Pokazywanie postów oznaczonych etykietą forest. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą forest. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 grudnia 2015

Miniaturka 1. "Słów kilka o Ohrimach."


Mężczyźni, którzy byli zaangażowani w pościg za zbiegłymi, wrócili do wioski zdenerwowani. Klęli w swoim ojczystym języku, a trzeba Wam wiedzieć, że mieli dosyć sporo niecenzuralnych słów. Nie mogli uwierzyć, że wykiwała ich dwójka młodzików. Ich, doświadczonych wojowników i mężczyzn.
Merrin czekał niecierpliwie, jak na szpilkach, chcąc dowiedzieć się, jak poszły im łowy. Zobaczywszy markotne miny towarzyszy, od razu wiedział, co usłyszy.
– Uciekli. – Westchnął Silas. Wódz trzasnął całą pięścią w stół, wstając z drewnianego krzesła. Myślał gorączkowo o ofierze, jaką mieli złożyć tego dnia bogom. Przez wariacje, jakie zadziały się na stosie, nic nie dali bogom i teraz oni będą źli na całą wioskę. Lękał się gniewu bogów, zwłaszcza jednego. Według ich wierzeń  Amandla, najważniejszy bóg, który sprawował władzę właśnie nad głównymi organami władzy, oraz sprawował pieczę nad pozostałymi bożkami, był najgroźniejszy. Często popadał w szał, co objawiało się częstymi suszami lub całodobowymi opadami deszczu. Zjawiska atmosferyczne miał pod swoją opieką i mógł im rozkazywać.
Merrin wolał nie myśleć, jaka kara ich spotka, za takie przewinienie. Jeszcze nigdy nie zdarzyło im się nie złożyć ofiary na czas. Próbował wymyślić, co mogliby podarować bogom w zamian, by ich choć trochę udobruchać, ale niestety, posiadali mało zapasów.
– Wodzu – odezwał się grzecznie i cicho Silas. Merrin spojrzał na niego. Już zapomniał, że byli razem z nim. – Może byśmy... Przynieśli coś z lasu? Może uda nam się coś znaleźć? – zapytał. Najwidoczniej ich myśli krążyły wokół tego samego tematu.
Przywódca zastanowił się przez chwilę. Nie podobało mu się, że to nie on wpadł na ten pomysł. Wolał sam wszystko zorganizować, ale wiedział, że jeżeli nic nie zrobią, na pewno narażą się a gniew bogów. Jeżeli coś im podarują, może okazać się, że się tak bardzo nie wściekną.
– A więc idźcie i poszukajcie w lesie najlepszych ziół i mięsiwa. Może zdołacie jeszcze coś upolować – powiedział to takim tonem, jakby to wszystko to był jego pomysł. Jeszcze kiedy mówił, wskazał im drzwi.
– Tak jest, wodzu! – odkrzyknęli chórem wszyscy zebrani i wyszli.
Zostawili Merrina ze swymi myślami. Przeklinał w duchu dwójkę cudzoziemców, którzy mieli mu przysporzyć chwały wśród bogów a narobili tylko wielkiego bałaganu.
Nie dosyć, że musiałem ich wyżywić, to jeszcze znaleźć pracę oraz na koniec uciekli i nie dali mi żadnego pożytku z siebie, warknął w myślach. Teraz jeszcze szukaj nowej ofiary!
Nie mógł tego przeboleć. Nie potrafił się pogodzić z porażką. Bardzo chciał, by w końcu wszystko wyszło na jego. Miał nadzieję, że chociaż ofiara wyjdzie. Jeżeli nie, to oznaczało koniec jego. Koniec jego rządów, może nawet koniec życia.
Zaczął powoli przechadzać się w tę i z powrotem po pomieszczeniu, chcąc zabić czas oczekiwania na swoich poddanych. Zastanawiał się, jak dawno już wyruszyli i ile czasu im zajmie powrót. Już miał nawet wyjść z domu i rozejrzeć się po wiosce, kiedy znów ktoś do niego zawitał. Tym razem był to jego syn, Kartik.
– Ojcze, wiem, że robisz wszystko dla dobra całej wioski, ale mam jedno pytanie, jako twój następca – odezwał się szybko, jakby spodziewał się, że Merrin mu przeszkodzi w wypowiedzi.
– Słucham cię, synu. – Westchnął przeciągle. Dobrze wiedział, że Kartkik jest naprawdę uparty i zrobiłby wszystko, żeby dowiedzieć się tego, czego chciał się dowiedzieć, przychodząc tutaj.
– Dlaczego zamierzałeś spalić naszych przyjaciół? – zapytał wprost.
– Oni nie mogli być waszymi przyjaciółmi! – Zaśmiał się w głos. – Znaliście się raptem parę dni, może tydzień. Nie poznaliście się dostatecznie, żeby nazywać ich swoimi przyjaciółmi – krzyknął zdenerwowany.
– Ale to byli jednak goście! – zezłościł się. – Poza tym, zawsze do tej pory wystarczała ofiara z jednego zwierzęcia oraz roślin. I nagle musieliśmy bogom podarować dwóch ludzi? – Tym razem to Kartik się zaśmiał.
– Jak śmiesz podważać moje decyzje? – Stanął przed chłopakiem. Niby syn był wyższy, ale czując respekt przed ojcem, a przede wszystkim wodzem, skurczył się w sobie.
– Po prostu czuję, że gdybyś ich oddał bogom, byliby źli. Jeszcze bardziej, niżbyś już nic im nie podarował – szepnął Kartik, spuszczając wzrok. Chciał już wyjść, ale sumienie  kazało mu wszystko wyjaśnić ojcu.
– Sumienie? – prychnął Merrin. – W podejmowaniu decyzji masz się kierować rozumem i dobrem swojego ludu a nie tym, co ci sumienie podyktuje! – Zawołał, ośmieszając chłopaka. – Odejdź, rozmowa skończona – warknął.
Kartik wyszedł, zatrzaskując drzwi. Z jednej strony bardzo się bał przejęcia władzy, jaka będzie mu przysługiwać po śmierci ojca. Z drugiej jednak wolałby już być wodzem, byleby tylko nie słuchać tyrad Merrina i jego jakże wspaniałych i cudownych pomysłów. Miał nadzieję, że bogowie go wspomogą, kiedy będzie musiał sam podjąć pierwszą decyzję, by wybrał dobrze. Mimo przestróg czy jakichkolwiek nauk ojca, zawsze, przy jakimkolwiek wyborze słuchał swojego wewnętrznego głosu oraz Felicity. Bardzo się ze sobą zżyli i już nie wyobraża sobie życia bez niej u swego boku. Mimo, że małżeństwo było ustawione, byli szczęśliwym i zgranym małżeństwem jakiego ze świecą po całym świecie szukać.
Uśmiechnął się na samo wspomnienie żony. Czekała na niego w domu z ciepłym posiłkiem. Była smutna, ponieważ Chloe odeszła bez pożegnania. A dziewczyna bardzo umilała dzień Felicity. Nie czułą się samotna, zawsze razem wypełniały swoje obowiązki. Wśród mieszkanek Ohr nie miała dziewczyny, z którą utrzymywałaby tak bliski kontakt. Z resztą, każda inna miała już swoją rodzinę, którą musiała się zajmować od rana do samego wieczora, a czasami nawet i w nocy.
Kartik, wchodząc do domu, powitał swoją żonę. Streścił jej rozmowę z ojcem. Dziewczyna przejęła się tym nie na żarty i starała się pocieszyć jakoś męża, ale bezskutecznie.
Kiedy zasiedli do kolacji, przyszli do nich ludzie wodza, którzy oznajmili, że wszyscy mają się zebrać wokół stosu.
Felicity spojrzała na Kartika zdezorientowana. Ten tylko wzruszył ramionami.
– Najwidoczniej znaleźli nową ofiarę – wyjaśnił, pociągając żonę za rękę w kierunku wyjścia.

~~*~~*~~*~~*~~

Hello, it's me! W końcu pojawiam się z taką drobną miniaturką. Mam nadzieję, że Wam się spodoba. Miała być nieco inna, ale wyszła taka i jest taka, po prostu ;)
Z racji tego, że chyba nic nie dodam do świąt, to chciałabym Wam złożyć najserdeczniejsze życzenia na te zbliżające się Święta Bożego Narodzenia! Dużo uśmiechu na ustach, miło spędzonych, w rodzinnym gronie świąt. Fajnych prezentów pod choinką, zdrowia i miłości <3
Mam nadzieję dodać coś do końca roku, może kolejną miniaturkę a epilog na początku kolejnego roku? Może w urodzinki bloga? Co wy na to? :)
Pozdrawiam Was cieplutko, bo zimno <3

piątek, 1 maja 2015

*EPILOG*

Notka dla wszystkich, którzy tutaj zaglądają, czytają, komentują, po prostu są ze mną ;) Strasznie dziękuję, za tą obecność przez te dwie części. To dla mnie bardzo ważne <3 Mam nadzieję, że wytrzymacie jeszcze do końca trzeciej? ;) 


"Śmierć to śmierć. Przestaje się żyć i umiera. Śmierć, czyli koniec wszystkiego. Człowiek przenosi się na tamten świat. Albo też pogrąża się w ostatecznym zapomnieniu, zależy, w co kto wierzy." - John Flanagan


