Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Harry Styles. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Harry Styles. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 13 października 2015

~8. "Od kiedy to karzemy kogoś za pochodzenie?"

"Do sądu nie idzie się po sprawiedliwość, ale po wyrok."



~~ Louis ~~

Najbardziej szkoda mi było Becky. Musiała bardzo przeżyć to, co się ze mną działo. W chwili rozstania widziałem łzy w jej oczach. Strach czułem poprzez nasze Skojarzenie przez cały czas. Obawiała się o mnie. O to, co mi zrobią, o to, jak ta cała sprawa się dalej potoczy.
Sam nie bałem się niczego. Już nie obchodziło mnie to, co ze mną zrobią. Całe życie myślałem, że robię wszystko dobrze, służąc Stylesowi. Potem, kiedy poznałem, jacy są naprawdę Zmiennokształtni i zdradziłem "swoich" na ich rzecz, przeczuwałem, że prędzej czy później, któraś ze stron mnie dopadnie. Raczej sądziłem, że to będą Wampiry, ale nie dziwiłem się, że Derek również chce sprawiedliwości. Sam bym tak uczynił na ich miejscu. W końcu swoje zrobiłem i powinienem odpokutować. Tylko czy kara będzie sprawiedliwa?
Nie mogłem im niczego zarzucić. Jak na "więźnia" traktowali mnie niezwykle łagodnie. Zamknęli mnie w jakimś pomieszczeniu, do którego wstawili nawet wygodne łóżko, biurko, krzesło i lampkę. Na półce wiszącej nad łóżkiem ustawiono kilka książek, ale nie zwracałem na nie uwagi. Po prostu położyłem się i leżałem, rozmyślając. Nie miałem na co narzekać, ponieważ wieczorem przynieśli mi jedzenie. Co prawda ludzkie, ale sam fakt, że pomyśleli o mnie, podnosił mnie na duchu. Może nie będzie tak bardzo źle jak mi się wydawało?
Cały czas myślami byłem przy Becky. Próbowałem dowiedzieć się, co się z nią działo, czy ją już przesłuchiwali, czy jej także groziło jakieś niebezpieczeństwo. Wątpiłem, że zrobią swojemu jakąś krzywdę, ale w mojej sytuacji musiałem brać pod uwagę wszystkie opcje. Non stop zapewniałem ją w swoich myślach, że nic mi nie jest, żeby się o mnie nie martwiła, że sobie poradzę. Ale ona i tak się obawiała. Szukała mnie, choć nic z tego nie wyszło.
Miałem tylko nadzieję, że jeżeli nie wyjdę z tego cało, Becky nie załamie się tak jak po stracie Davida. Winiłbym się do końca swojego marnego życia, a jeżeli później również potrafiłbym to wspominać, to na całą wieczność. I choć nie było mnie przy niej, kiedy umarł brat Prue, mogłem sobie wyobrazić co choć w części przeżywała.
Spędziłem w więzieniu kilka godzin; nie wiem, ile dokładnie, ponieważ straciłem rachubę czasu, choć zdawałem sobie sprawę, że zapadł już zmierzch. Mniej więcej w tym czasie własnie przynieśli mi posiłek. Nie musiałem długo czekać na kolejną wizytę. Tym razem był to Derek w towarzystwie wielu Zmiennokształtnych, którzy robili za obstawę.
– Zabieramy cię na przesłuchanie – oznajmił dyrektor, spoglądając mi prosto w oczy. Następnie skinął w kierunku dwóch mężczyzn, którzy stali przy samych drzwiach. Związali mi dłonie i poprowadzili w tylko im znanym kierunku.
Na dworze nie było ciemno, zimno również nie; mimo to zadrżałem. Już za chwilę miały przesądzić się losy o moim dalszym życiu a ja nie miałem nic na swoją obronę. Bardzo chciałbym powiedzieć im wszystkim, że żałuję, ale czy to coś da? Nie uwierzą mi. Sam bym sobie przecież nie uwierzył.
Przeszliśmy kawałek przez plac, minęliśmy wielkie wejście główne, zgadywałem, że to właśnie tam mieściła się szkoła. Weszliśmy przez jakieś boczne wejście do nieoświetlonego pomieszczenia. Moje oczy momentalnie się przyzwyczaiły, lecz równie szybko zapalono światło, więc przeciwnik mnie zdekoncentrował i przez dobrą chwilę nie widziałem praktycznie niczego. Dopiero później mogłem spokojnie dostrzec długi stół naprzeciwko drzwi, za którym już zasiadali jacyś Zmiennokształtni. Mnie usadzono naprzeciwko nich przy jednym z niskich stolików. Ala salę sądową urządzono w mniejszej z sal; w kącie nadal stał stojak na mapy a za plecami Dereka wisiała tablica.
Oprócz dyrektora nikogo nie rozpoznałem. Kojarzyłem jedną czy dwie twarze, ale nie potrafiłem przypisać im imion czy choćby stanowisk, jakie obejmowali w stadzie. Byli po prostu ludźmi, którzy przyszli mnie osądzić, całkowicie mnie nie znając.

~~ Becky ~~

Nie wiedziałam, co o tym wszystkim myśleć. Najpierw mój brat dołącza do zespołu Dereka, który ma za zadanie skazanie mojego ukochanego. Następnie zamykają Louisa gdzieś, nie mam pojęcia gdzie i nie dają mi z nim porozmawiać. Nawet Filip zachowuje się inaczej. Przez całą drogę do szkoły próbowałam mu wytłumaczyć, że Lou jest niewinny, że go kocham, że nic nie zrobił, ale on mnie jakby w ogóle nie słuchał. Przytakiwał tylko, a potem palnął mi wykład o tym, jakie to Wampiry są niebezpieczne. Nim ugryzłam się w język, odgryzłam mu się, że on również w połowie jest Wampirem. Nic na to nie odpowiedział, nastroszył się jedynie i odburknął coś niezrozumiale. Nie zamierzałam go ranić, ale to on pierwszy zaczął i nie mogłam pozwolić mu na to, by źle rozpatrywał sytuacje. Dobrze wiedziałam, że się o mnie martwił, ale nie miał prawa dyktować mi, co mam robić,  a czego nie i z kim.
Kiedy już wróciliśmy do szkoły, nie odzywałam się do niego całkowicie. Wolałam przeczekać ten czas, kiedy musiał wszystko przemyśleć, nawet jeżeli tego nie robił. Wkurzył mnie swoim postępowaniem oraz tym, że nie dał sobie wytłumaczyć niczego. Jakby zamknął się w sobie z jakiegoś powodu. Nigdy taki nie był, więc nie rozumiałam tej nagłej przemiany. Miałam tylko nadzieję, że w końcu mu przejdzie i zrozumie, dlaczego zrobiłam tak a nie inaczej.
Próbowałam go znaleźć, ale moje starania zeszły na panewce. Cały czas starałam się mieć z nim kontakt, więc nie mogłam się na niczym innym skupić. Kiedy ktoś do mnie coś mówił, prosiłam, by powtarzał kilka razy, bym w końcu mogła go zrozumieć.  Tak samo było w momencie, kiedy Shane wyciągnął nas z salonu, chcąc coś pokazać. W pierwszej chwili pomyślałam, może nawet łudziłam się, że przez przypadek znalazł Louisa, ale po chwili dotarło do mnie, że to raczej niemożliwe. Wszedłszy do kostnicy, również nie połączyłam od razu faktów. W ogóle już miałam się zapytać, po co on nas tam przyprowadził, ale na szczęście w porę odezwał się Chris, pytając go o to, gdzie Prue. I już wtedy zrozumiałam, że moja przyjaciółka zniknęła, choć przecież jeszcze nie tak dawno leżała martwa na stole.
Wróciliśmy do salonu pogrążeni w ciszy. Nikt się nie odzywał, ja nadal próbowałam połączyć się z Louisem, wywiedzieć, gdzie się znajdował. Na próżno. Nawet nie wiedziałam, czy trzymali go na terenie szkoły czy już po za nim. Kompletnie nic! Louis nie dopuszczał mnie do tych części jego myśli, żebym go nie szukała.

