. Głaskałem ją delikatnie po plecach, które drżały. Pragnąłem coś dla niej zrobić, lecz nie widziałem nic, co mogłoby jej w tej chwili pomóc.
    Staliśmy tak dobrych kilka minut, dopóki Rose się nie uspokoiła. Wtedy wyciągnęła z torebki chusteczki, wydmuchała nos oraz wytarła oczy pozostałości łez. Chwyciłem ją za rękę, ponieważ chciałem z nią porozmawiać w  jakimś ustronnym miejscu. Pociągnąłem ją za sobą. Nie uszliśmy daleko. Po kilku krokach, zatrzymał nas niski głos naszego nowego dyrektora.
    - Tom, dlaczego nie jesteś na zajęciach? Zaczęły się pięć minut temu - odezwał się spokojnie. Odwróciliśmy się w jego stronę, a kiedy Rose zobaczyła Dereka, zachłysnęła się. - Kim jest ta młoda dama, która ci towarzyszy? - dodał, obrzucając ją badawczym spojrzeniem.
    - To jest Rose, przyjaciółka Prue, znały się jeszcze w Londynie... - wyjaśniłem od razu. - Rosie to jest nasz nowy dyrektor oraz ojciec Prue i Davida, Derek Carter - przedstawiłem. Dziewczyna z niedowierzaniem kręciła głową.
    - To niemożliwe - szepnęła, patrząc na twarz mężczyzny. - Prue zawsze opowiadała o panu jakby pani nie żył. Z resztą... Kurcze, jest pan tak podobny do Davida! - Załkała. Objąłem ją ramieniem, a moje spojrzenie bacznie obserwowało dyrektora. Na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że wzmianka o jego dzieciach nie zrobiła na nim żadnego znaczenia. Lecz gdzieś tam, w środku, serce ogromnie go bolało. Widziałem to w jego zaciśniętych wąsko ustach oraz pięściach.
    - Prue odnalazła go, zanim... No wiesz - rzekłem cicho. - Później ci to wytłumaczę - dodałem po chwili.
    - Tom, czy mógłbym zamienić z tobą dwa słowa? - zapytał uprzejmie Derek.
    - Oczywiście - odpowiedziałem od razu i odszedłem z nim na stronę. - Jeśli chodzi o jej przyjazd, ja naprawdę nie wiedziałem, że...
    - Jasne, przecież wiem. Martwi mnie jednak inna kwestia. Chodzi o to... Czy ona wie o nas? - Doraźnie zaakcentował ostatnie słowo.
    - Nie, oczywiście, że nie. Wszyscy staraliśmy się, by się przy niej nie wydać. - Zawahałem się na moment. - Ale wydaje mi się, że... Powinna wiedzieć. Bardzo kochała pańską córkę. Ma prawo dowiedzieć się, jak zginęła - wyrzuciłem w końcu z siebie to, co gryzło mnie od kilku minut.
    W pierwszym odruchu dyrektor zapewne od razu chciał wybić mi ten pomysł z głowy, lecz zastanowił się. I kiedy już myślałem, że w ogóle się nie odezwie, szepnął.
    - Może i masz rację - westchnął cicho. - Tylko... Czy udźwignie nasz sekret? Czy zdoła w to wszystko uwierzyć?
    - Tego się właśnie obawiam. Że jak tylko jej powiem, odwróci się ode mnie, wsiądzie w pierwszy pociąg i nigdy nie wróci - powiedziałem, spuszczając nisko głowę.