~~*~~*~~*~~*~~

~~ Liam ~~

    Na miejscu pojawiłem się w momencie, gdy rozpętała się walka. Uważając, by nie oberwać, zacząłem przemieszczać się w stronę największego piekła. Cały czas rozglądałem się w poszukiwaniu jedynej interesującej mnie osoby. Prue. Gdzie jest Prue?
    Zauważyłem ją w tym całym zamieszaniu dopiero po jakimś czasie. Do tej pory powaliłem dwóch Wampirów - dawniej moich znajomych, dzisiaj wrogów. Nie byłem pewien, czy nie żyją, nie miałem czasu, by zatrzymać się przy nich o sekundę dłużej i to sprawdzić. Pędziłem dalej, przed siebie.
    Dotarłem do niej w momencie, gdy krzyczała coś, wpatrując się w dobrze znaną mi osobę. Harry Styles - najbardziej znienawidzony przeze mnie Wampir, jaki kiedykolwiek chodził po świecie. Widziałem malujący się na jego ustach uśmiech, szyderczo pokazywał swoje kły. Był niesamowicie pewny siebie i to mnie przerażało. Bałem się, że mimo wszystko, nie ujdziemy z tego starcia z życiem. A jednak byłem zdolny zaryzykować, byleby tylko ją uratować. Dla mnie była najważniejsza.
    Stanąłem między nimi w chwili, gdy miały paść pierwsze strzały.
    - Liam! - zawołała zza moich pleców Prue. - Co ty do jasnej cholery robisz? To jest moja wojna! Nie pozwalam ci się do niej wtrącać! - krzyczała, szarpiąc mnie za ramię. Nie zrobiło to na mnie wrażenia. Stałem uparcie w miejscu, wpatrując się w lodowate spojrzenie martwych oczu Stylesa.
    - Pożałujesz, że się w to wmieszałeś - syknął cicho, lecz usłyszałem do doskonale; dokładnie tak, jakby te słowa wykrzyczał.
    - Przekonamy się - odparłem, zaciskając ręce w pięści. Wiedziałem, że był ode mnie silniejszy. W końcu był Wampirem czystej krwi, mnie natomiast zmienił w niego, więc nie posiadałem tej naturalnej krzepy co on. Mimo to nie wycofałem się. Wręcz przeciwnie, przygotowałem się do ataku. Pochyliłem się delikatnie do przodu, obnażyłem zęby. A Styles po prostu stał i się uśmiechał, spoglądając mi w oczy, jakby chciał przewiercić moją duszę na wylot.
    Przejrzałem jego plan ułamek sekundy wcześniej, niż zaczął go wprowadzać w życie. Ten jeden, jedyny raz zerknął na Prue, która milimetr po milimetrze, delikatnie wychodziła zza moich pleców. I już wiedziałem, że to nie mnie miał pierwszego zaatakować tylko dziewczynę. Warknąłem złowrogo i, gdy wypuścił pierwszą kulę energii w naszą stronę, popchnąłem z całej siły Prue w bok. Odleciała dobrych kilka metrów dalej, zatrzymując się na drzewie. Uderzyła w nie z głuchym jęknięciem a potem opadła bezwładnie na ziemię. Amunicja Stylesa minęła mnie o milimetry. Nie dał się zaskoczyć. Już po chwili w moją stronę leciała kolejna kula energii. Rozzłoszczony tym, że pomieszałem mu szyki, zaczął się przemieszczać. Doskonale wiedziałem, dokąd chciał się udać. Pragnął wykończyć Prue, która nadal leżała na ziemi, nie okazując żadnych znaków życia. W którymś momencie doleciał do mnie zapach jej krwi. Bałem się, że zrobiłem jej krzywdę, chcąc ją ratować przed Stylesem. Jedyne, co teraz mogłem zrobić, to utrzymać go jak najdalej od dziewczyny, by ta mogła się pozbierać.
    - Jesteś żałosny - odparł pogardliwie. - Zawsze byłeś.
    - Na pewno nie tak bardzo jak ty - warknąłem, posyłając w jego kierunku kolejny pocisk. Zawczasu wytworzył tarczę, więc kula odbiła się od niej, tracąc swoją moc i znikając w powietrzu. Mogliśmy się tak bawić całymi godzinami, bo Styles nie pragnął mnie zabić. Przynajmniej nie teraz. Jego priorytet stanowiła Prue.
    Zaśmiał się szyderczo, wytwarzając i rzucając we mnie po kolei dwie kule, jedną większą od drugiej. Jednej uniknąłem, robiąc krok w bok, drugą natomiast wziąłem na swoją tarczę ochronną. Zachwiałem się pod siłą, z jaką pocisk we mnie uderzył. Nie przewróciłem się jednak, utrzymałem się na nogach.
    Niestety, Styles potrafił wykorzystać każdą sytuację, zwłaszcza, jeśli zwiastowała jego zwycięstwo. Już po chwili, gdy nie byłem jeszcze całkowicie gotowy na przyjęcie nowych amunicji, wystrzelił w moją stronę kolejne trzy kule. Jedna ominęła mnie. Jednak już druga i trzecia trafiły po kolei w moją klatkę piersiową. Otworzyłem szeroko oczy, niedowierzając w to, co się stało. Przez moment stałem jeszcze, lecz w ułamku sekundy nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Powieki opadły na oczy. Gruchnąłem bezwładnie na ziemię. Ostatnie, co usłyszałem to przerażający wrzask, który sprawił, że się uśmiechnąłem. Moja śmierć może nie pójdzie na marne. Gdy pomyślałem o Prue, zasnąłem z błąkającym uśmiechem na moich ustach. W końcu zasnąłem wiecznym snem. W końcu byłem spokojny.

~~ Prue ~~

    Głowa bolała mnie niemiłosiernie. Gdy podnosiłam się z ziemi, zakołowało mi się w niej i o mało co, znów się nie przewróciłam. Na szczęście podparłam się o drzewo i stanęłam na własnych nogach gotowa zmierzyć się z wszystkimi przeciwnościami, jakie na mnie czekały. Oprócz tej jednej, która mnie zaskoczyła.
     Podniósłszy wzrok, myślałam, że ujrzę nadal ze sobą walczące dwa Wampiry. Myliłam się. Widok, jaki zastałam, zmroził mi krew w żyłach i wydarł z gardła przeraźliwy krzyk. Zobaczyłam Liama opadającego na ziemię z osmoloną klatką piersiową - jedynym dowodem zbrodni. Gdy spojrzałam w oczy Stylesa, wiedziałam, że chłopak już nie żyje. Z moich oczu popłynęły łzy, które na ułamek sekundy przesłoniły mi widok na wszystko wokół. Zdałam sobie sprawę, że, gdy nie będę nic widziała, nie obronię się. Otarłam więc łzy z policzków i, nie oglądając się na leżącego Liama, podeszłam do Harry'ego.
    Pragnęłam jego śmierci. Chciałam, by poczuł to, co mój brat czy Liam, gdy ich mordował. Pragnęłam patrzeć na jego wykrzywione w grymas usta, z których powoli ciekła krew, plamiąc białą koszulkę szkarłatem. Uśmiechnęłam się do swoich myśli i spojrzałam prosto w jego szaleńcze oczy. W nich również widziałam rządzę mordu.
    Szykując się do ostatniego starcia, kątem oka zerknęłam w stronę przyjaciół, którzy walczyli za daleko mnie, by móc zainterweniować. Przynajmniej już nikt się nie wtrąci między mnie a jego. Byłam jedynie zła na siebie, bo przeze mnie oni znowu zmuszeni byli do walki z Wampirami. Nie widziałam jednak innego wyjścia.
    Mimo tego, że czułam, że wyjdą z tego cało, bałam się o nich. Bardziej niż o siebie, choć to ja miałam za chwilę umrzeć. Zdawałam sobie sprawę, że nie dam rady pokonać Stylesa. Jedyne, co mogłam zrobić, to pociągnąć go za sobą do grobu.
    To dziwne i pocieszające, że przed śmiercią niewiele się czuje. Tylko przyjemną pustkę, której nie chce się zapełnić.
    Zamierzałam atakować do utraty sił. Postanowiłam sobie kiedyś, że pomszczę śmierć brata i odnajdę ojca. Tata znaleziony, teraz tylko wystarczy zrobić wszystko, by pozbyć się Stylesa.
    Zaczerpnęłam głośno powietrza i wyrzuciłam przed siebie ręce. Styles wiedział, co chciałam zrobić i dlatego wytworzył tarczę, przez którą moja moc nie miała jak się przedostać. Spróbowałam jeszcze raz i jeszcze jeden. Nic. Wampir uśmiechał się głupkowato i niby od niechcenia sięgnął do pasa. W ułamku sekundy zauważyłam najpierw błysk ostrza, potem swoją jedyną szansę. Ostatni raz wyrzuciłam ręce w górę, bo, kiedy chłopak sięgnął po nóż, jego tarcza osłabła, nie widziałam tego, ale wyczułam. W tej samej chwili, w której użyłam swojej mocy, Harry rzucił we mnie nożem. Na początku nie poczułam nic. Potem, gdy moja moc ugodziła w jego klatkę piersiową, wszystko zamarło. Wampir rozleciał się na miliony kawałeczków, które na koniec zamieniły się w popiół. Ci, którzy zauważyli moje zwycięstwo, ryknęli z radości. Dodałam im tym aktem otuchy i nowej siły. Zobaczyłam, jak wiele Wampirów ginie, nie wiedząc, co zrobić po stracie przywódcy. Niektórzy zdążyli uciec, ale nie wiem, ilu ich było.
    Wszystko to zadziało się w ciągu sekundy, może dwóch. W ciągu następnej, zorientowałam się, że oberwałam. Ciepła krew spływała mi po brzuchu, już nie chcąc wsiąkać w bluzkę, która była już całkiem mokra i czerwona. Spojrzałam w dół z uśmiechem na twarzy. Dojrzałam wystającą z mojego brzucha rękojeść noża. Sięgnęłam prawą ręką i ostatkiem sił, wyciągnęłam je z ciała. Upadło z cichym brzdękiem na kamień.
    Jeśli to jest umieranie, to mogłabym umierać codziennie - zaśmiałam się w myślach. Nie czułam bólu, nie czułam strachu. Byłam wolna. Nareszcie wolna.
    Upadłam i już nie wstałam.
    - Dzień dobry, braciszku - szepnęłam, uśmiechając się do niego.

~~*~~*~~*~~*~~

    Hejka, jak tam majówka? Nie za fajna pogoda u mnie :/ Ale na szczęście jest epilog :D Jak Wam się podobał? Jak myślicie, co będzie dalej? ;) Chcecie trzecią cześć? ;) Piszcie, im więcej Was, tym większy uśmiech na mojej twarzy i więcej determinacji do pisania i zaskakiwania Was :D Jestem ciekawa wszystkiego, co myślicie, naprawdę ;)
    Jeśli są ze mną jacyś maturzyści, a podejrzewam, że są :D To życzę Wam powodzenia na maturze! <3 Oby te trzy czy cztery lata nie poszły na marne :D 

środa, 8 października 2014

*26. "Zrobimy to jutro?"