~~ Louis ~~

Przesłuchanie rozpoczęło się punktualnie o dwudziestej. Na początku kazano mi się przedstawić, powiedzieć coś o sobie, głównie interesował ich status krwi, rodzina, najbliżsi. Zadawali mało pytań, nie chcieli znać przecież całego mojego życia. Chodziło im głównie o poznanie mnie.
Dopiero z czasem przeszli do pytań trudniejszych. Kazali na przykład opisać dzień, w którym poznałem Stylesa.  Pytali o niego, o zlecenia, jakie musieliśmy wykonywać. Odpowiadałem bez zahamowań, zdając sobie sprawę, że i tak już o wszystkim wiedzą, pragną tylko, bym wszystko potwierdził.
– A jak poznałeś Rebbecę Tonkin? – W końcu padło pytanie, którego się obawiałem. Wszyscy ludzie przede mnie wpatrywali się we mnie, notując coś, cokolwiek zauważyli czy jeżeli powiedziałem coś, co szczególnie ich zainteresowało.
– Poznaliśmy się przez Liama. On... On przyjaźnił się z Prue i od słowa do słowa wyszło na to, że na siebie wpadliśmy w Manchesterze. Ja... kiedy ją zobaczyłem wtedy, podczas bitwy w lesie... Poczułem coś. Sam nie wiem, co to było... Mogłem ją zabić, ale nie zrobiłem tego. Spoglądając jej w oczy, przeszła mi ochota na wypełnianie poleceń Stylesa, na zabijanie niewinnych ludzi tylko po to, by się pożywić. Dostrzegłem w Zmiennokształtnych dobro, swego rodzaju sympatię. Zobaczyłem wady bycia Wampirem i zalety życia takiego, jakie wiódł Liam już od jakiegoś czasu. Chciałem stać się lepszy i dzięki Becky w końcu mi się to udało. Nie żałuję, że się poznaliśmy, że spędziliśmy razem cudowne chwile. Mam tylko nadzieję, że przeze mnie nie będzie cierpiała. Tego bym sobie w życiu nie wybaczył. – Nie miałem pojęcia, dlaczego to mówiłem, ale nie potrafiłem przestać. Czułem potrzebę wyrzucenia z siebie wszystkiego, co ostatnimi czasy leżało mi na sercu.
Wszyscy zebrani patrzyli na mnie zdziwieni. Nie spodziewali się po mnie takich wyznań? Uważali, że skoro jestem Wampirem, to nie potrafię czuć, współczuć, kochać? Skoro tak, to bardzo dobrze, że się przed nimi tak otworzyłem. Może w końcu dostrzegą kogoś więcej niż tylko maszynę do zabijania.
Po moich słowach nastała chwila ciszy. Derek spojrzał najpierw w jedną stronę, kiwając głową, następnie w drugą. Dopiero kiedy uzyskał zgodę już wszystkich zebranych, zerknął na mnie.
–  Musimy się naradzić – oznajmił chłodno. Mnie wyprowadzono a rada rozpoczęła swoje obrady.
Straż nie spuszczała mnie z oka nawet na moment. Wszelki mój ruch był odnotowywany, jakby sądzili, że mógłbym uciec. Irytowały mnie ich ciągłe spojrzenia, ale cóż mogłem poradzić?
Na szczęście rada nie kazała mi długo czekać na wyrok. Znów zająłem swoje miejsce, tym razem nie pozwolono mi już usiąść, musiałem stać. Derek również wstał, trzymając w ręku podkładkę, z której zapewne miał odczytać wyrok. Zacisnąłem mocno pięści, uniosłem wysoko głowę, chcąc stawić temu czoła. Tylko na moment przymknąłem powieki, czekając w napięciu.
– Louisa Tomlinsona uznaje się winnego zarzucanych mu czynów... – padły pierwsze słowa, które przerwało wtargnięcie kogoś do sali. Wszyscy jak na komendę spojrzeli w tamtą stronę. Derek już chciał nakrzyczeć na przybysza za to, że zakłóca sąd, lecz powstrzymał się, widząc, kto wszedł.
– Zdążyłam? - zapytała Prue, odgarniając swoje włosy z policzka. Widać było, że biegła, oddychała szybko, serce również pracowało na najszybszych obrotach. Rozejrzała się dokoła i chyba jej ulżyło, widząc mnie. – Część, Louis, cześć, tato. Widzę, że się już poznaliście – powiedziała kąśliwie.
Nikt nie odpowiedział. Każdy patrzył na nią jak na dziwadło. W końcu chyba po części nim była, prawda? Przecież jeszcze nie tak dawno wszyscy przeżywali żałobę po jej śmierci, jej ojciec chciał się na mnie zemścić za to, co zrobił Styles.
– Widzę, że zdążyłam. Chciałabym więc zabrać głos w sprawie Louisa – oznajmiła poważnie, tonem, jakby się znała na prawie.
– Ale... Przecież ty... – odzyskał głos Derek. – Prue, kochanie, to ty? – zapytał.
– Oczywiście, że ja, tato. Ale porozmawiamy o tym kiedy indziej. Będzie na to czas. Teraz jestem tutaj po to, by powiedzieć ci, że nie możesz go ukarać. W ogóle nie możesz tak bezprawnie urządzać sądów. Sprawy powinny być rozstrzygane z odpowiednią procedurą, przecież wiesz, znasz się dużo lepiej ode mnie na prawie Zmiennokształtnych.
– Ale przecież to Wampir... – zaczął protestować.
– Tato – postawiła sprawę jasno. – Znam kilka Wampirów... Znałam... Którzy byli wspaniali. Mój przyjaciel, jeden z wierniejszych, był Wampirem. Louis również jest moim kolegą. To chłopak Becky. On nie zrobił nic złego. Od kiedy to karzemy kogoś za pochodzenie? Wiesz, kiedy poznałam Liama, poczułam się z nimi w pewien sposób powiązana. W końcu oba nasze gatunki są nadnaturalne i my wszyscy nie powinniśmy używać swoich mocy przeciwko sobie. Musimy się wspierać, a to najlepszy moment, by zacząć to robić, ponieważ Styles nie żyje. Nie po to umarł David, Liam, nawet ja na chwilę, byśmy teraz się nawzajem wykończyli – zakończyła. Łzy pojawiły się w jej oczach, kiedy wspominała swoich bliskich zmarłych. Mnie również coś tknęło, słysząc o Liamie, widząc Prue całą i żywą.
Zerknąłem na Dereka. Patrzył cały czas na córkę. Widać było, że hamuje się, by nie rzucić się na nią i nie przytulić do siebie. Nie dziwiłem mu się. W końcu nie codziennie człowiek dowiaduje się, że jego dziecko jednak nie umarło.
– Tato – szepnęła, podchodząc do niego. Mijając mnie, ścisnęła na moment moją dłoń. Była ciepła, co tylko potwierdziło to, że żyje.
Kiedy Pure podeszła do ojca, ten już darł papier, z którego odczytywał wyrok. Pozostała część rady spoglądała na niego zaskoczona, zapewne nie wiedząc, co o tym wszystkim myśleć.
– Niewinny – dodał na koniec i przytulił Prue, która zaśmiała się serdecznie. Mnie kamień spadł z serca. W końcu wiedziałem, na czym stałem.
Nie wiedziałem, co ze sobą począć. Nie chciałem przeszkadzać radującym się z powrotu Prue, więc pragnąłem wymknąć się cichaczem. Straż mi jednak w tym przeszkodziła i zastawiła drzwi. Nie miałem więc innego wyjścia jak usiąść na krześle i czekać, aż reszta przypomni sobie o mnie.
– Prue! – zawołał nagle Derek przerażony. Zerknąłem w jego stronę i zobaczyłem bezwładne ciało dziewczyny w jego ramionach. Ruda kobieta już była przy nich i badała Prue. Przerażony, podbiegłem, by zobaczyć, co się stało.

~~*~~*~~*~~*~~

Wybaczcie ogromne spóźnienie, ale szkoła daje mi ostatnio w kość. Cały czas coś, a jak wróciłam w weekend to praktycznie cały przespałam ;) Ale rozdział już jest, mam nadzieję, że się podoba ;) A co tam u Was? Chwalcie się <3

piątek, 19 czerwca 2015

Prolog

Dziękuję wszystkim, którzy doczekali ze mną tej chwili ;) Mam nadzieję, że nowa cześć przypadnie Wam do gustu ;) 


"To, co za nami i to, co przed nami,ma niewielkie znaczenie w porównaniu z tym, co jest w nas..."- Olivier Wendell Holmes



~~*~~*~~*~~*~~


~~ Shane ~~

    W salonie panowała kompletna cisza, nie licząc oczywiście cicho grającego telewizora, w którym podawano najświeższe wiadomości. Nikt od kilku godzin nie wypowiedział ani słowa. Becky i Alice, skulone siedziały tuż obok siebie. Chloe opierała głowę na moim ramieniu, bojąc się zapewne, że niedługo i ja zniknę. Oczywiście i ja na początku miałem takie obawy, ale gdy mijały kolejne godziny, odkąd walka się zakończyła, a ciało Prue zabrali, by je oczyścić i stosownie ubrać, dotarło do mnie, że nigdzie się stąd nie wybiorę. Nie dlatego, że nie chcę, raczej, ponieważ to nie jest moim przeznaczeniem. Miałem zostać na miejscu, ponieważ... Ponieważ moi rodzice nie umarli w bitwie, nadal żyją i mają się dobrze, choć żadne z nich na pewno o tym nie wie.
    Oczywiście nadawanie wiadomości zaczęto od najbardziej szokującej informacji - Liam Payne oraz Harry Styles, członkowie zespołu One Direction, zginęli w niewyjaśnionych okolicznościach. Cały świat opłakiwał kogoś, kto na to nie zasłużył oraz kogoś niezwykle odważnego. Większość z nich nawet pewnie ich nie znało; ot zwykłe fanki. Gdy gdzieś tam, na zewnątrz opłakiwano gwiazdy, my mieliśmy swoją własną tragedię.
    Gdy dziennikarka w telewizji zaczęła przeprowadzać wywiady, pytając rozżalone młode dziewczyny o to, jak się czują, po tym, jak dowiedziały się o śmierci ich idoli, Chris poruszył się pierwszy raz od paru godzin. Zerknął spode łba na odbiornik i skrzywił się. Zamknął oczy a dłonie przytkał do uszu, zatykając je.
    - Wyłącz to! - wrzasnął. W jego krzyku usłyszałem wszystkie emocje, jakie w nim siedziały od tych kilku godzin - ból, żal, rozpacz, smutek, rozżalenie, bezradność, miłość... Nie odzywając się, spełniłem jego prośbę. Rozumiałem, dlaczego nie mógł tego słuchać. To Harry był sprawcą całej tragedii a robili z niego superbohatera, którym z pewnością nie był.
    - Chris, musisz się uspokoić - podjąłem próbę wytłumaczenia mu tego, co ja z tego wywnioskowałem. - Nie jesteś sobą...
    - To kim jestem? - zapytał, spoglądając na mnie nienawistnym wzrokiem. Przerwał mi, ale nie przejąłem się tym zbytnio. Starałem się zapanować nad swoimi emocjami, bo wiedziałem, że jemu jest trudno, niewyobrażalnie trudno.
    - Wiem, że jesteś smutny, bo... - urwałem, zdając sobie sprawy, że nie miałem pojęcia, jakiego słowa użyć, by zabrzmiało to jak pocieszenie a nie jak współczucie mu. - Ale da się to wszystko odkręcić - dodałem po chwili, wahając się. Bałem się, że się myliłem, że zrobię mu niepotrzebną nadzieję.
    - Da się odkręcić? Śmierć? - zaśmiał mi się szyderczo prosto w twarz. - Czy ty w ogóle słyszysz, co mówisz? - zadrwił. Spojrzenia wszystkich skierowały się na naszą małą scenkę. Słuchali uważnie, wyrwani z otępiającego bólu. Nie patrzyłem na nich, ponieważ samo wpatrywanie się w rozsypanego Chrisa, przynosiło nie do zniesienia emocje.
    - Nie śmierć - zaprzeczyłem, jakby to było coś oczywistego. Z resztą, czy to nie było? - Ale to, co się stało... - Starałem się dobrać odpowiednie słowa, lecz mi to zdecydowanie nie wychodziło.
    - Kpisz sobie ze mnie? - zdenerwował się jeszcze bardziej. Wstał i podszedł do mnie. Widziałem złość, objawiającą się w jego niebieskich oczach, które z każdym momentem przybierały złotawy odcień. Zadrżał a ręce zwinął w pięści. Czułem jego przyspieszony oddech na swoim policzku. Mimo jego bliskości, jego dominacji nade mną, nie wycofałem się, brnąłem w wyjaśnienia dalej.
    - Nie, jasne, że nie - powiedziałem szybko, jakby się usprawiedliwiając. - Po prostu wiem lepiej od ciebie, co tak naprawdę się wydarzyło. A przynajmniej tak mi się wydaje... - dodałem w myślach ostatnie zdanie.
    - A niby skąd to możesz wiedzieć, co? - zadrwił.
    - Bo jestem twoim synem, do cholery! - zawołałem, tracąc już całkowicie nerwy. Dopiero, gdy usłyszałem za sobą zduszone westchnienie zdziwienia, dotarło do mnie, co takiego zrobiłem. Zdemaskowałem się...