~~ Rose ~~

    Tom zrezygnował z zajęć. Sądziłam, że będzie miał przeze mnie kłopoty, lecz dyrektor tylko się uśmiechnął i odszedł. Nadal nie potrafiłam uwierzyć w to, że właśnie poznałam ojca mojej najlepszej przyjaciółki. Nadal nie mogłam uwierzyć w to, że moja najlepsza przyjaciółka nie żyje! Kiedy znów o tym pomyślałam, łzy ciurkiem wypłynęły z moich oczu, a Tom przytulił mnie mocno. Cicho zaproponował, że zaprowadzi mnie do niej. Bardzo tego chciałam. Zobaczyć ją ostatni raz.
    Leżała taka spokojna, odstrojona jak nigdy dotąd w ciemną suknię. Włosy miała idealnie ułożone; spływały jej delikatnymi falami na ramiona. U nasady dostrzegłam jaśniejsze odrosty. Już od bardzo dawna malowała je. Nigdy nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego to robiła. Miała przecież śliczne, ciemnoblond włosy.
    Na pożegnanie pocałowałam ją delikatnie w chłodny policzek. Pojedyncza łza została na jej skórze, by później spłynąć do warg i w nich zniknąć. Tom, który do tej pory trzymał się z tyłu, podszedł do mnie i wyprowadził z pomieszczenia. Obejmując mnie ramieniem, poprowadził do stajni. Tam, wśród koni usiedliśmy i mogliśmy poważnie porozmawiać. Pierwszą kwestią, która nie dawała mi spokoju, odkąd dowiedziałam się o śmierci Pure, było to, jak to się wszystko wydarzyło.
    - Jak to się stało? - szepnęłam, opierając głowę na jego ciepłym ramieniu. - To straszne. Najpierw David a potem, pół roku później ona... Ich matka chyba tego już nie przeżyje... Pamiętam, jak bardzo bolała ją strata syna. Powiedz mi, jak do tego doszło! - Spojrzałam na niego, uważnie mu się przyglądając. Na czole pojawiły się zmarszczki, które mnie zaniepokoiły. Walczył ze sobą, nie wiedział, czy powiedzieć mi prawdę. - Chcę znać wszystko. Nie ukrywaj niczego przede mną - poprosiłam.
    - Ona... Została zaatakowana - odezwał się. Ledwie go słyszałam.
    - Przez kogo? - zawołałam. Nie mogłam uwierzyć, że w tak dobrej szkole mogło wydarzyć się tyle nieszczęść.
    - To był ten sam człowiek, który zabił Davida... - powiedział. Patrzył przez siebie na ogrodzenie oraz snopek siana, który pod nim leżał.
    - Dlaczego zabił ich oboje? - Chciałam wiedzieć.
    - Ponieważ Derek kiedyś zabił jego ojca - wyznał.
    - To jakaś mafia? - powiedziałam pierwsze, co mi przyszło do głowy. Tylko takie, racjonalne wytłumaczenie przychodziło mi na myśl.
    - Niezupełnie, ale można to tak nazwać. Chciał się zemścić na ich rodzinie za to, że odebrano mu ojca... To bardziej zagmatwane niż można by przypuszczać - westchnął przeciągle. Zastanawiał się chwilę. Nie przeszkadzałam mu, bo widziałam, że to dla niego trudne. - Ufasz mi? - zapytał po jakimś czasie z nowym błyskiem w oku.
    - Taak - odpowiedziałam, przeciągając samogłoskę, niepewna, czego mam się spodziewać po chłopaku.
    - Chciałbym ci coś powiedzieć o sobie... Coś bardzo ważnego... Mam nadzieję, że mnie zrozumiesz... Albo przynajmniej postarasz się to zrobić...
    - Powiesz mi wreszcie? - zapytałam niemało już zaciekawiona ale i przestraszona. Chłopak stanął przede mną, zacisnął dłonie w pięści, przymknął oczy.
    - Jestem Zmiennokształtnym - szepnął skupiony.
    Na początku go nie zrozumiałam. Uniosłam brwi do góry, zaintrygowana bełkotem, który usłyszałam z jego ust. Kiedy powtórzył słowa już trochę raźniej, uśmiechnęłam się pobłażliwie. Chciałam do niego podejść i oznajmić, żeby przestał się wygłupiać, bo to nie moment na to, z tego gardła wydobył się dziwny dźwięk podobny do warknięcia wściekłego psa. Potem znów powtórzył, że był Zmiennokształtnym.
    - Kim? - Głos zadrżał mi z przerażenia.
    - Takim jakby Wilkołakiem z super mocami. Trochę jak z komiksu czy filmu fantasy. Chociaż jako zwierzę wyglądam ładniej - dodał. W głowie mi się nie mieściło to, co słyszałam. Mój chłopak był czymś... Czymś, o czym normalni ludzie wiedzą tylko z legend i powieści. Do tego ściągał z siebie wszystkie swoje ciuchy. Odwróciłam wzrok, choć kątem oka nadal go obserwowałam.
    - Tom, ja nie wiem... - Chciałam coś powiedzieć, lecz niby co? Nic racjonalnego nie przychodziło mi na myśl. Na moich oczach własnie przemieniał się w to coś...
    Po chwili stał przede mną wysoki na łapach lew z ogromną złotą grzywą wokół głowy. Zamerdał długim ogonem zakończonym pędzlem, potrząsnął ogromnym łbem. A w następnym momencie znów stał przede mną nagi Tom. Kiedy założył ubrania, podszedł do mnie, ukucnął naprzeciwko.
    - Proszę, nie bój się mnie. Mówiłaś, że mi ufasz... - zaczął.
    - Ale wtedy nie wiedziałam, kim jesteś, do cholery! - zawołałam, wyrażając tym całą swoją obawę, złość, przerażenie. - Co, może mi jeszcze powiesz, że Prue i cała reszta też taka jest, co? - Zaśmiałam się, lecz kiedy dostrzegłam jego grymas na twarzy, zrozumiałam, że trafiłam w dziesiątkę. - To niemożliwe... - szepnęłam, kręcąc głową. Wstałam i opuściłam stajnię. Próbował mnie zatrzymać, ale odepchnęłam jego rękę. - Zostaw mnie! Daj  mi święty spokój! - krzyknęłam, ledwo powstrzymując łzy. Pobiegłam przed siebie. Nie znałam dokładnie całego terenu, więc nie zdziwiłam się, że Tom raz dwa mnie dogonił.
    - Rose, przepraszam! - zawołał przerażony. Głos mu w pewnym momencie zadrżał. Stał nawet kilka kroków ode mnie; nie próbował już podejść bliżej. - Proszę, tylko nie płacz - szepnął. - Nie warto... Myślałem... Łudziłem się, że dasz radę to znieść. Prue w ciebie wierzyła. Miała nadzieję, że dowiesz się o nas dzięki naszej miłości. Ponieważ musisz wiedzieć, że tylko w takich wypadkach można komuś zdradzić naszą tajemnicę. Bardzo chciałem, żebyś wiedziała, ale bałem się o to, jak zareagujesz...
    - Tom - przerwałam mu. Spojrzał na mnie, w mgnieniu oka przestając mówić. - Muszę to przemyśleć. Potrzebuję czasu - szepnęłam. - Zadzwonię.
    Po tych słowach odwróciłam się od niego i odeszłam w kierunku bramy, którą w końcu dostrzegłam wśród drzew. Nie zerknęłam więcej na chłopaka. Czułam, że jeśli bym to zrobiła, przepadłabym.
~~*~~*~~*~~*~~

    Hej, jak tam wrażenia? Kurczę, znowu miałam świetny pomysł na końcową scenę i mam wrażenie, że ją kompletnie zawaliłam :/ No nic, może uda mi się coś z czasem w niej poprawić ;)
    A teraz opowiadajcie, jak tam wakacje? Ciepło, zimno? Pada czy raczej słońce? U mnie chłodno, choć w dzień na szczęście jest słoneczko ;)

niedziela, 8 marca 2015

*34. "Tylko ta myśl trzymała mnie wciąż na ziemi."

Jeeeejku! Widzieliście statystyki? Ponad 20000 wejść! <3 Dziękuuuję baaardzo wszystkim, którzy kiedykolwiek tutaj zajrzeli, przypadkiem czy celowo - każdy przyczynił się do tego, że ta liczba jest tak ogromna ;) Rozdział specjalnie dla Was! <3



"W prawdziwej przyjaźni nie chodzi o to, żeby być nierozłącznym, tylko o to, żeby rozłąka nic nie zmieniała." 