Dziękuję za wspaniałą zabawę! Było mega super, śmiesznie i zabawnie, i wszystko :D Pierwsza taka nasza impreza i zaliczam ją do jak najbardziej udanych <3 Dziękuję ♥



"Ocalałeś nie po to, aby żyć." - Zbigniew Herbert. 



~~*~~*~~*~~*~~


~~ Narracja trzecioosobowa ~~

    Kolejny dzień w dziwnej krainie mijał im spokojnie. Od rana oboje byli zajęci swoimi obowiązkami; Shane poszedł z Kartikiem do pracy, a Chloe pomagała Felicity w domu. Gdy po kolacji wrócili do swojej chatki, byli zmęczeni i jedyne, o czym marzyli to gorąca kąpiel i sen. Niestety, na kąpiel nie mogli liczyć, nie w tym świecie, gdzie ludzie oszczędzali na czym tylko się dało, nawet na opale i wodzie czy jedzeniu. Ale nawet o śnie mogli zapomnieć, przynajmniej na razie, bo obiecali sobie rano, że wieczorem usiądą razem przy stole i porozmawiają o ich położeniu i szansach na powrót do domu.
    Usiedli więc naprzeciwko siebie. Miny mieli niewesołe, ale chyba nikt, na ich miejscu, by się nie cieszył. Podpierając głowy rękami i mrugając szybko powiekami, patrzyli na siebie niemal nieprzytomnie. Żadne z nich nie miało ochoty pierwsze się odezwać.
    Shane wyciągnął przed siebie rękę i dotknął nią ciepłej i delikatnej dłoni Chloe. Dziewczyna wzdrygnęła się nieznacznie, bo gest zaskoczył ją. Spojrzała mu w oczy, starając się powstrzymać ziewnięcie. Zauważyła w jego tęczówkach zmęczenie połączone z determinacją. Jego słowa potwierdziły tylko to, że dziewczyna nie dostała sennych majaków.
   - Musimy się stąd wydostać, nie podoba mi się atmosfera tego miejsca. To nie jest normalne, że codziennie wieczorem jesteśmy tak zmęczeni, że nie mamy na nic siły. Tutaj jest coś nie tak, nie mam pojęcia co, ale najwyższy czas się dowiedzieć i temu czemuś przeciwstawić.
    Chloe pokiwała półprzytomnie głową. Zgadzała się z chłopakiem w stu, a nawet może i więcej, procentach, ale po prostu nie miała siły na choćby odrobinę wyraźniejszy gest. Przyglądając się uważnie twarzy Shane'a, zauważyła, że w jego oczach już nie widać takowego zmęczenia, które ją ogarniało. Wyglądało to tak, jakby otoczka, która spowijała go, powodując brak sił, stopniowo się ulatniała. Zdawało jej się, że czuł się dużo lepiej, po chwili nawet się do niej uśmiechnął, zaciskając jej mocniej palce na dłoni, by dodać jej otuchy.
    - Musisz uwierzyć, że to nie jest normalne - szepnął. - To tylko zły czar, który musisz przezwyciężyć. Mnie się to już udało. Teraz tylko ty. Pomogę ci, nie bój się. Po prostu mi zaufaj.
    - Ufam ci - powiedziała bez zastanowienia.
    - To dobrze, a teraz powtarzaj za mną. - Wziął głęboki wdech i kontynuował. - To się nie dzieje naprawdę. To nie jest normalne. To tylko magia, która zaraz przestanie działać.
    - To się nie dzieje naprawdę. To nie jest normalne. To tylko magia, która zaraz przestanie działać. - mówiła cicho i szybko.
    - I jeszcze raz. To się nie dzieje naprawdę... - poinstruował Shane. Dziewczyna powtórzyła zdania jeszcze kilka razy. Dopiero wtedy i z niej spłynęło zmęczenie przytłaczające jej barki. Zaczerpnęła głośno powietrza, które po chwili wypuściła z delikatnym świstem. - Udało się! - zawołał chłopak, wstając szybko z krzesła, które przewróciło się, powodując mnóstwo hałasu. Przeszedł naokoło stół i wziął w ramiona nieco zdziwioną Chloe. Jej krzesło również się przewróciło, gdy zakręcił nią wokół własnej osi. Po chwili wahania wtuliła się w niego, wdychając znajomy zapach jego ciała. Niekontrolowany chichot wymknął jej się z ust.
    - Co to było? - zapytała, gdy chłopak w końcu odstawił ją na miejsce. Postawili krzesła znów na swoim miejscu i usiedli na nich. Shane spojrzał na nią, uważnie jej się przyglądając. Chciał się upewnić, że cały czar prysł.
    - Najwidoczniej ktoś nie chce, żebyśmy się stąd wydostali - zauważył.
    - Ktoś, albo coś - zasugerowała Chloe, próbując sobie to wszystko poukładać w głowie.
    - Nie, to na pewno był człowiek - powiedział przekonany chłopak. - A raczej jego magia, ale na pewno czar rzucił człowiek. Nie ma nigdzie, nawet w innym wymiarze, tak potężnej magii, która utworzyłaby się bez pomocy czarodzieja. Pytanie tylko, kto jest na tyle zdolny i silny, by móc nas tak omamić?
    - Naprawdę myślisz, że ktoś tutaj ma magiczną moc? - zapytała z powątpiewaniem dziewczyna.
    - To inny wymiar, magiczna kraina, tutaj wszystko jest możliwe - odparł.
    - Więc pewnie domyślasz się, kim może być ta osoba? - powiedziała Chloe, próbując zastanowić się, na kogo mógłby stawiać Shane.
    - To chyba oczywiste, że chodzi o Merrina - odezwał się głośno.
    - Nie jestem tego taka pewna - powiedziała nieprzekonana.
    - No a kto, jak nie on? - zirytował się nieco Shane. - Przecież to chyba oczywiste. On jest tym całym ich wodzem, czy jak on się zwie w ich kulturze. To on nimi przewodzi, więc najbardziej prawdopodobne jest to, że to on będzie miał moc.
    - Myślisz? - Dziewczyna zaczęła dostrzegać prawidłowość rozumowania przyjaciela. - Jak się tak zastanowić, to możesz mieć rację - przyznała. Chłopak skinął głową i uśmiechnął się do niej. - To co w takim razie robimy?
    - Sam jeszcze nie wiem. Moglibyśmy spróbować skontaktować się z Becky. Chyba będziesz potrafiła to zrobić?
    - Ja tak, ale nie jestem pewna, czy Becky z tamtego okresu, do którego się przenieśliśmy, będzie umiała odebrać prawidłowo sygnał czy wiadomość. Z tego, co widziałam przy rzucaniu zaklęcia, miała niewielkie pojęcie o rodzinnej magii. Nie wydaje mi się, żeby od tamtej pory coś się pod tym względem zmieniło.
    - Kurde, faktycznie. Wyglądała na zdezorientowaną wtedy. Myślałem, że było to związane ze śmiercią Davida i naszym odejściem. Nie sądziłem, że jeszcze się niczego o waszej rodzinie nie dowiedziała - wyraził swoje niemałe zdziwienie. Oparł się wygodnie - na tyle, na ile to było możliwe - o drewniane oparcie krzesła i podrapał po głowie, zastanawiając się, co by w takie sytuacji zrobić. - A mogłabyś skontaktować się z jej mamą? Ona na pewno wiedziałaby, co zrobić. No i przez nią dotarlibyśmy do reszty. Gdybyśmy poprosili ją, by opowiedziała o wszystkim Prue, Becky czy Alice...
    - Mogę spróbować, ale nigdy czegoś takiego nie robiłam. Wcześniej wiązałam się tylko z mamą, a i to nie zawsze działało. - Posmutniała. Chciała być pomocna Shane'owi. Chłopak myślał za nich dwóch, więc ona pragnęła przynajmniej czynem mu to wszystko wynagrodzić.
    - Zadziała - powiedział chłopak z taką pasją, że i Chloe uwierzyła, że jej się uda nawiązać kontakt z mamą Becky. - Wierzę w ciebie - szepnął, nachylając się ku niej i patrząc prosto w oczy. Przez plecy dziewczyny przeszedł przyjemny dreszcz.
    - Okej, będę potrzebowała chwili ciszy i spokoju, paru ziół, przynajmniej dwie świece i kredę. Fajnie by było, gdybym miała też kryształy, pomogłyby mi utrzymać kontakt dłużej niż normalnie, ale w naszym przypadku nie zdobędziemy kryształów. Nie tutaj. - Westchnęła. - Zioła mogę jutro skombinować. Felicity mi pomoże. Gorzej będzie ze świecami... - zastanawiała się.
    - Popytam, może coś się wykombinuje, nie martw się. Ty zajmij się roślinami, a ja przyniosę świece - zaproponował. Dziewczyna kiwnęła głową na znak zgody. - Zrobimy to jutro?
    - Tak, im szybciej, tym lepiej. Wynośmy się stąd zanim stanie nam się coś złego, bo coś czuję, że im dłużej tu jesteśmy, tym bardziej coś nam zagraża. Nie mam pojęcia, czym miałoby być to zagrożenie, ale niewątpliwie się zbliża. Z każdym dniem jest coraz bliżej...
    - Mam nadzieję, że nasz plan wypali.
    - Musi. Inaczej zostaniemy tu na zawsze. A ja nie chcę się tutaj zestarzeć. - Wzdrygnęła się na samą myśl o pozostaniu w krainie Kartika i Felicity.
    - Razem damy radę - zapewnił ją, dotykając czule jej dłoni. Chloe delikatnie się zarumieniła, ale starała się nie okazać, jak duże zrobił na niej wrażenie jego dotyk. Uśmiechnęła się tylko szeroko, zaglądając przez chwilę w jego oczy. Potem spuściła wzrok na ich złączone ręce na stole. - Chyba powinniśmy się już położyć. Jutro wielki dzień, musimy być wypoczęci - odezwał się po chwili milczenia. Chloe kiwnęła tylko głową. Wstała szybko od stołu, podeszła do łóżka, gdzie ściągnęła swoją sukienkę i zamiast niej założyła cieniutką halkę do spania. Szybko położyła się na łóżku i przykryła szczelnie kołdrą. Nie lubiła zakładać swojej "pidżamy", bo odsłaniała więcej niżby chciała pokazać. Wstydziła się paradować półnago, zwłaszcza, że Shane, który jej się podobał, co chwila na nią spoglądał.
    Chwilę potem i chłopak położył się na łóżku. On nie miał problemu z nagością. Spał bez koszulki, jedynie w krótkich a la spodenkach. Wyciągnął się wygodnie na łóżku, spoglądając w sufit, jedną rękę trzymał zgiętą w łokciu pod głową, a druga leżała na jego brzuchu.
    - No to dobranoc - powiedziała pierwsza Chloe, przewracając się na bok, plecami do chłopaka. Ten spojrzał na nią z błądzącym w kącikach ust uśmiechem.
    - Dobranoc - szepnął, zapatrzony w burzę ciemnych włosów rozrzuconych na poduszce i nagich ramionach dziewczyny. Podniósł rękę, bo poczuł dziwną potrzebę odgarnięcia kosmyków z jej ciała, ale powstrzymał się w ostatniej chwili. Odłożył więc z powrotem rękę na brzuch i wpatrywał się zamyślony w sufit drewnianej chatki.