~~*~~*~~*~~*~~

    Witam, wiem, że prolog krótki i pewnie wszyscy się już domyślali tego, co jest w nim zawarte, ale jakoś musiałam zacząć :D Mam nadzieję, że przeżyjecie ze mną jeszcze tę jedną część ;) <3

piątek, 1 maja 2015

*EPILOG*

Notka dla wszystkich, którzy tutaj zaglądają, czytają, komentują, po prostu są ze mną ;) Strasznie dziękuję, za tą obecność przez te dwie części. To dla mnie bardzo ważne <3 Mam nadzieję, że wytrzymacie jeszcze do końca trzeciej? ;) 


"Śmierć to śmierć. Przestaje się żyć i umiera. Śmierć, czyli koniec wszystkiego. Człowiek przenosi się na tamten świat. Albo też pogrąża się w ostatecznym zapomnieniu, zależy, w co kto wierzy." - John Flanagan


~~*~~*~~*~~*~~

~~ Liam ~~

    Na miejscu pojawiłem się w momencie, gdy rozpętała się walka. Uważając, by nie oberwać, zacząłem przemieszczać się w stronę największego piekła. Cały czas rozglądałem się w poszukiwaniu jedynej interesującej mnie osoby. Prue. Gdzie jest Prue?
    Zauważyłem ją w tym całym zamieszaniu dopiero po jakimś czasie. Do tej pory powaliłem dwóch Wampirów - dawniej moich znajomych, dzisiaj wrogów. Nie byłem pewien, czy nie żyją, nie miałem czasu, by zatrzymać się przy nich o sekundę dłużej i to sprawdzić. Pędziłem dalej, przed siebie.
    Dotarłem do niej w momencie, gdy krzyczała coś, wpatrując się w dobrze znaną mi osobę. Harry Styles - najbardziej znienawidzony przeze mnie Wampir, jaki kiedykolwiek chodził po świecie. Widziałem malujący się na jego ustach uśmiech, szyderczo pokazywał swoje kły. Był niesamowicie pewny siebie i to mnie przerażało. Bałem się, że mimo wszystko, nie ujdziemy z tego starcia z życiem. A jednak byłem zdolny zaryzykować, byleby tylko ją uratować. Dla mnie była najważniejsza.
    Stanąłem między nimi w chwili, gdy miały paść pierwsze strzały.
    - Liam! - zawołała zza moich pleców Prue. - Co ty do jasnej cholery robisz? To jest moja wojna! Nie pozwalam ci się do niej wtrącać! - krzyczała, szarpiąc mnie za ramię. Nie zrobiło to na mnie wrażenia. Stałem uparcie w miejscu, wpatrując się w lodowate spojrzenie martwych oczu Stylesa.
    - Pożałujesz, że się w to wmieszałeś - syknął cicho, lecz usłyszałem do doskonale; dokładnie tak, jakby te słowa wykrzyczał.
    - Przekonamy się - odparłem, zaciskając ręce w pięści. Wiedziałem, że był ode mnie silniejszy. W końcu był Wampirem czystej krwi, mnie natomiast zmienił w niego, więc nie posiadałem tej naturalnej krzepy co on. Mimo to nie wycofałem się. Wręcz przeciwnie, przygotowałem się do ataku. Pochyliłem się delikatnie do przodu, obnażyłem zęby. A Styles po prostu stał i się uśmiechał, spoglądając mi w oczy, jakby chciał przewiercić moją duszę na wylot.
    Przejrzałem jego plan ułamek sekundy wcześniej, niż zaczął go wprowadzać w życie. Ten jeden, jedyny raz zerknął na Prue, która milimetr po milimetrze, delikatnie wychodziła zza moich pleców. I już wiedziałem, że to nie mnie miał pierwszego zaatakować tylko dziewczynę. Warknąłem złowrogo i, gdy wypuścił pierwszą kulę energii w naszą stronę, popchnąłem z całej siły Prue w bok. Odleciała dobrych kilka metrów dalej, zatrzymując się na drzewie. Uderzyła w nie z głuchym jęknięciem a potem opadła bezwładnie na ziemię. Amunicja Stylesa minęła mnie o milimetry. Nie dał się zaskoczyć. Już po chwili w moją stronę leciała kolejna kula energii. Rozzłoszczony tym, że pomieszałem mu szyki, zaczął się przemieszczać. Doskonale wiedziałem, dokąd chciał się udać. Pragnął wykończyć Prue, która nadal leżała na ziemi, nie okazując żadnych znaków życia. W którymś momencie doleciał do mnie zapach jej krwi. Bałem się, że zrobiłem jej krzywdę, chcąc ją ratować przed Stylesem. Jedyne, co teraz mogłem zrobić, to utrzymać go jak najdalej od dziewczyny, by ta mogła się pozbierać.
    - Jesteś żałosny - odparł pogardliwie. - Zawsze byłeś.
    - Na pewno nie tak bardzo jak ty - warknąłem, posyłając w jego kierunku kolejny pocisk. Zawczasu wytworzył tarczę, więc kula odbiła się od niej, tracąc swoją moc i znikając w powietrzu. Mogliśmy się tak bawić całymi godzinami, bo Styles nie pragnął mnie zabić. Przynajmniej nie teraz. Jego priorytet stanowiła Prue.
    Zaśmiał się szyderczo, wytwarzając i rzucając we mnie po kolei dwie kule, jedną większą od drugiej. Jednej uniknąłem, robiąc krok w bok, drugą natomiast wziąłem na swoją tarczę ochronną. Zachwiałem się pod siłą, z jaką pocisk we mnie uderzył. Nie przewróciłem się jednak, utrzymałem się na nogach.
    Niestety, Styles potrafił wykorzystać każdą sytuację, zwłaszcza, jeśli zwiastowała jego zwycięstwo. Już po chwili, gdy nie byłem jeszcze całkowicie gotowy na przyjęcie nowych amunicji, wystrzelił w moją stronę kolejne trzy kule. Jedna ominęła mnie. Jednak już druga i trzecia trafiły po kolei w moją klatkę piersiową. Otworzyłem szeroko oczy, niedowierzając w to, co się stało. Przez moment stałem jeszcze, lecz w ułamku sekundy nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Powieki opadły na oczy. Gruchnąłem bezwładnie na ziemię. Ostatnie, co usłyszałem to przerażający wrzask, który sprawił, że się uśmiechnąłem. Moja śmierć może nie pójdzie na marne. Gdy pomyślałem o Prue, zasnąłem z błąkającym uśmiechem na moich ustach. W końcu zasnąłem wiecznym snem. W końcu byłem spokojny.

~~ Prue ~~

    Głowa bolała mnie niemiłosiernie. Gdy podnosiłam się z ziemi, zakołowało mi się w niej i o mało co, znów się nie przewróciłam. Na szczęście podparłam się o drzewo i stanęłam na własnych nogach gotowa zmierzyć się z wszystkimi przeciwnościami, jakie na mnie czekały. Oprócz tej jednej, która mnie zaskoczyła.
     Podniósłszy wzrok, myślałam, że ujrzę nadal ze sobą walczące dwa Wampiry. Myliłam się. Widok, jaki zastałam, zmroził mi krew w żyłach i wydarł z gardła przeraźliwy krzyk. Zobaczyłam Liama opadającego na ziemię z osmoloną klatką piersiową - jedynym dowodem zbrodni. Gdy spojrzałam w oczy Stylesa, wiedziałam, że chłopak już nie żyje. Z moich oczu popłynęły łzy, które na ułamek sekundy przesłoniły mi widok na wszystko wokół. Zdałam sobie sprawę, że, gdy nie będę nic widziała, nie obronię się. Otarłam więc łzy z policzków i, nie oglądając się na leżącego Liama, podeszłam do Harry'ego.
    Pragnęłam jego śmierci. Chciałam, by poczuł to, co mój brat czy Liam, gdy ich mordował. Pragnęłam patrzeć na jego wykrzywione w grymas usta, z których powoli ciekła krew, plamiąc białą koszulkę szkarłatem. Uśmiechnęłam się do swoich myśli i spojrzałam prosto w jego szaleńcze oczy. W nich również widziałam rządzę mordu.
    Szykując się do ostatniego starcia, kątem oka zerknęłam w stronę przyjaciół, którzy walczyli za daleko mnie, by móc zainterweniować. Przynajmniej już nikt się nie wtrąci między mnie a jego. Byłam jedynie zła na siebie, bo przeze mnie oni znowu zmuszeni byli do walki z Wampirami. Nie widziałam jednak innego wyjścia.
    Mimo tego, że czułam, że wyjdą z tego cało, bałam się o nich. Bardziej niż o siebie, choć to ja miałam za chwilę umrzeć. Zdawałam sobie sprawę, że nie dam rady pokonać Stylesa. Jedyne, co mogłam zrobić, to pociągnąć go za sobą do grobu.
    To dziwne i pocieszające, że przed śmiercią niewiele się czuje. Tylko przyjemną pustkę, której nie chce się zapełnić.
    Zamierzałam atakować do utraty sił. Postanowiłam sobie kiedyś, że pomszczę śmierć brata i odnajdę ojca. Tata znaleziony, teraz tylko wystarczy zrobić wszystko, by pozbyć się Stylesa.
    Zaczerpnęłam głośno powietrza i wyrzuciłam przed siebie ręce. Styles wiedział, co chciałam zrobić i dlatego wytworzył tarczę, przez którą moja moc nie miała jak się przedostać. Spróbowałam jeszcze raz i jeszcze jeden. Nic. Wampir uśmiechał się głupkowato i niby od niechcenia sięgnął do pasa. W ułamku sekundy zauważyłam najpierw błysk ostrza, potem swoją jedyną szansę. Ostatni raz wyrzuciłam ręce w górę, bo, kiedy chłopak sięgnął po nóż, jego tarcza osłabła, nie widziałam tego, ale wyczułam. W tej samej chwili, w której użyłam swojej mocy, Harry rzucił we mnie nożem. Na początku nie poczułam nic. Potem, gdy moja moc ugodziła w jego klatkę piersiową, wszystko zamarło. Wampir rozleciał się na miliony kawałeczków, które na koniec zamieniły się w popiół. Ci, którzy zauważyli moje zwycięstwo, ryknęli z radości. Dodałam im tym aktem otuchy i nowej siły. Zobaczyłam, jak wiele Wampirów ginie, nie wiedząc, co zrobić po stracie przywódcy. Niektórzy zdążyli uciec, ale nie wiem, ilu ich było.
    Wszystko to zadziało się w ciągu sekundy, może dwóch. W ciągu następnej, zorientowałam się, że oberwałam. Ciepła krew spływała mi po brzuchu, już nie chcąc wsiąkać w bluzkę, która była już całkiem mokra i czerwona. Spojrzałam w dół z uśmiechem na twarzy. Dojrzałam wystającą z mojego brzucha rękojeść noża. Sięgnęłam prawą ręką i ostatkiem sił, wyciągnęłam je z ciała. Upadło z cichym brzdękiem na kamień.
    Jeśli to jest umieranie, to mogłabym umierać codziennie - zaśmiałam się w myślach. Nie czułam bólu, nie czułam strachu. Byłam wolna. Nareszcie wolna.
    Upadłam i już nie wstałam.
    - Dzień dobry, braciszku - szepnęłam, uśmiechając się do niego.