~~*~~*~~*~~*~~

~~ Prue ~~

    Podzieliliśmy się zadaniami. Alex z Bellą mieli znaleźć książkę z przepisem. Alice i Becky poszły po kociołek, wagę i inne niezbędne do warzenia eliksiru sprzęty. Wraz z Chrisem zamierzaliśmy posprzątać na strychu, by zrobić w pomieszczeniu choć odrobinę więcej miejsca. Damien zaofiarował, że odszuka Toma i Filipa, bo wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że przydałby się ktoś, kto orientuje się, gdzie moglibyśmy znaleźć wszystkie potrzebne składniki, nie narażając się przy tym nauczycielom. Już raz się nam upiekło, nie chcieliśmy dopuścić do kolejnej takiej sytuacji, bo wtedy wszystko wyszłoby na jaw, a byłam niemal prawie pewna, że Stark nie ucieszyłby się na wiadomość, że odnalazłam ojca. Tom z kolei znał prawdopodobnie wszystkie rośliny i substancje, które mogłyby nam się przydać, więc warto byłoby skorzystać z jego wiedzy.
    Przesunięcia foteli, komody i sofy na strychu nie zajęło nam zbyt wiele czasu. Już po chwili było po wszystkim. Przez kilka dobrych minut czekaliśmy w zniecierpliwieniu na resztę. Nie mogłam się już doczekać tego, aż będę miała się czym zająć. Przez cały czas, kiedy nic nie robiłam, dużo myślałam. A te rozważania nie były dobre. Głównie przed oczami pojawiał mi się obraz mnie i znikającego gdzieś ojca nadal w postaci wilka. Spóźniłam się. On już przeniósł się w inne, bezpieczne miejsce; do czasu. Non stop powtarzałam sobie, że wszystko pójdzie dobrze, że wszystko się uda, że już niedługo tata będzie razem ze mną. Tylko ta myśl trzymała mnie wciąż na ziemi.
    Pierwsi pojawili się chłopcy. Nie musiałam im ponownie wyjaśniać całej sytuacji, bo Dan zdążył już im naświetlić wszystkie fakty. Cieszyłam się z takiego obrotu sprawy, bo nie uśmiechało mi się ponowne tłumaczenie problemu. Bez żadnych pytań zgodzili się nam pomóc w przygotowaniu eliksiru. Filip nie miał zbyt tęgiej miny, ale gdy go zapytałam, czy wszystko w porządku, odpowiedział twierdząco. Czułam, że skłamał, ale kim byłam, by drążyć z nim temat?
    Gdy przyszli już wszyscy, Alex otworzył książkę na odpowiedniej stronie i zaczął czytać listę składników. Większość z nich nawet ja potrafiłam rozpoznać. Wszystko było jak najbardziej w porządku. Do czasu, gdy Alex nie przeczytał ostatniego elementu mikstury. Na początku zawahał się przez moment.
    - Co jest? - zaniepokoiłam się.
    - Z tym składnikiem może być pewien kłopot - zaczął. Odwrócił książkę w moją stronę, tak, bym mogła swobodnie sama do niej zajrzeć.
    - Jad Wampira - szepnęłam, niedowierzając. Skąd mieliśmy go wziąć? Spanikowana spojrzałam po twarzach wszystkich zebranych. Tylko Filip nie wydawał się zaskoczony, raczej zasmucony tą wiadomością.
    - Właśnie tego się obawiałem - westchnął cicho. Zaczęłam gorączkowo szukać rozwiązania. Nie przychodził mi do głowy ani jeden pomysł.
    - A może ty byś nam pomógł? - zapytała nieśmiało Becky. - Jesteś w końcu Dhampirem. Czy twój jad nie wystarczyłby?
    - Obawiam się, że nie. Myrnin był naprawdę silnym Wampirem. Byle co nie zdoła odczarować tego, co zrobił. Potrzebny nam prawdziwy jad. Może się nawet okazać, że jedynym ratunkiem dla twojego ojca, Prue, jest ślina Stylesa. Lub kogoś, kogo przemienił - wyjaśnił. Po tych słowach zapadła głęboka cisza. Nikt nawet nie śmiał się odezwać, zakłócić tej idealnej ciszy, która już po sekundzie stała się dla mnie udręką.
    Niespodziewanie dotarło do mnie, kto mógłby nam pomóc. Poczułam jakieś dziwne ukłucie na szyi w miejscu, w którym ugryzł mnie Liam. Gdy się później nad tym zastanawiałam, doszłam do wniosku, że to sama Nyks dała mi podpowiedź, gdzie szukać pomocy. Liam. Liam był Wampirem, w dodatku to właśnie Harry Styles go w niego przemienił. Nadawał się wręcz idealnie. Tylko czy zechce mi pomóc?
    Dawno z nim nie rozmawiałam. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawy, że nawet nie powiedziałam mu, że odnalazłam ojca! Nie zdawał sobie sprawy, że już się nie narażałam, że Chris już o wszystkim wie, że każdy z moich przyjaciół znał już prawdę. Każdy, z wyjątkiem jego. Bo w jakiś sposób był moim przyjacielem. Tyle razy mogłam na niego liczyć! Wspierał mnie w trudnych chwilach. I jeśli teraz się nie odwróci ode mnie, byłby idealny! Zostawało tylko pytanie: czy nie zraniłam go na tyle, by przestał się do mnie odzywać? Czy dał sobie już spokój?
    - Muszę zadzwonić - powiedziałam dziwnym głosem, całkowicie do mnie niepodobnym. Wyszłam ze strychu na korytarz i usiadłam na najniższym ze schodków. Nie obchodziło mnie to, że zostawiłam na górze znajomych całkowicie zdezorientowanych. Miałam czas, by im wytłumaczyć wszystko po tym, jak rozmówię się z Liamem.
    Wybrałam numer Wampira i czekałam. Jeden sygnał, drugi. Przy piątym stwierdziłam już, że się na mnie całkowicie obraził i że już nigdy go nie zobaczę, nie porozmawiam z nim. Zamierzałam się rozłączyć, gdy usłyszałam nagle w słuchawce jego głos.
    - Halo?
    - Cześć, to ja, Prue! - zawołałam nieco zbyt głośno. Odetchnęłam z ulgą. A więc jest jeszcze nadzieja...
    - Fajnie, że dzwonisz - odpowiedział opryskliwie. Był zły. I to bardzo.
    - Przepraszam, że się nie odzywałam tak dawno, ale tyle się u mnie działo, że nawet nie zauważyłam, ile czasu minęło, odkąd ostatni raz zadzwoniłam do ciebie - szepnęłam skruszona. - Chciałam ci tylko powiedzieć, że znalazłam tatę.
    - Naprawdę? - Usłyszałam w jego głosie radość. Złość i smutek w jednej chwili wyparowały z naszej rozmowy. - To wspaniale! Jest już z tobą?