***

    Chloe siedziała jak na szpilkach, czekając na powrót Shane'a. Z pomocą Felicity zebrała wszystkie potrzebne jej zioła, które potem związała w bukiecik. Znalazły się w nim między innymi szałwia, sosna i lawenda. Teraz leżały na wyszorowanym rano stole.
    Dziewczyna przyszykowała już wszystko. Przedmioty, które mogłyby przeszkadzać, odsunęła na boki tak, że w pomieszczeniu znalazło się mnóstwo wolnej przestrzeni. Postanowiła, że razem z Shanem przesuną pod ścianę jeszcze stół. Sama nie dałaby sobie z nim rady, ponieważ był za ciężki.
    Na piecu w rogu kuchni stałął garnek pełen smakowitej potrawki, którą dziewczyny dzisiaj przyszykowały na kolację dla Shane'a i Kartika. Chloe wzięła trochę do domu, wymigując się błahostkami od wspólnej wieczerzy. Wolała od razu po jedzeniu zająć się rytuałem, a gdyby spędzili kolację u młodej pary, na pewno tak szybko by nie wyszli.
    Chloe tak bardzo się zamyśliła, że dopiero Shane, wchodząc do chatki, wytrącił ją z tego stanu względnej błogości.
    - Cześć! - zawołał od progu. Powiesił kurtkę na wieszaku przy drzwiach, ściągnął buty, by nie nabrudzić w całej kuchni i przeszedł dalej. Jeszcze trochę rozkojarzona brunetka spojrzała na przyjaciela, nie wiedząc, co zrobić. - Co jest do jedzenia? Jestem strasznie głodny! - jęknął, siadając przy stole. Dopiero wtedy Chloe zorientowała się, co musi zrobić. Pobiegła szybko do piecyka, z garnka nałożyła na dwie miseczki potrawki i jedną postawiła przed Shanem a drugą tam, gdzie miała siedzieć. Potem między nimi położyła pokrojony świeży chleb po czym usiadła, podając chłopakowi łyżkę.
    Zaczął jeść niemal od razu. Westchnął błogo, gdy napakował sobie pełną buzię mięsa i pieczywa. Dziewczyna pokręciła tylko głową, uśmiechając się nieznacznie. Również wzięła do ust pierwszy kęs chleba i łyżkę potrawki. Smakowała pysznie, zupełnie inaczej, niż wszystkie inne potrawy, które uchodziły za specjały kuchni tejże krainy. Była normalna, bez żadnych gadzich wydzielin czy zielonych glonów i mchów. Zwykła potrawka z freliwów i warzyw z dodatkiem ziół, które dziewczyny zebrały w lesie i na łące.
    Gdy skończyli, Chloe szybko posprzątała ze stołu, po czym przenieśli go nieco na bok. Wtedy pośrodku pomieszczenia zrobiło się mnóstwo wolnego miejsca.
    - Przyniosłeś świece? - zapytała, gdy położyła poduszkę na podłodze, gdzie miała usiąść w trakcie rytuału.
    - Jasne. Pikuś. Mam chyba z pięć, powinny być dobre, nie wiem, nie znam się na tych waszych obrzędach. - Wzruszył ramionami, wyciągając z torby pięć białych świec.
    - Idealnie - pochwaliła chłopaka, biorąc od niego świece i stawiając w odpowiednich miejscach - Na północy, południu, wschodzie i zachodzie, a jedną przy poduszce. Potem przyniosła bukiecik z ziół i palącą się szczapę z piecyka, którą zapaliła wszystkie knoty świec, a następnie i rośliny. Gdy tylko się zajęły ogniem, zdmuchnęła płomień, by zioła zaczęły się dymić. W powietrzu unosił się przyjemny zapach szałwii, sosny i lawendy, który oboje z lubością wdychali.
    Gdy dziewczyna miała już wszystko przy sobie, usiadła na poduszce w chmurze dymu. Wygładziła zmiętą kartkę, na której zapisała wcześniej wymyślone zaklęcie komunikacji. Z bijącym głośno i mocno sercem wypowiedziała wyraźnie słowa zaklęcia. Zamknęła oczy, by móc skupić się na magii. Po chwili poczuła na odsłoniętej skórze lodowaty powiew wiatru. Uniosła powieki i zobaczyła szalejący na wietrze płomyk świecy. Spojrzała przerażona na przyjaciela. To nie tak miało wyglądać. Coś poszło nie tak jak powinno.


~~*~~*~~*~~*~~

     Hej, miałam nie dodawać, ale ja miewam takie odpały. Postanowiłam dodać, ale co dalej to nie wiem. Prawie nikt nie zadeklarował się, że będzie czytał jak będę dodawała. No nic, nie będę tutaj znowu przetaczać mojej przemowy.
    Mam nadzieję, że podoba Wam się takie żerowanie, żerujcie dalej, śmiało.
    NO I ANKIETA! GŁOSUJCIE.

sobota, 13 września 2014

*25. "Byli młodzi, wyglądali niewinnie."

Tyle się zastanawiałam, komu zadedykować ten rozdział! Nie mogłam jakoś sprecyzować, komu miałabym podziękować. Tyle się ostatnio działo - nowa szkoła, nowi znajomi w bursie i klasie, nowi nauczyciele i wychowawcy. To wszystko jest dla mnie takie obce i abstrakcyjne, że co chwila zadaję sobie pytanie "Co ja tu, do jasnej ciasnej, robię?". Nie mogę się przyzwyczaić. I chyba dlatego chciałabym zadedykować rozdział tym, którzy na pewno nie wiedzą, że prowadzę bloga - tylko jedna koleżanka z pokoju wie, ale jak na razie nie dałam jej linka :D - tym, którzy pomagają mi przetrwać i przyzwyczaić się do nowej sytuacji :) Dla moich kumpeli z bursy - i kolegom zza ściany, którzy pół nocy potrafią przegadać i przewalić w ścianę :D Dla tych nowych, kochanych osóbek z klasy, z którymi narzekałyśmy na nauczyciela od wfu, który na pierwszej lekcji - po organizacyjnej - kazał nam biegać i robić jakieś głupie ćwiczenia :) Dziękuję za wszystko, bo bez tych osóbek chyba bym nie przetrwała do tego momentu, w którym teraz się znajduję i piszę do Was. Dziękuję z całego serducha! ♥



"A żyć możesz tylko dzięki temu, za co mógłbyś umrzeć." - Antoine de Saint-Exupery



~~*~~*~~*~~*~~

~~ Bella ~~

   Pierwszy dzień sierpnia zaczął się nadzwyczaj upalnie. Od samego rana żar lał się z nieba, którego nie przesłaniała ani jedna chmurka. Od czasu do czasu zawiał ciepły wiatr i poruszył liśćmi w koronach drzew, ale zdarzyło się to sporadycznie. Przez południowe lekcje nikt nie potrafił się skupić, nawet nauczyciele mylili się częściej niż zazwyczaj. Nikomu się nic nie chciało. Każdy wolałby ten czas spędzić w cieniu drzewa nad rzeką albo morzem, a nie w dusznej sali lekcyjnej.
   Dopiero, gdy zeszliśmy do podziemnej klasy, w której odbywały się zajęcia praktyczne, odetchnęliśmy. Było tam o wiele zimniej niż na górze, a przez okna nie prażyło słońce - bo tych okien przecież nie było.
    Od dwóch tygodni mieliśmy nowe zajęcia praktyczne. Wcześniejsze były fajne, ale nie za bardzo wymagające. Wtedy, oczywiście, uczyliśmy się, ale w zakresie podstawowym, panowania nad naszymi mocami. Teraz to już nie były przelewki. Trudziliśmy się przez dwie godziny codziennie, by zachować kontrolę nad mocami. Nasza nauczycielka wymyśliła bardzo prosty i ciekawy pomysł na naukę. Alex potrafił kopiować i używać mocy, która została w jego kierunku "wysłana". I tak chłopak ćwiczył z nas najciężej, ale jego moce wymagały praktyk.
    Na początku każdy po kolei podchodził do niego i używał swojej mocy przeciw chłopakowi. Pozostali mieli za zadanie skupić się przed walką. Czasami ktoś próbował coś wyczarować, ale w większości oszczędzali siły na Alexa. Gdy zauważyła, że Alex bez większego problemu odpierał ataki nawet najlepszych uczniów o potężnych mocach, zaproponowała, byśmy podchodzili do niego parami. I właśnie byliśmy na etapie par. Przed walką ustalaliśmy między sobą kolejność ataków, by Alex nie potrafił się zorientować, z której strony nadejdzie pierwsza napaść.
    Chłopak miał niemały problem z nową metodą, ale uczył się szybko i często rozgryzał nasze plany już po kilku rundach. Nie było z nim łatwo. I za to go tak uwielbiałam.
    Gdy reszta klasy odprężała się, skupiała siły, ja miałam za zadanie wywołać jakąś, choćby najmniejszą wizję. Do tej pory nigdy ich nie miałam na zawołanie, ale nauczycielka stwierdziła, że warto próbować. No i próbowałam, ale z marnymi skutkami. Czasami wydawało mi się, że obraz staje się czarno-bały, ale nadal widziałam salę, w której  przebywaliśmy na zajęciach, moich kolegów z klasy i pełną materacy wokół.
    Od czasu do czasu nauczycielka pozwalała mi na przerwę, w trakcie której atakowałam Alexa. Chociaż nie można chyba tego nazwać atakiem. Po prostu starałam się zmienić swoją postać, a chłopak kopiował moją moc i stawał się wymyśloną przeze mnie osobą.
    Bardzo podobały mi się takie zajęcia. Czułam wtedy, że magia jest blisko, znacznie bliżej niż zazwyczaj. Potrafiłam niemal zobaczyć kolorowe niteczki wokół ludzi, gdy używali swoich mocy. To głupio brzmi, ale na zajęciach czułam się sobą. Byłam Zmiennokształtną w całej krasie.
    Z reguły zajęcia szybko mijały. I tak było i tym razem. Nim się obejrzałam, spocona wychodziłam z sali i szłam za tłumem na górę. Im wyżej wchodziliśmy, tym robiło się coraz goręcej. Na szczęście skończyliśmy lekcje, więc mogliśmy w końcu iść, położyć się w cieniu i spać. O niczym innym nie marzyłam bardziej niż o popołudniowej drzemce w jakimś chłodnym, przyjemnym miejscu.
    - To co robimy? - zapytała Jenn, idąc obok mnie. Była pełna energii mimo tak wyczerpujących zajęć.
    - Nie mam na nic siły. Nawet jeść mi się odechciało, choć byłam taka głodna. - Westchnęłam. - Chyba pójdę do pokoju. Muszę tam trochę posprzątać, bo dzisiaj nie mogłam znaleźć zeszytu od angielskiego.
    - Naprawdę będziesz siedzieć w domu jak jest taka piękna pogoda? - zawołała oburzona. Pokiwałam tylko głową. - W takim razie będę musiała znaleźć sobie innego towarzysza. Alex? - zapytała, spoglądając na chłopaka idącego po mojej drugiej stronie.
    - Sorki Jen, ale mnie też się nic nie chce. Ale na obiad to bym jednak poszedł...
    - Przykro mi, trafiłaś pod zły adres. Może Becky będzie miała czas i ochotę z tobą poleniuchować, co? - zaproponowałam jej, bo nie chciałam, by sama szwendała się nie wiadomo gdzie. Czasami była naprawdę nieodpowiedzialna.
    - Czemu nie. - Wzruszyła ramionami. - W takim  razie do zobaczenia później! - krzyknęła i pobiegła w tylko sobie znanym kierunku.
    - To jak, idziesz ze mną na ten obiad? - spytał Alex, gdy zostaliśmy sami.
    - A co jest?
    - Nie wiem, ale jeśli chcesz wiedzieć, musisz iść ze mną na stołówkę i sprawdzić - odpowiedział cwanie. Uśmiechnęłam się tylko, splotłam nasze place i, pociągając go za sobą, ruszyłam w stronę wyjścia z budynku.