~~*~~*~~*~~*~~

    Hejka, jak tam majówka? Nie za fajna pogoda u mnie :/ Ale na szczęście jest epilog :D Jak Wam się podobał? Jak myślicie, co będzie dalej? ;) Chcecie trzecią cześć? ;) Piszcie, im więcej Was, tym większy uśmiech na mojej twarzy i więcej determinacji do pisania i zaskakiwania Was :D Jestem ciekawa wszystkiego, co myślicie, naprawdę ;)
    Jeśli są ze mną jacyś maturzyści, a podejrzewam, że są :D To życzę Wam powodzenia na maturze! <3 Oby te trzy czy cztery lata nie poszły na marne :D 

sobota, 18 kwietnia 2015

*37. "Pamiętaj, Prue jest moja!"

Dla wszystkich ludzi, którzy sprawiają, że każdy dzień staje się piękniejszy od poprzedniego <3



"Czasem nie chodzi o to, żeby wygrać, lecz o to, żeby się nie poddać." - Lidia Helena Zelman


~~*~~*~~*~~*~~

~~ Stark ~~

    Siedziałem w swoim gabinecie i przeglądałem szkolne papiery, które od dawna zalegały na moim biurku. Ostatnio moją głowę zaprzątały inne problemy i nie potrafiłem skupić się na papierkowej robocie. A tej z każdą chwilą przybywało. Wszystkie raporty, sprawozdania, protokoły kumulowały się w teczkach i prosiły o przeczytanie. Aż w końcu było ich tak dużo, że nie potrafiłem między nimi niczego znaleźć, więc postanowiłem poświęcić jedno popołudnie na uporządkowanie ich.
    Właśnie zamierzałem odłożyć część dokumentów, z którymi się już zapoznałem, gdy usłyszałem kroki i cichą rozmowę na korytarzu. Niemal od razu rozpoznałem głos Prue, lecz nie potrafiłem zidentyfikować drugiego, męskiego, niskiego głosu.
    Zastali mnie, gdy zabierałem się do kolejnej grupy papierów. Postanowiłem nie przejmować się gośćmi, dopóki nie zapukają do gabinetu. Przecież istniała możliwość, że nie wybrali się do mnie. Jak się po chwili okazało, weszli jednak do mojego pokoju. Najpierw dziewczyna.
    - Witaj, Stark - przywitała się uprzejmie, choć wydawało mi się, że dostrzegłem nutę niechęci do mojej osoby. Może dlatego, że nie zatrzymałem Chrisa w stadzie?
    - Dzień dobry. Co cię do mnie sprowadza? - zapytałem, wskazując jej rękę fotel przed moim biurkiem i zachęcając, by usiadła. Prue została jednak w progu.
    - Przyprowadziłam gościa. Chciałby z tobą koniecznie porozmawiać - wyjaśniła. Przesunęła się delikatnie w prawo, by mężczyzna, dotąd kryjący się na korytarzu, mógł swobodnie wejść do gabinetu. Ujrzałem wysokiego, postawnego faceta, w którym od razu rozpoznałem Dereka Cartera.
    W pierwszej chwili zaniemówiłem. Przetarłem oczy pięściami, sądząc, że mam omamy. Gdy jednak nie zniknął, przeraziłem się. Skąd on się wziął? Przecież miał nie żyć od kilkunastu lat! Czego teraz będzie ode mnie chciał? Przez te wszystkie lata trochę grzechów się uzbierało na moim koncie. Bałem się, że wszystkie mi wytknie, pozbawi posady, przejmie dowództwo w stadzie i zostanę z niczym.
    Derek uśmiechnął się jednak do mnie serdecznie, podszedł do biurka i usiadł na fotelu, nie czekając, aż mu to zaproponuję. Oszołomiony, nie miałem pojęcia, od czego zacząć; zaproponować mu coś do picia, czy od razu przejść do rzeczy? Ciągle wpatrywałem się w niego z niedowierzaniem i niemałym lękiem w oczach.
    Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że nadal stojąc, robię z siebie głupka. Usiadłem więc pospiesznie za biurkiem, odgarnąłem resztę papierów na bok i spojrzałem mu prosto w oczy, po raz pierwszy odkąd wszedł do tego pokoju. Były niesamowicie błękitne, lecz dojrzałem w nich pewien ciemny błysk. Zdawały się przewiercać mnie na wylot. Wydawało mi się, że już wszystko wie, że zna moje najskrytsze sekrety. Pytanie tylko: skąd?

~~ Alice ~~

    Szykowało się kolejne starcie. Tego byliśmy wszyscy pewni. Wampiry tak łatwo nie odpuszczą, będą walczyły do końca.
    Starałam się o tym tak nie myśleć, przygotowując się do ataku. Co chwila słyszałam komunikaty o zagrożeniu, płynące z szkolnego radia, ale próbowałam skupić się na czymś innym. Zastanawiałam się na przykład, gdzie znajdowali się Prue, Chris i Filip i czy zdążą wrócić przed rozpoczęciem walk. Czy udało im się odmienić jej ojca?
    W międzyczasie ściągnęłam marynarkę i mieniłam buty na wygodne czarne trampki. Razem z Becky miałyśmy za zadanie rozgłosić alarm tam, gdzie nie dosięgały głośniki radia. Przebiegłyśmy cicho i ostrożnie do stajni, ale na szczęście nikogo tam nie było. Następnie udałyśmy się do bramy wejściowej, by upewnić się, że została dokładnie zamknięta.
    Nauczyciele i uczniowie starszych klas rzucali różne czary ochronne na szkołę, lecz to chyba niewiele pomoże. Skoro Wampiry przedostały się już do lasu w pobliże naszego terenu, nic ich nie powstrzyma. Ale może choć trochę opóźni atak i da nam kilka dodatkowych minut na zorganizowanie obrony.
    W całym tym zamieszaniu tylko raz dostrzegłam Damiena, gdy razem z innymi stawiał mur obronny od strony lasu. Pragnęłam być z nim, w tych ostatnich minutach ciszy przed burzą, ale każdy z nas miał swoją pracę, od której nie mógł się oderwać, choćby nie wiem co. Wszystko, co robiliśmy, było ważne, każdy, nawet najdrobniejszy szczegół mógł przesądzić o naszym losie.
    W pewnym momencie, ktoś zauważył, że Stark nie stawił się przed szkołą, by pomagać jej bronić. Niektórzy zaczęli szeptać, że nie zależy już mu na nas, że uciekł, gdy tylko usłyszał pierwsze alarmy. Któryś z nauczycieli przekonywał o jego lojalności, inny wręcz zażądał, by ktoś po niego poszedł. Zgłosiłam się na ochotnika, ponieważ i tak nie miałam jak na razie nic do roboty i tylko zawadzałam tym, co starali się jak tylko mogli, by nasza obrona okazała się mocniejsza od Wampirów i ich ataku.
    Biegiem pokonałam odległość dzielącą główny budynek szkoły od tego, gdzie znajdowały się sypialnie nauczycieli oraz gabinet dyrektora. Mijałam wielu ludzi, głównie spieszyli się w przeciwnym kierunku niż ja. W mgnieniu oka pokonałam schody i stanęłam przed drzwiami biura Starka w momencie, gdy ktoś je otworzył. Sądząc, że to sam dyrektor, w końcu pofatyguje się nam pomóc, od razu zaczęłam krzyczeć, że dobrze, że już idzie, bo niedługo się zacznie. Jednak gdy spojrzałam na osobę, która wyłoniła się z pokoju, zaniemówiłam. Dziewczyna od razu wykorzystała sytuację i zasypała mnie milionami pytań.
    - Prue? - spytałam po chwili, nie odpowiadając wcześniej  na ani jedno zadane pytanie. - Już wróciliście? Co z twoim tatą? Gdzie reszta? Tak się o was martwiłam! - zawołałam i przytuliłam ją bardzo mocno, nie pozwalając jej dojść do słowa. Na moment zapomniałam o grożącym nam niebezpieczeństwie.
    - Wszystko w porządku, właśnie odprowadzałam tatę do Starka, bo chciał z nim porozmawiać. A chłopcy powinni już tutaj być. Wysłałam ich nieco wcześniej niż sama wystartowałam - usłyszałam w jej głosie nutkę strachu i zdziwienia.
    - Na pewno już są. Pewnie w tym całym bałaganie ich nie dostrzegłam - zapewniłam.
    - No właśnie, co się dzieje? Zaczęłaś coś opowiadać a potem nagle zamilkłaś - odezwała się Prue.
    - Opowiem ci po drodze. A teraz chodźmy, znajdziemy chłopaków - postanowiłam i pociągnęłam przyjaciółkę za rękę.
    Idąc na dwór, opowiedziałam jej pokrótce, jak Shane zauważył przedzierający się na nasz teren pocisk Wampirów, jak wszyscy szybko zareagowali na alarm, o tym, że teraz każdy szykuje się do walki. Prue wydała się zszokowana wiadomościami, ale zasmuciła się również, słysząc je.
    - To wszystko moja wina - przyznała. - To mnie chce dorwać Styles, nikogo innego. - Westchnęła.
    - Nawet jeśli tak jest, to każdy, podkreślam, każdy będzie chciał cię obronić, bo wszyscy wiemy, że jeśli to ty z nim wygrasz, już nikogo nie skrzywdzą Wampiry - zapewniłam. Nie starałam się kłamać, bo wiedziałam, co o tym wszystkim myśli Prue i że nie zmienię jej nastawienia. Pragnęłam jej jedynie pokazać, że będziemy za nią stać murem, mimo wszystko.
    - Dziękuję, jesteś najlepszą przyjaciółką - szepnęła tylko.