    - No niezupełnie. Tutaj mam mały problem. No i prośbę do ciebie... - zawahałam się na moment. Zastanawiałam się, jak mu powiedzieć to, co miałam do powiedzenia.
    - No to słucham, w czym mogę ci jeszcze pomóc? - zapytał.
    - Widzisz, chodzi o to, że mój tata jest w postaci wilka. I żeby go odczarować, potrzebny nam eliksir. Już mamy przepis i prawie wszystkie składniki. Za wyjątkiem jednego. Jadu Wampira. Filip mówi, że może być potrzebny nawet od samego Stylesa... Co o tym sądzisz?
    - Wydaje mi się, że każdy będzie dobry, byle by był od Wampira, nie jakiegoś mieszańca. Ale jeśli chcecie mieć pewność, że wszystko zadziała zgodnie z planem to możecie użyć jadu kogoś powiązanego z nim. Tylko skąd weźmiecie jad? - zastanowił się.
    - Właściwie to myślałam o tobie - odezwałam się niepewnie.
    - Och! No tak, faktycznie. Tylko, że ja... Nie mogę. Jestem teraz daleko od miejsca, z którego mógłbym się teleportować. Droga powrotna zajęłaby mi co najmniej jeden dzień. A tyle chyba nie chcecie czekać?
    - No chyba nie... Naprawdę wybrałeś się gdzieś tak daleko akurat dzisiaj? - westchnęłam zrezygnowana.
    - Przepraszam, bardzo chciałbym pomóc... - zawahał się. - Właściwie to wiem, kogo możecie poprosić. I jego jad może okazać się mocniejszy, w końcu jest Wampirem czystej krwi. - Wiedziałam, że wypowiadając te słowa, uśmiechnął się.
    - O kim mówisz? - zdziwiłam się.
    - No jak to o kim? O Louisie. Uważam, że gdyby Becky z nim porozmawiała, chętnie użyczyłby wam swojego jadu.
    - A co ma Becky wspólnego z twoim kumplem? - Jeszcze bardziej zgłupiałam.
    - No jak to co? - zapytał Liam, śmiejąc się ze mnie. - To ty nic nie wiesz? - zawołał z niedowierzaniem. gdy zorientował się, że nie byłam tak dobrze poinformowana jak on. - Powinnaś pogadać o tym z Becky. Już czas, by wyznała ci prawdę. Poproś ją o to, by pogadała z Louisem, na pewno nie odmówi. Muszę już kończyć. Do zobaczenia!
    - Czekaj! - Nie zdążyłam niczego dodać, bo chłopak się rozłączył. - O co mu do jasnej cholery chodziło? - zapytałam na głos, lecz odpowiedziała mi tylko głucha cisza.
    Powoli wróciłam na górę, gdzie przyjaciele wyczekiwali mnie ze zniecierpliwieniem. Gdy tylko przekroczyłam próg, zalała mnie fala pytań, odnośnie mojego nagłego telefonu. Nie odpowiedziałam na nie od razu. Pierwsze co zrobiłam, to podeszłam do Becky i spojrzałam jej prosto w oczy.
    - Mogłybyśmy porozmawiać? Na osobności? - zapytałam. Dziewczyna skinęła tylko delikatnie głową. - Możecie zacząć przyrządzać eliksir? Ja zajmę się ostatnim składnikiem.
    - Jasne - powiedział Chris. - Wszystko w porządku? - Zmartwił się, widząc mój jeszcze nieobecny wzrok. Pokiwałam głową.
    - Nie martw się, opowiem ci wszystko później - obiecałam po czym ponownie wyszłam ze strychu, tym razem prowadząc za sobą brunetkę. Zeszłyśmy po schodach i skierowałyśmy się ku frontowym drzwiom. Zatrzymałyśmy się dopiero pod drzewami, gdzie, miałam nadzieję, znajdziemy choć odrobinę prywatności.
    - O czym chciałaś ze mną porozmawiać? - spytała, widząc, że nie zamierzam zacząć.
    - Właśnie rozmawiałam z Liamem. Niestety, nie może nam pomóc, bo jest daleko stąd. Powiedział mi jednak bardzo interesującą rzecz. Czy wiesz może, czego się dowiedziałam?
    - Nie, no skąd - odparła. Widziałam malujący się na jej twarzy niepokój.
    - Powiedział mi, bym poprosiła cię, byś skontaktowała się z Louisem i że on nam może pomóc z tym jadem. Możesz mi powiedzieć, dlaczego Liam wie coś, czego ja się nawet nie domyślałam?
    - Prue... - Słyszałam jak serce jej przyspieszyło. - Ja...
    - Spotykasz się z nim, prawda? - przerwałam jej.
    - Po co w ogóle ta rozmowa, skoro widzę, że Liam ci wszystko wyśpiewał? - zdenerwowała się.
    - Niczego mi nie wyśpiewał. Nic mi nie powiedział, bo uważał, że to ty powinnaś mi o tym powiedzieć, jako moja przyjaciółka! Sama się domyśliłam. Po jego tonie, po twoim zachowaniu teraz i wcześniej. Przeczuwałam, że może kogoś poznałaś, ale nie sądziłam, że to coś aż tak poważnego. Dlaczego mi nic o tym nie powiedziałaś? Przecież wiesz, że ja akurat stosunek do Wampirów mam dobry. Przyjaźnię się z Liamem, to już chyba ci powinno wystarczyć.
    - Tu nie chodziło o to, że nie masz nic przeciwko Wampirom. Raczej bałam się twojej reakcji. No bo tak szybko zdążyłam się zadowolić po śmierci Davida? Nie miałam pojęcia, co byś sobie o mnie pomyślała. Może że go nie kochałam albo jeszcze coś gorszego...
    - Kochana - westchnęłam. - Naprawdę bałaś się tego, że pomyślę sobie, że nie kochałaś mojego brata? - zapytałam z lekkim politowaniem. Gdy potwierdziła, kontynuowałam. - Wiesz, to dowodzi tylko tego, że mi ni ufasz. Nie wiem, dlaczego, ale musisz wiedzieć, że można kochać więcej niż jedną osobę. Spójrz na Toma. Czy myślisz, że nie kochał Vivian? Albo że tylko udaje przed Rose? Nie. On obie je kocha, na swój sposób, ale jednak jest to prawdziwe uczucie. I wiesz co? Myślę, że David chciałby, byś była szczęśliwa. Nawet jeśli oznaczałoby to związanie się z Wampirem. - Uśmiechnęłam się szeroko.
    - Dziękuję - szepnęła. - I przepraszam. Teraz już wiem, że powinnam ci o wszystkim powiedzieć.
    Przytuliłyśmy się mocno na znak zgody. Potem szybko zmieniłam temat i delikatnie dałam jej znać, żeby zadzwoniła do Louisa. Zostawiłam ją samą, by mogła mu spokojnie o wszystkim opowiedzieć.
~~*~~*~~*~~*~~