***

    Obiad był jak zwykle pyszny, ale nie potrafiłam zjeść go całego. Upał nie sprzyjał apetytowi. Przynajmniej mojemu, bo Alex zjadł za nas dwóch. Czasami nie mogę się nadziwić, ile dorastający chłopcy potrafią zjeść. Gdzie im się to jedzenie mieści, skoro są chudzi jak patyki. Od jakiegoś czasu zastanawiałam się nad tym i nic nie wymyśliłam. Tak po prostu jest i już.
    Po posiłku razem z Alexem poszliśmy do mnie do pokoju, który dzieliłam z Jen. Zwykle było tutaj miło i przytulnie, ale nie tym razem. Pomieszczenie zostało zagracone różnymi rzeczami, wszędzie walały się ubrania i ręczniki, poplątane kable leżały pośród sterty płyt, które rano wyciągnęła moja współlokatorka, bo szukała tej jednej jedynej, która oczywiście schowana była na samym spodzie szuflady. Tak się spieszyła do szkoły, że niczego nie posprzątała. Z reguły zawsze lubiłam mieć utrzymany porządek w pokoju, bo wtedy można szybko wszystko znaleźć, ale mieszkając z Jen, nauczyłam się, że istnieją tacy ludzie, którzy w bałaganie orientują się bardziej niż w porządku. To właśnie dlatego nie lubiła sprzątać i to należało do moich obowiązków.
    Zgarnęłam część rzeczy z łóżka, by mieć gdzie usiąść. Torbę z książkami położyłam na podłodze obok szafki nocnej, niemal uginającej się od wszelakich książek. Przymykając powieki, opadłam na łóżko, zapominając chwilowo o bałaganie i czekającym mnie sprzątaniu. Alex położył się obok mnie, odgarnął mi włosy z twarzy i delikatnie pocałował.
    Mogłabym tak odpoczywać całymi godzinami w objęciach Alexa, ale po chwili dotarło do mnie, że powinnam wziąć się za pracę. Pokój sam się przecież nie posprząta. Powiedziałam więc to chłopakowi, wyrywając się z jego ramion.
   - Pomogę ci - zaofiarował się. - A potem razem możemy odrobić lekcje. A gdy szybko się uwiniemy, starczy nam czasu na odpoczynek. - Uśmiechnął się chytrze. Coś kombinował i zaczynałam się bać, co jego mądra głowa tym razem wymyśliła. Ale nie skomentowałam tego w żaden sposób. Po prostu wydałam mu polecenia, które od razu zaczął spełniać. Wyniósł śmieci i zaczął układać płyty i zwijać wszystkie kable, gdy w tym czasie ja układałam w szafie ubrania.
    Mieliśmy dużo pracy, ale uwielbiałam spędzać czas z Alexem a on ze mną i robota szła nam szybko. Nim się obejrzałam, wszelkie zalegające łóżka i stolik rzeczy znalazły się na swoich miejscach. Na koniec pozmiatałam podłogę i wytarłam stolik. Potem zmęczona położyłam się na podłodze, od której bił zbawienny w ten upalny dzień chłód. Przymknęłam na chwilę powieki, a gdy je otworzyłam, zobaczyłam pod łóżkiem niezidentyfikowany cień. Wzięłam szczotkę z rękę i wygarnęłam spod łóżka szarą, luźną bluzkę. Nie należała do mnie. Do Jen na pewno również nie, bo nie gustowała w takich rzeczach. Więc kogo była? Chyba nikt inny nie mógł zostawić ubrania w naszym pokoju.
    Wzięłam bluzkę do ręki, siadając z nią oparta plecami o łóżko. Gdy tylko się wyprostowałam, świat zawirował mi przed oczami.
    Zobaczyłam czarno-bały obraz z szarą poświatą, czy ramką dookoła. Nie słyszałam żadnych dźwięków ani głosów. Tylko delikatny szum, który tylko sporadycznie zmieniał się w pojedyncze słowa.
    Widziałam wielki stos drewna, na środku łąki, z którego środka wystawał jeden wysoki drąg,  wokół którego zgromadzali się dziwnie ubrani ludzie. Mężczyzna stojący najbliżej miał szeroki uśmiech na twarzy, cieszył się z czegoś, co za chwilę miało się odbyć na jego oczach. Nie wszyscy jednak mieli wesołe miny. Większość ze zgromadzonych czułą trwogę, bali się. Nie wszystkim było do śmiechu. Dwoje młodych ludzi stojących na uboczu ściskało się. Dziewczyna płakała rzewnie w ramię chłopaka.
    Wszyscy ludzie trzymali w dłoniach symboliczne gałązki, które według tradycji powinny wrzucić do wielkiego ogniska, gdy to zostanie rozpalone w podzięce bogom. Wódz trzymał najgrubszą gałąź, nie tylko dlatego, że jako przedstawiciel plemienia miał taki obowiązek. Dokładanie przysłowiowej oliwy do ognia sprawiało mu przyjemność. W tym przypadku oliwa nie była przysłowiowa, zastępował ją kawał grubego drewna.
    Nic nie rozumiałam ze swojej wizji dopóki na scenę nie wkroczyło kilku wysokich mężczyzn, prowadząc między sobą związanych ludzi. Byli młodzi, wyglądali niewinnie. Przerażenie widziałam w ich oczach i łzach dziewczyny.
    Tłum rozstąpił się, pozwalając nowoprzybyłym zbliżyć się do ułożonego stosu drewna. Poprowadzili ich do słupa stojącego na środku i przywiązali ich do niego grubymi sznurami, przez które z nadgarstków poleciała im krew. Następnie wszyscy się cofnęli na bezpieczną odległość. Jeden z mężczyzn wziął do ręki palącą się pochodnię i podpalił najcieńsze gałązki, które szybko zajęły się ogniem. Przerażona krzyknęłam, widząc, jak pomarańczowe języki lizały kolejne kłody drewna. Dym unosił się wysoko ponad ognisko. Usłyszałam wrzask młodej dziewczyny, którą jej mąż przytrzymywał, by nie zrobiła niczego głupiego. Sama również zaczęłam płakać.
    Mój płacz się nasilił, gdy zawiał wiatr i odsłonił ciała spalanych na stosie osób. Zawyłam głośno, gdy rozpoznałam w ich rysach znajome twarze.
    Zamknęłam oczy.