~~ Chris ~~

    - Gdzie my do jasnej cholery jesteśmy? - zawołałem, rozglądając się dookoła. Niczego nie widziałem, co mnie niemiłosiernie wkurzało, bo zawsze, ale to zawsze polegałem na swoich zmysłach. Wytężyłem słuch, lecz jedyne, co zdołałem zarejestrować to ciche tykanie zegara i delikatne dzwonienie, gdzieś w oddali, jakby czymś zagłuszone.
    - Uspokój się, jesteśmy w moim pokoju. Posłuchaj mnie, zabrałem cię tutaj, bo czuję, że coś się dzieje na dole. Powinniśmy się najpierw dowiedzieć, o co chodzi, nie uważasz? - zapytał rozsądnie. Pokiwałem głową, choć nie byłem pewny, czy zauważył ten gest. - Zadzwonię do Becky - zaproponował. Zobaczyłem blask ekranu, gdy wybierał numer siostry. Potem już tylko stałem i czekałem, aż odbierze. Ale jej telefon pozostawał głuchy. Zdziwiony Filip rozłączył się i spojrzał na mnie. W świetle padającym z wyświetlacza dostrzegłem jego zmartwienie na twarzy. Obawiał się czegoś najgorszego. Serce zabiło mi szybciej. Miałem nadzieję, że Prue jeszcze do szkoły nie dotarła.
    Usłyszawszy dźwięk swojego telefonu, zamarłem na moment. W ułamku sekundy zreflektowałem się jednak i odebrałem w mgnieniu oka. Zanim zobaczyłem na wyświetlacz, wiedziałem, kto dzwonił.
    - Prue, gdzie jesteś? - zapytałem od razu. Przechadzałem się po pokoju ze zdenerwowania.
    - W szkole, właśnie znalazłam Alice i wszystko mi opowiedziała. Wampiry prawie trafiły Shane'a i Chloe, gdy byli na spacerze. Cała szkoła oszalała i przygotowuje się do napaści - zrelacjonowała szybko. - A wy gdzie jesteście? - zapytała po chwili.
    - W pokoju Filipa. Już do ciebie idę - zawołałem. - Spotkamy się przed biblioteką, okej? - zaproponowałem. Gdy usłyszałem jej zgodę, rozłączyłem się. Filip już otwierał drzwi. Wyszliśmy z pomieszczenia i skierowaliśmy się w stronę biblioteki.

~~ Zayn ~~

    - Harry, bariera została przebita - odezwałem się, gdy tylko dostałem potwierdzenie udanej akcji. - Co teraz? Wszyscy czekają na rozkazy.
    - Ustawić się w gotowości na skraju lasu, tak by dać im znać, że jesteśmy gotowi, ale macie się nie wychylać! - warknął.
    Stał nieco z tyłu i przyglądał się naszym poczynaniom. Wszystkie Wampiry, które zdołał zgromadzić, krzątały się wokół terenu Zmiennokształtnych, próbując swoimi mocami przedostać się na pole wroga. Zajęło nam to dość dużo czasu, bo i przeszkoda okazała się niezwykle trudna. Ale udało się, w końcu mogliśmy swobodnie przejść na ich ziemię.
    - Tak jest. - Zasalutowałem mu jak prawdziwy żołnierz i odszedłem na chwilę, by wypełnić jego polecenia. Wampiry już po chwili stały, gotowe do ataku w kilku zwartych szeregach, wzdłuż linii drzew. Sprawdziłem dokładnie, czy nigdzie nie było żadnej, źle ustawionej osoby i dopiero wtedy wróciłem do Stylesa. Ten nadal stał w tej samej pozycji, w jakiej go zostawiłem - w cieniu zielonych drzew.
    - Wszystko dopięte na ostatni guzik - oznajmiłem, pozwalając sobie na delikatny uśmiech. Harry spojrzał na mnie i skinął głową na znak, że przyjął moje słowa. Już miałem odejść, bo sądziłem, że się nie odezwie, gdy wypowiedział bardzo cichym głosem dwa zdania.
    - A więc do ataku - rozkazał. - Pamiętaj, Prue jest moja! - zastrzegł, spoglądając na mnie z mściwością w oczach. Przeraziłem się go nie pierwszy raz w życiu. Ale tym razem w jego spojrzeniu dostrzegłem szaleństwo obłąkanego ćpuna a nie normalnego Wampira, chcącego pomścić śmierć ojca.
    - Tak jest! - odezwałem się tylko. - Do ataku! - przekazałem rozkaz pozostałym.

~~ Prue ~~

    Spieszyłam się na spotkanie z Chrisem. Tak bardzo chciałam go zobaczyć! Nie widzieliśmy się góra pół godziny, ale gdy dowiedziałam się, że Alice go nigdzie nie widziała, zaczęłam wymyślać różne niestworzone historie i przestraszyłam się. Bałam się, że mogłam go stracić!
    Gdy tylko go ujrzałam, pobiegłam do niego i wpadłam mu w ramiona. Jemu też ulżyło, gdy mnie zobaczył; wyczułam jak jego ciało odpręża się pod wpływem mojego dotyku. To samo działo się ze mną, kiedy znajdował się bardzo blisko mnie.
    - Kocham cię - szepnęliśmy niemal w tym samym momencie. Zaśmialiśmy się oboje, po czym spojrzeliśmy na uśmiechniętych Filipa i Alice. - To co, pora uratować ten beznadziejny świat, nie uważacie? - zapytał Chris.
    - My razem? Zawsze i wszędzie - potwierdziłam.
    - Bo razem jest zawsze zabawniej - wtrącił się Filip. Parsknęłam śmiechem, lecz już po chwili spoważniałam. Musieliśmy iść im pomóc.
    Pod głównym budynkiem zjawiliśmy się idealnie na czas. Właśnie swój marsz w naszą stronę rozpoczęły Wampiry z Malikiem na czele. Wypatrywałam wśród nich mojego największego wroga, lecz nie potrafiłam go dostrzec. Zapewne ukrył się gdzieś między nimi, by później, w najmniej oczekiwanym momencie wychylić się i mnie dopaść.
    Rozejrzałam się dokoła. Każdy z broniących trzymał w jednej ręce osikowy kołek natomiast drugą przygotowywał się do ataku swoim darem. Ja nawet nie rozglądałam się za wolnym kołkiem, ponieważ wiedziałam, że moja moc koncentruje siłę w obu dłoniach i gdybym jedną miała zajętą, wybuch nie byłby wystarczająco silny, by unicestwić Wampira.
    Jeszcze raz spojrzałam na Pijwy. Większość z nich posiadała coś srebrnego - nóż czy byle wisiorek lub bransoletkę. Zdawali sobie sprawę, że tylko tak mogli nas zabić, nie wliczając swoich supermocy. Wzdrygnęłam się, widząc odbijający się blask zachodzącego słońca w ostrzu srebrnego noża, którym wymachiwał Zayn. Doskonale pamiętałam palący ból, gdy mała drobinka srebra dostała się do mojego brzucha. Co by było, gdyby ktoś zanurzyłby cały nóż w ciele Zmiennokształtnego? Wolałam sobie nawet tego nie wyobrażać.
    Szybko do nas dotarli i niemal w mgnieniu oka zburzyli mur. Lecące odłamki kamieni, zmiażdżyły niektóre Wampiry, które znalazły się najbliżej. Ale było ich tak niewielu, tylko garstka. Pozostali zaatakowali.
    Zareagowaliśmy od razu. Każdy ze Zmiennokształtnych uaktywnił swoją moc; ja zamroziłam kilku na przodzie, dzięki czemu ktoś inny mógł przebić ich nieżyjące od dawna serca kołkami, Chris wysłał ich wysoko w powietrze i roztrzaskał ich głowy o ściany szkoły, Filip i inni rzucali kulami, tak samo jak Wampiry. Lecz znów tylko nieliczni ucierpieli. Większość z atakujących w porę utworzyła pole ochronne, od którego odbiły się nasze moce.
    W pewnym momencie zauważyłam, jak na prawo ode mnie rozległy się okrzyki zdziwienia, bólu i radości jednocześnie. Spojrzałam kątem oka właśnie tam, jednocześnie starając się panować nad sytuacją u siebie. Dostrzegłam Becky całą stojącą w ogniu i rozsyłającą swój żywioł na prawo i lewo. Uśmiechnęłam się uradowana, że jej moc nabiera takiej siły. Byłam z niej niesamowicie dumna!
    Wokół mnie panowało istne piekło. Czułam się, jakbym znalazła się w środku jakiejś trąby powietrznej. Cały czasu huczało, grzmiało, żywioły kontrolowane przez moich bliskich szalały, latały kule energii, Alex przygważdżał do murów Wampiry pędami mocnych roślin a później dobijał je kołkami. Wszędzie wyczuwałam magię. I to było piękne, choć straszne. Ale piękne.
    W pewnym momencie dostrzegłam Stylesa gdzieś pomiędzy Wampirami. Zaczęłam się ku niemu przedzierać, wołać za nim. Lecz on szedł dalej w swoją stronę. Jakby specjalnie chciał wywieść mnie poza zasięg osób, które potrafiłyby mi pomóc. Nie przejmowałam się tym. Dalej brnęłam za nim.
    - Styles! - zawołałam jeszcze głośniej niż do tej pory. Zatrzymał się. Staliśmy oddaleni od siebie kilka metrów. Zostawiłam za sobą cały bałagan. Byłam tylko ja i on. Mój zabójca.

~~*~~*~~*~~*~~

    Hej, dzisiaj króciutko, ponieważ się meeega spieszę ;) Na wasze blogi postaram się wejść jak najszybciej, bo wczoraj byłam na wycieczce we Wrocławiu i w kinie na "Szybkich i wściekłych" a dzisiaj lecę na urodzinki! <3 następnym razem pojawi się epilog drugiej części ;) 

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

*36. "Coś zawsze musiało pójść nie po naszej myśli."