    Hej, hej. Piszcie, co myślicie o rozdziale. Jestem naprawdę ciekawa!
    Z okazji Dnia Kobiet wszystkim kobitkom składam najserdeczniejsze życzenia! <3

poniedziałek, 1 grudnia 2014

*28. "...urwę ci głowę, bo coś mi się wydaje, że akurat twoja będzie nam zbędna..."

Rozdział z dedykacją dla Seoany i Nesti :) Za miłe słowa pod ostatnim rozdziałem :) Za to, że przeczytały i skomentowały  rozdział, za co jestem im wdzięczna <3 Cudownie jest przeczytać kochane słowa, które podnoszą na duchu :) Dziękuję *,* 



"Pomoc może nadejść z najmniej oczekiwanej strony..."
 - Zwiadowcy: Ziemia skuta lodem, John Flanagan.



~~*~~*~~*~~*~~

~~ Chris ~~

    Siedzieliśmy z Prue na kocu pod murem bardzo długo. Dziewczyna opierała głowę na moim ramieniu, patrząc na zachodzące za drzewami i budynkami szkolnymi słońce. Spoglądałem na nią od czasu do czasu, bawiąc się jej włosami. Nawijałem cienki kosmyk na swój palec, założyłem jej niesforne włosy za ucho, odgarnąłem wszystkie kosmyki na plecy, bym mógł widzieć całą jej twarz. A wyglądała naprawdę pięknie. Pomarańczowe światło odbijało się w jej niebieskich oczach, sprawiając, że błyszczały. Wyglądała na naprawdę odprężoną i zrelaksowaną. Uśmiechała się delikatnie, przez co wokół jej oczu zauważyłem maleńkie zmarszczki. Musnąłem opuszkiem palca te niewielkie bruzdy. Prue przymknęła oczy, delektując się moim dotykiem i jeszcze bardziej wtulając twarz w moją koszulę. Przejechałem palcem wzdłuż jej policzka, zatrzymując się na podbródku. Pochyliłem się nieco nad nią i pocałowałem ją. Dziewczyna szybko ujęła moją twarz w swoje dłonie, odwracając się w moją stronę. Wplotła palce między moje włosy. Moje dłonie powędrowały wzdłuż jej pleców aż dotarły do bioder. Delikatnie naparłem na nią. Dziewczyna położyła się na kocu a ja na niej. Całowaliśmy się namiętnie, poznając swoje ciała coraz bardziej natarczywie.
    Nie mam pojęcia, jak potoczyłaby się dalej sytuacja, gdyby nie zadzwonił telefon. Najpierw nawet nie oderwaliśmy się od siebie. Ale gdy dźwięk stał się wkurzający, odsunąłem się od dziewczyny i usiadłem obok, szukając po wszystkich kieszeniach telefonu. Prue jęknęła cicho, gdy przestaliśmy się całować.
    - Chociaż zobaczę, kto się dobija - powiedziałem, wyciągając telefon z przedniej kieszeni dżinsów. Spojrzałem na ekran, gdzie pojawił się numer telefonu Damiena. - Muszę odebrać. - Westchnąłem teatralnie i przejechałem palcem po wyświetlaczu. - No co tam? - odezwałem się już do chłopaka, który był po drugiej stronie.
    - Skończyliście już tę swoją schadzkę? - zapytał. W jego głosie słyszałem rozbawienie.
    - Nic ci do tego - odparłem tylko. - Mów, czego chcesz, bo jestem trochę zajęty.
    - Zwołaliśmy zebranie na strychu. Za piętnaście minut macie się tam pojawić, inaczej pójdziemy tam po was i was zgarniemy tak czy inaczej. Zrozumiano?
    - A nie moglibyście się obejść bez nas choć raz? - zapytałem bez nadziei. Od razu wiedziałem, jaką dostanie odpowiedź.
    - Nie. Tu chodzi o Shane'a i Chloe. Czyli musimy skorzystać z wiedzy i pomysłów wszystkich. Nawet tak mało rozwiniętych umysłowo jak ty.
    - Pożałujesz tych słów. Poczekaj, aż cię dopadnę. Zaraz tam będziemy i urwę ci głowę, bo coś mi się wydaje, że akurat twoja będzie nam zbędna - odpyskowałem, rozłączając się. - Idziemy! - zakomenderowałem szybko, podnosząc Prue z koca. Zwinąłem cały piknik w mgnieniu oka. Po chwili już byliśmy w drodze do szkoły.