***

    Wizja skończyła się szybko. Długo jednak nie potrafiłam się pozbierać po tym, co zobaczyłam. Cały czas rzewnie płakałam, ignorowałam pytania i łagodzące słowa Alexa. Pozwoliłam mu się przytulić. Siedzieliśmy tak dobre parę minut, dopóki się nie uspokoiłam na tyle, by móc racjonalnie myśleć. Załzawionymi oczami spojrzałam na chłopaka, nie wiedząc, jak miałam mu przekazać tragiczne wieści.
    - Bells, co zobaczyłaś? - zapytał z troską, wycierając mi delikatnie z policzków łzy.
    - To... to było straszne - wyjąkałam. Pokręciłam głową, starając się wszystko sobie poukładać w głowie. - Muszę zobaczyć się z Prue, Chrisem, Becky i pozostałymi. Nie chcę tego kilka razy powtarzać. To byłoby za trudne.
    Alex pokiwał tylko głową. Pociągając nosem, wyszłam za nim z pokoju. Po drodze dzwonił do wszystkich i ustalał miejsce spotkania. Ja tymczasem starałam się ogarnąć i zrozumieć pewne sprawy. Nie udało mi się to, ale miałam nadzieję, że gdy powiem o mojej wizji reszcie, pomogą mi rozwiązać nasuwające się problemy i pytania.
    Gdy przybyliśmy pod wielki, rozłożysty dąb, oddalony od wszystkich budynków szkolnych, pozostali już tam byli. Niektórzy siedzieli na trawie, inny przechadzali się nerwowo, zapewne zastanawiając się, po co ich wezwaliśmy. Spojrzeli na nas wyczekująco.
    - Mam wam do przekazania straszne wieści. Może lepiej będzie, jeśli usiądziemy - zaproponowałam na początek. Wszyscy posłusznie spoczęliśmy na trawie. Dopiero wtedy zaczęłam opowiadać swoją wizję, co chwila się wzdrygając. Nie wspominałam im tylko o tym, że wiem, kim byli skazani.
    - Jak myślisz, dlaczego miałaś tę wizję? Myślisz, że uda nam się ich uratować? - zapytała Alice. - Przecież ich nawet nie znamy, nie wiemy, gdzie ich szukać. Nie posiadamy podstawowych informacji. - Pokręciła głową z niedowierzaniem.
    - Mamy jedną, najważniejszą - zaprzeczyłam. - To są osoby, które bardzo dobrze znamy. Myśleliśmy, że wrócili bezpiecznie do domu, ale niestety tak się nie stało i teraz grozi im poważne niebezpieczeństwo.

~~*~~*~~*~~*~~

   Hej :) Mam nadzieję, że rozdział jest okej. Jestem chora i nie czuję się na siłach, by go w jakikolwiek sposób sprawdzić.
    Ale muszę znaleźć siłę, by Was opierniczyć! Tylko jedna osoba skomentowała poprzedni rozdział przez dwa tygodnie!!! Dzisiaj jedna z dziewczyn, której blogi czytam, pisała o tym samym. Ja rozumiem, szkoła, praca domowa, inne obowiązki, ale widzę, że czytacie. A skoro czytacie to macie czas na to, więc ta kolejna sekunda więcej nie powinna Was zbawić. Naprawdę tego nie rozumiem. Kompletnie. Cały czas Was proszę, ale widzę, że zdecydowanie nie chcecie docenić tego, że staram się na czas dodawać rozdziały. Bo gdybym pisała dla siebie to pisałabym kiedy miałabym czas. A chcę zadowolić Was. I staram się jak mogę wygospodarować czas na napisanie choć paru zdań dziennie. A Wy tak mi się odpłacacie. Przemyślcie to sobie. Bo za wejście do kina trzeba zapłacić. Za kupno książki też. W blogosferze zapłatą są komentarze, ale nie wszyscy chcą tego przestrzegać. To tak, jakbyście coś ukradli lub weszli na salę kinową bez biletu. Pomyślcie, nie jest tak?

piątek, 11 lipca 2014

*21. "Nadzieja zawsze umiera ostatnia, prawda?"

Dziękuję Wam za te ponad 13400 wyświetleń! To dla mnie ogromna liczba, która z każdym dniem istnienia bloga rośnie. Jestem z tego dumna. Z Was, że potraficie ze mną wytrwać - choć pewnie nie wszyscy wytrwali - z bloga, że tyle istnieje, że mu nic nie odwaliło i że nadal działa ;p Z siebie, że potrafię tyle wymyślić, by siedzieć tutaj, teraz przed komputerem i pisać do Was. Dziękuję Wam kochani! Za to, że jesteście ze mną, że mnie wspieracie dobrym słowem, czasami radą, pomysłami, że we mnie wierzycie, gdy ja już nie mam podstaw, by w siebie uwierzyć. To dla mnie wiele znaczy, to, że ktoś interesuje się moim blogiem równie mocno co ja :) Wspaniale jest mieć takich czytelników jak Wy, którzy są przy autorze od początku do końca. Mam nadzieję, że wytrwacie do końca, bym mogła Wam kiedyś w ostatnim epilogu za to podziękować jeszcze raz i jeszcze. Bo jedno dziękuję na pewno nie wystarczy :) ;**


"Całe życie człowieka jest tylko podróżą do śmierci."