Rozdział dla Was wszystkich za te prawie 21 000 wejść i oczywiście z okazji Świąt Wielkanocnych! Wszystkiego co najlepsze no i mokrego Lanego Poniedziałku! <3



"Jeśli to ostatni w życiu dzień, jeśli jutra nie ma być na pewno
Z każdym łykiem żal coraz mniej, jest mi doskonale wszystko jedno."


~~*~~*~~*~~*~~

~~ Prue ~~

    Przez całą noc nie mogłam zasnąć. Ciągle myślałam o spotkaniu z ojcem. Modliłam się do Nyks, by pozostał jeszcze ten jeden dzień we Włoszech. Poza tym martwiłam się, czy zdołam odnaleźć domek na plaży. Wierzyłam jednak w to, że naszyjnik zaprowadzi mnie do celu, a mieszkający tam ludzie nie będą już sprawiać kłopotów.
    Po męczącej nocy i paru próbach zdrzemnięcia się, odpuściłam. Wstałam przed szóstą, gdy słońce starało się przedostać przez ciemne chmury i ogrzać ziemię po chłodnej nocy. Nie spieszyłam się z poranną toaletą, bo wiedziałam, że nie wyruszymy wcześniej niż po śniadaniu. Starannie pościeliłam łóżko, poukładałam niektóre ubrania w szafie i dopiero, gdy dziewczyny obudziły się i doprowadziły do porządku, zeszłyśmy na dół, by później spotkać się z chłopcami na stołówce.
    Zdawałam sobie sprawy, że powinnam coś zjeść, by nabrać sił, ale nie mogłam w siebie nic wmusić. Alice starała się przemówić mi do rozsądku i nakłonić, bym zjadła choć jedną kanapkę, lecz nie mogłam. Na sam widok jedzenia mnie mdliło.
    Już wcześniej uzgodniliśmy, że oprócz mnie i Chrisa, wyruszy z nami również Filip. Jego wiedza i umiejętności w szybkim wykrywaniu Wampirów mogła nam się przydać. Wolałabym oczywiście, żebyśmy nie musieli z niej korzystać, ale jak to się mówi, przezorny zawsze zabezpieczony.
    Po posiłku spakowaliśmy najpotrzebniejsze rzeczy do plecaka i ruszyliśmy w stronę lasu, by móc się swobodnie teleportować. Becky chciała nas odprowadzić, ale wybiliśmy jej ten pomysł z głowy. Pożegnała się więc z nami jeszcze w jadalni, życząc nam powodzenia. Uśmiechnęłam się do niej słabo. Pragnęłam dodać jej otuchy, powiedzieć, że już niedługo zjawimy się z powrotem i wszystko będzie w porządku. Obie jednak przeczuwałyśmy, że nie będzie to takie proste. Coś zawsze musiało pójść nie po naszej myśli. Byłam tego niemal pewna!
    Gdy stanęliśmy na skraju lasu, Filip zaproponował, bym opisała mu miejsce, do którego mieliśmy się przenieść. Sądził, że to on będzie musiał nas tam teleportować. Uśmiechnęłam się jednak, pierwszy raz tego dnia naprawdę odczuwając radość lub chociaż coś zbliżonego do niej. Wyciągnęłam spod bluzki wiszący na szyi naszyjnik i pokazałam go chłopcom.
    - Czy to jest...? - Chris od razu go rozpoznał.
    - Tak, ten sam, który pomógł nam wrócić do domu z twierdzy Strażnika Bajek - potwierdziłam jego przypuszczenia. Odpięłam łańcuszek i przełożyłam go przez szyje pozostałych. Było dosyć ciasno, ale nie widziałam innego wyjścia. - Zamknijcie oczy - poinstruowałam ich. - I pozbądźcie się wszelkich myśli. Ja nas poprowadzę - szepnęłam, skupiając się na naszym celu podróży. Przypomniałam sobie widok domku na plaży, szum słonego morza, przecudowny zapach włoskiego powietrza przesiąkniętego solą i śródziemnomorską roślinnością. Wyobraziłam sobie gąszcz drzew wokół mieszkania, prażące słońce na błękitnym niebie i mojego ojca, leżącego gdzieś w tym krajobrazie.
    Szarpnęło nami. Usłyszałam, jak chłopcy wydają okrzyk zdumienia. Nie przejmowałam się jednak nimi. Musiałam skupić się naprawdę mocno, by nie stracić wizji domu sprzed oczu. By wszystko, co do tej pory zrobiliśmy, nie poszło na marne.

***

    Już po chwili staliśmy na złotym pisaku, po lewej stronie mając niebieskie morze, na których fale zapraszały do kąpieli, a po prawej, gdzieś w oddali, delikatne wzniesienia i mnóstwo zielonej roślinności. Nasz cel jednak znajdował się przed nami. Otoczony zewsząd drzewami mały domek zapraszający do siebie aurą panującą wokół.
    - Chodźmy - zawołałam do chłopców, którzy nadal rozglądali się oniemiali dookoła. Zupełnie im się nie dziwiłam. Mnie również zauroczył tutejszy klimat, gdy po raz pierwszy zobaczyłam to miejsce. Poprowadziłam ich wzdłuż plaży, pokazując chatkę i tłumacząc im, że to właśnie tam odnalazłam ojca.
    Nim dotarliśmy do pierwszego drzewa, z domu wyłonił się ten sam niski mężczyzna, z którym ostatnim razem rozmawiała Petra. Tego spotkania również się bałam. Nie miałam pewności, czy tubylec pozwoli mi wejść do środka. Mogło okazać się, że nie znał angielskiego i nie potrafiłabym mu wytłumaczyć zaistniałej sytuacji. Francuzka zapewniała mnie, że wszystko z nim uzgodniła, ale co jeśli on zmienił zdanie, albo mnie nie rozpozna?
    - Buongiorno! - zawołałam, jedynym słowem, jakie umiałam wymówić po włosku. - Jestem Prudence. Pamięta mnie pan? Ostatnio byłam tutaj z Petrą, przedstawiła nas sobie.
    - Tak, tak. Pamiętam - powiedział łamanym angielskim. Ledwie go zrozumiałam. Odetchnęłam jednak z ulgą. Wszystko jak dotąd szło zgodnie z planem.
    - Mój tata jest tutaj nadal? - zapytałam, od razu przechodząc do sedna sprawy. Mężczyzna pokiwał ochoczo głową. Gestem zaprosił nas do środka, spoglądając nieufnie na Filipa. Nic jednak się nie odezwał, choć zapewne wyczuł, kim był mój przyjaciel. Uśmiechnęłam się do chłopców przez ramię i pierwsza przeszłam przez drzwi.
    Miejscowy poprowadził nas do tego samego ogrodu co ostatnio. Tym razem pierwsze co zauważyłam to nie była altana, hamaki czy ławy. To wielki Zmiennokształtny pod postacią wilka, leżący w cieniu drzew z przymkniętymi powiekami. Jego brązowa sierść błyszczała, idealnie ułożona, jakby specjalnie na taką okazję, jak ta. Niemalże od razu podbiegłam do niego i uklękłam obok. Tata uchylił powieki i w końcu mogłam spojrzeć w ogromne ciemne oczy i ujrzeć w nich swoje odbicie.
    - Witaj, tato. Przyszliśmy po ciebie! - szepnęłam, odsuwając się na moment, by mógł zobaczyć moich towarzyszy. Stali nieco z tyłu onieśmieleni, nie wiedząc, co zrobić.
    "- Tak się cieszę, że cię znów widzę, Prudence!" - usłyszałam jego głos, niski, nieco słaby, jakby znużony.
    - Zabiorę cię w końcu do domu, już nie będziesz się musiał ukrywać - zapewniłam. Nie odezwał się. Może nie wierzy w to, co mówiłam? Nie miałam pojęcia, ale wyczuwałam, że był neutralny, jakby go już to wszystko przestało obchodzić. Nieco się zmartwiłam, ale przekonywałam się, że gdy tylko stanie się człowiekiem, wszystko wróci do normy i będzie się cieszył razem ze mną.
    Zerknęłam na Chrisa, który w mgnieniu oka podszedł do mnie i wyciągnął z plecaka fiolkę z eliksirem. Odkorkował ją i spojrzał na mnie z pytaniem w oczach. Pokiwałam delikatnie głową, rozumiejąc go bez słów. Wzięłam od niego buteleczkę i stanęłam nieco dalej od ojca. Pochyliłam się i, postępując zgodnie ze wskazówkami w książce, których nauczyłam się na pamięć, wylałam miksturę na ciało wilka. Od razu odsunęłam się jeszcze bardziej, bo eliksir po dotknięciu sierści, buchnął szarym dymem w niebo. Nieprzyjemny zapach zaczął się ulatniać i gryźć nas w gardła, przez co nie mogłam pohamować kaszlu. Po chwili dym rozprzestrzenił się po całym ogrodzie. Był tak gęsty, że ledwie widziałam Chrisa stojącego tak blisko mnie, że niemal stykaliśmy się ramionami.
    Nagle zawiał chłodny wiatr, który przepędził zaduch i szary smog ulotnił się tak szybko, jak powstał. Tuż przed sobą ujrzałam mężczyznę. Rosły, dobrze zbudowany i nagi leżał na ziemi, lecz próbował już wstać. Odruchowo podbiegliśmy z Chrisem do niego i złapaliśmy po obu stronach. Z naszą pomocą stanął wyprostowany, wyższy nawet od mojego chłopaka, a przecież Chris do niskich nie należał. Uśmiechnęłam się uradowana widokiem dotąd znanego mi tylko z opowieści innych ojca.
    Podczas gdy ja i Chris pomagaliśmy mojemu tacie wstać, Filip pomyślał o ciuchach. Przyniósł najpierw jakiś koc, którym tata przepasał się wokół bioder, a następnie gospodarz pożyczył mu za krótkie na mojego ojca spodenki.
    Gdy już pierwsze emocje opadły, usiadłam wraz z tatą naprzeciwko siebie na ławach. Filip nadal trzymał się z dala od niego a Chris stanął tuż za mną. Położył swoją dłoń na moim ramieniu, chcąc tym gestem dodać mi otuchy i pokazać, że jest ze mną.
    - Dziękuję - odezwał się po chwili mężczyzna niskim lecz tym razem radosnym głosem. Zdążyłam się mu już dokładnie przyjrzeć. Tak strasznie przypominał mi Davida, że w pewnym momencie łzy pojawiły się w moich oczach. Nie pozwoliłam im jednak wypłynąć. Blond włosy, delikatnie tylko przerzedzone, sterczały we wszystkie strony dokładnie tak samo jak mojemu bratu tuż po przebudzeniu się. Postawa, sposób poruszania się... Wiele cech mieli wspólnych. Nie byli identyczni, wiele ich różniło, ale tyle samo łączyło. Znalazłam również kilka cech, które to ja odziedziczyłam po ojcu, m.in. pełne usta i ciemne brwi. - Nadal nie mogę się nadziwić, jak ty wyrosłaś! Pamiętam cię, jak byłaś małą dziewczynką jeszcze chwiejnie stojącą na nogach. A teraz, proszę, mam przed sobą młodą kobietę! - zawołał, nie ukrywając dumy. - Opowiadaj, co u ciebie, u mamy? A gdzie twój brat? Bardzo chciałbym go zobaczyć!
    Bardzo obawiałam się tego momentu i chociaż wiedziałam, ze przyjdzie, nie byłam na niego przygotowana. Łzy stanęły mi w oczach, głos odmówił mi posłuszeństwa. Widząc, jak się rozklejam, Chris ścisnął moje ramię jeszcze mocniej a następnie delikatnie przytulił. Tym razem pozwoliłam łzom spływać po policzkach, nie dałabym rady nad nimi zapanować.
    - On... - starałam się powiedzieć cokolwiek. Pytanie ojca zburzyło coś, co sklejałam przez ten czas od śmierci brata, by móc normalnie funkcjonować.
    - David nie żyje - szepnął Chris, całując mnie w skroń. gdy to powiedział, rozpłakałam się już na dobre. Widząc, że nie wypowiem już słowa wyjaśnienia, to chłopak zaczął opowieść. - Zginął, broniąc Prue, gdy syn Myrnina chciał ją zabić. Byłem jego przyjacielem od najmłodszych lat, nadal w jakiś sposób jestem. Może być pan z niego dumny. Zasłużył na to - powiedział cicho, siadając obok mnie. Schował twarz w moich włosach, pociągając nosem. On, tak samo jak ja naprawdę zżył się z Davidem, przeżywał nada jego śmierć, choć nie chciał tego okazywać, bo nie pragnął pocieszenia. On ból znosił w ciszy. Pogłaskałam go delikatnie po głowie, ocierając łzy.
   Zerknęłam na tatę. Był zdruzgotany tym, co usłyszał. Jego pierworodny syn umarł, zanim się poznali. Gdy nasze spojrzenia się spotkały, dostrzegłam malujące się w nich łzy i cierpienie. Zauważyłam jednak miłość i dumę. Po chwili podszedł do nas i objął ramionami.
    - Tak bardzo cieszę się, że macie siebie nawzajem. Dziękuję, że mnie odnaleźliście, bym mógł dowiedzieć się, jak wspaniałe mam dzieci! - szepnął łamiącym się głosem. Pocałował mnie czule w tył głowy.
    Straciłam rachubę czasu. Z zamyślenia wyrwał mnie dopiero ciszy głos Filipa.
    - Powinniśmy już wracać - zasugerował, spoglądając na zegarek.
    - Masz rację - przyznałam. - To co, Chris, wrócisz z Filipem do szkoły a ja pomogę tacie, co? I niedługo się zobaczymy - zaproponowałam. Chłopcy przystali na moją propozycję.
    - Bądź ostrożna - szepnął Chris, żegnając się ze mną. Pocałowaliśmy się krótko a później wraz z Filipem zniknęli mi z oczu.
    - Bardzo się kochacie - zauważył tata, podchodząc do mnie. Uśmiechnęłam się serdecznie, kiwając głową.
    - Jest moją jedyną rodziną. Tam, w szkole mam tylko jego - szepnęłam, patrząc w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą stał blondyn.
    - A co z mamą? - zdziwił się.
    - Sam zobaczysz. - Wzruszyłam ramionami. - To co, dokąd cię zabrać? - zapytałam, rozpraszając choć na chwilę smutki.
    - Myślę, że najpierw chciałbym porozmawiać ze Starkiem omówić kilka kwestii w związku z przywództwem. To jest w tej chwili najważniejsze. Zwłaszcza, że ostatnio doszły mnie słuchy o nadmiernej aktywności Wampirów. Łowcy ostatnimi czasy mieli dużo roboty. Chciałbym się dowiedzieć, co zrobiła wataha i czy w ogóle wiedziała o atakach. A więc, chyba do szkoły?
    - A więc do szkoły - powtórzyłam, zakładając na nasze szyje łańcuszek.