***

    Wszyscy już znajdowali się na strychu. Jedni siedzieli na kanapie, drudzy na dywanie na podłodze, jeszcze inni na krzesłach. A Damien stał w najdalszym kącie pomieszczenia i spoglądał na drzwi wejściowe. Gdy przybyliśmy do pokoju, szybko odwrócił wzrok. Uśmiechnąłem się mimo woli. Przez cały czas próbowałem utrzymać poważny wyraz twarzy, ale jego niemała obawa rozbroiła mnie.
    - No w końcu się pojawiliście! - zawołała zniecierpliwiona Alice. Siedziała na kanapie razem z Becky i Tomem. Oparte plecami o mebel siedziały Bells i Jen. Na krzesełkach nieco dalej przycupnęli Filip i Alex.
    - Wcześniej nie mogliśmy. Przyszliśmy jak najwcześniej to było możliwe - wyjaśniłem. pociągając Prue za rękę, by poszła za mną. Usiedliśmy naprzeciwko kanapy na miękkim dywanie.
    - Ta jasne, nie musisz się nam tłumaczyć. Najważniejsze, że już jesteście - wtrąciła się Becky.
    - Zaczęliście już? - chciała wiedzieć Prue.
    - Nie, czekaliśmy na was. Chcieliśmy, by każdy był w temacie. Teraz możemy już zacząć - powiedziała Bella.
    - Ma ktoś jakiś pomysł, jak zrobić, by wizja Belli się nie spełniła? - zapytał Damien.
    - Musimy się do nich jakoś dostać, gdziekolwiek się teraz znajdują - powiedziałem.
    - Ameryki w tym momencie nie odkryłeś - zauważył mój przyjaciel. - Na to to chyba każdy wpadł, geniuszu - odparł z przekąsem.
    - Nie bądź taki cwany - odparowałem.
    - Chłopaki, uspokójcie się! - zawołała moja dziewczyna głośno. - Mamy tu poważny temat do obgadania a wy zachowujecie się jak jakieś dzieciaki z przedszkola!
    - Prue ma racje - poparła ją Bella.
    - Sorki - odrzekliśmy razem z Damienem jednocześnie. Spojrzeliśmy na siebie w tym samym momencie, uśmiechając się do siebie od ucha do ucha.
    - Myślę, że nie musielibyśmy się przedostawać do świata, w którym obecnie znajdują się Chloe i Shane - zastanawiała się na głos Alice.
    - Co masz na myśli? - zainteresowałem się. Wszyscy spojrzeli na blondynkę, czekając, aż przedstawi nam swój tok rozumowania. - Uważam - podjęła po chwili milczenia - że wystarczy, jak się z nimi w jakiś sposób skontaktujemy. Nie musimy się bezpośrednio narażać na to, że my także utkniemy w tamtym wymiarze. Po prostu możemy najpierw z nimi porozmawiać a następnie spróbować im pomóc przedostać się do naszego świata.
    - Okej, załóżmy, że to dobry pomysł - zaczęła Becky.
    - To jest dobry pomysł - wtrąciła się przyjaciółce Alice, podkreślając każde słowo.
    - Okej, jest dobry. Ale jak wcielić go w życie? W jaki sposób mielibyśmy się porozumieć między światami z Chloe i Shanem? - zadała kluczowe pytanie brunetka.
    - I tu na scenę wchodzisz ty. - Uśmiechnęła się do niej Alice. Tom, słysząc rozmowę dziewczyn, aż się zachłysnął powietrzem, gdy pojął, o co chodziło blondynce. Pokiwał z uznaniem głową, szczerząc zęby w stronę zadowolonej z siebie dziewczyny.
    - Naprawdę genialny pomysł - poparł ją. - Tylko myślisz, że się uda? - zapytał z powątpiewaniem.
    - Musi - odparła z przekonaniem. - Nie mamy innego wyjścia.
    - Hello! Mógłby mi ktoś w końcu wyjaśnić, na czym polega ten wasz cały genialny plan? - odezwał się trochę zły Damien.
    - I powiedzieć mi, co ja mam z nim wspólnego? - dodała Becky, spoglądając to na Toma, to na Alice niepewnym wzrokiem.
    - To proste. - Wzruszyła ramionami blondynka. - Pomagałaś Chloe otworzyć portal, który przeniósł ich do tamtego świata. Więc teraz musisz zrobić to samo... To znaczy nie to samo. Nie otworzyć portal, tylko za pomocą swojego ducha, skontaktować się z duchem Chloe.
    Spojrzała na ich niewyraźne miny, które wszystkie wyrażały to samo - zagubienie, zdezorientowanie i niedowierzanie. Tylko jeden Tom dalej zachęcał ją do głębszego tłumaczenia swojego planu.
    - Chodzi mi o to, że Chloe również musi mieć, jakieś powiązania z twoją rodziną, skoro tyle wiedziała na temat portalu, którego użyli w marcu. A skoro jest powiązana z twoją rodziną, to oznacza, że także i z tobą. A jeśli jest powiązana, to znaczy, że możesz się z nią bez problemu skontaktować.
    - No dobra, powiedzmy, że rozumiem sens tego, co powiedziałaś przed chwilą. To teraz pytanie do ciebie: jak ja niby mam to zrobić? Nigdy przecież czegoś takiego nie próbowałam - zaprotestowała słabo.
    - Powinnaś porozmawiać o tym ze swoją mamą - zasugerował Tom. - Ona na pewno będzie wiedziała, co zrobić w takiej sytuacji, jak ci pomóc.
    - Popieram - zgodziła się z Tomem Alice.
    - Dlaczego ja? - jęknęła brunetka.
    - Bo nie ja - odpowiedział mądrze Damien.
    - Baardzo śmieszne. Ha. Ha. Ha. Mówiłam poważnie - zirytowała się Becky. Spojrzała na swojego brata, który do tej pory siedział cicho. - A może byś mnie tak poparł? Albo chociaż w ogóle się odezwał? - naskoczyła na niego.
    - Ja? - zdziwił się nieco. Jego siostra pokiwała energicznie głową. - Uważam, że Alice miała dobry pomysł - zaczął ostrożnie. - Ale nie powinno wszystko być na twojej głowie. Musimy podzielić się obowiązkami. To jasne, że ty będziesz odgrywała główną rolę w całym tym przedstawieniu, ale to nie znaczy, że inni nie mogą ci pomóc.
    - A czy ktoś powiedział, że zostawimy ją bez pomocy? - zawołała Bella. - To jasne, że to dużo jak na jedną osobę.
    - Ja proponuję, byś razem z Filipem pogadała z mamą i wyciągnęła z niej wszystkie potrzebne nam informacje. Potem znowu się spotkamy i rozdzielimy resztę obowiązków. A tymczasem w każdej wolnej chwili każdy, podkreślam każdy, ma za zadanie szperać w bibliotece. Może znajdziemy coś ciekawego, co nam się przyda - rozporządziła Prue stanowczym głosem. - Wszystkim odpowiada taki układ? - zapytała dla pewności.
    - Jak najbardziej - odezwał się jako pierwszy Damien. Reszta pokiwała ochoczo głowami. Tylko Becky pozostawała z kwaśną miną.
    - Spokojnie, nie ma się czym stresować - zapewnił Filip, kładąc swoją dłoń na jej ręce. - Wszystko się uda. - Po chwili wahania w końcu i ona niechętnie skinęła głową.
    - No to mamy wszystko ustalone - powiedziałem, wstając z podłogi. - Mam nadzieję, że to oznacza koniec posiedzenia, bo zrobiłem się strasznie głodny. - Wyciągnąłem do góry ręce, prostując się i przeciągając. - Idziemy? - Spojrzałem na Prue, która już stała obok mnie.
    - Jasne. Jeśli oczywiście już możemy iść. - Rozejrzała się dokoła, szukając oznak sprzeciwu wśród zgromadzonych. Gdy go nie zauważyliśmy, pożegnaliśmy się i wyszliśmy z pokoju.

~~ Prue ~~

    Od razu ze spotkania poszliśmy do żeńskiego internatu, gdzie w małej kuchence przy salonie zrobiliśmy późną kolację, którą zjedliśmy, oglądając telewizję. Nie miałam pojęcia, co właściwie oglądaliśmy. Głowę cały czas zaprzątały mi myśli o Chloe i Shanie. Niby mieliśmy jakiś tam pomysł. Chłopaki uważali, że był dobry, ale ja i tak się martwiłam. I miałam się martwić dopóki tamta para nie stanie naprzeciwko mnie i nie zobaczę na własne oczy, że już im nic nie grozi.
    Siedziałam, opierając głowę o ramię Chrisa. Czułam się przy nim naprawdę bezpieczna. Nie zdziwiłam się więc, że zasnęłam.
    Gdy się obudziłam, wydawało mi się, że śniłam o Stylesie i Maliku, którzy razem coś kombinowali, byleby tylko się mnie pozbyć. Zobaczywszy jednak śpiącego obok mnie Chrisa, który wyglądał słodko i tak bezbronnie, od razu ten pomysł wyleciał mi z głowy. Potem, kiedy przypomniało mi się, że jednak coś takiego pamiętam, zgoniłam wszystko na przewidzenia i mary senne. I może gdyby nie to, zapobiegłabym dalszemu rozwojowi wypadków, który okazał się dla nas naprawdę tragiczny.

~~*~~*~~*~~*~~

    Heejooo :D Taki tam spojler na końcu rozdziału. Rozdział o dziwo pisało mi się przyjemnie. Czasami miałam jakieś zgrzyty, ale na szczęście udało mi się go skończyć. Jestem ciekawa Waszych opinii na jego temat.
    Tak więc do kolejnego!

piątek, 27 czerwca 2014

*20. "Bądź z nią szczery we wszystkim, w czym tylko możesz."