~~*~~*~~*~~*~~

~~ Prue ~~

    Coraz bardziej się niecierpliwiłam. Moją głowę zaprzątały różne myśli. Głównie te złe. Obstawiałam najgorsze scenariusze. Nigdy nie byłam pesymistką. Z reguły zawsze starałam się być realistką, ale dzisiaj nastawał wyjątkowy dzień, w którym mogło stać się wszystko, więc choć raz w życiu mogłam się czymś pomartwić.
     Wstał dzień jak co dzień. Słońce, które przedostawało się przez nieszczelnie zasłonięte okno, obudziło mnie bardzo wcześnie. Zapowiadał się ciepły dzień, ale już od rana wiał przyjemny wiatr, który rozganiał tworzącą się duchotę. Jeszcze gdy leżałam w łóżku, zastanawiałam się, co na siebie włożę. Nie mogłam założyć tego, co naszykowałam wczoraj wieczorem. Długie ciemnozielone leginsy i szara, gruba bluza od razu wzbudziłyby podejrzenia wśród uczniów jak i mieszkańców Dundee. W końcu było upalne lato. Lecz tam, gdzie się wybierałam, nie miało być już tak ciepło. Przynajmniej tak zapowiadał mój przewodnik.
    Wybrałam więc czarną, luźną bluzkę i dżinsowe spodenki. Ciepłe ubrania spakowałam do torby tak jak złożony plecak. Schowałam tam również małą butelkę wody, bo nie wiedziałam, ile czasu zajmie nam wyprawa.
    Byłam tak podekscytowana, zdenerwowana i jednocześnie zniecierpliwiona, że tylko głupi nie zwróciłby na mnie uwagi. Moi przyjaciele patrzyli na mnie kątem oka, jedząc śniadanie. Gdy skończyłam swój posiłek i wstałam od stołu, zaczęli się wypytywać o szczegóły. Zapowiedziałam im, że wybieram się na długi spacer po sklepach i że nie wiem, ile mi to może zająć. Na początku dziewczyny chciały iść ze mną, ale wybiłam im ten pomysł z głowy, twierdząc, że, bez obrazy, ale wolałabym spędzić trochę czasu samotnie. W końcu uległy i wróciły do śniadania. Chris nadal nie był do końca przekonany, lecz nie widziało mu się ciągłe łażenie po sklepach. Zdawał sobie sprawę, że to byłyby nudy. Mimo wszystko również zaproponował mi swoje towarzystwo. Jego było gorzej spławić, ale w końcu i to mi się udało.
    Idąc w stronę Common Grounds, zastanawiałam się, dokąd właściwie się udam. Chłopak nie chciał mi wiele zdradzić, nie planował ze mną szczegółów wyprawy. Zarządził, żebym się ciepło ubrała i postarała o przepustkę na tę właśnie sobotę. Prosił, żebym nie pytała o szczegóły, których i tak nie mógłby mi zdradzić. Bał się, że ktoś by mógł przechwycić naszą korespondencję. Zgadzałam się z nim w stu procentach, jednak byłam bardzo ciekawa tego i owego i zadałam parę pytań, na które oczywiście nie uzyskałam odpowiedzi.
    Usiadłam przy naszym stałym stoliku, zamówiłam sok pomarańczowy. Z tych nerwów przyszłam o wiele za wcześnie. Miałam więc czas, by wszystko jeszcze raz dokładnie przeanalizować.
    Bardzo chciałam odnaleźć ojca i cieszyłam się, że ktoś mnie w tym wspiera i chce pomóc. Nawet Chris tego pragnienia nie zrozumiał, choć znał mnie jak nikt inny. Może nawet bardziej niż mój brat czy Rosie. Choć gdyby David żył, na pewno by mnie poparł w tym pomyśle. Też chciałby poznać ojca, zobaczyć go, przytulić, opowiedzieć historię swojego wspaniałego życia, które zaistniało właśnie dzięki niemu. Lecz Davida przy mnie nie było i musiałam sobie radzić bez niego.
    Po mojej głowie krążyły różne myśli, podniosłe słowa układały się w mowy, którymi powitałabym ojca, gdybyśmy go znaleźli. Nie chciałam się łudzić nadzieją, ale nie potrafiłam zapanować nad tymi myślami. Same wędrowały tam, gdzie tylko chciały. Bałam się tego rozczarowania, które przyjdzie z pewnością, gdy wrócimy z wyprawy bez ojca. Lecz mimo to wierzyłam, że go odnajdziemy. Nadzieja zawsze umiera ostatnia, prawda?
     Przez cały tydzień, odkąd chłopak napisał do mnie, że znalazł coś, co mogłoby mnie zainteresować, nie myślałam o niczym innym. Cokolwiek bym nie robiła, gdziekolwiek bym się nie znajdowała i tak myślami byłam daleko. Sama nie wiedziałam gdzie, ale gdzieś bardzo daleko, gdzieś, gdzie jest zimno, gdzieś, gdzie mój ojciec leżał skulony na dywanie przed kominkiem w postaci wilka. Inaczej nie potrafiłam go sobie wyobrazić. Mama nigdy nie pokazywała nam zdjęć z tatą. Czy w ogóle je posiadała w domu? Nigdy ani ja, ani David ich nie odnaleźliśmy. Nie wiedziałam więc, jak on wygląda w ludzkiej postaci. Widziałam jednak w książce w bibliotece zdjęcie dużego, wspaniałego samca alfy, który wysoko trzymał głowę, dumnie spoglądając wokół siebie. I teraz, gdy siedziałam, popijając wolno sok, widziałam oczyma wyobraźni jego. Stał przede mną i moim bratem, a u jego boku była mama uśmiechnięta od ucha d ucha. Spoglądali na nas z dumą i troską, jak to przystało na rodziców. Wiedziałam, że ta wizja się nie spełni. Już nie.
    Pogrążona w swoich myślach, nie zorientowałam się, ile czasu minęło, dopóki nie dosiadł się do mnie wysoki szatyn.
    - Cześć - przywitał się, uśmiechając się do mnie. - Mówiłem przecież, że masz się ciepło ubrać.
    - Liam! - zawołałam. - Wystraszyłeś mnie.
    - Myślałem, że nie tak łatwo jest wystraszyć Zmiennokształtną - zauważył.
    - To prawda. Tobie jednemu się to udało. - Uśmiechnęłam się. - Co do ubrań to mam je na zmianę w torbie. Pomyślałam, że wyglądałabym dziwnie w ciepłej bluzie, kiedy mamy lato w pełni.
    - Masz rację. Nie pomyślałem o tym. To jak, jesteś gotowa?
    - Chyba - odparłam niepewnie. To prawda, bardzo tego pragnęłam, ale z drugiej strony bardzo się bałam tego, co nas czeka. - Muszę się przebrać i zapłacić za sok. Wtedy będę gotowa. - Starałam się, by moje słowa zabrzmiały wiarygodnie. Liam przyglądał mi się uważnie. Sądziłam, że wyczyta z mojej miny wszystkie niepewności, troski. Nie powiedział jednak nic takiego, co by sugerowało, że dowiedział się, co działo się przed chwilą w mojej głowie. Po prostu powiedział, bym poszła się przebrać, a on zapłaci za zamówienie i będzie na mnie czekał przed kawiarnią.
    Zrobiłam wszystko jak kazał. Zamieniłam ciuchy na te cieplejsze. Spodenki i czarną bluzkę schowałam do plecaka, tak samo jak torebkę i butelkę wody. Plecak założyłam na plecy, wychodząc z łazienki. Przystanęłam na chwilę przed drzwiami. Wzięłam głęboki wdech i wyszłam z kawiarni.
    Liam stał nieco na uboczu, w cieniu drzew otaczających parking. Miał na sobie szarą koszulkę z długim rękawem i ciemne, poprzecierane dżinsy. Wpatrywał się w dal, gdzieś poza ulicę, w kierunku której był zwrócony.
    Podeszłam do niego cicho, nie chcąc mu przeszkadzać. Zanim jednak zdążyłam pomyśleć, jak zwrócić na siebie jego uwagę, jednocześnie za bardzo mu nie przeszkadzając, odwrócił się do mnie z uśmiechem na ustach.
    - Możemy ruszać? - zapytał. Pokiwałam tylko głową. Złapał mnie za rękę i pociągnął w kierunku wąskiej, ślepej, ciemnej uliczki. Stanęliśmy na samym jej końcu. Z parkingu na pewno nie było nas widać. Liam zamknął oczy, ściskając mocniej moją rękę. Poczułam ukłucie w brzuchu. Najpierw mało bolesne, jak ugryzienie komara. Potem ból stawał się coraz bardziej silniejszy, ale do wytrzymania. Zalśniliśmy i już nas nie było w Dundee.
    Nie pamiętam, żebym zamykała oczy, ale gdy w końcu poczułam grunt pod nogami, oczy miałam zamknięte. Jeszcze chwilę ich nie otwierałam. Nie byłam przyzwyczajona do teleportacji i dlatego czułam się nieswojo. Kręciło mi się nieco w głowie.
    Gdy tylko wylądowaliśmy w tym miejscu, od razu poczułam na policzkach zimny powiew wiatru. Targał on naszymi ubraniami, słyszałam szum wielu drzew wokół nas. Zgadywałam, że znajdowaliśmy się na skraju lasu.
    - Wszystko w porządku? - zapytał Liam, gdy nie poruszyłam się przez dłuższy czas. Poczułam jego oddech na swojej twarzy. Podniosłam szybko powieki, odsuwając się od niego o jeden krok. Starałam się zachować między nami dystans. Zdawałam sobie sprawę, że Liam czuł coś do mnie. Sam się do tego przyznał, że się we mnie zakochał. Nie wiedziałam, jak się sprawy miały teraz, ale wolałam niczego między nami nie komplikować. Chciałam go mieć przy sobie jako przyjaciela, nikogo więcej. Jednak sam fakt, że wiedziałam o jego uczuciach, nie pomagał mi. Wręcz przeciwnie.
    - Ja... To znaczy się... Tak... Ja... yyee... Wszystko dobrze - powiedziałam, idąc do tyłu. Dwa razy zahaczyłam o wystający korzeń, ale na szczęście się nie wywróciłam. - Po prostu kręciło mi się w głowie. Przepraszam, już dobrze.
    Liam uśmiechnął się do mnie i rozejrzał dookoła. Ja również to uczyniłam, by dowiedzieć się, gdzie jesteśmy. Staliśmy na skraju lasu, tak jak zgadywałam, ale szumu nie tworzył tylko wiatr w koronach drzew. To również dwa wysokie wodospady, które spływały po ciemnych skałach. Oba wodospady również taki głaz rozdzielał. Ich wody potem wpływały do szeroko rozlanej rzeki, która przepływała parę metrów od nas. Wodospady znajdowały się w sporej odległości od miejsca, gdzie staliśmy, ale huk i szum płynącej szybko wody roznosił się na parę kilometrów wokół. Gdzie się nie obejrzałam, wszędzie widziałam góry i wzgórza, niektóre przesłonięte mgłą, dalekie, inne wyraźne i bliskie. Daleko na wschodzie, między szarymi chmurami można było dostrzec złote słońce. Las za nami tętnił życiem. Ptaki latały, szukając gałęzi, by poprawić zbudowane gniazda, wiewiórki skakały od drzewa do drzewa, w poszukiwaniu jedzenia, inne czworonożne zwierzęta, których nie sposób było zauważyć, biegały po lesie w tylko im wiadomym celu. Ja jedynie słyszałam dalekie odgłosy biegania kopyt i łap.
    - Pięknie tutaj - powiedziałam zafascynowana widokiem. Podeszłam bliżej rzeki i stanęłam na skalistym podłożu. Płynąc, woda chlapała na wszystkie strony, gdy odbijała się od kamieni. Od razu krople wody zmoczyły moje nogawki. - Gdzie jesteśmy? Teraz już chyba możesz powiedzieć? - zapytałam Liama, który stał nieco z tyłu.
    - Znajdujemy się nad rzeką Nahanni w Kanadzie. Poszukałem gdzie trzeba, wypytałem kogo trzeba i dowiedziałem się, że żyje tu w pobliżu plemię Łowców Wampirów. A pamiętasz, co ci mówiłem? Że twój ojciec najprawdopodobniej u niech się ukrywa. Słyszałem plotki, że tutaj był, tylko nie wiem kiedy i na ile można tej informacji zaufać. Ale zawsze warto spróbować. Nawet jak go tu teraz nie ma to może ci ludzie powiedzą nam, a raczej tobie, gdzie powinnaś szukać Dereka. To co, idziemy?
    - Jak daleko jest stąd do ich wioski?
    - Sam nie wiem, parę kilometrów. - Wzruszył ramionami.
    - Dlaczego więc nie teleportowałeś się bliżej? - zdziwiłam się.
    - Jestem Wampirem, a oni Łowcami Wampirów. Myślisz, że pozwoliliby się zbliżyć Wampirowi do ich miejsca zamieszkania? - Uśmiechnął się, pociągając mnie za sobą. Ruszyliśmy w lewo, ciągle trzymając się brzegu rzeki.
    - No tak, nie pomyślałam o tym. - Czułam, że na policzki wstąpiła różowa plama. - Skąd wiesz, gdzie ich szukać? Wyczuwasz ich?
    - Na razie nie, ale myślę, że gdy zbliżymy się do wioski to ich wyczuję.