~~ Shane ~~

    Siedzieliśmy jak na szpilkach, czekając na powrót Prue, Chrisa i Filipa. Nie mogąc znieść napięcia, jakie panowało w salonie, gdzie zebrali się wszyscy nasi znajomi, wyciągnąłem Chloe na spacer. Może i pogoda nie sprzyjała tego rodzaju aktywności, bo niebo zachmurzone zostało od samego rana, ale wolałem to od biernego wyczekiwania i martwienia się na zapas.
    Już od jakiegoś czasu planowałem rozmowę z dziewczyną, lecz nigdy nie nadarzyła się ku temu okazja, bardzo rzadko zostawaliśmy sami. Wyczułem idealny moment, gdy mijaliśmy stajnię i wiedziałem, że tam już nikt nam nie przeszkodzi. Nagle stanąłem przed Chloe, wybijając ją z rytmu, przez co niemal nie upadła. W ostatniej chwili jednak zdołałem ją przytrzymać.
    - Co się stało? Dlaczego nie idziemy dalej? - zapytała zdziwiona, spoglądając z zaciekawieniem prosto w moje oczy. Niezwykle rzadko to robiła, ale kiedy już się jej to zdarzało, zatapialiśmy się w swoich spojrzeniach. Nie istniał już dla mnie inny świat, tylko ona. Niestety tym razem musiałem się przemóc, bo miałem coś ważnego do powiedzenia. Tylko od czego zacząć?
    - Chciałem z tobą o czymś ważnym porozmawiać - zacząłem poważnie. Nieco się przestraszyła.
    - A o czym? - spytała podejrzliwie.
    - O nas - szepnąłem. Usłyszałem, jak jej serce zabiło szybciej. Nie wiedziałem, jak to odebrać - czy wystraszyła się tego jeszcze bardziej, czy może ucieszyła? Jej mina mi nie pomagała. Została poważna, nieco tylko zaciekawiona i podejrzliwa. - Ja... chciałem ci powiedzieć... Znaczy... - I nagle coś mnie tknęło do zrobienia tego, co zrobiłem. Pochyliłem się i musnąłem jej usta swoimi wargami. Zaskoczyłem ją, bo przez ułamek sekundy zostawała bierna na moją pieszczotę. Po chwili jednak pocałowała mnie z ogromną żarliwością. Przycisnąłem ją do siebie, chcąc mieć ją jak najbliżej.
    Nie wiem, co by się stało, gdy by nie nagły świst, który minął nasze głowy dosłownie o milimetry. Momentalnie odskoczyliśmy od siebie. Zwróciłem się w stronę lasu, bo to stamtąd nadciągnął pocisk. Swoim ciałem starałem się zasłonić bezbronną Chloe, jednocześnie próbując zobaczyć, co się działo. Na skraju lasu zauważyłem ruch. Za szybko jak na Zmiennokształtnego, więc w mig pojąłem, w jakiej sytuacji się znaleźliśmy. Nie mówiąc nic, pociągnąłem dziewczynę za sobą w stronę internatu. Nie czekałem na kolejny atak. Nie zamierzałem narażać ani siebie, ani tym bardziej Chloe. Wpadliśmy do salonu a oczy wszystkich zwróciły się w naszą stronę.
    - Nadchodzą! - zawołałem. - Wampiry są już blisko!

~~*~~*~~*~~*~~

    Heeej! Chyba wiecie, że rozdział miał być wcześniej, nie? ;) Ale wyszło jak wyszło. Generalnie chyba jestem z niego zadowolona, ale to tylko moje odczucia. Jestem ciekawa, czy Wasze są choć podobne.
    Oczywiście uryczałam się, jak pisałam o Davidzie, no bo to ja ;) Wam też się to podobało? A może coś innego? :D
Pozdrawiam Was serdeczniee! <3

sobota, 21 marca 2015

*35. "Od tamtej pory wszystko się zmieniło."

Dziękuję mojej wspaniałej W., która potrafi mnie zawsze rozśmieszyć i dzięki niej choć na moment potrafię zapomnieć o tym, jakie życie jest szare. Jesteś moją różową kredką :D I dziękuję Ci za to z całego serducha! <3



"Przyjaciele są jak ciche anioły, które podnoszą nas, kiedy nasze skrzydła zapominają, jak latać." - Antoine de Saint-Exupery