Rozdział dedykuję całej mojej klasie. Smutno mi się robi, gdy pomyślę, że już może nigdy się nie spotkamy, nie w takim gronie. A byłoby super. Tyle wspólnych wspomnień będziemy dzielić - tych smutnych, wesołych czy zabawnych. Tak dużo się przez te trzy lata wydarzyło! Aż trudno zliczyć. Cieszę się, że trafiłam do tej 3b. Mimo wielu kłótni, niezorganizowania, nie lubienia się wszystkich członków klasy, było świetnie i bardzo dobrze będę wspominać gimnazjum. Przede wszystkim dzięki Wam, bo na nic innego nie mogę liczyć :D Dziękuję Wam ludziska za te trzy lata spędzone razem! ♥ I mam nadzieję, że jednak wybierzemy się razem gdzieś jeszcze! Jeny, chłopaki mogli się ze mnie śmiać, że płakałam, ale strasznie mi będzie Was brakować! ♥


Mimo tylu pomyłek
I tak będę z tobą
Mimo tak wielu granic
I tak będę z tobą
Mimo tylu nieznanych
I tak będę z tobą
I tak będę sobą
- Będę z tobą; LemON


~~*~~*~~*~~*~~

~~ Rose ~~

    Prue naciągnęła strzałę na cięciwę, wymierzyła w tarczę i strzeliła. Dokładnie śledziłam każdy jej ruch. Bo cóż innego mi pozostało? Nie chciałam jej rozpraszać rozmową, a przecież sama zgodziłam się, by przyjść tutaj z nią, by mogła poćwiczyć. Szczerze, całkowicie nie rozumiałam, dlaczego nie chciała powiedzieć Chrisowi o tym, że uczy się strzelać z łuku. Według mnie to było bardzo fajne. Co prawda sama bym na pewno nawet nie spróbowała, ale skoro jej się to podoba... Ale cóż, nie rozumiałam wielu rzeczy, które ostatnio działy się wokół mnie. I już mnie to nie dziwiło.
    Nie trafiła w środek tarczy, sama przyznała mi się, że tylko raz udało jej się tego dokonać, z mniejszej odległości, ale strzała utkwiła naprawdę bardzo blisko środka. Dziewczyna przekrzywiła głowę, oceniając, jak jej poszło. Chyba uznała, że całkiem nieźle, bo usiadła obok mnie, kładąc delikatnie łuk i kołczan ze strzałami na ziemi.
    - Gdzie ty się tego nauczyłaś? Normalnie aż strach koło ciebie siedzieć - zagadnęłam.
    - Filip mnie wszystkiego uczy. Przypadkowo kiedyś się tu na siebie zetknęliśmy i go o to poprosiłam, a on nie odmówił. Wiesz, że zawsze chciałam się nauczyć strzelać z łuku.
    - Chyba odkąd obejrzałaś "Opowieści z Narnii" - powiedziałam.
    - To też. - Zaśmiała się.
    - Wiesz, że będę tęsknić? - zapytałam nieśmiało.
    - Na pewno nie bardziej ode mnie - odparła.
    - Oj nie wiem, nie wiem. Nie byłabym tego taka pewna. Tak strasznie mi ciebie brakuje w Londynie! Chciałabym, by wszystko było tak jak dawniej - wyznałam.
    - Też chciałabym wrócić do Londynu, ale wiesz, że nie mogę. Muszę zostać tutaj. Ale jeśli wszystko dobrze pójdzie, przyjadę na Święta Bożego Narodzenia. - Uśmiechnęła się krzywo. Wiedziałam, że myśli o tym samym co ja. Że do świąt jeszcze pół roku. Że to zdecydowanie za długo. Objęłam ją ramieniem i przyciągnęłam do siebie. Położyła głowę na moim ramieniu a ja swoją na jej głowie. Siedziałyśmy tak, kołysząc się w prawo i w lewo przez jakiś czas, nie odzywając się do siebie. Cieszyłyśmy się tą chwilą, czerpałyśmy na zapas szczęście z tego, że byłyśmy razem, siedziałyśmy obok siebie, tuliłyśmy się.
    - Co tam u ciebie i Toma? - zapytała znienacka.
    - A co ma być? - zdziwiłam się. Spojrzałam na nią, zastanawiając się, czy ze mnie nie drwi, lecz mówiła całkiem poważnie. Przynajmniej na taką wyglądała.
    - No nie wiem. Dlatego się pytam. Ostatnio dużo czasu spędzałaś ze mną. Nie było mu z tego powodu przykro? W końcu już jutro wyjeżdżasz.
    - Wiesz, gdy z nim gadałam, zachowywał się jakoś dziwnie. Tak właściwie to ja cały czas nawijałam, a on milczał. Spytałam go, czy wszystko w porządku, ale on powiedział, że tak i żebym się nim nie przejmowała. Ale jak mam się nie przejmować jak widzę, że coś go gryzie. Zależy mi na nim jak na nikim do tej pory...
    - To było straszne pół roku dla nas wszystkich. Musisz postawić się w jego sytuacji. Czy nie zachowywałabyś się tak samo? Pomyśl.
    - Ale czuje, że to nie ma nic wspólnego z Vivian. Nie w tym sensie. Wydaje mi się, że chodzi o mnie. Mam takie przeczucie... Tylko kompletnie nie wiem, czy poprawne. I nie wiem, jak to sprawdzić, bo Tom nic mi nie chce powiedzieć.
     - A myślisz, że mnie by powiedział? - spytałam ostrożnie. Nie wiedziałam, czy chciała, bym wchodziła buciorami w ich sprawy.
    - Nie mam pojęcia, ale jeśli chodzi o mnie to pewnie tobie szybciej powie niż mnie. Porozmawiałabyś z nim? Strasznie się o niego boję... - wyznałam. Prue zaśmiała się cicho. - No co?
    - Nic, po prostu cieszę się, że w końcu znalazłaś kogoś, kto ci się podoba i odwzajemnia twoje uczucia. Jakoś nigdy nie miałaś szczęścia w miłości.
    - Ale za to zawsze miałam szczęście w kartach - odparłam. Obie zaśmiałyśmy się głośno.
    - Będzie mi ciebie brakować! Bardzo! - Westchnęła Prue, podnosząc się z ziemi.