    - W takim razie skąd wiesz, którędy mamy iść? - zapytałam.
    - Myślę, że takie plemiona żyją gdzieś w pobliżu rzeki czy jeziora. W drugą stronę nie da rady iść, bo dalej są same skały a potem wodospad. Tylko zgaduję, że mieszkają w tej części, do której my idziemy. Wampirza intuicja nigdy mnie nie zawiodła w takich sprawach - zapewnił.
    - To takie coś istnieje? I ile razy szukałeś ojca swojej przyjaciółki? - spytałam, uśmiechając się.
    - Naukowego dowodu nie mam, ale jeszcze nigdy nie pomyliłem się. Jeśli mówię, że w tę stronę to właśnie w tę stronę. I tyle. Co do poszukiwań zaginionych ojców to to jest mój pierwszy raz. Ale ile to razy szukałem... - zamilkł. Chyba domyślałam się, co chciał dalej powiedzieć. Ile to razy szukał odpowiedniego jedzenia, które by miało dobrą grupę krwi. Zadrżałam. - Przepraszam, nie powinienem...
    - Spokojnie, nic się nie stało - zapewniłam. Założyłam ręce na piersi i szłam dalej, nie patrząc w jego kierunku. Czułam się dziwnie. Jak pierwszego dnia w nowej szkole, gdy niczego jeszcze dokładnie nie wiedziałam i co chwila ktoś mnie czymś zaskakiwał. Chociaż nie wiedziałam, dlaczego akurat to wywarło na mnie taki wpływ. Przecież wiedziałam, jak posilają się Wampiry. Zdawałam sobie sprawę, że Liam nie jest wyjątkiem od tej reguły. Potrzebował krwi, by przetrwać. Więc czemu tak zareagowałam?
    Starałam się oddychać głęboko. Powietrze pachniało tutaj wspaniale. Było rześkie, chłodne, czyste. Czułam zapach sosny. Przyjemnie się szło, mając po jednej stronie ciemny las, a po drugiej rwącą rzekę, która, gdy podeszłaś za blisko, ochlapywała cię zimną wodą.
    Po kilkunastu minutach marszu podwinęłam rękawy bluzy, bo zrobiło mi się ciepło. Wiatr nadal wiał mroźny, czułam go na moich osłoniętych policzkach, które na pewno były czerwone. Starałam się również mrugać dostatecznie szybko, by nie wysuszyć oczu. Doskonale wiedziałam, że gdy nie będę mrugać zbyt często, oczy zaczną mnie szczypać, a potem rozboli mnie głowa.
    Liam starał się iść w moim tempie. Od czasu do czasu wyprzedzał mnie o parę kroków, by sprawdzić, co znajduje się dalej. Czasami przystawał na chwilę, by wyczuć zmiany w powietrzu. Spytany, odpowiedział, że szuka zapachu dymu czy ludzi. Jak dotąd niczego takiego nie znalazł.
    Pierwszą oznaką, że chłopak dobrze wybrał drogę, był odcisk buta. Dość stary, ale przepełnił moje serce nadzieją, która z każdym moim krokiem gdzieś się ulatniała. Od tamtej pory szliśmy szybciej, ale i ostrożniej. Wampir to oddalał się ode mnie, idąc w las i szukając innych znaków bytności człowieka, to przybliżał się do mnie i szliśmy ramię w ramię przed siebie.
    W końcu dotarliśmy do miejsca, gdzie od rzeki w głąb lasu prowadziła wydeptana ścieżka, często używana. Serce zabiło mi mocnej. Czyżby to tutaj?
   Liam zatrzymał się i rozejrzał dookoła. Dokładnie wszystko obwąchał, sprawdził każdy liść rosnący w pobliżu zejścia na drogę. Strasznie długo to trwało i zaczęłam się niecierpliwić. Gdy w końcu stanął przede mną, miał nietęgą minę.
    - Co się stało? - zapytałam.
    - Nie wiem. Czuję, że to nie będzie miłe spotkanie. Ale tego od początku się obawiałem. To strasznie silna rodzina Łowców Wampirów - odparł.
    - Może lepiej, żebyś tu został? Pójdę sama, skoro grozi ci jakieś niebezpieczeństwo z ich strony - powiedziałam.
    - Obiecałem, że ci pomogę. Nie zostawię cię teraz - zaprotestował.
    - Już i tak wiele zrobiłeś. Nie mogę cię narażać, bo kto mnie teleportuje z powrotem do domu? - Uśmiechnęłam się do niego. - Nic mi nie będzie. W razie czego cię wezwę. W końcu do czegoś się przyda to nasze całe skojarzenie.
    Chłopak nadal nie wyglądał na przekonanego. Spoglądał na mnie z niepewnością w oczach.
    - Nie ufasz mi? - zapytałam przekornie.
    - Przecież wiesz, że tobie ufam. To im nie jestem w stanie zaufać. - Kiwnął głową w stronę dróżki. - Po prostu boję się, że coś ci się stanie, a ja przybędę za późno. Co ja powiem twojemu chłopakowi? Przecież on mnie zabije!
    - Nie przybędziesz za późno. Groźba śmierci ze strony Chrisa pomoże ci przybiec do mnie jak najszybciej, gwarantuje ci to. - Zaśmiałam się cicho.
    - Mówiłem poważnie - mruknął.
    - Ja też. Idę - postanowiłam. - A ty tu zostań. - Położyłam mu ręce na ramionach i zacisnęłam na nich palce, by dodać słowom mocy. Patrzyłam mu przez chwilę w oczy i gdy upewniłam się, że za mną nie pójdzie, obróciłam się i weszłam w las.
    Droga okazała się strasznie kręta. Im bardziej zagłębiałam się w las, tym ścieżka stawała się szersza. Po kilkunastu minutach stanęłam na jej końcu. Przede mną rozciągał się wspaniały widok. Doszłam do podnóża góry, w której znajdowało się kilka jaskiń. U jej stóp zbudowano kilka małych domków z drewna. Nieco na uboczu paliło się duże ognisko, przy którym siedziały dwie młode kobiety i gotowały coś w wielkim kotle. Tyle zdążyłam zobaczyć, nim widok przesłonili mi dwaj wysocy mężczyźni. Jeden miał czarne, długie włosy przyprószone gdzieniegdzie siwizną, był szerszy w barkach. Drugi włosy miał brązowe, obcięte przy samej głowie i był wyższy od towarzysza. Obaj posiadali czekoladowe oczy. Instynktownie zrobiłam krok w tył, lecz oni jeszcze bardzie mnie zaskoczyli, odzywając się do mnie po angielsku:
    - Nie bój się. Twoje przybycie nie jest dla nas niespodzianką. Chodź z nami. Wódz czeka na ciebie. - Starszy z mężczyzn kiwnął na mnie ręką. Zawahałam się tylko przez moment. Coś podpowiadało mi, by iść za nimi, że oni mi pomogą. Więc poszłam.
    Nie pamiętam, czy kiedykolwiek jakoś ich sobie wyobrażałam, ale jeśli tak to na pewno nie spodziewałam się, że będą ubrani nadzwyczaj normalnie. Nosili głównie rzeczy ciemne, zielone, brązowe, czasem czarne. Nie zauważyłam kolorowych ubrań. Ich garderoba składała się z rozpinanych koszul i długich spodni dla mężczyzn oraz długich spódnic, lub zwykłych bluzek i spodni dla kobiet. Niektórzy mieli również ciemnozielone kurtki z kapturami. Na nogach nosili wysokie kalosze.
    Mężczyźni zaprowadzili mnie do jaskini wydrążonej w górze. Było tam ciemniej i o wiele cieplej niż na dworze. Gdy weszłam głębiej, zobaczyłam małe ognisko palące się po środku groty. Przy nim siedziały trzy osoby. Najstarszy z tego towarzystwa wydawał się mężczyzna siedzący najbliżej mnie. Opierał się o ścianę, paląc fajkę. Miał długie siwe włosy, sięgające do ramion, był zgarbiony, a jego twarz poznaczona wieloma zmarszczkami. gdy na mnie spojrzał, zauważyłam, że jego oczy również mają kolor czekolady. Obok niego siedział młodszy mężczyzna o blond włosach, krótko obciętych i z kilkudniowym zarostem na twarzy. Uśmiechał się delikatnie. Siedział po turecku, plecy miał wyprostowane. Ostatnią osobą była kobieta. Miała ciemne włosy splecione w warkocza, który przełożyła przez prawe ramię. Wydawała się być zamyślona, wpatrywała się w dal, nie widząc ani mnie, ani mężczyzn, którzy mnie tu przyprowadzili. Cała trójka oprócz normalnych ciuchów miała na sobie dziwne peleryny, a szyję najstarszego zdobił duży medalion z kamieni.
    - Możecie odejść - odezwała się kobieta do tych, którzy stali za mną. Pokłonili się i wyszli z jaskini. Kobieta spojrzała na mnie swoimi brązowymi oczami. - Prudence Carter... Jak się domyślam, szukasz swojego ojca.
    - Tak, ale skąd pani... - zaczęłam, ale przerwała mi jednym machnięciem ręki.
    - Nazywam się Gilraena. To jest przywódca naszego plemienia, Bard. - Wskazała na starca. - A to jego syn, Estel. Nie mamy czasu na zbędne pytania. Opowiem ci, co wiem, lub co mogę powiedzieć, lecz nie licz na szybkie spotkanie z ojcem. Są ci przeznaczone trudy, tygodnie, może nawet miesiące poszukiwań.Może jednak okazać się również, że nie zdążysz na czas. Kto wie... - zamilkła na moment, by po chwili znów podjąć monolog. Mówiła wolno, wyraźnie i cicho. - Gwiazdy zapowiedziały nam przyjście córki Dereka Cartera na ten dzień. Oczekiwaliśmy cię już od świtu. Twój ojciec przebywał u nas dość długi czas. Wyleczyliśmy go z najcięższych ran, lecz pogoń była tuż tuż i musiał uciekać dalej. Dokąd, nie mam pojęcia, ale na pewno gdzieś daleko stąd, do innych Łowców Wampirów. Tylko im może zaufać, tylko oni zobaczą w nim Zmiennokształtnego. Pewnie nawet ty, gdybyś spotkała go gdzieś w lesie, nie poznałabyś go, chociaż to twój ojciec. Zastanawiasz się, gdzie go dalej szukać. Oto co ci radzę: zaufaj swojemu przyjacielowi, który kocha cię, choć serce jego nie bije, a który czeka na ciebie na skraju naszego terytorium. Dobrze postanowiłaś, zostawiając go tam. Wampir nie może dostać się do nas, a gdy już się zbliży do wioski, nie opuści jej żywy. Takie są nasze zasady.
    - Czyli... To znaczy... Gdzie mam go dalej szukać? - spytałam cicho, bojąc się, że Gilraena nie odpowie mi wprost, lecz będzie kluczyć między półsłówkami.
    - Estel posiada mapę, która pokazuje, gdzie rozmieszczone są rodziny takie jak my. Za chwilę ją dla ciebie przepisze i da kopię. Proszę cię jednak, żebyś, gdy tylko odnajdziesz ojca, zniszczyła ją. Nie chcę, by trafiła w niepowołane ręce.
    - Oczywiście, dziękuję - powiedziałam, niemalże skacząc z radości. Po chwili dostałam kawałek zwiniętego papieru przewiązanego czarnym rzemykiem.
    - Pilnuj jej dobrze, nikomu nie pokazuj i zniszcz, gdy przyjdzie pora.
    - Obiecuję strzec jej jak oka w głowie. Jeszcze raz dziękuję.
    - Estel odprowadzi cię do wyjścia - odparła, zatapiając się w swoje myśli. Mężczyzna wstał i ruszył, ciągnąc mnie za sobą. Gdy stanęliśmy na dworze, spojrzał na mnie i uśmiechnął się.
    - Może jesteś głodna? Moja żona gotuje pyszne jedzenie - powiedział.
    - Nie, dziękuję. Powinnam wracać. Liam się pewnie niecierpliwi, a nie chcę, by tutaj przyszedł i napytał sobie biedy.
    - Masz rację. Powodzenia w poszukiwaniach. Obyś znalazła to, czego szukasz - rzekł. - Tamtędy wydostaniesz się nad rzekę. - Pokazał mi kierunek marszu.
    - Jeszcze raz dziękuję. Do widzenia! - zawołałam, biegnąc w stronę lasu.
    Gdy wyszłam spomiędzy drzew, chłopak stał, niecierpliwiąc się. Uśmiechnęłam się do niego, pokazując mapę.
    - Udało się! - krzyknęłam uradowana. - Znaczy, nie do końca, ale mamy jakiś punkt, którego możemy się uczepić.
    Liam uściskał mnie serdecznie. Nic nie mogło zepsuć mi humoru. Nawet fakt, że czeka nas powrotny, męczący marsz do miejsca, z którego swobodnie moglibyśmy się teleportować.

~~*~~*~~*~~*~~

    Hej, rozdział chyba wystarczająco obszerny i długi, co? :) Liczę na Wasze komentarze z opiniami. Chwalcie się, jak Wam mijają wakacje, co robicie, co zamierzacie robić? Pytajcie, o co chcecie, podrzucajcie pomysły, nie wiem :) Każdy komentarz mile widziany :)
Pozdrawiam cieplutko, Wasza obolała
Zuza♥