~~*~~*~~*~~*~~

~~ Prue ~~

    Nie odeszłam daleko. Usiadłam na jednej z ławek dostatecznie daleko, by nie słyszeć, o czym rozmawiali. Jednak i tak wyczuwałam jej emocje. Była zdenerwowana. Nie dziwiłam się. Sama również, nie miałabym pojęcia, jak zacząć taką rozmowę. Gdy tłumaczyła chłopakowi zawzięcie całą sytuację, non stop chodziła wzdłuż chodnika i co chwila wymachiwała ręką. Zawsze, gdy coś chciała dokładnie omówić, przedstawić komuś, gestykulowała. To było do niej tak podobne, że uśmiechnęłam się pod nosem sama do siebie. 
    Rozmowa trwała dosyć długo. Nie przerywałam im, bo zdawałam sobie sprawę, że powinni sobie wszystko wyjaśnić. Louis miał prawo wiedzieć o każdym szczególe. W końcu to on podejmował decyzję. Od niego zależało, czy mój ojciec zazna normalnego, ludzkiego życia. Więc wolałam nie naciskać. Choć pragnęłam, by zgodził się jak najszybciej. 
    Gdy skończyli, Becky podeszła do mnie. Jej wyraz twarzy nic mi nie mówił, ale wyczułam bijącą od niej radość. Nie chciałam wyprzedzać faktów, więc po prostu ją zapytałam. 
    - No i jak? 
    Chwilę milczała, jakby się ze mną droczyła. Napięłam niemal wszystkie mięśnie i ostatkiem woli powstrzymywałam się od rzucenia się na nią i wyduszenia z niej prawdy. Po chwili, która dla mnie trwałą wieczność, brunetka uśmiechnęła się do mnie serdecznie. 
    - Zgodził się, za chwilę powinien być w Dundee. Umówiłam się, że wyjdziemy do jego przed bramę - powiedziała. Nie mogąc uwierzyć, w to co słyszałam, uściskałam ją serdecznie. Miałam nadzieje, że Wampir nam pomoże, ale mimo wszystko starałam się zachować dystans. Nie przeżyłabym tak ogromnego zawodu, gdyby odmówił. 
    - Na co jeszcze czekamy? Idziemy? - zawołałam i już miałam pociągnąć Becky za sobą, gdy coś mnie zatrzymało. 
    - Prue! - usłyszałam swoje imię. Odwróciłam się i zobaczyłam zbiegającego po schodach Chrisa a za nim biegł Damien. Dopadli do nas w mgnieniu oka. - Tom mówi, że za chwilę trzeba dodać jad. - Odetchnął. 
    - Powiedz mu, że będziemy za góra pięć minut, okej? - odezwałam się. Złapałam Becky za rękę i ruszyłam do bramy. 
    - A wy dokąd? - krzyknął za nami Damien. 
    - Wyjaśnimy później, teraz nie ma czasu! - odkrzyknęła brunetka.  
    W paru krokach przemierzyłyśmy dystans dzielący nas od bramy. Wyszłyśmy za nią ostrożnie i rozejrzałyśmy się. Louisa nigdzie nie było widać. Oparłam się więc o mur, bo zapowiadało się, że musiałyśmy trochę poczekać. 
    Wampir wyłonił się nagle, zza zaparkowanego niedaleko busa. Nie straciłam orientacji, wiedziałam, że to właśnie tam się zjawi, lecz mimo wszystko się wzdrygnęłam. Poruszał się tak szybko i zwinnie! Jedyne, co go zdemaskowało, to zapach, który poczułam, gdy tylko pojawił się w okolicy. To dzięki niemu zorientowałam się, skąd przybędzie. Wstałam, otrzepując delikatnie plecy z kurzu. Nim zdążyłam choćby pomyśleć, jak go przywitać, Becky już rzuciła się na niego. Chłopak złapał ją w biegu, obrócił się wokół własnej osi i mocno przytulił. Gdy brunetka stanęła na ziemi, nadal się obejmowali. Widziałam wyraz twarzy Wampira. Miał przymknięte powieki, wydawał się zadowolony, wyglądał, jakby mu ulżyło, kiedy zobaczył dziewczynę całą i zdrową. Na koniec pocałowali się, a ja uciekłam od nich wzrokiem. Nie zamierzałam patrzeć na te czułości. To byłoby pogwałcenie praw do prywatności. 
    - Inaczej pachniesz - stwierdziła cicho Becky, podchodząc do mnie. Trzymali się za ręce, uśmiechnięci od ucha do ucha. Dziewczyna zmarszczyła delikatnie nos i wciągnęła głębiej powietrze. Oboje z Louisem zaśmialiśmy się serdecznie. Po przejściu przemiany robiliśmy się bardziej wrażliwi na zapach Wampirów. Co oczywiście mi nie pomogło na początku mojej znajomości z chłopakami, bo i tak się z nimi zakolegowałam. A przynajmniej z jednym z nich. 
    - To dlatego, że od czasu twojej przemiany się nie widzieliśmy - szepnął. - Od tamtej pory wszystko się zmieniło.
    Stanęli naprzeciwko mnie naprawdę szczęśliwi. Od dawna nie widziałam Becky tak radosnej, tak wesołej. Ta znajomość jak najbardziej jej służyła.
    - Cześć, dziękuję, że zgodziłeś się nam pomóc - przywitałam się z nim.
    - Nie ma sprawy. Czego się nie robi dla przyjaciół. - Wzruszył ramionami. I choć my nie byliśmy nawet dobrymi znajomymi, wiedziałam, że chodziło mu o to, że Becky to jego dziewczyna a ona przyjaźniła się ze mną. - Zrobiłbym wszystko, żeby Becky była szczęśliwa - odezwał się po chwili stanowczo. - To co, macie jakieś pudełko czy coś? - Rozejrzał się wokół, jakby oczywistym było, że znajdzie na ziemi pojemnik, w którym przechowamy jad. Od razu zrobiło mi się głupio, że wcześniej o tym nie pomyślałam. Tak bardzo zależało mi na czasie, że nie zorientowałam się, że jad trzeba jakoś przenieś. Widząc moje zmieszanie, uśmiechnął się tylko. - Tak właśnie myślałem. - Wyciągnął z kieszeni małą fiolkę, odkorkował ją i przyłożył do kła, który wydłużył się nieznacznie. Nie chcąc na to patrzeć, zerknęłam na dziewczynę. Przyglądała się Louisowi z zafascynowaniem. Dostrzegłam, jak zadrżała, gdy zobaczyła kieł. Tak jakby... Tak jakby poczuła go kiedyś na sobie...
    Chyba wyczuła, że się jej przyglądałam, bo odwróciła wzrok w moją stronę i spojrzała mi prosto w oczy. A gdy to zrobiła, róż wypłynął na jej policzki. I wtedy już wiedziałam, że byli ze sobą Skojarzeni. Już wszystko zaczęło się układać. To o nim Becky wspominała, gdy przechodziła przemianę. Wcześniej sądziłam, że bredziła, w końcu przemiana to straszny, nieunikniony proces. Wszystko mogło się wtedy wydarzyć. Ale nie, ona utrzymała świadomość do końca. Dzięki połączeniu, zdawała sobie sprawę, że Wampir odczuwał to, co ona, że palił się od wewnątrz, przez to, że jej moc się uaktywniła.
    Wszystko stało się jasne.

~~ Chris ~~

    Wpatrywałem się w sylwetki oddalających się dziewczyn. Nie miałem pojęcia, co o tym wszystkim myśleć. Z jednej strony pragnąłem, by Prue w końcu udało się przetransportować ojca, by zmienił się w swoją ludzką postać. Z drugiej jednak przeczuwałem, że nie obejdzie się bez pomocy Wampirów. A jedynym zaprzyjaźnionym Wampirem, którego w pierwszej kolejności Prue poprosi, będzie Liam. I on jej nie odmówi. Za bardzo mu na niej zależało... Więc będą mieli pretekst, by się spotkać.
    I znów jakiś cichy głosik gdzieś z tyłu głowy podpowiadał mi najgorsze scenariusze. Próbowałem nie zwariować, ale było to trudne. Tak, byłem zazdrosny, ponieważ zdawałem sobie sprawę, że Skojarzenie to naprawdę mocna więź. Poza tym Prue to naprawdę atrakcyjna dziewczyna. Ale mimo to wierzyłem w naszą miłość.
    - Stary, chodź. One zaraz przyjdą - zawołał Damien, klepiąc mnie dłonią w ramię. Posłuchałem go. Nie zamierzałem zostawać na dworze i czekać. To nie byłoby mądre.
    Wróciliśmy więc na strych, gdzie eliksir zdawał się niemal gotowy. Wystarczyło dodać ostatni składnik, którego na razie nie posiadaliśmy. Damien przekazał pozostałym, że dziewczyny wkrótce wrócą. Pozostało nam więc tylko czekać.

~~ Becky ~~

    - Jeszcze raz ci dziękuję, za wszystko! - powiedziała chyba już czwarty raz Prue, ściskając w dłonie fiolkę z jadem Louisa. Chłopak tylko zaśmiał się serdecznie. - Musimy już iść, na pewno się denerwują - stwierdziła, zerkając w moją stronę. Pokiwałam tylko głową a następnie spojrzałam w oczy mojego Wampira.
    - Uważaj na siebie - szepnął, obejmując mnie mocno ramionami. - Licho nie śpi. Zaatakuje w najmniej oczekiwanym momencie. Znam Stylesa od lat. Tak właśnie postąpi.
    Odsunęłam się od niego na chwilę i patrzyłam przez moment w twarz, marszcząc czoło. Zastanawiałam się, skąd może wiedzieć takie rzeczy, skoro już nie zadawał się z tymi złymi.
    - Po prostu tam, gdzie przebywam, gdzie żyję, krążą plotki. Właściwie to wszyscy mówią tylko o tym. Aż trudno uwierzyć, że do was jeszcze nic nie dotarło - odezwał się, gdy zorientował się w moich myślach.
    - Ty też na siebie uważaj - ostrzegłam.
    - Zawsze dla ciebie, skarbie - szepnął po czym namiętnie mnie pocałował. Czułam jego miłość, jego pożądanie, jego tęsknotę. Wszystkie skrywane uczucia. - Kocham cię.
    - Ja ciebie też kocham! - zawołałam, gdy odwrócił się i zniknął za białym busem.
    - Chodźmy - zaproponowała Prue, stając obok mnie i delikatnie ciągnąc ku bramie. Ruszyłam po dobrej chwili. Było mi trudno znów na długo rozstać się z Louisem z myślą, że praktycznie nikt o nas nie wie i nikt nie mógł się dowiedzieć.
    - Prue - zaczęłam ostrożnie, gdy mijałyśmy internat.
    - Tak?
    - Obiecasz mi coś?
    - Co? - zapytała.
    -Nie powiesz nikomu o nas? O mnie i Louisie? Dopóki sama nie będę na to gotowa?
    Milczała przez moment aż w końcu zgodziła się, twierdząc, że to moja sprawa i że nie powinna się do tego mieszać. Zasugerowała mi jednak, bym pospieszyła się z powiedzeniem reszcie prawdy. Z doświadczenia wiedziała, co mówiła.
    Wszyscy odetchnęli z ulgą, gdy w końcu zjawiłyśmy się na strychu. Prue podeszła do Toma i dolała do gotującej się mikstury jad Wampira. Filip przemieszał zawartość kociołka. Mieszanina zrobiła się nieco gęstsza, zmieniła kolor z zielonkawego na bardziej niebieskawy. Po chwili usłyszałam cichy wybuch i zauważyłam unoszący się znad kociołka szary dym.
    - Wszystko poszło zgodnie z planem - oznajmił Tom. - Jutro możecie ruszać.

~~*~~*~~*~~*~~

    Heej, co tam u Was? Też macie taki nawał sprawdzianów jak ja? Normalnie codziennie coś. A już nie daj Boże, jak masz jakieś zaległości lub coś do poprawy!! O.o Jestem tak zmęczona, że nie mam na nic ochoty, mimo, że pogoda jest tak obiecująca ;) Tylko ona podnosi mnie na duchu! :)
    No ale nic, piszcie, jak tam rozdział ;)