~~ Tom ~~

    Prue znalazła mnie między regałami w bibliotece. Właśnie odkładałem książki na swoje miejsce, gdy podeszła do mnie i zagadnęła.
    - Hej, co tam? - Odwróciłem się do niej, uśmiechnąłem delikatnie i wzruszyłem ramionami. Potem wróciłem do poprzedniej czynności. Dziewczyna sięgnęła po następną nieuporządkowaną książkę i położyła na odpowiedniej półce. - Gadałam dzisiaj z Rose.
    - Codziennie z nią rozmawiasz - zauważyłem.
    - To prawda - przytaknęła. - Ale dzisiaj rozmawiałyśmy o tobie.
    - O mnie? - zdziwiłem się.
    - O tobie - potwierdziła. - Martwi się o ciebie.
    - Niepotrzebnie. Nic mi przecież nie jest.
    - No właśnie nie jestem pewna. Dziwnie się zachowujesz.
    - To znaczy jak? - zapytałem, przerywając na chwilę pracę. Spojrzałem jej prosto w oczy. Wiedziałem, że ma mocne argumenty. Widziałem w jej oczach, że się nie podda dopóki nie powiem jej prawdy.
    - Wiesz, gdybym to ja wiedziała, że pozostał mi jeden dzień z Chrisem zanim by nie wyjechał gdzieś daleko i potem nie mogłabym się z nim widywać to wykorzystałabym ten czas jakoś bardziej... Spędziłabym z nim jak najwięcej czasu, wiedząc, że później może być to niemożliwe. Czy to nie dostateczny dowód na to, że zachowujesz się inaczej niż zwykle?
    - Sam nie wiem. My nie jesteśmy jak ty i Chris. Nie chodzimy ze sobą pół roku. Znamy się jakieś dwa tygodnie... Czy to możliwe, żeby w tak krótkim czasie się zakochać? - spytałem.
    - Rose się zakochała - odparła. Serce zabiło mi szybciej. Prue spojrzała na mnie uważniej. Przekrzywiła głowę i uśmiechnęła się. - O co chodzi?
    - Nie mam pojęcia, czy to wypali. Czy ja i Rose... Czy ten związek ma przyszłość? Czy damy radę tak na odległość, nie mówiąc sobie pewnych rzeczy?
    - Nie przekonasz się, dopóki nie spróbujesz. Zaryzykuj, a przekonasz się, że warto.
    - A jeśli okaże się, że to dla nas zbyt trudne? Nie chcę skrzywdzić ani siebie, ani jej. Ale jeśli zaangażujemy się bardziej to skrzywdzimy się na pewno.
    - Nie, jeśli pozostaniecie sobą. Jest tyle par na świecie takich jak wy i normalnie żyją, pobierają się, mają dzieci. Rodzice Alice na przykład. Jej mama jest Zmiennokształtną, a jej ojciec człowiekiem.
    - Naprawdę? Nie wiedziałem.
    - Według mnie jesteście dla siebie stworzeni. Tylko nie możesz się od niej odwracać. To również ją rani. Bo bardzo się o ciebie martwi. Bądź z nią szczery we wszystkim, w czym tylko możesz. Wtedy będzie wam o wiele łatwiej.
    Wiedziałem, że miała racje. Tylko czy tego nie spieprzę? Czy już nie spieprzyłem?
    - Idź do niej. Czeka na ciebie już tak długo, nie pozwól jej, by czekała jeszcze dłużej - usłyszałem głos Prue. Porzuciłem książki na środku biblioteki i wybiegłem z niej, szukając Rose.

~~ Prue ~~

    Przy żegnaniu Rose było mnóstwo łez, uścisków, pocałunków. Pustki, smutku, żalu. Ale w końcu wyjechała, a my musieliśmy żyć dalej.
    Przez kolejne dni nie działo się nic ciekawego. Powoli wdrażaliśmy się w szkolne życie. W weekend należało odrobić zaległe prace domowe, które nauczyciele zadali nam na te trzy tygodnie wolnego. Nie były to trudne zadania, ale i tak zmarudziłam przy nich większość soboty. Na szczęście przy kolacji czekała nas miła niespodzianka. Stark ogłosił, że dwudziestego siódmego lipca odbędzie się dyskoteka. Gdy tylko to powiedział, wszyscy zaczęli krzyczeć z radości i klaskać.
   - Dobrze, dobrze. Wiem, jak bardzo jesteście rozradowani, ale mam jeszcze jedno ogłoszenie. Otóż przyszły wyniki waszych egzaminów. Bardzo się cieszę, bo wypadły nadzwyczaj dobrze. Poprosiłbym, by przewodniczący klas przyszli do mnie po kolacji, by odebrać dokumenty, z których dowiecie się o waszych wynikach. Smacznego! Radujcie się, bo macie z czego! - zakończył i wyszedł ze stołówki.
    Przewodniczącą naszej klasy na początku roku została Alice i to ona, w towarzystwie Damiena, po kolacji poszła do Starka. Natomiast ja razem z Becky i Chrisem wyszliśmy na dwór. Usiedliśmy na trawie pod drzewami. Zamierzałam wypytać dziewczynę o to, jak było u jej rodziców, czy wydarzyło się coś szczególnego. Lecz kiedy o to zapytałam, Beck zaczęła opowiadać jakich to fantastycznych ma rodziców, że Maya, mimo jej trudów, nie przekonała się do niej. Nie wspomniała ani słowem o jakiś wydarzeniach, które ją zmieniły. A coś ją diametralnie zmieniło. Dużo częściej się uśmiechała - a raczej uśmiechała się cały czas. Przestała ubierać się cała na czarno. Nadal zakładała jedną rzecz ciemną, ale reszta miała różne barwy. Już nie uciekała, spędzała dużo czasu z nami lub z Filipem. Bardzo mnie to cieszyło, lecz nie wiedziałam, co stało za tą nagłą zmianą.
    Alice dopiero po dobrej godzinie przyniosła kartki z naszymi wynikami. Szybko je nam rozdała. Drżącą ręką rozłożyłam złożony na pół papier. Przejechałam pobieżnie wzrokiem po długim ciągłym tekście. Bla, bla, bla... Gadanina o formalnych częściach egzaminów. Dalej w kolumnie wypisane zostały przedmioty a obok nich procenty punktów, które uzyskałam.

język angielski - 88%
język hiszpański - 59%
matematyka - 70%
fizyka i chemia - 71%
geografia - 100%
biologia - 63%
historia - 92%
WOS - 85%
eliksiry - 50%
samoobrona - Powyżej oczekiwań
test samokontroli - Powyżej oczekiwań

    Mogłam być z siebie dumna. Nic poniżej połowy i nawet eliksiry i hiszpański poszły mi lepiej niż myślałam. Najbardziej cieszyłam się z maksymalnej liczby punktów z geografii i aż tylu procent z historii. Mimo tak nieumiejącego przekazywać wiedzę nauczyciela, napisałam egzamin na 92%. To był dowód na to, że jednak coś tam umiałam. Bo nie sztuka jest nauczyć się, gdy nauczyciel jest wymagający. Sztuką jest coś wiedzieć, gdy ma się tak niedobrego nauczyciela jak my.

 ~~*~~*~~*~~*~~

    PUK, PUK!
    Hej, jest tu kto? Czy wszyscy mnie już opuścili nawet na blogu? Jeśli jesteście to dajcie jakiś znak swojej egzystencji, bo nie wiem, czy jest sens, bym dalej publikowała, skoro nie czytacie.Wiem, że teraz to same flaki z olejem, ale muszę pewne sprawy podokończać, by móc ze spokojem przejść do najważniejszej części tego opowiadania.
    Dzisiaj krótszy, bo się załamałam. Wszyscy się z kimś żegnają i nie daję już rady nic wymyślić, ale już wkrótce urodziny Becky, a potem to się będzie działo :D Tylko chcę Was widzieć!
Zuza♥